Niemcy obudziły się, ale nadal nie są gotowe do samodzielnej obrony [Tagesspiegel]

Prawie rok po przemówieniu wiceprezydenta USA J.D. Vance’a na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa (MSC) Niemcy i Europa obudziły się, ale nadal nie są gotowe do samodzielnej obrony, choć poczyniły pewne postępy – ocenił w niemiecki dziennik „Tagesspiegel”.
Niemcy obudziły się – zdolności do obrony nadal jednak nie mają
.Berlińska gazeta przypomniała, że na MSC w 2025 r. J.D. Vance powiedział, że największe zagrożenie dla Europy nie pochodzi z Rosji ani Chin, lecz „z wewnątrz”. Skrytykował też niskie wydatki obronne państw europejskich oraz „odejście od wspólnych wartości”.
Zdaniem „Tagesspiegla” od tego czasu „Niemcy się obudziły” – rząd kanclerza Friedricha Merza potroił wydatki na obronność, wznowił dyskusję o przywróceniu poboru do wojska i rozsyła formularze poborowe do młodych osób.
Gazeta oceniła, że także inne państwa Europy stopniowo dojrzewają do wzięcia większej odpowiedzialności za przetrwanie Ukrainy. Robią to „z konieczności, ponieważ (prezydent USA) Donald Trump nie chce już udzielać pomocy sojusznikom”, w przeciwieństwie do swojego poprzednika Joe Bidena. W Niemczech rośnie też świadomość, że wynik wojny w Ukrainie będzie miał kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju i całej Europy – dodano.
Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa 2026
.Europa stoi jednocześnie przed trzema wyzwaniami: zapewnieniem Ukrainie niezbędnego uzbrojenia, a zwłaszcza systemów obrony powietrznej, wzmocnieniem własnych sił zbrojnych w celu odstraszania Rosji oraz utrzymaniem relacji sojuszniczych z USA, mimo że w erze Donalda Trumpa jest to trudniejsze – wyliczył „Tagesspiegel”.
W ocenie dziennika na konferencji w Monachium 2026 ponownie będą dominować skargi, że Niemcy i Europa nie są w stanie samodzielnie się bronić, a wsparcie Stanów Zjednoczonych pod rządami Trumpa jest wątpliwe. „Nadzieję budzi fakt, że na czele delegacji USA będzie sekretarz stanu Marco Rubio, a J.D. Vance prawdopodobnie nie przyjedzie” – podkreślono.
Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa 2026 odbędzie się w dniach 13–15 lutego w hotelu Bayerischer Hof. Spodziewanych jest ponad 60 szefów państw i rządów oraz blisko 100 ministrów spraw zagranicznych i obrony. Polskie władze w Bawarii reprezentować będzie m.in. szef MSZ Radosław Sikorski.
Powrót atomowych Niemiec
.Pod przywództwem Friedricha Merza Niemcy dobrze odrabiają lekcje przeszłości, szybko uczą się i – co najważniejsze – mają odwagę przyznawania się do własnych błędów. Energetyka jądrowa jest tu tylko jednym, ale za to wyrazistym przykładem – pisze Jan ROKITA
To już po raz drugi, tym razem stanowczo i dobitnie, kanclerz Friedrich Merz potępia i odwołuje kluczowy punkt sławetnego programu „Energiewende” – likwidację niemieckiej energetyki jądrowej. Merz oskarża swoją poprzedniczkę Angelę Merkel (choć nie wymienia jej po nazwisku) o popełnienie „poważnego i strategicznego błędu” w roku 2011, gdy pod wpływem nastrojów wywołanych awarią japońskiej elektrowni w Fukushimie zdecydowała o wygaszeniu wszystkich niemieckich reaktorów jądrowych.
Była to decyzja skrajnie arbitralna, gdyż tradycyjnie niemiecka chadecja – w przeciwieństwie do socjalistów – aż do tamtego czasu mocno broniła energetyki atomowej, a sama Merkel, jako liderka opozycji przeciw rządowi Schroedera, krytykowała i odrzucała cały zielono-socjalistyczny program „Energiewende”, w tym także szybkie przechodzenie na wiatraki i fotowoltaikę.
Co gorsza, tamten nagły antyatomowy zwrot niemieckiej centroprawicy wziął się raczej z ówczesnej rozgrywki o władzę niźli z jakiejś racjonalnej strategii energetycznej rządu Merkel.
.Badania opinii pokazywały, iż 90 proc. Niemców, zawsze zresztą chętnych do demonstrowania przeciw atomowi, tak w energetyce, jak i w produkcji broni, chciało w tamtych latach wygaszenia elektrowni atomowych, więc Merkel bała się, iż lewica i zieloni przejmą na swoją korzyść ów antynuklearny zapał w narodzie. A przy tym sądziła, iż tani import energii z Rosji jest bezpieczny, więc chadecja tym łatwiej może sobie pozwolić na tego rodzaju antyatomowy populizm.
PAP/MJ






