Populistyczna demagogia albo fanatyzm politycznego centrum

Prof. Pierre MANENT

Politolog i filozof, historyk idei. Profesor École des hautes études en sciences sociales w Paryżu. Wykładowca Centre d'études sociologiques et politiques Raymond Aron oraz Boston College.

Do ograniczeń międzynarodowej gospodarki dochodzi obowiązek wiary w legitymizację globalizacji, jaki nałożyli na siebie sami Europejczycy, jedyni wyznawcy tej religii, która ich nęka i ogranicza. Inni wykorzystują gospodarkę i politykę międzynarodową, by dążyć do zwiększenia zasobów i prestiżu. Narody spoza Europy rozwijają żagle, podczas gdy Europejczycy je składają. Nie mają też do dyspozycji innego statku niż statek widmo, jakim powoli staje się Unia Europejska.


Tekst dostępny jedynie w wariancie PREMIUM. Aby założyć Konto PREMIUM - [TUTAJ]. Obecnie Konto PREMIUM jest kontem BEZPŁATNYM.

Jeśli posiadasz już konto PREMIUM, zaloguj się.

Do ograniczeń międzynarodowej gospodarki dochodzi obowiązek wiary w legitymizację globalizacji, jaki nałożyli na siebie sami Europejczycy, jedyni wyznawcy tej religii, która ich nęka i ogranicza. Inni wykorzystują gospodarkę i politykę międzynarodową, by dążyć do zwiększenia zasobów i prestiżu. Narody spoza Europy rozwijają żagle, podczas gdy Europejczycy je składają. Nie mają też do dyspozycji innego statku niż statek widmo, jakim powoli staje się Unia Europejska – pisze Pierre MANENT

.Dlaczego w użyciu pozostaje termin „populizm”, skoro dysponujemy już doskonale oddającym istotę sprawy słowem „demagogia”, bardzo często określającym to samo zjawisko? Może ulegliśmy złudnemu przekonaniu, że nowe słowo jest w rzeczy samej czymś innym?

Jako hipotezę, którą warto poddać analizie, proponuję następujące twierdzenie: „populizm” ma te same negatywne konotacje, które przypisujemy słowu „demagogia”. Warto jednak zauważyć, że gdy demagogię przypisywano poszczególnym orientacjom politycznym, mieliśmy do czynienia z demagogią liberalną, socjalistyczną, konserwatywną – i tak dalej. Gdy mowa w tym kontekście o populizmie, oznacza on samą doktrynę, a może tylko treść określonego rodzaju bądź orientację intelektualną.

Populizm prawicy, populizm lewicy

Jako pojęcie populizm niewątpliwie nacechowany jest negatywnie. Dyskredytuje, umniejsza wartość rzeczy. Gdy mówimy o „orientacji populistycznej”, często określamy ją jako „nadmiernie emocjonalną”, „ekstremalną”, „nieodpowiedzialną”. Pojęcia „populizm” jednak nigdy nie obdarzamy wartościowaniem wskazującym na rozumność, umiar i odpowiedzialność. „Populizm” oznacza orientację towarzyszącą wyrażaniu opinii politycznych bądź też określone orientacje takich opinii, które są zazwyczaj dyskredytowane. Opinie te mogą się różnić i można podzielić je w zależności od podstawowej politycznej polaryzacji, jaka je cechuje – mamy więc populizm prawicy, skrajnej prawicy, ale też populizm lewicy i skrajnej lewicy. Ważniejszy jednak niż czynnik wyznaczający kierunek populizmu jest sam fakt jego istnienia. Chcielibyśmy, aby tak nie było, ale wynika to z samego faktu użycia terminu „populizm” do diagnozy i opisu rzeczywistości. W efekcie Jean-Luc Mélenchon znajduje się na pokładzie tej samej łodzi, którą płynie Marine Le Pen, chociaż uważa on, że to zestawienie jest dla niego obraźliwe (abstrahując od aksjologicznej neutralności nauk politycznych – sympatyzuję z nim). Taki sposób zestawiania tych przywódców skutecznie przesłania istotę krajobrazu politycznego – różnorodność – do tego stopnia, że staje się on niemal niezrozumiały.

Pojawia się wtedy następująca trudność, znajdująca wyraz w pytaniu: jak to możliwe, że pojęcie, które – jak się wydaje – stało się niezbędne do rozumienia debaty politycznej, jednocześnie sprawia, że staje się ona nieczytelna i zagmatwana? Czy wskazuje ono na istnienie nowej rzeczywistości, tworzonej przez tych, którzy są naznaczeni populizmem, czy też jest raczej produktem intencji tych, którzy to pojęcie stworzyli i wprowadzili do obiegu? Jeśli populizm może obejmować orientacje tak odległe, jak dwoje wymienionych wcześniej liderów francuskiej sceny politycznej, i jeśli dzięki temu buduje trzecią oprócz lewicy i prawicy tożsamość, która bardzo szybko zdobywa nad nimi przewagę, dzieje się tak dlatego, że potężne siły działające z zamiarem całkowitego przeobrażenia krajobrazu politycznego nie budują już rozdziału pomiędzy sobą na podstawie klasycznego rozróżnienia lewica – prawica, ale na podstawie opozycji pomiędzy populizmem a… no właśnie, czym? Jeszcze nie jesteśmy w stanie tego określić, ale skoro „populizm” jest zdecydowanie pejoratywny i implikuje dyskredytację wszystkiego, co określa, będziemy mówić o opozycji w postaci polityki „szlachetnej” i „wartościowej”.

Mamy więc siły, które pragną rekonstrukcji krajobrazu rzeczywistości politycznej na podstawie opozycji pomiędzy populizmem prawicy bądź lewicy a „szlachetną” formą polityki, która nadal bazuje na klasycznej identyfikacji światopoglądowej. Gdy mówię o intencjach tych sił, nie odnoszę się bynajmniej do żadnych teorii spiskowych. Nie próbuję również nadać nowych nazw istniejącym już zjawiskom. Przekształcanie się sceny politycznej jest jednak faktem, podobnie jak są nim wysiłki populizmu zmierzające do wyparcia „szlachetnej” i „wartościowej” polityki. Natomiast zdolności lewicy i prawicy do dalszego formowania debaty opartej na rozróżnieniu pomiędzy nimi obiema znacznie się zmniejszyły.

Możemy też pochylić się nad różnicą pomiędzy tym, jak polaryzacja lewica – prawica, a także populizm – „wartościowa” polityka opisują świat życia politycznego. Gdy mówimy o polaryzacji klasycznej, lewica – prawica, przyznaje ona jednakową wartość obu biegunom tego układu. Nawet jeśli w dyskursie jedna strona odbiera drugiej legitymizację, system takiego pojmowania rzeczywistości politycznej zbudowany jest na oczywistej równości między nimi, a ekstremizm reprezentuje jego „szarą strefę”, której legitymizacja zawsze powinna budzić podejrzenia w warunkach demokracji. Tymczasem sposób definiowania rzeczywistości politycznej przez populizm zasadza się na odgórnie zdefiniowanej nierówności dwóch biegunów. Populizm jest nieuprawniony, „szlachetna” polityka zaś jest jedynym słusznym opisem świata i uprawiania dyskursu publicznego.

Wydaje mi się, że nie określiliśmy w sposób dostatecznie zdecydowany tego, czy ten nowy modus operandi jest istotnie nowy – i do jakiego stopnia. Cechą wyróżniającą porządku demokratycznego i liberalnego była równość pomiędzy większością i jej opozycją. Nowy porządek, który coraz bardziej nam się narzuca, bazuje na przeciwieństwie opinii uprawnionych i nieuprawnionych. Twierdzenie to zasługuje z pewnością na szersze badania, ale oczywistością wydaje się, że przemianom tym towarzyszy nasze przejście od porządku zbudowanego na konfrontacji równych sobie stron do takiego, w którym uprawnione kłóci się z nieuprawnionym, a polityczna ortodoksja z herezją. Jeśli to prawda, to jesteśmy właśnie w trakcie gwałtownego odejścia w stronę przeciwną do demokracji, jaką do tej pory znaliśmy.

Nie spieszmy się jednak. Mówiłam wcześniej o polaryzacji zbudowanej na rozróżnieniu pomiędzy lewicą i prawicą, bez jej definiowania. Nie jest łatwo bowiem scharakteryzować każdą z tych dwóch stron. Istnieje wiele odmian lewicy, podobnie jest po prawej stronie. Wierzę jednak, że możemy stwierdzić istnienie „realnej prawdy” o prawicy, tak samo jak o lewicy. Każda strona buduje swoją istotę na tym, co uważa za wspólnotę punktów odniesienia. Wspólnota taka dla prawicy jest narodem, dla lewicy zaś klasą. Nie uległo to zmianie w toku wszystkich znanych nam zawirowań historycznych. Prawica i lewica określały dwa typy człowieka politycznego: człowieka narodowego po prawej stronie, człowieka społecznego po lewej. Dla klasycznego porządku demokracji prawica i lewica były w równy sposób „populistyczne” w swych ideologiach.

Istnienie porządku, z którym mamy do czynienia obecnie, jest wynikiem porzucenia przez obie strony swoich charakterystycznych „małych populizmów”. Doszła do tego specyficzna retoryka okresów wyborczych, które rządzą się swoimi prawami, niepróbująca zachować w sobie nic z uczciwości. Nie zdradzę tu żadnych sekretów. Wszyscy wiedzą, co działo się we Francji. Znane powszechnie są daty i nazwiska. Otóż prawica jako pierwsza opuściła tu swoich ludzi, gdy w 1974 roku nastała era „liberalizmu i europejskości”. Mniej niż 10 lat później w wyniku wewnętrznych przetasowań lewica porzuciła swoich ludzi, a projekt socjalistyczny zastąpiła projektem europejskim z gorliwością, która skłoniła wszystkich nas do refleksji. Podczas gdy przyzwyczajenie i zabawa sprawiły, że skupiliśmy się na wzajemnym obrzucaniu się dobrze znanymi inwektywami, prawica i lewica ramię w ramię rozpoczęły marsz w europejskim projekcie, bez którego kooperacja, która zaskoczyła wszystkich Francuzów, nie byłaby możliwa.

Fenomen Marine Le Pen

To, co przyczyniło się zapewne bardziej niż inne rzeczy do ukrycia przed nami procesów niosących ze sobą dominację populizmu, a co jednocześnie działo się wprost na naszych oczach, to fenomen Marine Le Pen. Zjawisko to zajęło centralne miejsce w ciągu trwającej 20 lat transformacji lewicy i prawicy i z konkretnych ruchów mających swoje „populizmy” przekształciło się w to, z czym mamy do czynienia obecnie. Chronologia tych przemian po obu stronach nakłada się niemal doskonale. Jak kukułka w szwajcarskim zegarku Jean-Marie Le Pen pojawiał się znienacka, by przedstawić nam swoje „niepoprawne politycznie” i oburzające propozycje. Poczucie porzucenia u wyborców prawicy i lewicy rozwinęło się w pewną bezwolność, która pozwoliła im na szybką asocjację z tymi nowymi ideami.

Nowy porządek, oparty na opozycji pomiędzy szanującą się polityką a nieakceptowalnymi opiniami, między ortodoksją i herezją, zaczął nabierać kształtów właśnie ze względu na zaistnienie fenomenu Le Pen. To właśnie jemu zawdzięczamy rzeczywistość, w której partie centrowe wpierw stworzyły spektakl, w którym szacowni obywatele wyrzucają z miasta wilki, z którymi jakoby nie mają nic wspólnego.

Teraz, gdy Jean-Marie Le Pen opuścił scenę polityczną, ona już go nie potrzebuje. Odegrał swoją rolę. Stał się symbolem, znakiem rozpoznawczym, zakomunikował jasno, że istnieje grupa ludzi, dla której idee narodu i klasy nie są już żadnym punktem odniesienia. Podczas wyborów prezydenckich w 2012 roku socjalista Arnaud Montebourg został „zlepenowany” przez Jean-François Copé, sekretarza generalnego ówczesnego ugrupowania UMP, ze względu na swój protekcjonizm. Interesującą obserwacją może być też fakt, że liberalna i europejska polityka gospodarcza ostatniego dwudziestolecia została objęta niemal ortodoksyjną opieką. Tych, którzy wyrażają wobec niej wątpliwości, publicznie podejrzewa się o konszachty z samym diabłem.

Ludzie, demokracja, suwerenny naród

Dalsza analiza historii przełomu i transformacji politycznej nie ma tu sensu. Wszelkie odniesienia do pojęć ludu, narodu i klasy straciły sens i szacunek, a stały się herezją bądź nawet potencjalnym naruszeniem prawa. Doktryna, która obecnie święci swoje triumfy, skoncentrowała się na niemal pedantycznej i aroganckiej ortodoksji, której głównym fundamentem jest pozbawienie ludzi, a nawet całych społeczności suwerenności i legitymizacji własnego myślenia. Nie mogą samodzielnie tworzyć ram własnych działań. Jedyną istotą, która uprawniona jest do decydowania o tym, co ważne, jest jednostka – a jednocześnie cała masa ludzka. Między tymi dwiema skrajnościami nie ma żadnej przestrzeni. Doktryna ta znajduje szerokie zastosowanie w różnych dziedzinach, od ekonomii i polityki do kategorii moralnych i religii. Dotyczy naszych relacji z całym światem i chce uporządkować nasze relacje ze wszystkim, co nas otacza, globalizując w specyficzny sposób nasze działania.

Globalizacja ze swoją imponującą mocą i jednoczesną spójnością rozprzestrzenia się dziś pod sztandarem demokracji i jej ciągłego postępu. Tu właśnie rozgrywa się współczesny polityczny dramat, bo demokracja – zarówno w swoim pierwotnym znaczeniu, jak i nowoczesnej formie zakłada, że lud ustalił sposób rządzenia. Demokracja grecka oparta była na grupie mieszkańców miasta – obywateli, którzy nie wyróżniali się niczym poza swoimi zdolnościami politycznymi. Według Arystotelesa tajemnica wielkości Aten polegała na tym, że zarządzane były przez „przywódców ludu”, którzy choć należeli do warstwy arystokratycznej, bronili interesów zwykłych ludzi i kierowali Atenami w sposób bezstronny. W nowoczesnej demokracji pojęcie ludu nabiera innego znaczenia. Nie jest on już częścią miasta. Staje się samym miastem, wszystkimi obywatelami, ich ogółem, zbiorowością. Naród to pojęcie, które powstało z połączenia ludu i miasta.

Różnie możemy odbierać współczesne doświadczenie demokracji, ale wydaje mi się, że bardzo trudno ją zakwestionować. Praktyczne wdrażanie równości obywatelskiej i politycznej, emancypacja człowieka w odniesieniu do różnych nakazów, na których opierał się ancien régime, są nierozerwalnie związane z przynależnością człowieka do nowej organizacji ładu politycznego – suwerennego narodu. Duchowieństwo i arystokracja to warstwy społeczne mające charakter ponadnarodowy. Równość cywilna i polityczna wymagają jednak połączenia wszystkich elementów w jednolite ciało, które przyjmuje polityczne imię narodu. Ujednolicenie struktury społecznej i zniszczenie wszystkich elementów stojących pomiędzy jednostką a narodem najbardziej uwidoczniło się chyba we Francji, ale proces ten wszędzie przebiegał podobnie. Jest nieodłączną częścią ruchów demokratycznych we współczesnych społeczeństwach, jest również nierozerwalnie związany z ruchem narodowym.

Przełożenie demokracji na naród nie jest jednak prostym zjawiskiem. Lud jest pojęciem niejednoznacznym. Wiadomo, że ruchy nacjonalistyczne, które często najmocniej zwracają się do ludu, również najmocniej sprzeciwiają się demokracji i jej instytucjom, w szczególności – instytucji parlamentu. Parlament, stanowiący coś w rodzaju tymczasowej reprezentacji opinii publicznej, którą wyłaniają wybory, ma w ich oczach charakter przypadkowy i bezprzedmiotowy. Prawdziwa istota społeczeństwa leży dla nich w trwałych instytucjach, takich jak wojsko czy kościół. Zdaniem nacjonalistów takie instytucje strzegą dobra ludu lepiej niż instytucje liberalne, często oskarżane o jego rozpraszanie. To właśnie tego rodzaju myślenie doprowadziło do dyskredytacji nacjonalizmu w XX wieku (nie mówiąc już o jego hiperbolizacji ujawnionej w totalitaryzmach) i stało się również podłożem dla ruchu populistycznego, o którym mówimy. Ruch ten ma na celu stworzenie „czystej demokracji”, demokracji bez ludu, bez narodu. Demokracji nienarodowej bądź też postnarodowej.

Ruch ten również zakłada, że można całkowicie oddzielić od siebie dwa aspekty demokracji, które do tej pory były komplementarne lub – jak mówił Benjamin Constant – które były dla nas znane, mianowicie wolność współczesnych od wolności starożytnych. Wolność współczesnych odnosi się do ochrony indywidualnych praw i przyjemności jednostki, które są jej głównymi troskami. Wolność starożytnych natomiast odnosi się do uczestnictwa w zbiorowości, wspólnych działaniach, które stanowiły cały sens ówczesnego życia. Mówiąc bardziej abstrakcyjnie, ruch, o którym mówimy, pragnie uwolnić nas od dziedziczonych uwarunkowań, od wszystkich więzi z grupą, które ostatecznie mają rujnować człowieka. To pewna forma ascezy, która ma dostarczyć wolność ostateczną – od wszelkiego przywiązania do tego, co kiedyś było kolektywne, ale też od wszystkiego, co indywidualne.

To może rodzić różne pytania. Ograniczę się jednak do poruszenia kwestii najważniejszej. Omawiany przez nas ruch populistyczny porzucił zasadę demokratycznej legitymizacji. Zasady zbiorowego funkcjonowania nie muszą w nim być już zatwierdzane przez zgodę większości. Są samowystarczalne, bo ich istnienie zasadza się na tym, jak są skonstruowane. Opierają się na pewnych pojęciach równości, wolności, konkurencji, uczciwości, etc. – to reguły, które mogą być intersubiektywnie postrzegane przez wszelkiego rodzaju agendy rządowe, instytucje prywatne, publiczne, których legitymizacja bazuje na kompetencji w danej dziedzinie i społecznej aktywności w ramach kryteriów. System demokratyczny opierający się na pewnej równowadze między władzami wykonawczą i ustawodawczą powoli zastępowany jest systemem, który jest określany przez rozproszoną władzę sądowniczą, dokonującą autolegitymizacji. Przyznaje przy tym często, że jest rodzajem oświeconego despotyzmu. Opinia publiczna nie ma dostępu do zarządów instytucji tego systemu, które dyskutują za zamkniętymi drzwiami. Pachnie przy tym ancien régime, który wskazuje swoim instytucjom jedyną słuszną drogę interpretacji rzeczywistości.

Ten swoisty nowy ancien régime różni się jednak zasadniczo od starego, który niezależne sądy wyznaczył na strażników odziedziczonych przez wieki praw, a co za tym idzie – sankcjonowania istniejących nierówności społecznych. Przeciwko tamtemu systemowi świadczy fakt, że władza musiała zatwierdzać zasadność niemal każdego ruchu ówczesnych sądów. W nowym ancien régime niezależne sądy same wyznaczają sobie zadanie określenia zasad, które funkcjonują w ramach władzy wykonawczej i ustawodawczej, a także wobec rządów, które ustawicznie podejrzewa się o zwalnianie tempa prodemokratycznych przemian w społeczeństwie.

Dochodzimy w ten sposób do sugestii, która dotyczy historii rządów w Europie. Rząd reprezentatywny opiera swoją legitymację na konieczności wynikającej z historii osiemnastego stulecia, gdy powszechna zgoda społeczna stała się niezbędna władzy wykonawczej do właściwego funkcjonowania i skłonienia ludzi do akceptacji wdrażanych rozwiązań, zwłaszcza w sferze ekonomicznej. Pojęcie narodu i przynależności do niego, razem z edukacją i językiem, stało się nieodłączną częścią życia człowieka tamtych czasów i pierwszym trwałym elementem, wokół którego budowano społeczeństwo.

Dziś przynależność do narodu wraz z pojęciem rządu reprezentatywnego wydaje się głównym problemem społeczeństw, które uległy religijnemu wymiarowi globalizacji. W klasycznym dla reprezentatywnej demokracji okresie rząd starał się uzyskać poparcie społeczne dla modernizacji, która określała funkcjonowanie wszystkich aktorów sceny politycznej. W nowym, oświeconym despotyzmie zaś, który staram się scharakteryzować, reprezentatywny rząd i powszechna zgoda stanowią dla modernizacji przeszkodę.

Rządy Brukseli

Spostrzeżenia te potwierdzają kluczowe obserwacje dotyczące doświadczeń kryzysu finansowego, który rozpoczął się w 2008 roku. Unia Europejska została zbudowana na nowych zasadach, które próbowałem omówić wyżej. Zasady te nadają prawo legitymizacji instytucjom europejskim. Mówimy – choć czasem bez echa – o deficycie demokratycznym wewnątrz Unii Europejskiej, która posiada jurysdykcję, a także rozbudowany system legitymizacji proceduralnej, unieważniający i wykluczający legitymizację demokratyczną. Kryzys, jakiego doświadcza wciąż Grecja, wskazuje punkt, w którym brutalność na nowo rozpala nadzieję. Idąc za słowami Ajschylosa, „niech czas zaowocuje wiedzą!”. Domniemani „federaliści” mogą więc wzywać, że oto nadszedł czas do „federalizacji” tego czy owego, a „federalizacja” oznacza w ich ustach dalsze poszerzanie władzy proceduralnej i instytucjonalnej, o której mówimy.

Nie zastąpimy legitymizacji europejskiej polityką narodową, która już raz zawiodła. Zamiast niej użyjemy prestiżu imienia Europy do zmiażdżenia jej i przekazania władzy jeszcze bardziej despotycznym instytucjom, które globalizują rzeczywistość. Kryzys nie zrodzi nowej Europy, nowego człowieka ani społeczeństwa, które mogłoby odnaleźć swoją reprezentację. Będziemy jedynie doświadczać wzrostu idei, która wbrew nadziejom i wierze niektórych nie będzie wcale korzystna dla federalnej Europy, a przyjaźń między narodami będzie poważnie zachwiana.

Oczywiste jest, że Niemcy i Francja pragną poszerzyć swoje wpływy wynikające z ich założycielskiej roli (dawno już unieważnionej). Wciąż gorąco sekundują idei Europy, którą chciały budować – a teraz pragną zachować. Niezależnie od błędów popełnionych przez Grecję jej agonia, którą wszyscy od początku obserwują, jedynie pogłębiła kryzys. Nieustające upokorzenie tego państwa nie sprzyja dobremu funkcjonowaniu Europy. Zostało to narzucone jego systemowi demokratycznemu, który stał się całkowicie zależny od przejrzystości publicznych rachunków i biurokracji tajnego rządu dwunastu władców w Brukseli.

Próbowałam dokładnie opisać trendy w polityce europejskiej lub przynajmniej w krajach strefy euro. To, co stało się udziałem Grecji, da Europie lekcję, wskazuje bowiem na nieskuteczność i brutalność polityki europejskiej. Dziś mówimy o bardzo ograniczonych możliwościach rządów krajowych, które utraciły swoją legitymizację. Ubolewając nad korupcją rządów i ich wewnętrzną słabością, ich bezczynnością, Europa nie ma dla swoich obywateli oferty innej niż dalsze dryfowanie w nieokreślonym kierunku, za horyzont, gdzie kryje się niewiadoma. Dryfowanie tym bardziej niepewne, że kontrolowane przez bezkrytycznych biurokratów, w których kompetencje należy wierzyć. Tymczasem jedynie przedstawicielstwo narodu jest w stanie ocenić adekwatność przyjętych w rządzeniu kryteriów i dostosować się do nich. Tylko taka forma rządów jest zdolna do wprowadzenia zbalansowanego modelu zarządzania.

Można nie zgodzić się z tezą, że rządy pozwalają swoim krajom na coraz większe zadłużanie się. Krytycyzm wobec rządów narodowych jest bardzo często uzasadniony, ale trzeba pamiętać o tym, że obietnica nieograniczonego postępu nie ma nic wspólnego z prawdą, a jest jedynie nieumiejętnością komunikowania prawdy przez rządy poszczególnych państw. Ruch globalizacyjny, który towarzyszy dyskusji o postępie, zintensyfikował to, co nazwałabym tradycyjną obietnicą postępu. Upowszechnił przekonanie, że każdy może mieć dowolne pragnienia, a także ignorować zwyczaje obowiązujące w swoim środowisku. Nie ma nic bardziej destrukcyjnego z punktu widzenia narodu, a nawet świata niż jednostka, która twierdzi, że jest wolna bez ograniczeń, bo „na to zasługuje”. W każdym przypadku rozsądne przestrzeganie reguł i poszanowanie władzy nie może mieć innych podstaw niż działanie wspólnotowe. To tradycyjne ramy demokracji w Europie, które nie gwarantują żadnych konkretnych rezultatów, czego świadkami jesteśmy w ostatnich latach, i które jednocześnie są ramami godności ludzkiej.

Do ograniczeń międzynarodowej gospodarki dochodzi obowiązek wiary w legitymizację globalizacji, jaki nałożyli na siebie sami Europejczycy, jedyni wyznawcy tej religii, która ich nęka i ogranicza. Inni wykorzystują gospodarkę i politykę międzynarodową, by dążyć do zwiększenia zasobów i prestiżu. Narody spoza Europy rozwijają żagle, podczas gdy Europejczycy je składają. Nie mają też do dyspozycji innego statku niż statek widmo, jakim powoli staje się Unia Europejska.

Nie wiemy, czy narody europejskie ponownie odkryją smak niezależności, czy znajdą motywację do działania na rzecz własnych interesów. Jedyny nacjonalizm, jaki dziś się w nich budzi, to ten, który wynika z upokorzenia i zniechęcenia obecnym stanem rzeczy. Można się obawiać, że narody ustawicznie odrzucane, dyskredytowane i karane za formy niezależności oddadzą się demagogii rozpaczliwego i szkodliwego nacjonalizmu. Jeśli tak się stanie, populizm będzie ponosić znacznie mniejszą odpowiedzialność za ten stan rzeczy niż fanatycznie globalizujące rzeczywistość partie centrum.

Pierre MANENT
Tekst wcześniej ukazał się w American Affairs Journal [LINK]. Wcześniej w: „Démagogie populiste et fanatisme du centre” w „Le peuple existe-t-il?”, ed. Michel Wieviorka, Les entretiens d’Auxerre.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Dodaj komentarz

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z