Piotr GURSZTYN: Ribbentrop - Beck.
Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?

partner
działu
Storytel

Ribbentrop - Beck.
Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?

Piotr GURSZTYN

Dziennikarz, publicysta, z wykształcenia historyk. Pracował w dzienniku "Życie Warszawy", "Życie", tygodniku "Nowe Państwo", "Słowie-Dzienniku Katolickim", Radiu Plus, Telewizji Puls, TVN, TV4, Polsat, "Dzienniku-Polska-Europa-Świat", dzienniku "Rzeczpospolita", tygodniku "Uważam Rze". Obecnie jest dziennikarzem i publicystą tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Polskim Radiem RDC i telewizją "Superstacja".

zobacz inne teksty autora

Nie tylko początek wojny nie zgadzał się z wyobrażeniami Hitlera. Także sama kampania przeciwko Polsce przebiegała nie tak, jak ją zaplanował – pisze Piotr GURSZTYN w swojej najnowszej książce “Ribbentrop – Beck. Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?”

.Dzisiaj mamy obraz klęski, więc ktoś może ze zdziwieniem przyjąć tę ocenę. Wielomilionowe państwo rozpadło się w miesiąc i ktoś próbuje udowadniać, że mog­ło być jeszcze gorzej? Jednak mogło. Gdyby wojska niemieckie posuwały się w tempie takim, jak w pierwszych dniach inwazji na Związek Sowiecki, to kampania wrześniowa powinna była skończyć się po tygodniu.

Z punktu widzenia Hitlera wojna z Polską trwała za długo.

Po pierwsze, Niemcom nie udało się zadać siłom polskim druzgocącej klęski, zanim mocarstwa zachodnie przystąpiły do wojny. Po drugie, Wehrmacht nie zrealizował założonego planu, czyli rozgromienia wojsk polskich w ciągu pierwszego tygodnia na terenach na zachód od Wisły. Większość sił polskich zdołała przebić się za Wisłę jako zwarte oddziały lub tak jak armie „Poznań” i „Pomorze” związały kontrofensywą nad Bzurą znaczną liczbę dywizji Wehrmachtu. Niemcy musieli modyfikować plany operacyjne i organizować następne okrążenie sił polskich. W trakcie walk zdawało się, że istnieje dla Niemców niebezpieczeństwo nadmiernego uwikłania się na froncie polskim. Chwila oddechu dawałaby szansę na odtworzenie wykrwawionych jednostek, jak to momentami nam się udawało. Alianci nie wykorzystali dawanej im przez polski opór szansy i jak mówi prof. Tadeusz Rutkowski – „gdyby zgodnie z układami podpisanymi przez Polskę z Francją i Wielką Brytanią nastąpił po dwóch tygodniach atak sojuszniczych armii, to Niemcy nie byliby w stanie w znaczący sposób wycofać swojej armii z Polski. Groziłaby im klęska. Mogliby owszem wycofać lotnictwo, ale to z kolei znacznie wzmocniłoby skalę oporu w Polsce”.

Doniesienia z pierwszego dnia wojny brzmiały tak, jakby zapowiadały bardzo długą i ciężką wojnę na froncie niemiecko-polskim. 1 września Niemcy stracili około setki czołgów i ponad dwadzieścia samolotów. To były liczby imponujące jak na tamten czas, bo większość ówczesnych armii świata mogła tylko pomarzyć, by mieć w ogóle sto czołgów na stanie. Wrażenie robiły doniesienia z Gdańska, gdzie mała załoga Westerplatte cały czas się broniła, mimo bezpośredniego ostrzału z 280-milimetrowych armat pancernika „Schleswig-Holstein”. To znaczyło, że oficjalnie główny przedmiot sporu, Gdańsk, nadal nie był pod pełną kontrolą Niemców. Mogli pochwalić się zajęciem Chojnic i Działdowa, ale trudno było zaimponować światu takimi sukcesami. Do miast dużych – Częstochowy i Katowic – wkroczyli 3 lub 4 września, czyli już po wypowiedzeniu im wojny przez aliantów zachodnich.

Te relatywnie korzystne dla Polski informacje miały wpływ na postawę wielu państw – Wielkiej Brytanii i Francji, bo nie wygrali tam zwolennicy drugiego Monachium; Litwy i Węgier, bo twardo broniły swojej neutralności; wreszcie Sowietów, którzy ociągali się z wkroczeniem na nasze wschodnie tereny. 4 września Rumunia ogłosiła, że transporty z materiałem wojennym dla Polski będą mogły przejeżdżać przez jej terytorium i że nie narusza to jej neutralności. Następnego dnia identyczną decyzję podjęła Jugosławia – kraj, który od Anschlussu Austrii graniczył bezpośrednio z Rzeszą Niemiecką. Kilka dni później podobną decyzję podjął rząd grec­ki. Litwa odrzuciła niemieckie propozycje dołączenia do działań wojennych wobec Polski za możliwość zajęcia Wilna. Podobnie zachowały się Węgry, które stanowczo odmówiły przepuszczenia jakichkolwiek transportów wojska niemieckiego przez swoje terytorium.

Królewski rząd węgierski szczerze ubolewa, że jest zmuszony prosić Jego Ekscelencję o odstąpienie od żądania pozwolenia na użycie węgierskich linii kolejowych w celu przetransportowania wojsk niemieckich przeciw Polsce. Zgoda na to żądanie – jak to mieliśmy honor wyjaśnić Jego Ekscelencji w kilku poprzednich okazjach – w opinii rządu węgierskiego nie dałaby się pogodzić z honorem węgierskiego narodu. Równocześnie rząd węgierski ma zaszczyt zwrócić uwagę Jego Ekscelencji, że trzeba z góry liczyć się z tym, iż zgoda na takie żądanie spowodowałaby niemal z pewnością natychmiastowe wydanie wojny Węgrom przez trzy wielkie państwa – brzmiała odpowiedź rządu węgierskiego z 10 września przekazana na ręce Ribbentropa.

W liczbie owych trzech wielkich państw, które mogłyby wypowiedzieć wojnę Węgrom, Budapeszt wyliczył też Polskę, mimo naszej ciężkiej sytuacji wojennej. W tym samym czasie Rumunia była poddana bardzo silnemu naciskowi niemieckiemu. Ambasador Rzeszy w Bukareszcie żądał zamknięcia drogi tranzytowej przez Rumunię i groził w oficjalnej nocie: „Jeżeli nie przyjmiecie naszej sugestii, zostanie to uznane za akt wrogi Rzeszy, na co jej rząd nie będzie mógł się zgodzić”. Rumunia skłaniała się do ustępstw i po dwóch dniach, 6 września, złożyła oświadczenie, że będzie przestrzegała neutralności. Był to unik wobec Niemiec, bo konwencje w tej sprawie stwierdzają, że neutralność nie zabrania przewozu broni przez terytorium takiego kraju przeznaczonej dla stron walczących. Niemcy naciskali dalej i 11 września minister Gafencu obiecał, że jeśli rząd polski znajdzie się na terenie Rumunii, zostanie internowany, bez prawa działalności politycznej. Podobnie mieli zostać potraktowani wszyscy polscy wojskowi. Rumunia czyniła to jednak pod wyraźnym przymusem Niemców. Władze rumuńskie starały się pomagać w miarę swoich możliwości, czego przykładem była zgoda na przewóz przez terytorium tego kraju złota Banku Polskiego. Można być pewnym, że Rumunia nie przestrzegałaby nieformalnych i złożonych potajemnie Niemcom deklaracji w razie ofensywy aliantów na Zachodzie oraz niepowodzeń Wehrmachtu. Niemcy nie mieliby już sił na „ukaranie” Bukaresztu. Ale aby zabezpieczyć interesy Rzeszy, niemieckie tajne służby wspomogły Żelazną Gwardię w zorganizowaniu zamachu na propolskiego premiera Armanda Călinescu. Szef rumuńskiego rządu był oskarżany przez członków tej organizacji o spiskowanie z Brytyjczykami i atakowany za postawę antyniemiecką. Zamach, niestety, się powiódł. Armand Călinescu zginął zastrzelony 21 września 1939 roku.

Z punktu widzenia planów Hitlera to nie był dobry czas na globalny konflikt „wszyscy kontra Niemcy”.

Niemieckie siły zbrojne nie były nawet w połowie wykonania planu w stosunku do ustalonych zamierzeń. Terminem realizacji planu rozbudowy sił zbrojnych był rok 1943. W 1939 roku plan był wykonany zaledwie w 36 procentach. Zapasy pozwalały na kilka miesięcy działań wojennych – na przykład zapasy paliw mogły wystarczyć na niecałe pięć miesięcy. Podobnie było z zapasami amunicji – nabojów karabinowych zgromadzono tylko 40 proc. w stosunku do planu mobilizacyjnego. „Nasuwa się spostrzeżenie, że data 1944 roku w deklaracji o nieagresji między Polską a Niemcami nie była jedynie dziełem przypadku. Polskie nadzieje na dziesięcioletni pokój, chociaż nierealne (wrzesień) były oparte na prawdziwych przesłankach. Wojna wybuchła dla Rzeszy przedwcześnie, gdyż Hitler, nie doceniając gotowości ofensywnej Zachodu, jednocześnie przecenił swoje możliwości nacisku na Warszawę” – ocenia Romuald Szeremietiew. Według zeznań gen. Jodla złożonych podczas procesu norymberskiego w momencie wkroczenia Sowietów do Polski niemieckie zapasy amunicji wystarczyłyby na od 10 do 15 dni walk.

Wśród niemieckiej generalicji i w armii w ogóle na samym początku było mało wiary we własne siły. Dobrze opisuje to jeden z najbardziej sprawnych generałów Hitlera Heinz Guderian, wspominając o czołgach, które w 1939 roku były podstawowym modelem Wehrmachtu. W swoich wspomnieniach opisywał, że pierwszy typ niemieckich czołgów – mały, słabo opancerzony, wyposażony jedynie w dwa karabiny maszynowe Panzer I był budowany jako maszyna szkoleniowa: „Nikt wówczas – w 1932 roku – nie myślał, że pewnego dnia będziemy musieli z tymi małymi czołgami ćwiczebnymi wyruszyć do walki z przeciwnikiem”. Jest jeszcze inny dobrze znany zapisek Guderiana o tym, jak drugiego dnia wojny niemiecka 2. Dywizja Zmotoryzowana wystraszyła się polskiej kawalerii: „zameldowała po północy, że naciskana przez polską kawalerię, zmuszona jest cofnąć się. W pierwszej chwili oniemiałem, potem jednak wziąłem się w garść i zapytałem dowódcę dywizji, czy słyszał kiedykolwiek o tym, aby pomorscy grenadierzy uciekali przed nieprzyjacielską kawalerią”.

Guderian z dumą napisał dalej, że po reprymendzie jego grenadierzy przestali uciekać i nauczyli się walczyć. Dla obu stron, po dwudziestu latach pokoju, pierwsze dni walki były nauką. Niemcy z racji swej potęgi mogli korygować błędy w sposób nieograniczony. Strona polska, o wiele słabsza, nie miała tego luksusu. Za każdy błąd płaciła w dwójnasób. Ale żołnierz polski szybko się uczył. Na samym początku wojny dochodziło do sytuacji takich, jak kompletne rozbicie już 3 września 7. Dywizji Piechoty pod Częstochową czy panika w 8. Dywizji, próbującej przeprowadzić kontratak w okolicach Mławy. W drugim tygodniu wojny wykrwawione dywizje polskie potrafiły zachować większą spójność w obliczu wroga niż w pierwszych dniach, gdy dysponowały pełnymi stanami osobowymi. W trzecim tygodniu wojny nadal walczyła z Niemcami półmilionowa armia polska. Na dodatek na tyłach tworzone były nowe jednostki.

To wojsko nie mogło samodzielnie powstrzymać Niemców, ale dawało aliantom szansę na zadanie Hitlerowi ciosu, który jeśli nawet nie byłby śmiertelny, to upuściłby mu masę krwi. Generał Wacław Stachiewicz, szef Sztabu Generalnego Naczelnego Wodza wspominał: „gen. Faury, szef Wojskowej Misji Francuskiej, oświadczył mi w dniu 16 września w Kołomyi, że wysłał do swych władz raport, w którym stwierdził, że sytuacja na naszym froncie ulega poprawie i że o ile będziemy mieli kilka dni czasu na przeprowadzenie wydanych zarządzeń, to potrafimy utrzymać się w Małopolsce Wschodniej i skupić tam znaczniejsze siły, co stworzy nam nowe możliwości działania”. Generał Louis Faury w ogóle słał do Paryża meldunki bardzo dla nas życzliwe i zachęcające jego kraj do aktywności. „Sytuacja jest poważna, ale walka trwa” – raportował 11 września. Następnego dnia informował o bitwie nad Bzurą i obronie Lwowa: „W sumie bój trwa wszędzie, walka jest zacięta i siły polskie reagują energicznie”.

16 września zdawał się dniem przełomu. Pułkownik Stanisław Kopański, późniejszy generał i świetny dowódca strzelców karpackich, jest autorem zaskakującego z dzisiejszej perspektywy zapisu: „Dzień 16 września spędziliśmy w nastroju pewnego odprężenia. Któryś z kolegów wynalazł butelkę wina. Wypiliśmy ją, zapraszając do naszego towarzystwa i gen. Stachiewicza. Niektórzy z kolegów dość optymistycznie uważali nawet, że moment przełomowy mamy poza sobą”. Kopański był wtedy szefem III Oddziału Sztabu Głównego Naczelnego Wodza. Opisywany przez niego optymizm wynikał z otrzymywanych meldunków. Tego dnia do sztabu dotarła wiadomość o skutecznej akcji grupy gen. Sosnkowskiego przebijającej się do Lwowa. Docierały też informacje o kłopotach logistycznych armii niemieckiej. Część jej sprzętu pancernego i motorowego zaczęła się psuć z powodu zużycia, a do niektórych jednostek nie docierało na czas paliwo, więc stały bezczynnie. W czasie kampanii polskiej co trzeci niemiecki pojazd pancerny został zniszczony, uszkodzony lub mocno zużyty. Z czego większość w okresie najbardziej intensywnych walk, czyli w pierwszych trzech tygodniach wojny. Nawet nieżyczliwy sanacji i zachwalający postawy kapitulanckie wobec Niemiec historyk Paweł Wieczorkiewicz potwierdził, że po dwóch tygodniach ciężkich walk sytuacja zaczęła się stabilizować:

Samobójcze poświęcenie Grupy Armii Kutrzeby, niebezowocne wysiłki Sosnkowskiego, a wreszcie determinacja gen. bryg. Franciszka Sikorskiego, który krwawo i zwycięsko odparł szturm niemieckiej 1. Dywizji Górskiej na Lwów, przyniosły w końcu rezultaty. Impet niemiecki, zwłaszcza wojsk szybkich, tak w związku z poniesionymi stratami, jak zużyciem sprzętu i narastającymi trudnościami zaopatrzeniowymi, zwłaszcza w materiały pędne, zaczął wyraźnie słabnąć. Dobre rezultaty dała prowadzona pod kierunkiem Kasprzyckiego energiczna praca na tyłach, gdzie udało się odtworzyć szereg rozbitych pododdziałów oraz skompletować kilka nowych, improwizowanych Wielkich Jednostek. Liczebność walczących armii sięgała 50 proc. stanów wyjściowych, a zatem, choć mocno już wykrwawione, zdolne były wciąż do boju.

Rzeczywiście, praca tyłów pokazała duże możliwości regeneracji polskich sił, co było zasługą wspomnianego gen. Tadeusza Kasprzyckiego, ministra spraw wojskowych. Błyskawicznie zostały sformowane dwie dywizje dla Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. 50. i 60. Dywizje Piechoty zaczęły być organizowane po 9 września. Uzbrojenie przyjechało w jeden dzień, przewiezione autobusami warszawskiej komunikacji miejskiej z Centralnej Składnicy Uzbrojenia w Stawach pod Dęblinem do miejsc formowania w Brześciu nad Bugiem i Kobryniu. Cztery dni później te dwie dywizje stoczyły pierwszą walkę. I choć sformowane z rezerwistów, wcześniej niezgrane, obie dobrze walczyły aż do ostatniej bitwy kampanii wrześniowej. Skapitulowały 6 października pod Kockiem. Na bieżąco w trakcie obrony Warszawy zostały utworzone w stolicy trzy liniowe pułki piechoty i ochotnicza brygada robotnicza. Do listy wielkich jednostek tworzonych już w czasie wojny należy dopisać też „grupę grodzieńską”, liczącą trzy pułki piechoty, a zatem siłę równowartą dywizji, podobnej wielkości zgrupowania – „Kowel”, „Dubno” i „Stryj”, nazwane tak od miejsc ich formowania, oraz szereg pojedynczych pułków i batalionów improwizowanych w wielu miejscach obrony.

9 września i kilka następnych dni mogło być dobrym momentem dla Francuzów do sprawienia Niemcom dotkliwego lania. Tego dnia zaczął się polski kontratak nad Bzurą.

Jest dobrze znaną sprawą, jak wielkim zaskoczeniem był dla Niemców – tak à propos ich błędów. Na ponad tydzień związał wielkie siły Wehrmachtu i mocno zaniepokoił niemieckie naczelne dowództwo z Hitlerem włącznie, który już 12 września przyleciał na specjalną wizytację walczących tu wojsk. Wiadomości o tym docierały na Zachód. 11 września gen. Ironside stwierdził, że Polacy dobrze walczą i cały czas ich „główne siły są nienaruszone”. Ale tego samego 9 września gen. Gamelin uznał, że Polska jest już krajem pobitym. To była kwestia osobowości tego człowieka, wojskowego o refleksie żółwia, który zdolność inicjatywy i ducha bojowego zgubił w okopach wojny pozycyjnej. Bierność armii francuskiej wcale nie była przesądzona. Kto inny na miejscu Gamelina mógł podjąć całkowicie odmienne decyzje. Nie było spójnego postępowania Francuzów w kwestii aktywnej pomocy Polsce, bo tego samego dnia, kiedy Gamelin osądzał nasze położenie, zostało podpisane polsko-francuskie porozumienie o udzieleniu nam nowych kredytów wojennych.

W kontekście bierności aliantów najbardziej złowrogo brzmi nazwa Abbeville. W tym niedużym mieście na północy Francji 12 września odbyła się konferencja francusko-brytyjskiej Najwyższej Rady Wojennej z udziałem premierów obu rządów w sprawie dalszego prowadzenia działań wojennych. W powszechnym mniemaniu zapadła tu decyzja, aby nie pomagać Polsce. Na wniosek gen. Gamelina ustalono przełożenie generalnej ofensywy przeciw Niemcom na 21 września. Motywowano to koniecznością zgromadzenia większej liczby ciężkiej artylerii potrzebnej do przełamania Wału Zachodniego. Premier Chamberlain poparł takie rozwiązanie, uznając, że „nie ma powodów do pośpiechu, gdy czas jest po naszej stronie. Ponadto sojusznicy potrzebują czasu, aby zgromadzić wszystkie środki, a tymczasem morale Niemiec być może się załamie”. Także premier Daladier zgodził się z tą opinią: „Operacje ofensywne na wielką skalę, podjęte na samym początku, byłyby błędem”. Zgromadzeni uznali, że realną pomocą dla Polski będzie ostateczne zwycięstwo nad Niemcami i powojenna odbudowa państwa polskiego. Stratedzy brytyjscy prognozowali, że wojna potrwa trzy lata.

Konferencja w Abbeville jest powszechnie uznawana za symbol zdrady aliantów oraz ich wielkiej głupoty, bo zaprzepaścili szansę na pokonanie lub przynajmniej osłabienie Hitlera. Dla rewizjonistów – jak łatwo zgadnąć – Abbeville to ulubiony temat i koronny dowód na to, że z aliantami nie warto było się wiązać, lecz z Hitlerem, bo on nie zrobiłby nam czegoś takiego. Jak wiadomo, klin najlepiej klinem wybijać, więc najlepszą odpowiedzią dla real-rewizjonistów powinni być rewizjoniści-optymiści. Są bowiem autorzy – na przykład Leszek Moczulski i Tymoteusz Pawłowski – którzy uważają, że konferencja w Abbeville została zdemonizowana. Według nich nie stało się tam nic dla nas złego. Po prostu o kilka dni została przesunięta data ofensywy, która przyniosłaby spodziewany efekt, a nam ratunek, gdyby nie inwazja sowiecka 17 września. My ze swej strony dodajmy, że gdyby nawet z Abbeville poszedł 12 września otwarty komunikat do władz i społeczeństwa polskiego z przekazem, że żadnej pomocy nie będzie, to i tak by to nie wpłynęło na tamtym etapie na osłabienie woli walki. Nic na to nie wskazuje. Kapitulacji i tak by nie było.

***

.Nic nie wiadomo na temat tego, czy Stalin wiedział o ustaleniach z Abbeville. Są poszlaki, że wśród francuskich notabli byli jego agenci i poputczicy i oni mogli być źródłem informacji. Trudno jednak cokolwiek przesądzić na temat ewentualnej reakcji Stalina na płynące stamtąd informacje. Wiemy, że zawsze był skrajnie nieufny. Za prowokację uznawał wiarygodne przecież sygnały o przygotowaniach niemieckich do agresji na Sowiety w 1941 roku. Dlaczego zatem tym razem miałby być bardziej ufny i nie pomyśleć, że to prowokacja i burżuazyjny spisek? W każdym razie – jak się później przekonamy – ewentualna wiedza o konferencji nie miała większego wpływu na datę sowieckiej inwazji na Polskę.

Niemcy nie wiedzieli o Abbeville. Następnego dnia po konferencji niemieckie Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych podjęło decyzję, aby pospiesznie przerzucić z frontu polskiego 3. Dywizję Górską. Działo się to wbrew protestom dowódców frontowych, którzy uważali, że jeszcze potrzebują jej w Polsce. „Gdyby 13 i 14 września, nie mówiąc o dniach późniejszych, Francuzi kontynuowali – choćby najbardziej powoli i najbardziej nieporadnie – swe operacje, to za tą pierwszą [dywizją – P.G.] popłynęłyby następne” – zauważa Leszek Moczulski. I prawdopodobnie – dodajmy – Stalin przełożyłby na kolejny termin albo całkiem na bolszewicki święty nigdy inwazję na Polskę. Ostrożność Niemców i Stalina nie była bezzasadna. Ustalenia z Abbeville nie były dla aliantów zachodnich niezmienną prawdą wiary. Wszystko mogło się zmienić wraz z innymi okolicznościami. 13 września, czyli nazajutrz po owej niesławnej konferencji, szef sztabu RAF-u rekomendował brytyjskiemu Gabinetowi Wojennemu pożytki płynące z polskiego oporu i konieczność jego wspomagania: „Jeśli Polska będzie walczyć na nowej, skróconej linii, Niemcy będą mieć ogromne trudności z dostawami, zwłaszcza gdy zacznie padać, głównie z powodu długości swych linii komunikacyjnych. Natomiast silne Wojsko Polskie, posiadające zarówno wsparcie moralne, jak i wsparcie w postaci spodziewanych regularnych dostaw z naszej strony, może być dla Niemców bardzo niewygodne”. W każdym razie we wrześniu wypłynęło kilka statków brytyjskich i francuskich ze sprzętem wojennym dla Polski. Kierowały się do portów rumuńskich, ale ich misja zakończyła się wraz z atakiem sowieckim 17 września. Zawróciły, nie zdążywszy wyładować ładunku.

W pierwszych dniach września Niemcy mieli na froncie zachodnim tylko 12 dywizji, potem 22 dywizje, z czego tylko osiem czynnych. Reszta to słabo wyszkolone jednostki rezerwowe. Liczba niemieckich dywizji wzrosła do 43 w okresie 9–17 września. Początkowo nie było wśród nich żadnej dywizji pancernej, podczas gdy po drugiej stronie granicy stanęło 90 dywizji francuskich z 2500 czołgami i 10 000 dział. Do tego dochodziła ponad trzykrotna przewaga w lotnictwie, bo gros sił Luftwaffe było zaangażowane na froncie polskim. Francuski wódz naczelny gen. Gamelin stwierdził mocno poniewczasie: „Posiadaliśmy środki dla przełamania linii Zygfryda [Wału Zachodniego – przyp. P.G.]. Tym bardziej że późniejsze wykorzystanie sukcesu przez czołgi pozwalało na stworzenie po prostu wyłomów stosunkowo wąskich, które można by następnie szybko rozszerzyć. Artyleria, którą dysponowaliśmy, w ten sposób mogła wykonać wiele wyłomów”. Generał, a po wojnie marszałek, Alphonse Juin nie mógł odżałować straconej okazji na szybkie zakończenie drugiej wojny światowej:

Dlaczego nie zaatakowaliśmy natychmiast na naszym froncie, gdy wojska niemieckie rzuciły się na Polskę? Jakiż błąd niewybaczalny! Nakazywał to przede wszystkim honor. […] Pozwoliliśmy zdruzgotać Polskę związaną z nami paktem sojuszniczym. […] Cóż za hańba! […] Z punktu widzenia strategii popełniliśmy błąd poważny i ciężki. Nie było ryzyka. Wszystkie niemieckie dywizje pancerne, z wyjątkiem jednej, były zajęte w Polsce. Niemcy nie mieli prawie żadnych sił przeciw nam. Był to moment do rzucenia wojsk do ofensywy, złamania ich linii Zygfryda, która była tylko bluffem.

Francuzi mieli więcej atutów – jeśli chodzi o liczbę sprzętu wojskowego, liczebność wojska, także wyszkolenie rezerwistów. Ograniczenia traktatu wersalskiego wobec Rzeszy sprawiły, że w latach 1919–1935 kilkanaście roczników poborowych – zwanych później „białymi rocznikami” – nie przeszło zasadniczej służby wojskowej. W 1939 roku Niemcy dysponowali ponad ośmioma milionami mężczyzn zdolnych do służby wojskowej, ale jedynie trzy miliony z nich przeszło szkolenie. Rozbudowujący się Wehr­macht w latach 1935–1939 gorączkowo poszukiwał oficerów – awansując podoficerów, ściągając funkcjonariuszy policji, rekrutując weteranów pierwszej wojny światowej.

Niemcy nie mogli wyjść ze zdumienia. Oni nie zmarnowaliby takiej okazji, jaka nadarzyła się Francuzom w początkach września 1939 roku. Sami zauważali – na przykład gen. Siegfried Westphal – jak bardzo niedoskonałą zaporą w tamtym czasie był Wał Zachodni. Westphal wskazywał na pośpiech przy budowie, co skutkowało między innymi niską jakością wykonania schronów, także ich złym rozmieszczeniem w terenie oraz źle zaprojektowanymi polami ostrzału. Francuski wywiad wojskowy wiedział o tym w 1939 roku. Raportował, że Wał Zachodni to bluff Hitlera, a nie poważna zapora. Jednak pacyfistyczni przywódcy Republiki woleli traktować istnienie tych umocnień jako propagandowe uzasadnienie bezczynności. Westphal – który był wtenczas dowódcą niemieckiego frontu zachodniego – pisał później o kompletnym zdumieniu aliancką bezczynnością: „Nie mogliśmy pojąć, dlaczego Francuzi nie uderzyli ani też w jaki sposób widoczna słabość naszych fortyfikacji mogła ujść uwadze francuskiego dowództwa! Nie działo się jednak nic, absolutnie nic, poza drobnymi lokalnymi starciami bez znaczenia w rejonie Saarbruecken”. Podobnie Heinz Guderian: „Jeżeli chodzi o francuskie Naczelne Dowództwo, to byliśmy zdumieni, że nie skorzystało ono z okazji do działań zaczepnych we wrześniu 1939 roku, gdy główne siły armii niemieckiej, a w szczególności wszystkie jej wojska pancerne, były związane w Polsce. Nie mogliśmy wtedy zrozumieć przyczyn tej powściągliwości”.

Była to nie tylko hańba – nawiązując do słów gen. Juina – ale przede wszystkim głupota. Szybkie rozbicie Polski umożliwiało Niemcom skupienie sił tylko na jednym froncie zamiast walki na dwóch. Odsuwało groźbę blokady Rzeszy w dostawach surowców i towarów. Gdyby odciążona francuską ofensywą Polska przetrwała pierwsze uderzenie, niemiecki przemysł zbrojeniowy stanąłby przed groźbą zaduszenia. Zapasy wielu surowców strategicznych wystarczały na kilka bądź kilkanaście tygodni produkcji. Nawet jeśli chodzi o żywność, to własna produkcja rolnictwa Rzeszy – mimo ogromnych wysiłków – zapewniała około 80 proc. zapotrzebowania. „Dlatego też klucz strategiczny wojny leżał w Polsce; jeśliby Wehr­macht ugrzązł nad Wisłą, a Francuzi zaatakowali nad Renem, nic Rzeszy nie mogło uratować” – oceniał Leszek Moczulski. Logika i dobrze pojęty interes własny nakazywały Francuzom rychłe wypełnienie zobowiązań sojuszniczych wobec Polski. Nad Wisłą dobrze to rozumiano. Nie przewidziano jednak tak skrajnej głupoty. „Gdzież jest logika militarna, gdzie imperatyw zasad sztuki wojennej, udowadnianych praktycznie przez wszystkich wielkich kapitanów przeszłości i zwycięzcę wojny ostatniej – Focha, głoszonych przez wszystkie szkoły wojenne z École Supérieure de Guerre na czele: imperatyw żądający jednoczesności wysiłku, nie pozwalający nieprzyjacielowi na rozprawy kolejne z siłami słabszymi?” – pytał gen. Józef Jaklicz.

Nie jest tak, że nikt po stronie aliantów tego nie dostrzegał i nie podnosił alarmu. Wojowniczy brytyjski polityk, w młodości żołnierz, Edward Spears krzyczał w parlamencie na ministra lotnictwa Kingsleya Wooda, że hańbą jest zrzucanie ulotek na Niemcy zamiast prawdziwych bomb, mówiąc, że to „wojna za pomocą konfetti z bezlitosnym wrogiem, który niszczy kraj”. Nieszczęściem Polski, zresztą jednym z wielu, było to, że to Wood, a nie Spears, pełnił wówczas funkcję ministra lotnictwa. Wcześniej Wood był ministrem zdrowia i na tym, jako ekspert od ubezpieczeń społecznych, ponoć się znał. Na lotnictwie wojskowym jednak już nie, ale był bliskim przyjacielem Chamberlaina. Wojowniczy tak samo jak Spears Leo Amery domagał się, aby RAF zbombardował bombami zapalającymi lasy Schwarzwaldu, gdzie znajdowało się sporo niemieckich fabryk zbrojeniowych. „Czy zdaje sobie pan sprawę, że to własność prywatna?! Pewnie zaraz zażąda pan, żebym zbombardował Essen” – fuknął Wood. Essen rzeczywiście trzeba było od razu zbombardować. To przemysłowe miasto w Zagłębiu Ruhry było główną siedzibą koncernu Kruppa, najważniejszej niemieckiej firmy zbrojeniowej.

Przypomina się tu powiedzenie Napoleona o armii lwów dowodzonej przez barana. Tak w istocie było z wojskiem brytyjskim, które choć jeszcze niedostatecznie przygotowane, to jednak chciało się bić.

Generał Roger Evans, dowódca 1. Dywizji Pancernej, która szybko została przerzucona do Francji, obserwował absurdalne sceny drôle de guerre. Był tym głęboko zawstydzony, gdyż, jak pisał, stanowiło to „haniebny kontrast w zestawieniu z zaciekłą walką na wschodnim froncie, gdzie potężny huragan niemieckiej armii miażdżył ostatnie, desperackie próby oporu Polaków”. Słynny później dowódca gen. Bernard Law Montgomery, wówczas dowódca skierowanej do Francji 3. „Żelaznej” Dywizji Piechoty, zanotował: „Moja dusza buntowała się z powodu tego, co się działo. Francja i Wielka Brytania stały w miejscu, podczas gdy Niemcy połknęły Polskę; wciąż staliśmy w miejscu, gdy niemieckie armie przemaszerowały na zachód, niewątpliwie zamierzając nas zaatakować; czekaliśmy cierpliwie na atak, a przez ten czas zrzucaliśmy na Niemcy ulotki. Jeśli to była wojna, to ja tego nie rozumiałem”. Niestety, Chamberlain – Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego – sądził, że Niemcy zostaną rzucone na kolana za pomocą blokady. Mówił, iż ma przeczucie, że wojna zakończy się wiosną 1940 roku. „Nie nastąpi to wskutek zwycięstwa w polu, lecz dzięki temu, iż Niemcy zdadzą sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać i że nie opłaca im się narażać na straty i nędzę, skoro ich sytuacja może natychmiast się poprawić” – twierdził.

Wiosna 1940 roku miała jednak – co wiemy doskonale – zupełnie inny przebieg. Przyszła kara za złą decyzję z Abbeville i niedopełnienie sojuszniczego obowiązku. Ale mimo klęsk aliantów w Norwegii, zaczynającej się inwazji na Francję, Belgię i Holandię Chamberlain kurczowo trzymał się władzy. I miał szansę ją zachować, gdyby nie bunt zdeterminowanej mniejszości w jego partii. Była to nieduża grupa posłów konserwatywnych, na szczęście mocno przekonanych do swych racji. To ci sami ludzie, którzy po 1 września poprzedniego roku przymusili Chamberlaina do wypowiedzenia wojny Niemcom. Leo Amery, Duff Cooper, Robert Boothby, także labourzysta Arthur Greenwood. Kulminacją burzliwej debaty w parlamencie było dramatyczne wezwanie Amery’ego, który zwrócił się do członków rządu Chamberlaina słowami wypowiedzianym trzy stulecia wcześniej przez Olivera Cromwella: „Siedzicie tu zbyt długo jak na to, co dobrego uczyniliście. Oddalcie się, powiadam, i niechaj tak się stanie. W imię Boga, odejdźcie!”. Te słowa wywołały wstrząs w Izbie Gmin. Zadziałały. Rząd Chamberlaina odszedł. Premierem został Winston Churchill. Mimo wszystkich jego wad o wiele miesięcy za późno z polskiego i europejskiego punktu widzenia. Wielka Brytania czekała na taki sygnał. Dziennikarz „New York Timesa” wiosną 1940 roku cytował jednego z amerykańskich dyplomatów w Londynie: „Brytyjczycy potrzebują kogoś, kto wezwie ich do walki – wielkiego przywódcy. Jeśli to się stanie, mają dość ludzi i odwagi, żeby zwyciężyć w tej wojnie”.

***

.Już w czasie procesu norymberskiego gen. Alfred Jodl złożył zeznanie: „W roku 1939 świat nie zdołał uniknąć katastrofy jedynie dlatego, że 110 dywizji, jakie posiadali Francuzi i Anglicy, pozostało całkowicie bezczynnych wobec 23 dywizji niemieckich na Zachodzie”. Koresponduje z tym opinia gen. Haldera na temat ewentualnego ataku Francuzów przeprowadzonego na początku września: „Doszliby z łatwością do Renu, który mog­liby przekroczyć, nie napotykając poważnego oporu”. Podobnego zdania był przytaczany wcześniej gen. Westphal: „Gdyby Francuzi zaatakowali w pierwszej połowie września przy pomocy swych sił głównych, doszliby do Renu w ciągu 15 dni. Co by to oznaczało dla Europy? Jest rzeczą prawdopodobną, że reżim hitlerowski załamałby się już w jesieni 1939 roku”.

Zwróćmy uwagę w słowach Westphala na podany termin – pierwsza połowa września. To był czas przyjęty przez polskie naczelne dowództwo jako okres, w którym jest w stanie wytrzymać napór Niemców. Tak też było – w połowie września broniły się skutecznie Warszawa, Modlin i Lwów, trzymało się Wybrzeże, większość wielkich jednostek Wojska Polskiego walczyła jako zwarte oddziały, formowano kolejne dywizje rezerwowe. Tu dochodzimy do kluczowej kwestii.

Czy sowiecka inwazja nastąpiłaby, gdyby alianci wykazali się postawą ofensywną?

Świadek epoki i aktywny uczestnik wydarzeń Charles de Gaulle uważał, że gdyby nie bezczynność Francji, prawdopodobnie Stalin bałby się wystąpić po stronie Niemiec: „w postawie Stalina działającego nagle wspólnie z Hitlerem rozpoznawało się przekonanie, że Francuzi pozostaną bierni (co dawało Rzeszy wolną rękę)”. Generał Kopański też nie wykluczał możliwości, że w przypadku „lepszej sytuacji operacyjnej” Wojska Polskiego – co wynikłoby z wcześniejszej ofensywy zachodniej – mogłoby nie dojść do ataku 17 września. Współczesny nam autor, prof. Szeremietiew, uważa, że w przypadku ataku francuskiego Stalin wstrzymałby się z inwazją na Polskę: „Sowiecki dyktator nie chciałby przecież znaleźć się u boku Hitlera, który nie mógłby poradzić sobie z polską obroną. Można zasadnie przypuszczać, że przedłużający się polski opór powstrzymałby wkroczenie Sowietów do Polski”.

Józef Stalin pod jednym względem był zupełnie inny niż Adolf Hitler. W sensie ludzkim, etycznym, absolutnie nie był od niego lepszy. Nie będziemy też przesądzać, czy był gorszy, bo po pierwsze, nie ma to znaczenia dla dalszych rozważań, a po drugie, namysł nad tym przypominałby scholastyczne ćwiczenia retoryczne w stylu dysputy o tym, ile aniołów zmieści się na czubku szpilki. Obaj byli po prostu zbrodniarzami, ale Stalin, w odróżnieniu od Hitlera, nie był ryzykantem. Był bardzo ostrożny i skrajnie, wręcz patologicznie nieufny. To ostatnie zwodziło go czasem na manowce. Pamiętamy te wszystkie procesy z lat trzydziestych, po których najwierniejsi Stalinowi enkawudziści szli „pod stienku” po absurdalnych oskarżeniach o współpracę z wywiadami najróżniejszych krajów. Dla nas to krwawa groteska, a Stalin naprawdę w to wierzył.

Przypomnijmy sobie też opisaną przy 1938 roku hipotezę Olega Khlevniuka – naszym zdaniem wartą rozważenia – że wówczas Stalin nie chciał dołączyć do wojny europejskiej pod pretekstem obrony Czechosłowacji, lecz myślał, że cały kryzys sudecki to „maskirowka” faszystów i burżuazji, a jej prawdziwym celem był atak na Związek Sowiecki. Dlatego we wrześniu 1939 roku nie spieszył się z wypełnieniem „sojuszniczego obowiązku” wobec Niemiec, czyli ataku na Polskę. 7 września na Kremlu odbyła się narada w bardzo wąskim kręgu – Stalin, Mołotow, Żdanow i Dymitrow. Stalin wyjaśniał pozostałym uczestnikom motywacje, które kierowały nim przy zawieraniu paktu z Hitlerem. Dla niego wojna, która wybuchła 1 września, była konfliktem między dwiema grupami państw kapitalistycznych, a Hitler, wywołując ją, przyspiesza upadek systemu kapitalistycznego. Stalin był świadomy, że na tym etapie pomaga Hitlerowi, ale zapowiedział, że w przyszłości planuje wesprzeć drugą stronę. Według jego słów: „Woleliśmy traktaty z tzw. krajami demokratycznymi i dlatego prowadziliśmy negocjacje. Ale Anglicy i Francuzi chcieli nas jako pachołków i do tego nic za to nie płacąc” – ­czyli nie oddając pod jego panowanie krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Niemcy musieli ponaglać Sowietów, aby dotrzymali swych zobowiązań. Jeszcze 5 września Sowieci unikali jasnej odpowiedzi. Pomagali Niemcom stosunkowo drobnymi gestami, na przykład nadawaniem przez stację radiową w Mińsku odpowiednich sygnałów, dzięki którym Luftwaffe mogła sprawniej nawigować podczas lotów nad polskim niebem i celniej bombardować nasze miasta. Sowietów to nic nie kosztowało i w każdej chwili mogli się z tego wycofać. Wspomnianego dnia, 5 września, Mołotow wręczył ambasadorowi Niemiec odpowiedź na zapytania Ribbentropa, które dotarły do Moskwy dwa dni wcześniej: „Jesteśmy zgodni co do tego, że w odpowiednim czasie będzie dla nas rzeczą absolutnie konieczną podjąć konkretną akcję. Jesteśmy jednak zdania, że ten czas jeszcze nie nadszedł. Być może, że jesteśmy w błędzie, ale wydaje się nam, że przez przesadny pośpiech możemy narazić na szwank naszą sprawę i przyczynić się do jedności pomiędzy naszymi przeciwnikami”. Ribbentrop był niezadowolony z odpowiedzi i nakazał dalej naciskać na Moskwę. 9 września Mołotow odpowiedział, że sowieckie działania militarne ruszą „w ciągu najbliższych kilku dni”. Zmiana postawy Sowietów była następstwem informacji, która przyszła tego dnia o rzekomym zdobyciu Warszawy przez Niemców. Szybko jednak się okazało, że Warszawa się broni, więc Sowieci znów postanowili zaczekać.

Kreml był niewątpliwie zaskoczony tempem działań niemieckich. W następnym roku w czasie ataku na Francję przeżył jeszcze raz to samo zdziwienie. Sowieci nie wierzyli w Blitzkrieg, chociaż sami rozbudowywali na niewyobrażalną skalę swoje siły pancerne. Myśleli jednak, że przyszła wojna będzie toczyła się dość powolnym walcem, tak jak działo się to podczas dobrze im znanej wojny domowej w Hiszpanii czy też ich starć z Japończykami na mandżurskiej granicy. 10 września Mołotow otwarcie mówił ambasadorowi Schulenburgowi: „rząd sowiecki został zaskoczony niespodziewanie szybkimi sukcesami wojsk niemieckich… Armia Czerwona liczyła na kilka tygodni, które teraz skurczyły się do kilku dni. Sowieckie władze wojskowe znajdują się więc w trudniej sytuacji, ponieważ w związku z istniejącymi warunkami potrzeba im jeszcze dwóch do trzech tygodni na przygotowanie”. Ambasador nie był jednak zadowolony. Komplementy pod adresem armii niemieckiej były bardzo miłe, ale nie o to w tej rozmowie chodziło. Wysyłając meldunek do Berlina, Schulenburg zwracał uwagę na drugą część rozmowy, którą interpretował jako kolejny przejaw ociągania się Sowietów z wypełnieniem zobowiązań.

Kierownictwo Trzeciej Rzeszy było wtedy naprawdę zaniepokojone wizją tego, że Sowiety nie wypełnią swoich zobowiązań i nie zaatakują Polski, a od zachodu ruszy ofensywa aliancka.

10 września Hitler zażądał od dowództwa armii informacji o kolosalnym dla nas znaczeniu: „na jakiej możliwie najkrótszej pozycji można ubezpieczyć się jak najmniejszymi siłami przeciw pozostałemu obszarowi polskiemu w wypadku, jeśliby reszta wschodniej Polski nie miała być przez nas obsadzona”. Oznaczało to, że Hitler nie wykluczał zatrzymania ofensywy Wehrmachtu w Polsce w celu przerzucenia głównych sił na Zachód. Linia tego frontu miałaby przebiegać gdzieś między Suwalszczyzną a drohobyckim zagłębiem naftowym. Nie trzeba tłumaczyć, co znaczyłby ten moment oddechu dla Wojska Polskiego.

Ostrożność Stalina na pewno zostałaby wzmocniona aktywnością bojową aliantów na froncie zachodnim. Dość szybko dostrzeżono niebezpieczeństwo, że bierność będzie odczytana jako zachęta do współudziału w zbrodni. Już 10 września ambasador brytyjski w Moskwie William Seeds depeszował do Londynu: „Widoczna bezczynność frontu zachodniego i gwałtowne postępy Niemiec mogą skusić rząd sowiecki do zapewnienia sobie czegokolwiek z tego, co obiecali mu Niemcy”. Ci – Hitler i jego otoczenie – zwątpili w pewnym momencie, czy Sowiety w ogóle wypełnią swoje zobowiązania wynikające z paktu Ribbentrop-Mołotow. 12 września Halder zanotował wiadomość, którą uzyskał od Brauchitscha po jego rozmowie z Hitlerem: „Naczelny dowódca wrócił od Führera: Rosjanie prawdopodobnie wcale nie zaczną. Chce on [Hitler] utworzyć państwo ukraińskie”.

I oto doszliśmy do clou sprawy. Kreml wtedy podjął decyzję. 13 września Mołotow wezwał Schulenburga, aby mu oznajmić, że „Armia Czerwona osiągnęła stan gotowości wcześniej, niż oczekiwano”. Być może najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest to, że asumptem dla Sowietów do inwazji na nasz kraj była groźba ze strony Niemiec, iż na terenie wschodniej Polski zostanie powołane kadłubowe państwo ukraińskie pod protektoratem Rzeszy. Taki sygnał wysłał do Moskwy 11 września Ribbentrop, który napisał, używając liczby mnogiej, o utworzeniu „nowych państw”, co by sugerowało też możliwość powołania jakiegoś państewka białoruskiego. Dla Sowietów nie były to strachy na Lachy, bo świeża była jeszcze pamięć o działaniach niemieckich z lat pierwszej wojny światowej, kiedy kajzerowska Rzesza dała wolną rękę działaczom ukraińskim i białoruskim na swobodną działalność od sfery oświatowej po polityczno-militarną. Ciekawą scenę opisał ambasador amerykański w Warszawie Anthony Biddle. 10 września on i cały korpus dyplomatyczny zostali ewakuowani do Krzemieńca na Wołyniu. Biddle rozmawiał z ambasadorem sowieckim Szaronowem i konwersacja zeszła na mobilizację wojska ogłoszoną przez władze sowieckie 4 września. Zapytał, czy tę decyzję należy wiązać z obawą, iż Niemcy po ewentualnym zajęciu Lwowa ogłoszą to miasto stolicą niepodległego państwa ukraińskiego. Szaronow w odpowiedzi uśmiechnął się i zmienił temat. Biddle zadał to niedyskretne pytanie w obecności estońskiego dyplomaty, który chwilę później pożegnał się z Szaronowem i posłem USA. Gdy obaj zostali sam na sam, ambasador sowiecki „wrócił do mojego pytania, stwierdzając, że mówi zupełnie prywatnie i poza wszelkim zapisem, prawdopodobnie trafiłem w dziesiątkę”.

Sowieci i tak dalej byli ostrożni. Żądali od Niemców pewnej informacji, że Warszawa padła. „Dla politycznego umotywowania akcji sowieckiej jest rzeczą największej wagi nie podejmować akcji, dopóki nie upadnie ośrodek rządowy Polski, miasto Warszawa. Dlatego też Mołotow prosi, by go informować możliwie najdokładniej, kiedy można liczyć na zdobycie Warszawy” – depeszował przebieg rozmowy z sowieckim komisarzem z 14 września ambasador Schulenburg. Ribbentrop ponowił pogróżkę. 15 września zakomunikował: „Zakładamy, że rząd sowiecki wkroczy wojskowo i że zamierza rozpocząć swoje operacje w chwili obecnej. Witamy to z zadowoleniem. Rząd sowiecki w ten sposób zwalnia nas od konieczności niszczenia resztek armii polskiej i ścigania jej aż do granicy rosyjskiej. Odpadła też sprawa, czy w razie braku interwencji sowieckiej nie powstanie próżnia polityczna na obszarze na wschód od niemieckiej strefy interesów”.

Dzień „X”, czyli termin ataku sowieckiego na Polskę był pierwotnie wyznaczony na 13 września. Warszawa jednak nadal się broniła, a na zachodzie Francuzi podjęli działania. Wprawdzie w bardzo ograniczonym zakresie, ale wówczas nie było pewne, że tylko na tym się skończą. Ambasador sowiecki Szaronow na pewno wiedział o dacie 13 września, bo dzień wcześniej wyjechał z Polski na teren sowiecki, motywując to rzekomymi trudnościami w komunikacji telefonicznej z Moskwą, a o wizę wyjazdową prosił już 10 września. Wyjazd miał trwać tylko kilka dni według tłumaczeń Szaronowa wobec Becka.

Ostateczna decyzja o ataku na Polskę z wyznaczeniem daty 17 września została podjęta przez władze sowieckie najprawdopodobniej 13 lub 14 września. Zdarzyło się to po tym, jak wczesnym popołudniem 12 września niemiecka szpica próbowała wziąć z zaskoczenia Lwów. Oddziały Wehrmachtu zostały odparte i miasto semper fidelis broniło się skutecznie przez dłuższy czas, ale Sowieci mogli zakładać jego upadek. Wtedy Lwów zostałby wykorzystany przez Niemców lub nawet wbrew ich woli przez nacjonalistów ukraińskich do proklamowania niepodległego państwa ukraińskiego, tak jak stało się to latem 1941 roku. Ta okoliczność ponagliła Sowietów do działania, a ośmielił ich brak aktywności na froncie zachodnim. Ergo – gdyby Polska otrzymała mocne wsparcie z Zachodu, byłby to dla Sowietów sygnał, że nie ma też szans na powołanie państwa ukraińskiego. Zresztą także ostateczność daty 17 września była dość względna. Informację o dacie sowieckiego ataku Niemcy otrzymali dopiero 16 września późnym popołudniem i to też z zastrzeżeniem. Mołotow zakomunikował wtedy ambasadorowi Schulenburgowi, że atak nastąpi „może nawet już jutro lub następnego dnia”.

Przebieg sowieckiej inwazji na Polskę wskazywał, że technicznie i organizacyjnie Armia Czerwona nie była do tego gotowa. Jesteśmy pod wrażeniem zawstydzającej nieporadności wojsk sowieckich w Finlandii, ale też z drugiej strony ta sama armia dawała sobie dobrze radę na Dalekim Wschodzie w walkach przeciw Japończykom. O ile Finów Rosjanie ­mog­li lekceważyć, o tyle głównego kierunku operacyjnego – czyli Polski – nie mogli już tak traktować. Wniosek stąd, że inwazja 17 września była bardziej wymuszona przez Niemców i okoliczności niż zgodna z harmonogramem podboju świata, który Stalin sobie wyznaczył. Jego armia była wojskiem potężnym tylko w liczbach, ale nie pod względem jakości. 17 września Armia Czerwona napotkała po polskiej stronie ledwie 20 osłabionych batalionów Korpusu Ochrony Pogranicza, garść jednostek zapasowych i ośrodków mobilizacyjnych. Nie było tam żadnych polskich formacji liniowych, a mimo to oddziały sowieckie poruszały się jak muchy w smole, wpadały w panikę, a niekiedy w przypadku bezpośredniej konfrontacji – tak jak w bitwie pod Szackiem – były bite przez słabsze jednostki polski. Tempo poruszania się Sowietów, zatrzymywanych tylko gdzieniegdzie przez chaotyczny opór, było nieporównanie wolniejsze niż tempo Wehr­machtu zmagającego się z gros polskiej armii. Aby zająć przyznany Sowietom pas Polski, wynoszący od 250 do 300 km szerokości, oddziały Armii Czerwonej potrzebowały co najmniej dziesięciu dni. Efekt końcowy był jednak taki, że państwo polskie przestało istnieć, a jego armia została rozbita. Sowieckie kręgi kierownicze uwierzyły, że stało się to dzięki ich zasługom i potędze. Nie zwrócono uwagi na prawdziwy charakter tej kampanii. Po kilku miesiącach sam Stalin zauważył płynące z tego niebezpieczeństwo, wygłaszając przemówienie na zjeździe KC WKP(b): „Strasznie zaszkodziła nam polska kampania, ona nas zepsuła. Pisano artykuły, wygłaszano przemówienia, że nasza Armia Czerwona jest niezwyciężona, że nikt jej nie dorówna, że wszystko ma, jest bez skazy, nigdy nie miała i nie ma braków. […] Nasza armia nie pojęła, […] że wojna w Polsce była wojskowym spacerkiem, a nie wojną”. Ale Stalin też za bardzo nie pojął, jedynie zrzędził na podwładnych. Małą karę Sowieci otrzymali za lekceważenie wniosków z Polski w czasie wojny z Finlandią, ogromną karę, gdy napadli na nich w 1941 roku ich nowi sojusznicy, czyli Niemcy.

Żyjemy w czasach, w których trzeba przypominać oczywistości. Podczas gdy jedni rewizjoniści kwestionują odpowiedzialność Niemców i Hitlera za wybuch oraz sposób prowadzenia wojny, drudzy rozgrzeszają Stalina i przerzucają winę na ofiarę, czyli stronę polską. Dlatego warto znać fakty, i to te podręcznikowe. Polska i Związek Sowiecki podpisały w 1932 roku traktat o nieagresji. Na dodatek został on potwierdzony rok później przez wielostronną – bo zawartą oprócz Polski i Sowietów, także przez Rumunię, Estonię, Łotwę, Turcję, Persję i Afganistan – konwencję o definicji agresora. Konwencja została podpisana z inicjatywy Sowietów z krajami, jak widać, z nimi graniczącymi. Zapisy były jednoznaczne. Łącznie z artykułem wykluczającym agresję pod pretekstem takim, jaki zgłosiły Sowiety 17 września 1939 roku: „Sytuacja wewnętrzna jakiegoś państwa, na przykład: jego struktura polityczna, ekonomiczna lub społeczna; niedostatki przypisywane jego administracji: zaburzenia wynikające ze strajków, wystąpień rewolucyjnych, kontrrewolucji lub wojny domowej”.

.Wiedzieli to doskonale sami agresorzy. 4 czerwca 1941 roku na posiedzeniu Głównej Rady Wojennej Andriej Żdanow powiedział: „Wojny z Polską i Finlandią nie były wojnami obronnymi. Wstąpiliśmy na drogę polityki ofensywnej. […] Przystąpiliśmy do realizacji leninowskiego hasła”. Czyli szerzenia rewolucji światowej środkami militarnymi.

Piotr Gursztyn
Fragment książki “Ribbentrop – Beck. Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?” Wyd.Dolnośląskie 2018. POLECAMY: [LINK]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam