Następny przywódca Iranu nie przetrwa zbyt długo bez mojego poparcia [Donald Trump]

Następny przywódca Iranu nie przetrwa zbyt długo, jeśli nie będzie miał mojego poparcia – powiedział prezydent USA Donald Trump w wywiadzie dla telewizji ABC. Prezydent nie wykluczył też użycia wojsk lądowych, by przejąć zapasy irańskiego wzbogaconego uranu.
Prezydent nie wykluczył poparcia dla przywódcy związanego z dotychczasowym reżimem w Teheranie, jeśli byłby to dobry lider
.Pytany o wybory następcy przywódcy Iranu Alego Chameneia, Donald Trump powiedział ABC, że ktokolwiek nim będzie, „musi uzyskać poparcie” USA. Prezydent argumentował, że chce uniknąć konieczności powrotu do działań zbrojnych za pięć czy dziesięć lat, a zwłaszcza nie dopuścić do tego, by Iran wszedł w posiadanie broni jądrowej.
– Jeśli nie uzyska (poparcia USA), nie przetrwa zbyt długo. Chcemy mieć pewność, że nie będziemy musieli wracać co 10 lat, kiedy nie będziecie mieli takiego prezydenta jak ja, który by to zrobił – dodał.
Prezydent nie wykluczył poparcia dla przywódcy związanego z dotychczasowym reżimem w Teheranie, jeśli byłby to dobry lider.
Donald Trump przedstawił też kolejne uzasadnienie trwającej operacji zbrojnej. Twierdził, że Iran planował przejęcie kontroli nad całym Bliskim Wschodem, a Stany Zjednoczone temu zapobiegły.
Określił Iran mianem „papierowego tygrysa”, dodając, że tydzień temu takim jeszcze nie był.
– Oni planowali atak na cały Bliski Wschód, przejęcie całego Bliskiego Wschodu – twierdził Donald Trump.
Prezydent zadeklarował, że „wszystkie opcje są na stole” w kwestii irańskiego wzbogaconego uranu, w tym użycia sił specjalnych do jego fizycznego przejęcia. Zapasy te mają znajdować się m.in. w głęboko zakopanych tunelach w Isfahanie, znajdujących się poza zasięgiem bomb penetrujących. Jak podał „New York Times”, amerykański wywiad uważa, że Iran ma dostęp do tych materiałów. Wzbogacenie uranu z obecnych 60 proc. do 90 proc. potrzebnych do konstrukcji bomby atomowej wymaga według amerykańskich urzędników ok. 7-10 dni.
Następny przywódca Iranu nie został ujawniony. Boi się ataków USA
.Według doniesień portalu Axios i innych mediów, taka opcja jest dyskutowana w Białym Domu, a pytany o to wprost Donald Trump powiedział, że jest to możliwe, choć zaznaczył, że konieczne byłyby do tego odpowiednie warunki na miejscu. Jak podał „Washington Post”, słynna jednostka spadochroniarzy, 82. dywizja powietrznodesantowa odwołała planowane wcześniej ćwiczenia, co wywołało spekulacje o możliwości wysłania jej do Iranu.
Odnosząc się do ceremonii powitania ciał żołnierzy poległych w trakcie wojny, Trump powiedział, że wydarzenie to nie zmieniło jego podejścia do wojny. Rodzice ofiar mówili mi, bym wygrał dla ich synów – zaznaczył.
Irańskie władze odrzuciły wypowiedzi Donald Trumpa. Minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi oświadczył wywiadzie dla NBC, że wybór nowego przywódcy to wyłącznie sprawa narodu irańskiego.
Nowy najwyższy przywódca Iranu będzie również nosił nazwisko Chamenei – przekazał członek Zgromadzenia Ekspertów Hosejnali Eszkawari, cytowany przez agencję Reutera. Jak podkreśla agencja, sugeruje to wybór syna zabitego Alego Chameneia – Modżtaby.
„Większością głosów wybrano osobę, która będzie kontynuować drogę imama (Ruhollaha) Chomeiniego (pierwszego przywódcy Iranu) i męczennika imama (Alego) Chameneia. Nazwisko Chamenei pozostanie niezmienione. Głosowanie zostało zakończone, a jego wyniki zostaną wkrótce ogłoszone” – przekazał Eszkawari.
Sugeruje to, że następcą zabitego w amerykańsko-izraelskim ataku najwyższego przywódcy Iranu zostanie jego syn, Modżtaba Chamenei, który był uważany za jednego głównych kandydatów do tej roli.
Irańskie Zgromadzenie Ekspertów wybrało w niedzielę nowego przywódcę państwa, ale jego nazwisko nie zostało jeszcze ogłoszone – informowali już wcześniej członkowie tego gremium.
Mohsen Hejdari, przedstawiciel prowincji Chuzestan w 88-osobowym Zgromadzeniu Ekspertów oświadczył, że wyboru dokonano zgodnie z zaleceniem Alego Chameneia, który mówił, że jego następca powinien być „nienawidzony przez wroga”, a nie przez niego chwalony.
Iran, amerykańska „Ukraina”?
Koalicja USA-Izrael posiada miażdżącą przewagę wojskową nad Iranem. Siły powietrzne prawie tam nie istniały, obrona przeciwlotnicza była dziurawa i dziś można stwierdzić, że koalicja uzyskała całkowitą dominację w powietrzu. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku marynarki wojennej. Szkopuł w tym, że dominacja w powietrzu i na morzu nie jest wystarczająca, by zmusić Iran do kapitulacji. Dowodzą tego doświadczenia wielu wojen – pisze prof. Kazimierz DADAK
Donald Trump jako kandydat na urząd prezydenta nieustannie obiecywał, że za jego rządów nie będzie „wojen bez końca”. Jego hasło „America First” skupiało uwagę na sprawach wewnętrznych, dzięki czemu Stany Zjednoczone miały ponownie stać się, jak on sam głosił, „wielkie”. Wojna z Iranem nie tylko podważa te obietnice, ale może stać się tak wielkim wyzwaniem dla Waszyngtonu, jak dla Kremla stała się wojna z Ukrainą.
Władimir Putin najechał Ukrainę, mając nadzieję, że zwycięstwo przyjdzie szybko i bez większych strat. Niespodziewany amerykańsko-izraelski atak na Iran miał przynieść podobne wyniki. W obu przypadkach naczelnym zadaniem było „regime change” (zmiana władzy z nieprzyjaznej na życzliwą). Uśmiercenie duchowego przywódcy irańskich szyitów, ajatollaha Alego Chameneiego, miało otworzyć drzwi lokalnym opozycjonistom do przejęcia władzy, a w najgorszym przypadku doprowadzić do ziszczenia się „scenariusza wenezuelskiego”, w którym jego następcy przerażeni perspektywą utraty władzy, a może i życia bez wahania przyjmą amerykańskie warunki.
Wojna amerykańsko-izraelsko-irańska trwa dopiero sześć dni, a w trzecim dniu działań wojskowych Donald Trump wyraził przekonanie, że zmagania będą trwać 4–5 tygodni. Niemniej sam prezydent dodał, że wojna może potrwać dłużej i że także w tym mniej optymistycznym przypadku on się „nie znudzi” i będzie prowadzić wojnę aż do osiągnięcia zamierzonych celów. Miejmy nadzieję, że zaiste wojna będzie krótka, ale minister Pete Hegseth i przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Dan Caine, podali do publicznej wiadomości, że na Bliski Wschód kierowane są posiłki. Zatem zgromadzona tam armada najwyraźniej okazuje się niewystarczająca do wcielenia w życie założonych planów.
ficjalne cele mają charakter ściśle wojskowy – likwidacja programu atomowego, unicestwienie arsenału rakiet balistycznych i floty wojennej oraz zakończenie wspierania ruchów szyickich w świecie muzułmańskim. W sumie oznacza to całkowite rozbrojenie Iranu i trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd chroniący suwerenność swego państwa mógł przystać na te warunki. Bez zmiany władzy na całkowicie zależną od Waszyngtonu spełnienie tych wymogów raczej nie wchodzi w grę.
Jeśli chodzi o możliwość pojawienia się przychylnej Waszyngtonowi władzy, mamy do czynienia z poważnymi kłopotami. Prezydent Donald Trump i sekretarz Marco Rubio głośno nawołują Irańczyków do wyjścia na ulice i przejęcia władzy, ale jak można oczekiwać takiego rozwoju sytuacji, gdy z jednej strony wokół są wybuchy, a z drugiej służby bezpieczeństwa nadal są sprawne? Ponadto takie przypadki jak zbombardowanie szkoły dla dziewczynek czy szpitala nie przysparza Stanom Zjednoczonym przyjaciół. Ogólnie rzecz biorąc, naciski z zewnątrz, mające na celu obalenie władzy, powodują raczej zwarcie szeregów niż przejście na drugą stronę.
Presja wojskowa najwyraźniej nie przyniosła oczekiwanych wyników. Unicestwienie dużej części przywództwa politycznego i wojskowego nie doprowadziło do kapitulacji. Pomimo poniesionych strat irańskie siły zbrojne przystąpiły do kontrataku niecałe dwie godziny po rozpoczęciu wojny. Władze były więc przygotowane do przyjęcia takiego ciosu – rozwój sytuacji najwyraźniej zaskoczył koalicję amerykańsko-izraelską. Już sam fakt, że pojawienie się armady nie doprowadziło do wywieszenia przez Teheran białej flagi, był dla Waszyngtonu niespodzianką, ale nie spowodował wypracowania planu B.
Takie kroki podejmowane są dopiero teraz. Na gwałt próbuje się stworzyć koalicję chętnych do zbrojnej rebelii wewnątrz Iranu. Najlepszymi kandydatami do takiej roli wydają się Kurdowie i Azerowie – oba te narody stanowią zdecydowaną większość w północno-zachodnim Iranie. Ale taki rozwój sytuacji nie jest oczywisty. Obecny prezydent Iranu, Masud Pezeszkian, jest z pochodzenia Azerem. Azerowie są także w zdecydowanej większości szyitami, więc mają bliskie związki religijne z Persami. Kurdowie w swej masie są sunnitami, ale nie mają dobrych doświadczeń we współpracy z Amerykanami. Zamieszkują nie tylko Iran, ale także Irak, Turcję i Syrię.
W 1991 r. w trakcie pierwszej wojny z Irakiem prezydent George H.W. Bush (senior) wezwał Kurdów irackich do powstania, ale po zwycięstwie nie udzielił im żadnej pomocy i ówczesny dyktator, Saddam Husajn, krwawo się z nimi rozprawił. Ostatnio Stany Zjednoczone posłużyły się Kurdami w Syrii przy obalaniu Baszara al-Asada, ale po osiągnięciu tego celu Waszyngton raczej postawił na zwycięskiego Ahmada asz-Szara (Araba). Stąd rodzi się pytanie, na ile Azerowie i Kurdowie będą skłonni nadstawiać karku w tych zmaganiach. Ponadto taka taktyka na pewno spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem Turcji, w której od dziesięcioleci tli się kurdyjska rebelia – perspektywa kurdyjskiego państwa po drugiej strony granicy stanowi dla Ankary jaskrawą czerwoną linię. Zatem najbardziej obiecująca droga Ameryki do osiągnięcia zamierzonych celów wydaje się nadzwyczaj wyboista.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-kazimierz-dadak-iran-amerykanska-ukraina/
PAP/MB




