Robert Ménard odmówił ślubu nielegalnemu imigrantowi. Teraz grozi mu więzienie

Francuskie państwo nie zdołało wyegzekwować decyzji deportacyjnej wobec nielegalnego imigranta. Potrafiło jednak postawić przed sądem burmistrza, który odmówił udzielenia mu ślubu. Ta sprawa coraz mocniej staje się symbolem kryzysu francuskiego państwa, sparaliżowanego własnymi sprzecznościami w kwestii migracji, prawa i autorytetu instytucji. Powróci w debatach przed wyborami prezydenckimi we Francji.
.Proces Roberta Ménarda, burmistrza Béziers na południu Francji, rozpocznie się 30 września 2026 r. przed sądem karnym w Montpellier. Samorządowiec odmówił w lipcu 2023 r. udzielenia ślubu obywatelce Francji i Algierczykowi przebywającemu na terytorium Francji nielegalnie oraz objętemu decyzją o opuszczeniu kraju (OQTF).
Za tę decyzję Robertowi Ménardowi grozi dziś do pięciu lat więzienia, 75 tys. euro grzywny oraz utrata stanowiska burmistrza.
Robert Ménard kontra państwo francuskie
Sprawa wywołała ogromne emocje we Francji, ponieważ dotyka samego serca kryzysu migracyjnego i pytania o realną zdolność państwa do egzekwowania własnego prawa.
Robert Ménard od początku podkreśla, że nie on wydał decyzję deportacyjną wobec Algierczyka. Nakaz opuszcenia terytorium Francji wydały władze państwowe. Problem polega na tym, że decyzji tej nie wykonano.
„Grozi mi więzienie, grzywna, a przede wszystkim utrata praw wyborczych, mimo że mieszkańcy właśnie ponownie wybrali mnie na burmistrza, dając mi ponad 65 proc. głosów” — mówi Robert Ménard. Burmistrz przypomina również, że mężczyzna został wcześniej skazany na osiem miesięcy więzienia za napad z bronią w ręku.
Krótko po odmowie ślubu Algierczyk został jednak wydalony do Algierii. Tam rozpoczął procedurę zawarcia małżeństwa z tą samą kobietą. Według pełnomocniczki pary wszystkie formalności zostały już dopełnione.
Emmanuel Macron przyznał, że prawo jest „absurdalne”
Sprawa okazała się na tyle politycznie niewygodna, że głos zabrał nawet Emmanuel Macron. Prezydent Republiki uznał sytuację za „absurdalną”, wskazując, że obecne przepisy są wadliwe. Emmanuel Macron przypomniał wprawdzie, że konstytucyjna wolność zawierania małżeństwa pozostaje jedną z podstawowych zasad republiki, ale jednocześnie przyznał, że państwo nie zapewnia odpowiedniej ochrony burmistrzom znajdującym się w podobnej sytuacji.
Prezydent opowiedział się również za ustawą zakazującą zawierania małżeństw przez osoby przebywające nielegalnie na terytorium Francji. Sama konieczność takiej deklaracji pokazuje jednak skalę problemu politycznego, z którym mierzy się dziś Francja.
Kryzys autorytetu państwa
W rzeczywistości sprawa Roberta Ménarda wykracza daleko poza lokalny spór prawny. Stała się symbolem głębszego kryzysu państwa francuskiego, które coraz częściej sprawia wrażenie bezsilnego wobec własnych decyzji administracyjnych, a jednocześnie wyjątkowo surowego wobec tych, którzy próbują te decyzje egzekwować politycznie lub symbolicznie.
To właśnie dlatego sprawa wywołuje tak silne emocje we Francji. Dla jednych Robert Ménard naruszył podstawowe zasady republiki. Dla innych stał się symbolem buntu prowincjonalnej Francji przeciwko państwu, które utraciło zdolność kontrolowania własnych granic i własnego prawa.
Statystyki tylko wzmacniają to napięcie. Francja wydała rekordowe 385 tys. zezwoleń na pobyt, w tym 90 tys. w ramach łączenia rodzin i 93 tys. z tytułu azylu oraz ochrony uchodźczej. Według danych przywoływanych przez Deutsche Welle liczba mieszkańców Unii Europejskiej urodzonych poza UE wzrosła w 2025 r. do około 64 milionów.
.W tej historii najbardziej uderza jednak coś innego. Państwo, które przez lata tłumaczyło obywatelom, że nie jest w stanie skutecznie wykonywać decyzji deportacyjnych, okazuje się jednocześnie niezwykle skuteczne wtedy, gdy chce ścigać własnego burmistrza. I właśnie dlatego sprawa Roberta Ménarda stała się czymś więcej niż lokalnym konfliktem administracyjnym. Stała się politycznym symbolem Francji, która coraz bardziej traci zaufanie do własnych instytucji.
Nathaniel Garstecka





