Prof. Jacek KORONACKI: Michelle i Barack Obamowie

Michelle i Barack Obamowie

Photo of Prof. Jacek KORONACKI

Prof. Jacek KORONACKI

Profesor nauk technicznych, doktor habilitowany nauk matematycznych, były długoletni dyrektor Instytutu Podstaw Informatyki PAN. W ostatnich latach zajmował się analizą molekularnych danych biologicznych.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Kolejne kompromitacje prezydenta Joe Bidena sprawiają, że coraz głośniej mówi się o zmuszeniu go do rezygnacji z ubiegania się o fotel prezydencki w kolejnej kadencji. Wśród tych, którzy mieliby stanąć w szranki do walki z Donaldem Trumpem, wymienia się ludzi polityki – nieszczęsną panią wiceprezydent, ale to chyba przez grzeczność tylko, parę pań i paru panów gubernatorów, ministrów – i również żonę byłego prezydenta, Michelle Obamę – pisze prof. Jacek KORONACKI

.Dwadzieścia pięć lat temu Patryk Buchanan, znany także w Polsce – choć naszej ojczyźnie niezbyt przyjazny, by wyrazić się łagodnie – wybitny amerykański komentator konserwatywny, doradca prezydentów, który sam miał ambicje prezydenckie, wydał książkę Republika, a nie imperium. Ku restytucji przeznaczenia Ameryki (A Republic, Not an Empire: Reclaiming America’s Destiny, 1999). Miał nadzieję na uratowanie USA przed kryzysem społecznym i instytucjonalnym oraz na porzucenie przez nie polityki imperialnej – dbania o zachowanie Pax Americana na całym świecie. W roku 2011 pytał już tylko, czy Ameryka dotrwa do roku 2025 – w książce Samobójstwo supermocarstwa. Czy Ameryka dotrwa do roku 2025? (Suicide of a Superpower: Will America Survive to 2025?).

W owej książce sprzed lat trzynastu Buchanan nie wieszczył rychłej utraty przez USA dominującej pozycji gospodarczej czy nawet najmniejszego zagrożenia dla militarnej przewagi Ameryki nad resztą świata. Chodziło mu o upadek moralny i kulturalny, bezwzględne odrzucenie chrześcijańskich fundamentów ładu społecznego, koniec narodowej spójności i wyparcie się własnej historii, a w konsekwencji koniec krótkiego trwania narodu amerykańskiego. Jak to podsumowywałem dwa lata temu na stronach WcN [LINK], „w ciągu kilku minionych dekad społeczeństwo amerykańskie uległo rozpadowi na jakby dwa kraje – pierwszy, obejmujący dorzecze Missisipi z Teksasem i częścią Południa na wschód od Teksasu, oraz drugi, obejmujący pozostałe stany USA. Pierwszy, zamieszkany w większości przez nieuleczalny ciemnogród (irredeemable deplorables według Hillary Clinton), i drugi, którego większość – merytokracja wykształcona na najlepszych uczelniach i jej akolici – nie odwołuje się już do własnej tradycji narodowej oraz straciła zdolność promieniowania dobrymi wzorcami na resztę społeczeństwa. Innymi słowy, merytokracja straciła walor bycia elitą kulturalną przewodzącą narodowi”.

Najkrócej rzecz ujmując, republika amerykańska nie dotrwała do roku 2025. Trwa i przetrwa swój własny kryzys supermocarstwo, choć kończy się Pax Americana. Nadchodzi koniec ery globalizacji – zaczęło się przechodzenie w erę nową, czyli erę gospodarek regionalnych z USA jako mocarstwem najsilniejszym, zapewne również gospodarczo. Wszakże dziś – w roku 2024 – społeczny i instytucjonalny kryzys państwa amerykańskiego osiągnął rozmiary zaiste tragikomiczne. Prezydentem, mało tego, obecnym kandydatem na prezydenta w latach 2025–2028 z ramienia Partii Demokratycznej jest człowiek prawie 82-letni, zdradzający objawy demencji starczej. Gdyby nie jako tako działająca administracja państwowa i lepiej działające „państwo ukryte”, czyli tzw. deep state, mielibyśmy do czynienia z tragedią o wymiarach globalnych.

.Partia Demokratyczna miała kiedyś doskonale działającą tzw. maszynę polityczną, która dobrze wiedziała, kogo, jak i gdzie ulokować w układach politycznych USA. Działanie tej maszyny przeniósł z poziomu lokalnego (nowojorskiego) na federalny Franklin Delano Roosevelt, a udoskonalił John Fitzgerald Kennedy. Z demokracją nie miało to nic wspólnego, z klientelizmem politycznym i korupcją wszystko, ale opowieści o demokracji to bajki dla naiwnych. Tak było wiele dekad temu. Wydaje się, że dziś ta maszyna nie działa.

Kolejne kompromitacje prezydenta Joe Bidena sprawiają, że coraz głośniej mówi się o zmuszeniu go do rezygnacji z ubiegania się o fotel prezydencki w kolejnej kadencji. Wśród tych, którzy mieliby stanąć w szranki do walki z Donaldem Trumpem, wymienia się ludzi polityki – nieszczęsną panią wiceprezydent, ale to chyba przez grzeczność tylko, parę pań i paru panów gubernatorów, ministrów – i również żonę byłego prezydenta, Michelle Obamę.

Nie potrafię orzec, kto z nich ma największe szanse na zastąpienie Joe Bidena, ale że o możliwej kandydaturze Michelle Obamy mówi się coraz więcej i coraz cieplej, pozwalam sobie przypomnieć jej i jej męża sylwetki (korzystam w tym opisie z fragmentu mojej książki Amerykański konserwatyzm na progu XXI wieku (von Borowiecky 2015), w którym to fragmencie opierałem się głównie na książkach Paula Kengora (Dupes: How America’s Adversaries Have Manipulated Progressives for a Century, 2010), Dinesha D’Souzy (The Roots of Obama’s Rage, 2010) oraz Marka Steyna (After America: Get Ready for Armageddon, 2011); potwierdzenie zawartych tam szokujących niekiedy informacji można znaleźć w prasie głównego nurtu lub w Wikipedii).

Kiedy Obama zdobywał nominację Partii Demokratycznej w roku 2008, ogół nie wiedział o nim wiele. Obama dużą część życia spędził poza kontynentem amerykańskim, nie był osobą, która w jakiś sposób zaznaczyłaby się w życiu publicznym USA – poza jednym: miał za sobą bodaj najbardziej lewicową historię głosowań w Kongresie; co było szczególnie oburzające, głosował przeciw zabronieniu zabijania nienarodzonych dzieci przez tzw. częściowe narodziny (partial birth abortion). Wytykano mu kontakty i przyjaźnie z kryptokomunistami, ale części elektoratu to zbytnio (albo wcale) nie przeszkadzało.

Na przyszłego prezydenta wielki wpływ wywarł jego kenijski ojciec, mimo że syn widział go tylko parę razy w życiu. Inną osobą, która wywarła wpływ na Baracka Obamę, gdy chodził do szkoły na Hawajach, był niejaki Frank Marshall Davis, który stał się dla Obamy jakby drugim ojcem. Obaj seniorzy byli lewicowcami, Davis członkiem Komunistycznej Partii USA.

Karierę polityczną rozpoczął Barack Obama w roku 1997 jako członek Senatu Stanu Illinois. Senatorem stanowym pozostawał do roku 2004, gdy został wybrany do Senatu USA. Do Senatu Stanu Illinois trafił dzięki poparciu radykalnie lewicowej senator Alice Palmer, która postanowiła senat stanowy zamienić na Kongres w Waszyngtonie (notabene, Palmer nie dostała się do Izby Reprezentantów Kongresu USA, wróciła do Illinois walczyć o powrót na „swoje” miejsce w senacie stanowym, ale Obama jej to uniemożliwił, wykazując, że wymagana przez prawo lista osób popierających jej kandydaturę jest w dużej części sfałszowana, i sam zajął to miejsce).

Wiadomo, że plan zarekomendowania Obamy na senatora stanowego Alice Palmer ogłosiła na prywatnym spotkaniu kilkorga lewicowców w domu Williama Charlesa „Billa” Ayersa, profesora na University of Illinois at Chicago (Ayers przeszedł tam po doktoryzowaniu się na Columbii), i jego żony Bernardine Dohrn w roku 1995. Obamę przyprowadziła na spotkanie i przedstawiła zebranym właśnie Palmer. Od tamtego czasu prof. Ayers i Obama wspólnie występują na konferencjach, wspólnie wspierają różne osoby z lewicy amerykańskiej. Na przykład na konferencji intelektualistów w kwietniu 2002 r. na uczelni Ayersa przemawiają: Obama, Ayers, Dohrn oraz Richard Rorty. Ten ostatni, filozof uznawany za wybitnego, słynny uczeń słynnego Deweya, pierwszego wśród lewicowych amerykańskich „edukatorów”, jak prawie wszyscy późniejsi związanego z Columbia University uczonego, mówi, że nauczyciele uniwersyteccy muszą pracować nad tym, by studenci, dziś „religijni bigoci i homofobi”, mogli „wyrwać się z uścisku ich przerażających, występnych i niebezpiecznych rodziców” i „opuścić uczelnię, mając poglądy bliższe naszym”. A jeśli chodzi o przykład wspólnych faworytów Baracka Obamy i neokomunistów, kiedyś Barack Obama wspierał jako przewodniczący rady pewnej fundacji szefa szkolnictwa publicznego Chicago, Arne Duncana; w 2006 r. profesorowie University of Illinois, Michael Klonsky (za młodu członek władz Students for Democratic Society, organizacji w owym czasie na lewo od KP USA, maoista) i Bill Ayers, napisali entuzjastyczny artykuł o tymże Duncanie w „Phi Delta Kappa” – czasopiśmie naukowym poświęconym edukacji; niedługo potem Duncan został ministrem oświaty w rządzie Obamy.

Nie bez przyczyny nie tylko Klonsky’ego, ale i Ayersa nazwałem neokomunistą. Sam William Charles „Bill” Ayers nazywał się komunistą przez małe „k”, mając na myśli, że nigdy nie był członkiem KP USA. Dekadę czy dwie temu w rozmowach z prasą Ayers śmiał się, iż jest chyba ostatnim człowiekiem przyznającym się do poglądów komunistycznych. W latach 60. i na początku lat 70. był mózgiem lewackiej Weather Underground, organizacji podkładającej bomby (w komisariatach, na Kapitolu, w Pentagonie, przy czym przyznać należy, że starali się ostrzegać o planie podłożenia bomby, a takich zamachów było kilkanaście).

Lewicowemu towarzystwu Baracka Obamy warto poświęcić kilka słów. Co na przykład myślał w roku 2001 dawny mózg Weather Underground o swojej przeszłości terrorystycznej? Oto … 11 września roku 2001 – w dniu zamachu na World Trade Center! – „New York Times” opublikował rozmowę z profesorem Billem Ayersem. Pan profesor wspominał niezwykłą „poetykę” wybuchu ich bomby w Pentagonie, „poetykę” tryskających płomieni, nie wstydził się działań grupy (zapytał sam siebie: „Może było tych akcji za mało?”). Bombę podkładał razem z przyszłą żoną, Bernardine Dohrn. To był rok 1972. W 1971 Dohrn i należąca do organizacji Kathy Boudin podłożyły bombę w żeńskiej toalecie na Kapitolu. Dziesięć lat później Boudin brała udział w napadzie na samochód z pieniędzmi (słynny Brinks robbery), w którym napastnicy zabili jedną osobę i jedną poważnie ranili; w czasie ucieczki padły po stronie policji kolejne ofiary. Napad był dziełem związanej z Weather Underground ultralewackiej organizacji rewolucyjnej o nazwie May 19th Communist Organization. Boudin trafiła do więzienia na długie lata, ale dzięki apelom amerykańskich akademików, m.in. z grona dawnego Weather Underground, wyszła w roku 2003 (Ayers i Dohrn uciekali przed wymiarem sprawiedliwości przez dobrą dekadę, jeżdżąc po różnych stanach ukryci za fałszywymi danymi osób zmarłych).

Kathy Boudin już z więzienia publikowała w „Harvard Educational Review”. Po uwolnieniu doktoryzowała się na Columbii, gdzie została „assistant adjunct professor” w School of Social Work jako specjalistka m.in. w zakresie związków matka-dziecko, sądownictwa kryminalnego oraz resocjalizacji. Bernardine Dohrn, która ukończyła prawo na Uniwersytecie Chicagowskim, znalazła się w roku 1991 na Northwestern University School of Law jako specjalistka ds. dzieci w Centrum Sądownictwa Rodzinnego.

Ludzie się zmieniają, ale jak zapomnieć rolę, którą pełniły obydwie panie w latach 1968–1969, gdy ich organizacja Weather Underground przewodziła rozruchom studenckim na Columbia University w Chicago, a w grudniu 1969 r. zorganizowała prawdziwy sabat czarownic („naradę wojenną”) w miejscowości Flint w stanie Michigan. Na zlocie pojawiło się ok. 400 studentów, przemawiały m.in. Boudin i Dohrn, obydwie w tonie szokującym i obrzydliwym, pod hasłem ataku na „białe świnie” i „przeciw wszystkiemu, co jest uznawane za dobre”. Nie wypierają się tego, że Dohrn w jakimś szale wypowiedziała hymn pochwalny na cześć bandy Mansona, z aprobatą mówiąc o rozpłataniu widelcem brzucha Sharon Tate i zaszlachtowaniu jej dziecka (był to 9. miesiąc ciąży). Ayers twierdził potem, że była to wypowiedź „ironiczna”, ale inni ówcześni przywódcy byli bardziej szczerzy w swoich wspomnieniach i przyznawali, że te słowa były wypowiadane serio i jako takie były z aprobatą odbierane.

Takie było otoczenie prezydenta Baracka Obamy. Czy mógł dziwić fakt, iż przyszły prezydent nie tylko nie widział możliwości ograniczenia prawa do zabicia nienarodzonego dziecka w drugim trymestrze ciąży, ale nie wykluczał możliwości aborcji przez częściowe narodziny? Znających jego historię nie dziwiły też rozliczne rozporządzenia lub inne działania stale podejmowane przez jego administrację oraz inne agendy rządowe przeciw chrześcijanom i religii, mające złamać sumienia wierzących. Najszerszym echem odbiło się jego poparcie dla ustawy zmuszającej pracodawców do współfinansowania zakupu przez pracowników środków antykoncepcyjnych w ramach opłacanej przez pracodawcę części ubezpieczenia zdrowotnego pracownika. Ustawa weszła ostatecznie w życie 1 sierpnia 2012 roku.

Michelle Robinson, od roku 1992 Michelle Obama, dostała się na Princeton University dzięki dodatkowym punktom za rasę. Pracę licencjacką napisała na temat trudności, na jakie narażona jest czarnoskóra kobieta na jej uniwersytecie. Robinson zdobyła potem dyplom prawnika w roku 1988 – podobnie jak Barack Obama w roku 1991 – na Harvardzie. Obydwoje już na studiach byli lewicowymi aktywistami. Po studiach Michelle zatrudniła się w znanej firmie prawniczej Sidley & Austin, gdzie zapewne zdążyła jeszcze spotkać odchodzącą z firmy Bernardine Dohrn. Po kilku latach porzuciła karierę prawniczą i przeszła do urzędów publicznych, które w roku 1996 zamieniła na pracę administracyjną na Uniwersytecie Chicagowskim. Na uniwersytecie założyła ośrodek o nazwie Community Service Center. Zawsze była blisko spraw społecznych, na przykład pracując na rzecz „wspomagania różnorodności” (etnicznej czy kulturalnej w miejscu pracy lub innym). W jakimś momencie, wspólnie z mężem i Billem Ayersem, zajmowała się opracowywaniem reformy prawa dotyczącego młodocianych przestępców.

Panią Michelle Obama, zatrudnioną wówczas w konsorcjum uczelniano-szpitalnym University of Chicago Hospitals, spotkał w roku 2005, kiedy to jej mąż został senatorem USA, awans na stanowisko wiceprezydenta odpowiedzialnego m.in. za kierowanie programem szpitali w zakresie „różnorodności w biznesie” (awans był wart 200 000 dolarów rocznie – jej pensja roczna wzrosła do ok. 300 000 dolarów). Po wyjeździe pani Obamy do Waszyngtonu wymienione stanowisko zniknęło.

Michelle i Barack Obamowie mieli i mają takie same, wyraźnie lewicowe poglądy. Opowiadają się za „małżeństwami” osób tej samej płci. Wyrok Sądu Najwyższego z roku 2022, oddający stanom prawo decydowania o dopuszczalności aborcji, jakkolwiek ich nie zaskoczył, odebrali jako „druzgocący”. Ameryka jest według nich, a przynajmniej powinna być ojczyzną „różnorodności” i „inkluzywności”. Ojcowie założyciele przewracają się w grobach.

.Ale też, co tu ukrywać, to bardzo miłe osoby… Potrafią do siebie przekonywać nawet lewicowo zorientowane organizacje katolickie, które nauczaniem kościelnym się nie przejmują. Rzeczywiście zawsze leżało im na sercu dobro biednych i skrzywdzonych przez los. I są osobami wierzącymi, na pierwszym miejscu stawiają zasady moralne, z tym że, no cóż, życie jest życiem, a owe zasady życiowe nie są (tak prezydent Barack Obama zwykł wyjaśniać swoje stanowisko w kwestii aborcji czy popierania ruchu LGBT). Słowem, skoro prawie pół Ameryki – tej biorącej udział w wyborach, czyli prawie 30 proc. uprawnionych do głosowania – mogło głosować na Hillary Clinton, to Michelle może zostać pierwszym prezydentem kobietą. Jeżeli zdecyduje się wystartować w wyborach i establishment partyjny ją zaakceptuje.

Jacek Koronacki

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 lipca 2024