Psychologia inflacji. Dlaczego czujemy się biedniejsi, nawet kiedy zarabiamy więcej?

Burrito kosztujące 20 dolarów stało się w Stanach Zjednoczonych czymś więcej niż tylko symbolem drożyzny. Spór, który rozpoczął się od pozornie banalnej uwagi amerykańskiego studenta, odsłonił bowiem znacznie poważniejsze napięcie pomiędzy tym, co o gospodarce mówią dane, a tym, jak widzą je a nawet jak gospodarkę przeżywają ludzie.
.Justin Wolfers, profesor ekonomii i polityki publicznej na University of Michigan, zwraca na łamach „The New York Times” uwagę, że współczesnego doświadczenia inflacji nie sposób wyjaśnić wyłącznie za pomocą wskaźników cen, płac i siły nabywczej. Inflacja jest bowiem również doświadczeniem psychologicznym, które pozostawia po sobie pamięć utraconych cen, poczucie odebranej podwyżki i trudne do przezwyciężenia przekonanie, że świat stał się po prostu za drogi. Czy to naukowa odpowiedź na znane „kiedyś było lepiej”?
Punktem wyjścia do rozważań prof. Justina Wolfersa jest zdarzenie niemal banalne. Jeden z amerykańskich studentów stwierdził, że burrito nie powinno kosztować 20 dolarów, a uwaga ta, podchwycona w mediach społecznościowych przez konserwatywnego aktywistę, uruchomiła gwałtowną dyskusję w środowiskach związanych z ruchem MAGA. Jedni przekonywali, że konsument powinien zaakceptować rzeczywistość i dokonywać rozsądniejszych wyborów, inni zaś dostrzegali w cenie zwykłego posiłku sygnał znacznie większego problemu politycznego: Partia Republikańska może nie rozumieć narastającego poczucia ekonomicznego niepokoju swoich własnych wyborców, a brak odpowiedzi na problem kosztów życia może w konsekwencji odbić się na jej wyniku w słynnych midterm, wyborach środka kadencji.
Sama historia burrito nie miałaby zapewne większego znaczenia, gdyby nie fakt, że dotyka doświadczenia podzielanego przez ogromną część amerykańskiego społeczeństwa. Według przywoływanego przez Wolfersa badania Harris Poll aż 95 proc. Amerykanów uważa, że kraj przeżywa kryzys dostępności cenowej, a więc sytuację, w której podstawowe elementy codziennego życia tj. żywność, mieszkanie, energia, transport czy usługi stają się dla obywateli coraz trudniej osiągalne.
Emocje a wiedza
.Problem polega na tym, że statystyki gospodarcze nie potwierdzają tego przekonania w sposób tak jednoznaczny, jak można by oczekiwać. Indeks cen konsumpcyjnych mierzy koszt rozległego koszyka dóbr i usług, które kupują gospodarstwa domowe: żywności, czynszów, paliwa, ochrony zdrowia, usług, rozrywki czy posiłków kupowanych poza domem, a następnie pozwala porównać ten koszt z dynamiką wynagrodzeń. Jeżeli spojrzeć na ten problem w najbardziej klasyczny sposób, a więc przez relację pomiędzy płacą a kosztem życia, większość Amerykanów może pozwolić sobie na więcej niż kilka lat temu, ponieważ ich realne, skorygowane o inflację wynagrodzenia wzrosły. Prof. Wolfers zastrzega wprawdzie, że ostatnie wzrosty cen energii związane z napięciami wokół Iranu chwilowo zakłóciły tę zależność, lecz zasadniczy obraz pozostaje bez zmian: statystycznie siła nabywcza przeciętnego pracownika nie załamała się w sposób odpowiadający społecznemu przekonaniu o powszechnym kryzysie dostępności.
I właśnie tutaj zaczyna się problem znacznie ciekawszy niż sama inflacja. Można bowiem zapytać, komu należy wierzyć: danym pokazującym, że realne dochody wzrosły, czy konsumentowi, który patrząc na rachunek za posiłek, ma poczucie, że coś fundamentalnego w gospodarce przestało działać? Naturalnym odruchem ekonomisty jest, jak przyznaje Wolfers, zaufanie statystykom, lecz doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że próba cierpliwego tłumaczenia ludziom, iż ich odczucia są błędne, ponieważ przeczą im dane, prowadzi donikąd. Ludzie nie przeżywają gospodarki jako zbioru wskaźników. Nie doświadczają realnej płacy jako wartości obliczonej na podstawie indeksu cen, lecz zapamiętują ceny konkretnych produktów, wysokość czynszu, koszt rodzinnych zakupów i to, ile pieniędzy pozostaje im na koncie po opłaceniu rachunków. Dlatego przekonuje Wolfers to, co określa się mianem kryzysu dostępności, należy rozumieć nie tylko jako kategorię ekonomiczną, ale również jako psychologiczne następstwo okresu gwałtownie rosnących cen.
Mechanizm burrito
.Autor tłumaczy ten mechanizm na własnym przykładzie. Kiedy jego uniwersytet przyznał mu podwyżkę, naturalnie uznał ją za nagrodę za dobrze wykonywaną pracę i zawodowy wysiłek. Tak działa podstawowa ludzka intuicja: wzrost wynagrodzenia przypisujemy swoim zasługom, kompetencjom czy skuteczności, włączając dodatkową część dochodu do opowieści o osobistym sukcesie. Kiedy jednak wkrótce potem wzrosły ceny i znaczna część tej podwyżki została przez inflację pochłonięta, doświadczenie było zupełnie inne. Podwyżka jawiła się jako coś wypracowanego i zasłużonego, inflacja natomiast jako siła zewnętrzna, bezosobowa i niesprawiedliwa, która odebrała coś, co człowiek zdążył już uznać za swoje.
Ekonomista może oczywiście powiedzieć, że pracodawca dokonał jedynie korekty wynagrodzenia wynikającej ze wzrostu kosztów życia, a zatem w kategoriach realnych sytuacja pracownika prawie się nie zmieniła. Psychologicznie wydarzyły się jednak dwie odrębne rzeczy: najpierw sukces, potem strata. To, co w modelu ekonomicznym jest neutralnym dostosowaniem nominalnych wartości, w ludzkiej świadomości staje się historią o nagrodzie, która została odebrana. Z tej perspektywy najważniejszą zmienną nie jest więc nawet to, ile dóbr można faktycznie kupić za otrzymywane wynagrodzenie, lecz samo doświadczenie wzrostu cen. Inflacja pozostawia szczególny ślad w pamięci ekonomicznej.
Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do wyższej pensji, znacznie wolniej natomiast akceptuje cenę produktu, który jeszcze niedawno kosztował wyraźnie mniej. Dlatego nawet jeśli wynagrodzenie w pewnym momencie dogania inflację, poczucie straty nie znika; punktem odniesienia pozostaje bowiem dawna cena, a nie zmieniona relacja pomiędzy dochodem a kosztami życia. To właśnie tę różnicę pomiędzy ekonomią a psychologią inflacji Wolfers uznaje za klucz do zrozumienia współczesnego amerykańskiego niezadowolenia.
Badania prowadzone przez Stefanie Stantchevą z Harvardu pokazują, że nie jest to wyłącznie indywidualna intuicja. W szeroko zakrojonych badaniach dotyczących społecznego postrzegania inflacji Amerykanie bardzo często wyrażali przekonanie, że wzrost cen prowadzi niemal automatycznie do pogorszenia sytuacji materialnej oraz utrudnia dostęp do podstawowych dóbr, przede wszystkim mieszkań i żywności. Z punktu widzenia teorii ekonomii zależność ta nie jest jednak tak prosta. Historia okresów inflacyjnych pokazuje, że płace i ceny mają tendencję do wzajemnego dostosowywania się: czasem najpierw rosną wynagrodzenia, czasem ceny, lecz z czasem oba procesy zaczynają się do siebie zbliżać. Jeżeli przedsiębiorstwo może sprzedawać swoje produkty drożej, rośnie również nominalna wartość pracy jego pracowników, a presja konkurencyjna na rynku pracy powinna w dalszej perspektywie prowadzić do wzrostu wynagrodzeń. Jeżeli dany pracodawca nie chce zapłacić więcej, może zrobić to inny, potrzebujący pracowników. W klasycznym modelu ekonomicznym siła nabywcza zostaje więc stopniowo odbudowana.
Rzecz w tym, że ludzie niekoniecznie wierzą w taki model gospodarki. W potocznej świadomości pensję ustala pracodawca, który z zasady niechętnie ją podnosi, podczas gdy ceny rosną niezależnie od pracownika i niezależnie od jego woli. Jeżeli przyjąć ten sposób myślenia, inflacja rzeczywiście staje się czystą stratą: ceny idą w górę, wynagrodzenie pozostaje w miejscu, a za tę samą pensję można kupić mniej. Właśnie dlatego społeczna odpowiedź na inflację jest tak często bardzo prosta: skoro problemem są wysokie ceny, rozwiązaniem powinno być ich obniżenie.
Problemy Republikanów
.Na tej intuicji Donald Trump zbudował znaczną część swojej narracji gospodarczej w kampanii wyborczej 2024 r., obiecując, że po objęciu urzędu zacznie natychmiast obniżać ceny. Zdaniem Wolfersa Trump niezwykle trafnie rozpoznał wówczas społeczne emocje, nawet jeśli jego diagnoza ekonomiczna była znacznie bardziej problematyczna. Ograniczenie inflacji oznacza bowiem spowolnienie tempa wzrostu cen, natomiast trwałe obniżenie ich ogólnego poziomu jest procesem zupełnie innym, znacznie trudniejszym i potencjalnie kosztownym, ponieważ deflacji mogą towarzyszyć spadki płac, osłabienie aktywności gospodarczej i wzrost bezrobocia. Nawet gdyby zatem ceny nominalne zaczęły spadać, nie oznaczałoby to automatycznie poprawy dostępności dóbr, jeśli wraz z nimi obniżyłyby się także dochody. Politycznie jednak różnica ta jest znacznie trudniejsza do wyjaśnienia niż prosta obietnica, że wszystko znów będzie kosztowało tyle co dawniej.
W tym miejscu spór o burrito nabiera znaczenia politycznego. Jeżeli wyborcy uwierzyli, że zmiana administracji przyniesie powrót do dawnych cen, a ceny nie spadły, frustracja zaczyna zwracać się przeciwko tym, którzy wcześniej uczynili z inflacji jeden z głównych argumentów przeciw swoim poprzednikom. Wolfers interpretuje więc dyskusję w środowiskach MAGA jako pierwszy sygnał napięcia pomiędzy oczekiwaniami zbudowanymi przez Donalda Trumpa w 2024 r. a rzeczywistością gospodarczą jego prezydentury. To, co wcześniej było skutecznym narzędziem mobilizacji wyborców, może w pewnym momencie stać się źródłem politycznego kosztu.
Najbardziej obrazowa część argumentacji Wolfersa pojawia się jednak wtedy, gdy rozkłada owo 20-dolarowe burrito na czynniki pierwsze, pokazując, że jego cena jest w istocie skondensowanym obrazem amerykańskiej polityki gospodarczej. Aluminiowe opakowanie podlega skutkom polityki celnej; sprowadzane z Meksyku pomidory obciążone są własnymi taryfami; australijska wołowina przechodziła w ostatnim okresie przez kolejne fazy nakładania, zawieszania i ponownego zapowiadania ceł; awokado z Meksyku korzysta dziś z wyjątków wynikających z porozumienia handlowego USA–Meksyk–Kanada, ale również przyszłość tych rozwiązań może zostać zakwestionowana. Ser i śmietana pochodzą z amerykańskiego rolnictwa, które z kolei zmaga się z brakami pracowników, pogłębionymi przez działania Immigration and Customs Enforcement, natomiast kwestia warzyw prowadzi już w stronę problemów bezpieczeństwa żywności. W cenie jednego prostego dania spotykają się więc polityka handlowa, migracyjna, rolna, regulacyjna i przemysłowa, a każda z nich dokłada własną część do końcowego rachunku.
Na tym polega być może największa siła obrazu wykorzystanego przez Wolfersa: gospodarka, która na poziomie makroekonomicznym jest abstrakcyjnym systemem przepływów, indeksów i średnich, na poziomie codziennego doświadczenia przyjmuje postać ceny wydrukowanej na paragonie. Można przekonywać obywatela, że jego realna płaca wzrosła, lecz on pamięta, że jeszcze niedawno za ten sam obiad płacił znacznie mniej. Można pokazywać wykresy dynamiki wynagrodzeń, ale człowiek znacznie silniej reaguje na konkretną liczbę pojawiającą się przy kasie.
Polityka gospodarcza zawsze więc rozgrywa się w dwóch porządkach jednocześnie: w świecie danych i w świecie pamięci, a pomiędzy nimi nie istnieje proste przełożenie. Inflacja jest pod tym względem zjawiskiem szczególnie zdradliwym, ponieważ nawet wtedy, gdy zostaje opanowana, jej skutki pozostają widoczne. Spadek inflacji nie oznacza przecież powrotu cen do poprzedniego poziomu, lecz jedynie ich wolniejszy wzrost. Konsument widzi więc to, co zostało po inflacji, a nie to, że proces jej przyspieszania został zatrzymany. W tym sensie polityczne zwycięstwo nad inflacją może być znacznie mniej odczuwalne niż sama inflacja w momencie swojego nadejścia. To także tłumaczy, dlaczego gospodarka bywa oceniana źle nawet wtedy, gdy jej podstawowe wskaźniki wyglądają stosunkowo dobrze. Wskaźniki mówią o dynamice, człowiek porównuje rzeczywistość z pamięcią. Statystyka pyta, ile dóbr można kupić za dzisiejszą pensję; obywatel przypomina sobie, ile kosztowały one wcześniej. Ekonomia interesuje się realnym dochodem, doświadczenie społeczne – utraconym punktem odniesienia.
.Dlatego burrito za 20 dolarów może powiedzieć o gospodarce więcej niż niejedna tabela statystyczna. Nie dlatego, że jest bardziej precyzyjnym miernikiem dobrobytu, lecz dlatego, że pokazuje coś, czego same dane nie są w stanie uchwycić: sposób, w jaki człowiek przeżywa zmianę gospodarczą. Inflacja jest bowiem nie tylko wzrostem cen, ale także utratą pewnej znanej rzeczywistości, do której konsumenci przywykli i którą uznawali za normalną. A kiedy ta rzeczywistość znika, nawet wzrost wynagrodzeń nie zawsze wystarcza, by przywrócić poczucie bezpieczeństwa.
Być może dlatego spór o inflację jest ostatecznie mniej sporem o liczby niż o pamięć, oczekiwania i poczucie sprawiedliwości. Ekonomista może mieć rację, wykazując, że realna siła nabywcza wzrosła. Konsument może mieć rację, mówiąc, że jego codzienny świat stał się wyraźnie droższy. Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie, ponieważ opisują dwa różne poziomy tej samej rzeczywistości, która jednak przestała się być przestrzenią wspólną.
Jarosław Kowalski




