Jeśli władza w Iranie będzie leżała na ulicy, podniosą ją najbardziej zorganizowane siły [Witold WASZCZYKOWSKI]

Witold Waszczykowski

Celem amerykańsko-izraelskiej operacji ma być zniszczenie potencjału nuklearnego Iranu – uważa były minister spraw zagranicznych i były ambasador Polski w Iranie Witold Waszczykowski. W wywiadzie dla Euronews dyplomata analizuje możliwe skutki konfliktu, ostrzegając, że ewentualny upadek reżimu ajatollahów może nie doprowadzić do demokratycznej zmiany, lecz do przejęcia władzy przez wojskowych.

Witold Waszyczkowski o skutkach konfliktu na Bliskim Wschodzie

.Zdaniem Witolda Waszczykowskiego, który w przeszłości pełnił także funkcję wiceszefa Polski przy NATO, głównym celem działań militarnych Stanów Zjednoczonych i Izraela jest zniszczenie infrastruktury pozwalającej Iranowi rozwijać program broni jądrowej.

Jak podkreśla, Teheran przez lata rozwijał zdolności wzbogacania uranu, przekonując społeczność międzynarodową, że są one potrzebne wyłącznie do celów cywilnych. „Celem operacji wojskowej jest zniszczenie wszelkich zakładów, instalacji oraz laboratoriów, które umożliwiłyby Iranowi zbudowanie broni nuklearnej” – mówił były szef polskiej dyplomacji.

W tym kontekście niepewny pozostaje także status elektrowni jądrowej w Bushehr. Jak zauważa Witold Waszczykowski, nie wiadomo, czy zostanie ona uznana wyłącznie za obiekt cywilny, czy też za element potencjalnego programu militarnego.

Według dyplomaty operacja wojskowa ma również drugi cel, jakim jest ograniczenie irańskiego potencjału rakietowego. Chodzi o zniszczenie zarówno wyrzutni, jak i zakładów produkujących rakiety balistyczne. Równolegle atakowane są ośrodki dowodzenia i centra polityczno-wojskowe reżimu.
„Operacja powietrzna ma doprowadzić do znaczącego osłabienia struktur państwowych islamskiej republiki” – ocenia.

Protesty możliwe, ale bez gwarancji zmiany systemu

.Witold Waszczykowski uważa, że poważne straty wojenne i osłabienie aparatu władzy mogą zachęcić Irańczyków do ponownych protestów. W przeszłości miały one jednak przede wszystkim charakter ekonomiczny. „Irańczycy protestowali, aby żyło im się lepiej i taniej” – przypomina w wywiadzie były ambasador Polski w Iranie. Dodając, że protesty dotyczące restrykcji obyczajowych ograniczały się głównie do młodszych mieszkańców dużych miast.

Dyplomata podkreśla jednak, że mimo napięć reżim nadal posiada znaczące poparcie części społeczeństwa. W jego opinii ewentualny upadek władzy nie musi oznaczać demokratycznej transformacji. „Jeśli władza będzie leżała na ulicy, podniosą ją najbardziej zorganizowane siły, czyli Gwardia Rewolucyjna” – mówi. Jego zdaniem mogłoby to doprowadzić do powstania wojskowej junty zamiast obecnej teokracji.

W dyskusjach o przyszłości Iranu pojawia się także nazwisko syna ostatniego szacha, Reza Pahlavi. Witold Waszczykowski ocenia jednak, że jego szanse na realne przejęcie władzy są ograniczone.

Jak zauważa, ma on dwa istotne atuty, rozpoznawalność polityczną oraz wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych i Izraela. To jego zdaniem mogłoby dawać Irańczykom nadzieję na pomoc Zachodu w reformowaniu gospodarki.

Polska w oczach Irańczyków

.Były ambasador wskazuje, że przez wiele lat Polska była w Iranie postrzegana raczej neutralnie. Współpraca gospodarcza pozostaje jednak niewielka, a handel między krajami liczony jest w dziesiątkach milionów dolarów.

Zwraca też uwagę na historyczne epizody łączące oba narody, w tym ewakuację Armia Andersa do Iranu w 1942 roku oraz los tzw. „dzieci Isfahanu”. Jak podkreśla, dziś wydarzenia te rzadko pojawiają się w irańskiej debacie publicznej.

Witold Waszczykowski w udzielonym dla Euronews wywiadzie, krytycznie ocenia zarówno politykę obecnego rządu Donalda Tuska wobec regionu, jak i działania Unii Europejskiej na Bliskim Wschodzie. Jego zdaniem Europa utraciła wpływy w tym obszarze, co widać również w braku wspólnego stanowiska wobec napięć wokół Iranu. „Europejska polityka zbankrutowała już na kilku kierunkach” – ocenia były minister.

W jego opinii brak spójnej strategii wobec Iranu jest konsekwencją wcześniejszego lawirowania wobec jego ambicji nuklearnych oraz sporów politycznych z administracją Donalda Trumpa.

Zmierzch dyplomacji

.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA

Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.

Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu. 

Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.

Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość. 

Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.

Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji. 

Jeśli przywódca jednego kraju albo minister spraw zagranicznych ma interes do swojego odpowiednika w innym kraju, to robi dziś to tak samo, jak już od lat robi to każdy z nas, chcąc się z kimś skomunikować: bierze smartfon i łączy się albo wysyła SMS-a. I jeśli otworzymy dziś jakąkolwiek telewizję czy portal informacyjny, to łatwo natkniemy się na zdjęcie Macrona, Merza albo Zełenskiego ze smartfonem przy uchu. 

Nie tak dawno media obiegła charakterystyczna anegdotka i towarzyszący jej filmik z Nowego Jorku, pokazujący, jak Macron, którego auto policja zatrzymała na ulicy z powodu planowanego przejazdu kolumny prezydenta USA, dzwoni z poczuciem humoru na komórkę do Trumpa, aby mu się osobiście poskarżyć, a przy okazji – co najciekawsze – na nowojorskiej ulicy, przeciskając się między stojącymi autami, wszczyna z Trumpem rozmowę na temat warunków pokoju na Ukrainie. Anegdota jest przednia, a morał, jaki z niej płynie, jest taki, iż dyplomatyczni pośrednicy stali się zbędni w załatwianiu spraw pomiędzy państwami. 

Ba… dziś regułą stało się coś, co jeszcze jakieś dwie dekady temu było nie do pomyślenia: oto ambasador Francji w USA w ogóle nie wie, że jego prezydent gawędzi sobie z przywódcą Ameryki i coś może nawet z nim tam istotnego ustala. Albo też, że z szefem polskiej placówki w Waszyngtonie nasz prezydent w ogóle nie chce mieć do czynienia podczas wizyty w Białym Domu, bo obawia się, iż ów, jako wewnętrzny wróg polityczny, raczej może mu przeszkodzić niźli pomóc w tej podróży.

Prawie nigdzie nie ma już takiej starej i dobrej praktyki, jak zapraszanie obcego ambasadora, aby przekazać mu poufne wieści dla przywódców jego kraju. Owszem, są jeszcze takie państwa, które kultywują obyczaj wzywania ambasadorów, jako manifestację wrogości. W tym równie starym zresztą obyczaju ambasador używany jest jako swoisty „słup ogłoszeniowy”, któremu niższej rangi urzędnik MSZ odczytuje jakiś tam list protestacyjny; w Polsce w ten sposób zwykło się wzywać ambasadora rosyjskiego po każdej kolejnej moskiewskiej prowokacji.

LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/

oprac. Laura Wieczorek

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 marca 2026