
Święto wolności
Dawniej mawiało się w Polsce, że skuteczna polska polityka na wschodzie musi wieść przez Brukselę. Te czasy minęły, trochę nawet szkoda, że minęły. Dziś polska polityka na wschodzie wiedzie przez Biały Dom. Szczęście, że akurat siedzi tam przywódca, który choć nie przepada za Europą, to ciągle ceni sobie Polskę jako przydatnego Ameryce sojusznika – pisze Jan ROKITA
.Od dawna Polska nijak nie potrafiła sobie radzić z mińskim tyranem, a meandry polskiej polityki wobec Białorusi to dzieje polskiej naiwności i polskich porażek. I to niezależnie od tego, kto akurat jest w danej chwili u władzy w Warszawie. Zawsze zresztą podejrzewałem, że przyczyna tego tkwi nie tyle w samym koncepcie postępowania z przebiegłym Aleksandrem Łukaszenką, ile raczej w nieustannej zmienności tego konceptu po polskiej stronie. Generalnie bowiem zwykło się uważać, że Polska należy do tych państw unijnych, które tradycyjnie forsują twardą strategię polityczną, tak wobec „wielkiego tyrana” na Kremlu, jak i wobec mińskiego „tyrana kieszonkowego”, co wcale nie znaczy, że mniej okrutnego. Ale to przecież nieprawda, przynajmniej gdy idzie o Białoruś.
Bo to przecież w Warszawie po wielekroć powracał koncept, aby jakoś z Łukaszenką zagrać, zrobić mu parę przyjemności, wykonać gesty – bo wtedy ponoć będzie można go odciągnąć od Putina. Takie pomysły wracały w Polsce nieustannie, a co najśmieszniejsze (ale i w jakiś sposób tragiczne) – ilekroć polski rząd przystępował do ich wprowadzania w czyn, zwiastowało to rychłe utwardzenie się mińskiego reżimu, wzrost represji na Białorusi i skracanie moskiewskiej smyczy, na której Putin od lat trzyma swojego wasala. Taki był efekt białoruskiej ofensywy ministra Radosława Sikorskiego w roku 2008, kiedy udało mu się namówić sceptyczną unijną większość do zdjęcia sankcji z reżimu mińskiego, a wkrótce potem Łukaszenka spacyfikował manifestacje na Placu Niepodległości i zapędził liderów opozycji do łagrów. A przy okazji siłą rozprawił się ostatecznie ze Związkiem Polaków na Białorusi, kradnąc jego dobytek ufundowany przez Państwo Polskie.
Jeszcze gorzej rzecz się miała w efekcie upokarzających dla Polski umizgów wobec mińskiego tyrana, których twarzami w roku 2016 byli minister Witold Waszczykowski i ówczesny marszałek senatu Stanisław Karczewski, zachwycający się po powrocie z Mińska mądrością Łukaszenki i przepychem jego pałacu. Niedługo po tej polskiej akcji miński tyran zrzekł się na rzecz Moskwy ostatnich atrybutów niepodległości kraju, m.in. integrując system podatkowy i energetyczny kraju z Rosją, a na dodatek uczynił z terytorium Białorusi zaplecze i poligon dla rosyjskiej armii. Zbiegło się to czasowo z największą falą represji na Białorusi, przekraczającą rozmiarami i brutalnością nawet to, co działo się tam w czasach sowieckich, skutkującą fizyczną likwidacją wszelkich ruchów opozycyjnych. Jak również ze sztucznym wywołaniem przez Mińsk wielkiego kryzysu migracyjnego na polskiej granicy. No i w końcu mieliśmy rosyjską ofensywę pancerną na Kijów, na szczęście nieudaną, przeprowadzoną z terytorium Białorusi.
To nieustanne pasmo polskich klęsk w relacjach z przebiegłym tyranem wspominam dlatego, że – przyznaję – nie wierzyłem już w to, iż Polsce uda się doprowadzić do uwolnienia z łagru Andrzeja Poczobuta. Nie tylko ja obserwowałem z poczuciem bezsilności i beznadziei kolejne wyprawy do Mińska amerykańskiego wysłannika Johna Coala, przywożącego Łukaszence w prezencie a to spinki do koszuli z wizerunkami Białego Domu, a to zezwolenie na serwisowanie w USA samolotów białoruskich, dotąd objętych sankcjami. I w zamian wydostającego z łagrów dziesiątki (czy ostatnio już nawet setki) ludzi, wtrąconych tam przez tyrana za opór wobec jego władzy. Ale ciągle nie było wśród nich Poczobuta – więźnia dla Polski symbolicznie ważnego, bo niemożliwego do złamania, nieustraszonego krytyka łukaszenkowskiej tyranii. Dziennikarza gotowego oddać życie za wolność słowa. Iluż takich w ogóle dziś mamy?
Uwolnienie Poczobuta z łukaszenkowskiej tiurmy to polskie święto wolności. Dlatego zasługuje na uznanie gest premiera Donalda Tuska, który udał się na granicę, aby tam powitać bohatera w imieniu Państwa Polskiego. Ale zarazem to pierwszy od dawna polski sukces w trwającej od lat politycznej grze z mińskim tyranem. Jak zwykle w skonfliktowanej Polsce, o każdą dobrą rzecz, jaka się wydarza, musi zostać wszczęty partyjny spór o zasługi; inaczej już w Polsce polityki nikt uprawiać nie potrafi. Nie wchodząc w szczegóły przewlekłej rozgrywki o wolność dla Poczobuta, nie wątpię przecież, że starania czynił w tej sprawie zarówno rząd premiera Tuska i podległe mu służby specjalne, jak i prezydent Karol Nawrocki. Bo dlaczegóż mieliby, na miły Bóg, takich starań nie czynić?
.Realistycznie warto jednak jasno zdać sobie sprawę, iż politycznym sprawcą uwolnienia Poczobuta jest Donald Trump. W dzisiejszych okolicznościach, w których na dobrą sprawę wszelkie relacje polsko-białoruskie są zerwane i – co ważne – takimi powinny na razie pozostać, ani Karol Nawrocki, ani Donald Tusk nie mieli mocy sprawczej, aby Łukaszenkę nakłonić do uwolnienia znienawidzonego przezeń wroga. To stary John Cole, który wiele lat temu bronił dzielnego płk. Oliviera Northa, organizującego nielegalne pieniądze na wsparcie antykomunistycznej partyzantki w Nikaragui, swoimi sposobami nakłonił Łukaszenkę do tej decyzji. Ale jak sam teraz opowiada, zrobił to tylko dlatego, że to Trump nakazał mu doprowadzić do uwolnienia Poczobuta.
Warto z takich szczęśliwych historii wyciągać roztropne wnioski. Dawniej mawiało się w Polsce, że skuteczna polska polityka na wschodzie musi wieść przez Brukselę. Te czasy minęły, trochę nawet szkoda, że minęły. Dziś polska polityka na wschodzie wiedzie przez Biały Dom. Szczęście, że akurat siedzi tam przywódca, który choć nie przepada za Europą, to ciągle ceni sobie Polskę jako przydatnego Ameryce sojusznika.




