Robert Ménard i Francja, w której państwo przegrywa z własnym prawem

Francja wchodzi dziś w jeden z najbardziej paradoksalnych momentów swojej historii politycznej. Państwo wydaje decyzje, których później nie potrafi wyegzekwować. Administracja produkuje kolejne akty prawne, których skuteczność kończy się często w chwili ich podpisania. A wymiar sprawiedliwości coraz częściej staje się nie arbitrem, lecz uczestnikiem politycznego sporu o to, czym właściwie jest państwo i kto ma jeszcze prawo egzekwować jego decyzje. Sprawa mera Béziers Roberta Ménarda stała się symbolem tego kryzysu.
.Robert Ménard stanie 30 września 2026 roku przed sądem za odmowę udzielenia ślubu Algierczykowi objętemu obowiązkiem opuszczenia terytorium Francji. Grozi mu pięć lat więzienia, 75 tys. euro grzywny oraz utrata prawa wybieralności. W rozmowie z „Journal du Dimanche” nie ukrywa gniewu. Przypomina, że nie on wydał decyzję deportacyjną, lecz państwo francuskie. Pyta więc, dlaczego człowiek objęty nakazem opuszczenia kraju znalazł się przed nim w ratuszu, skoro administracja miała wcześniej zdecydować, że nie ma prawa przebywać we Francji.
„Co ten człowiek robił przede mną w ratuszu? Dla mnie ktoś, kto nie ma prawa przebywać we Francji, nie powinien tam zawierać małżeństwa. I to ja miałbym ponosić konsekwencje, ponieważ państwo nie potrafi wyegzekwować własnych decyzji. Przez tydzień dzwoniłem wszędzie: do prefekta, podprefekta, ministerstwa. Mówiłem im: „Czy wy zdajecie sobie sprawę, w jakiej sytuacji mnie stawiacie?”. Kilka dni później ten człowiek został wydalony. Powinni byli zrobić to wcześniej” – przekonuje.
Ta sprawa wykracza jednak daleko poza jeden ślub i jednego mera. Dotyka sedna współczesnego francuskiego kryzysu politycznego: coraz bardziej widocznego rozdziału między literą prawa, wolą polityczną państwa a praktyką instytucji odpowiedzialnych za wykonywanie decyzji. Ménard twierdzi dziś, że został ukarany nie za złamanie prawa, lecz za próbę potraktowania go poważnie.
Według sondażu CSA dla CNews, Europe 1 i „Journal du Dimanche”, 73 proc. Francuzów opowiada się za zakazem małżeństw z cudzoziemcami przebywającymi nielegalnie na terytorium kraju. „To nie jest sprawa prawicy czy lewicy. To kwestia spójności” – mówi Robert Ménard w „JDD”.
W tle tej sprawy pojawia się pytanie dużo większe niż sam spór administracyjny. Czy we Francji państwo nadal zachowuje zdolność do działania? Czy też kolejne decyzje polityczne istnieją już jedynie symbolicznie — jako komunikaty medialne, deklaracje i gesty, których nikt nie zamierza naprawdę wykonywać?
Francja i wzrost potęgi wymiaru sprawiedliwości
Od lat część francuskich intelektualistów ostrzega przed sytuacją, w której wymiar sprawiedliwości zaczyna dominować nad polityką, administracją i demokratyczną wolą obywateli. Jean-Éric Schoettl, były sekretarz generalny Rady Konstytucyjnej Republiki Francuskiej, pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że współczesny spór wokół suwerenności państw europejskich dotyczy między innymi organizacji wymiaru sprawiedliwości oraz rozszerzania kompetencji instytucji prawnych poza granice wyznaczone wcześniej przez politykę i demokrację.
Jeszcze ostrzej formułował ten problem Éric Zemmour. Pisał, że współczesna Europa doświadcza „oligarchii wymiaru sprawiedliwości”, w której sędziowie tworzą własny system norm moralnych i politycznych, coraz częściej zastępując demokratyczne decyzje obywateli.
W innym tekście publikowanym na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Éric Zemmour przypominał słowa generała de Gaulle’a: „We Francji najwyższym sądem jest lud”. Ostrzegał jednocześnie przed sytuacją, w której jedna z władz — szczególnie sędziowska — zaczyna dominować nad wszystkimi pozostałymi.
Sprawa Roberta Ménarda stała się niemal modelowym przykładem tego konfliktu. Mer miasta wybrany ogromną większością głosów twierdzi dziś, że może zostać pozbawiony funkcji za próbę wyegzekwowania decyzji samego państwa. Jednocześnie państwo, które wydało nakaz deportacyjny, nie potrafiło go wcześniej wykonać.
Państwo prawa czy państwo proceduralne
Współczesna Francja coraz częściej przypomina kraj, w którym procedura zaczyna dominować nad rzeczywistością. Państwo produkuje normy, lecz boi się ich konsekwencji. Ogłasza kolejne decyzje dotyczące migracji, bezpieczeństwa czy walki z przestępczością, ale coraz rzadziej potrafi doprowadzić je do końca.
Robert Ménard mówi dziś wprost, że jego proces ma być ostrzeżeniem dla innych merów: nie próbujcie egzekwować decyzji państwa zbyt dosłownie, bo możecie za to zapłacić politycznie i sądownie.
To właśnie ten rozdźwięk między teorią państwa a jego praktyczną bezsilnością staje się jednym z najważniejszych tematów francuskiej debaty publicznej. Coraz częściej pojawia się tam przekonanie, że współczesna Francja nie cierpi już wyłącznie na kryzys polityczny czy migracyjny, lecz przede wszystkim na kryzys zdolności do podejmowania i wykonywania decyzji.
Prof. Chantal Delsol od lat opisuje kryzys zachodnich demokracji jako kryzys cywilizacyjny i kryzys utraty politycznej odwagi. W jednym z tekstów przypominała, że Europa próbowała zastąpić politykę samym prawem i moralnością.
Dziś właśnie to pytanie wraca nad Sekwaną z wyjątkową siłą: czy państwo może istnieć wyłącznie jako zbiór procedur i norm prawnych, jeśli jednocześnie traci zdolność do działania?
Sprawa Ménarda jako symbol współczesnej Francji
„Dziś wielu merów ostatecznie ustępuje, ponieważ ryzyko jest ogromne, zwłaszcza ryzyko utraty prawa wybieralności. Niektórzy radzili mi nawet, by ślub został udzielony przez zastępcę, abym sam nie musiał tego robić… Niczego nie żałuję” – mówi Robert Ménard w „JDD”. I dodaje: „W ubiegłym roku zaproponowano mi przyznanie się do winy w zamian za łagodniejszy wyrok. Odmówiłem. W formule „przyznać się do winy” jest słowo „winny”. A ja nie jestem niczemu winien. Winni są ci, którzy podejmują decyzje, których nigdy później nie egzekwują. Państwo decyduje, a potem zostawia mera samego wobec konsekwencji”.
Zwróćmy uwagę na fakt, że proces Roberta Ménarda staje się czymś znacznie większym niż lokalnym konfliktem administracyjnym. Dla części Francuzów jest symbolem państwa, które coraz bardziej obawia się własnej suwerenności i własnych decyzji. Dla innych — ostrzeżeniem przed politycznym wykorzystywaniem prawa i próbą obchodzenia zasad państwa prawa pod presją emocji społecznych.
Niezależnie jednak od ocen, sprawa ta odsłania głęboki kryzys współczesnej Francji. Kryzys państwa, które potrafi produkować przepisy, ale coraz trudniej przychodzi mu ich wykonywanie. Kryzys demokracji, w której rośnie przekonanie, że między decyzją obywateli a realnym działaniem instytucji pojawia się coraz większa przepaść.
To właśnie dlatego proces mera Béziers wywołuje we Francji tak ogromne emocje. Nie chodzi już wyłącznie o ślub jednego człowieka. Chodzi o pytanie, kto naprawdę rządzi państwem: polityka, administracja, społeczeństwo czy coraz bardziej autonomiczny świat procedur i wymiaru sprawiedliwości.
Arkadiusz Jordan
Paryż






