Prof. Michel WIEVIORKA: Co z tą Francją, Panie Macron?

Co z tą Francją, Panie Macron?

Photo of Prof. Michel WIEVIORKA

Prof. Michel WIEVIORKA

Francuski socjolog zajmujący się „socjologią zła”. Profesor w École des hautes études en sciences sociales w Paryżu, autor m.in. “L’antisémitisme”, “Le racism”, “Neuf leçons de sociologie”. Nakładem Wyd. Wszystko co Najważniejsze ukazała się książka "Co z tą Francją, Panie Macron?" (2022).

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

I jak, Panie Prezydencie? Jest Pan z siebie zadowolony? Kampania 2022 roku była krótka i tym łatwiejsza dla Pana, że wojna na Ukrainie osłabiła Pana konkurentów. Będzie Pan zatem prezydentem Republiki Francuskiej przez kolejne pięć lat. Panie Prezydencie, w mojej opinii była to mierna kampania, smutna dla naszego kraju i w zasadzie nie mam ochoty dłużej się o niej rozpisywać. Interesuje mnie bardziej to, co przyniesie przyszłość – pisze prof. Michel WIEVIORKA we wstępie do swej najnowszej książki, wydanej przez Wyd. Wszystko co Najważniejsze [PROMOCYJNA CENA: LINK].

Książkę tę adresuję do prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Analizuję w niej jego dotychczasowe działania w polityce wewnętrznej (2017–2022), jednocześnie próbując dociec, czy rozpoczynająca się druga kadencja (2022–2027) przyniesie jakąkolwiek odmianę w jego stylu rządzenia. Na pierwszy rzut oka nie są to sprawy, które powinny pasjonować polskiego Czytelnika, nie licząc znawców tematyki francuskiej, miłośników Francji, ewentualnie także jej krytyków.

Zapewne publikacja poświęcona zagadnieniom międzynarodowym, geostrategicznym, europejskim znalazłaby szersze grono odbiorców w Polsce, lecz decydując się na przekład tej właśnie książki, mój polski wydawca postąpił mądrze i z pożytkiem dla tutejszej opinii publicznej. W ostatnim czterdziestoleciu Francja – podobnie zresztą jak Polska, na swój sposób – doświadczyła ogromnych zmian. I choć mój esej jest bardzo francuskocentryczny, wskazuję w nim na dwa fundamentalne wyzwania, przed którymi staje również Wasz wielki kraj.

Pierwszym jest przyszłość lewicy i w ogóle klasycznego podziału na lewicę i prawicę. W latach 80. XX wieku upadł we Francji realny komunizm: Francuska Partia Komunistyczna, która po wojnie przyciągała do siebie nierzadko ponad 25 proc. elektoratu, może dziś liczyć na poparcie rzędu ledwie 2–3 proc. Partia Socjalistyczna była w 2012 roku hegemonem: jej kandydat, François Hollande, został prezydentem, a socjaliści nie tylko kontrolowali obie izby parlamentu, ale mieli olbrzymią przewagę w regionach, departamentach i wielkich miastach. W wyborach prezydenckich w 2022 roku kandydatka socjalistów nie była tymczasem w stanie zdobyć nawet 2 proc. głosów! Krótko mówiąc, z lewicy nie zostało już prawie nic prócz radykałów, swoistej lewicy na lewicy. Ta sytuacja może niepokoić. Podobnie było zresztą w Polsce. Gdy Solidarność lat 1980–1981 udowadniała całemu światu, że komunizm jest już bankrutem, a w polskich realiach jedynie wojskową juntą, nie udało się stworzyć silnej alternatywy lewicowej, nawet jeśli termin „lewica” nie ma takich samych konotacji w Polsce, jak we Francji, gdyż często utożsamiano go nad Wisłą z dominacją władzy totalitarnej.

Można opisać to w inny sposób: w obu krajach przetrwało pragnienie lewicowości, ale brakuje siły czy też organizacji zdolnej ją ucieleśniać w czymś więcej niż tylko skrajność i radykalność.

Drugim wyzwaniem jest demokracja. Francji grozi autorytaryzm. Z jednej strony prezydent Macron rządził – i przeczytają Państwo o tym w szczegółach w książce – w sposób, który można określić mianem „top down”, to znaczy umniejszając rolę mediacji, a z drugiej skrajna prawica pokazała wszystkim, że jest zdolna przejąć już ponad 40 proc. elektoratu.

Jeśli chodzi o Polskę, to jest ona często określana jako demokracja „illiberalna”, jej władze lokują się na prawo od prawicy, a wielu piętnuje ich antydemokratyczne zapędy. I choć oba kraje oczywiście pod wieloma względami różnią się od siebie, to francuskie doświadczenie może być cenne w polskiej (i vice versa) refleksji nad tym, co dochodzi do głosu, gdy demokracja szwankuje: nad populizmem, a przede wszystkim nacjonalpopulizmem.

Historyczne związki Francji z Polską bywały często naznaczone przez wielkie prądy wzajemnego zrozumienia i sympatii, nawet jeśli było w tym coś na kształt „asymetrii uczuć”, jak nazywał to Bronisław Geremek. Ja sam zresztą wiele nauczyłem się o demokracji, gdy jako socjolog wraz z francusko-polską grupą badaczy odkrywałem fenomen Solidarności – ruchu społecznego „totalnego”, to znaczy społecznego sensu stricto, lecz także demokratycznego i optującego za koncepcją narodu otwartego. Po 13 grudnia 1981 roku zdelegalizowana przez Jaruzelskiego Solidarność mogła liczyć na wsparcie mojego kraju: duchownych, artystów, intelektualistów, związków zawodowych, rozlicznych stowarzyszeń itd. Mobilizacja była ogromna.

Po napaści zbrojnej Rosji na Ukrainę nasze kraje znalazły się w jednym obozie geopolitycznym, choć oczywiście nie we wszystkich kwestiach nasze stanowiska są zbieżne (na przykład nie podobała mi się wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego z 4 kwietnia 2022 roku, w której krytykował francuskiego prezydenta za jego rozmowy z Putinem, mówiąc, że „z Hitlerem nikt nie negocjował”; podobnie krytycznie oceniam reakcję prezydenta Emmanuela Macrona z 8 kwietnia 2022 roku, gdy zagalopował się i nazwał polskiego premiera „skrajnie prawicowym antysemitą”). Ale najważniejsze jest coś innego: stając murem za Ukrainą, Francja i Polska pokazały, że są częścią tego samego obozu, a mianowicie obozu praworządności i demokracji.

Ten wybór był jednocześnie rozwodem Polski z Węgrami Viktora Orbána, który dał dowód wyjątkowej wyrozumiałości względem Putina, podczas gdy dotąd oba kraje były często przedstawiane na Zachodzie jako kierujące się logiką illiberalną. Sytuacja międzynarodowa stała się paradoksalną zachętą do przyjrzenia się społeczeństwom i witalności ich demokracji. Bez wątpienia Polska i Francja zyskają wiele na wymianie doświadczeń i refleksji.

* * *

Konieczne jest kilka słów wprowadzenia, w których wyjaśnię, skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki.

Należę do tych ludzi – i jest nas niemało – którzy uznali, że wrzucając swój głos do urny w pierwszej turze w kwietniu tego roku, nie mają wyboru. Jako człowiek lewicy wiem już, że gdy kończyła się kadencja François Hollande’a, nie zostawało już we Francji wiele z idei, nadziei, form organizacji, a przede wszystkim brakowało mężczyzn i kobiet zdolnych tchnąć życie w jakiś projekt polityczny czy też zaproponować jakąś nową wizję lewicy, która mogłaby znaleźć przełożenie na większość parlamentarną.

Mamy tu do czynienia z zadziwiającym zjawiskiem, które nie ma swojego odpowiednika w innym kraju. Oczywiście wszędzie na świecie obserwujemy kryzys systemów demokratycznych i ustępującą pola czy wręcz rozpadającą się lewicę. Ale widzimy również, że są kraje, także w Europie, w których idea lewicowa odżywa: Niemcy Olafa Scholza i Roberta Habecka, Portugalia Antonia Costy, Hiszpania Pedra Sancheza, także Norwegia oraz Dania, gdzie socjaldemokracja podnosi głowę.

Pański program jest złożony, pełen niuansów. Nie jest dogmatyczny, a raczej roi się od sprzeczności, od czegoś, co Pan sam określił terminem „en même temps” – „jednocześnie” – twórczym rozwinięciem koncepcji „ani, ani” spopularyzowanej przez François Mitterranda po wyborze na drugą kadencję (jak mawiał wówczas: „Ani nacjonalizacja, ani prywatyzacja”). W 2022 roku Pańskie „jednocześnie” zapewniło Panu mniej lub bardziej wyargumentowane poparcie wielu przedstawicieli obozu klasycznej prawicy, nie dostrzegłem natomiast w osobistościach lewej strony sceny politycznej, które dołączyły do Pana – głównie dawni przywódcy francuskich socjalistów – żadnej ożywczej idei lewicowej. Pańskie „jednocześnie” wydaje mi się więc pozbawione równowagi. Ale ono istnieje, dlatego też piszę do Pana.

Niektórzy, nawet Pan w pewnych sytuacjach, chcieli rozliczenia Pana dotychczasowych działań jako ministra za czasów François Hollande’a, a przede wszystkim jako głowy państwa w ostatnich pięciu latach. Próby te napotkały niedającą się pokonać przeszkodę: jak w ogóle można oddzielić to, co jest Pana osobistą odpowiedzialnością, od tego, co zostało wymuszone przez kontekst międzynarodowy lat 2017–2022? To, co jest bezpośrednią konsekwencją Pańskich działań, od tego, co podlegało długoterminowej logice globalnej, ogólnoświatowej? To, na co miał Pan wpływ, od tego, co było skutkiem decyzji Pańskich poprzedników? Sytuacje, za które jest Pan bezsprzecznie odpowiedzialny, od tych, które pod pewnymi względami Pana przerastały, jak choćby pandemia COVID-19? Jak, uciekając od hagiografii, nie popaść w drugą skrajność i nie obwinić Pana za całe zło?

W czasie Pańskiej pierwszej kadencji jedno pytanie nie dawało mi spokoju. Dziś jawi się ono jeszcze bardziej dobitnie: czy zrobił Pan wszystko, a znając już wynik wyborów, czy zrobi Pan wszystko, co w Pana mocy, aby wzmocnić demokrację – u nas, a nie tylko na wschodzie Europy? Czy będzie Pan tą osobą, która da odpór siłom rozsadzającym ją od wewnątrz? A może raczej będzie Pan biernie patrzył, jak nasz kraj, wzorem wielu innych, z każdym dniem oddala się od niej coraz bardziej? Populizm, autorytaryzm, teorie spiskowe… Tyle nieszczęść, tyleż zagrożeń. Co przyniesie jutro?

Panie Prezydencie, wolę napisać o tym wprost, bez niedomówień: mój tekst nie jest próbą bilansu, nawet częściowego, Pańskich działań. Kieruje mną troska o demokrację oraz wybijające się mocniej tu i ówdzie rozgoryczenie upadkiem lewicy w naszym kraju. Krytykując Pana – być może niesprawiedliwie, być może pomijając niektóre Pańskie sukcesy i mocne strony – nie podważam Pańskich dokonań w całości ani nie obarczam Pana odpowiedzialnością za wszystkie bolączki naszej demokracji i wszystkie zagrożenia, które na nią czyhają.

Naród, republika… i demokracja

Aby wszelkie dociekania miały sens, proszę mi pozwolić, Panie Prezydencie, wyjaśnić na wstępie, jak ja rozumiem termin „demokracja”. Ma on tak wiele definicji, że trudno nieraz przedrzeć się przez ten pojęciowy gąszcz. Mówiąc najprościej: demokracja to jedyny znany ustrój polityczny zdolny zapewnić równocześnie jedność społeczeństwa wokół wspólnych wartości oraz instytucjonalne i nieprzemocowe rozwiązywanie kwestii spornych.

Społeczeństwo jest bowiem jednością i wielością zarazem. Demokracja zaś pozwala na pogodzenie obu tych aspektów. Wielość bez jedności prowadziłaby do chaosu; jedność bez akceptacji dla różnic – bez względu na to, jakimi słowami byśmy je określali – pchałaby nas w stronę tyranii lub co najmniej autorytaryzmu[1].

Aby odpowiedzieć na wymóg jedności społeczeństwa, posiadamy we Francji – oprócz idei demokracji – dwa koncepty, które mogą albo na demokracji się zasadzać, albo wręcz przeciwnie, demokrację tę osłabiać lub stawać jej na przeszkodzie. Pierwszą z nich jest naród, a drugą republika.

We Francji naród jest kategorią historyczną, kulturową i polityczną. Spaja swoich członków wokół kultury, języka, historii, także pewnej wizji współżycia – słynne powiedzenie Ernesta Renana czyni z niego „codzienny plebiscyt”. Sytuuje on także kraj w rodzinie narodów, jak zwykło się mówić. Często utożsamia się go z państwem – nasz kraj jest państwem narodowym. Interpretacji i koncepcji idei narodu jest wiele, ale na pierwszy plan wybijają się dwie z nich. Naród może być otwarty, może kierować przesłanie do całego świata, a zatem paradoksalnie może chcieć jawić się jako uniwersalny, choć przecież jest on po prostu partykularyzmem. Naród może też być zamknięty, skupiony na sobie, może skłaniać się w stronę nacjonalizmu, wzywać do kulturowej czy wręcz rasowej spoistości ludności, może kierować się lękiem przed utratą tożsamości.

Ani lewica, ani prawica nie mają monopolu na powoływanie się na naród.

Wielu lubi mówić o republice, że jest „jedna i niepodzielna”. Jednak artykuł 1 francuskiej konstytucji mówi, że republika jest „niepodzielna, świecka, demokratyczna i społeczna”. Jak widać, pada tam słowo „demokratyczna”, natomiast trudno uświadczyć słowa „jedna”. Jak trafnie wyjaśnił to Jean Baubérot, historyk świeckości państwa, „rzekome przymioty jedna i niepodzielna nie mają w sobie niczego niewinnego […]. Pozwalają bowiem na delegitymizowanie publicznej ekspresji różnorodności kultur i przekonań panujących we Francji”[2]. Republika opiera się na idei mówiącej, że wszyscy obywatele są wolni i równi w prawach. Wyraża to nasza piękna dewiza „wolność, równość i braterstwo”.

Jest coś niesłychanego w tym, jaki los historia zarezerwowała w niespełna jedno stulecie tej zasadzie: wczoraj jeszcze republika była nastawiana przez jedną część ludności przeciwko drugiej. Ale wojna obu tych Francji, którą badał historyk Émile Poulat[3], skończyła się: nie ma już podziału na skrajnie świeckich republikanów ani katolickich, często antysemickich antyrepublikanów. Dziś niemal wszyscy jesteśmy republikanami. Jak zobaczymy, nie wszyscy w ten sam sposób.

Tak samo rzecz się ma z laickością, która we Francji jest nieodzownym elementem składowym idei republiki. Wczoraj była ona przedmiotem żywiołowych walk, w których – długo jeszcze po przegłosowaniu ustawy z 1905 roku o rozdziale kościołów od państwa – stawali naprzeciw siebie jej zwolennicy i przeciwnicy. Dziś jest ona na ustach wszystkich opcji politycznych, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę. Trudno znaleźć większą zwolenniczkę laickości niż Marine Le Pen – pozwala ona bowiem jej formacji trzymać dystans wobec islamu, oskarżanego w rzeczy samej o to, że nie chce być laicki. Sama laickość nie przestaje jednakże dawać asumptu w debacie publicznej do konfrontowania różnych, odmiennych jej koncepcji. To jeden z podstawowych niuansów tego obrazu Francji zunifikowanej w poglądach republikańskich czy wręcz laickich: część skrajnie prawicowego elektoratu daje się uwieść maurrasowskim tonom pobrzmiewającym u Érica Zemmoura albo porwać Marion Maréchal, dla której: „Istnieją monarchie bardziej demokratyczne od niektórych republik. Nie rozumiem tej obsesji dla republiki. Dla mnie republika nie ma pierwszeństwa przed Francją” (czasopismo „Charles”, maj 2015).

Proszę mi zatem pozwolić, Panie Prezydencie, sformułować taką hipotezę: jeśli w ostatnich latach naród i republika nabrały tak dużego znaczenia w naszej zbiorowej egzystencji, to dlatego, że są kategoriami podsycającymi pewne złudzenie, które nasila się w czasach kryzysu. Złudzenie owo zasadza się na przekonaniu, że można stawić czoło dzielącym nas problemom, wzywając do jedności społeczeństwa, w konsekwencji czego odkładamy na bok albo przynajmniej podporządkowujemy temu wezwaniu wszelkie projekty polityczne i instytucjonalne zdolne rozwiązać owe problemy inaczej niż poprzez represje i utrzymanie porządku publicznego.

Im bardziej złudzenie to zyskuje na sile, tym bardziej jedność społeczeństwa, do której się odwołuje, wydaje się jedynym horyzontem władzy czy też rozmaitych aktorów przeciwwładzy. Republika i naród – które niemal zawsze pisze się wielką literą – zamiast współgrać z demokracją (to słowo dla odmiany pisane jest zawsze małą literą), stają się jej przeciwnikami. Zdolność do prowadzenia zbiorowej debaty wokół tego, co dzieli lub wyróżnia poszczególne grupy wewnątrz społeczeństwa, ustępuje pola narracji o pęknięciu, sprzyjając tym samym degradacji życia publicznego i radykalizowaniu się poglądów. W tle zaczyna majaczyć się autorytaryzm, a przemoc staje się jednym z elementów publicznej ekspresji. Demokracja „zawodzi”, jak 3 lutego 2021 roku napisał o Francji „The Economist”. Ja sam nie użyłbym dokładnie tego samego określenia co brytyjska gazeta, której zresztą chodzi przede wszystkim o wolności indywidualne.

W kolejnych rozdziałach próbuję więc pokazać, jakie napięcia i zagrożenia dla idei demokratycznej powstają na styku, z jednej strony, dążenia do jedności społeczeństwa, a z drugiej, prób egzaltacji różnic w jego obrębie. Nie roszczę sobie pretensji do ujęcia całej złożoności problematyki, nie mam kompetencji w sprawach międzynarodowych, nie jestem specjalistą od geopolityki ani ekonomii. Skupiam się na wyzwaniach etycznych, społecznych, intelektualnych i kulturowych, czyli takich, które dają się zanalizować pod kątem socjologicznym i politologicznym.

.Aby zostawić po sobie trwały ślad w historii, nie wystarczy być zręcznym przywódcą, potrafiącym lawirować między sprzecznymi żądaniami. Utrzymywanie się przy władzy za wszelką cenę wzmacnia ekstrema kosztem bardziej klasycznych sił politycznych. Potrafi Pan zadbać o swój wizerunek, ale będzie Pan oceniany za sposób, w jaki stawił Pan czoło najważniejszym wyzwaniom, takim jak wojna na Ukrainie czy kryzys sanitarny związany z pandemią COVID-19. Ale jest jeszcze jedna kwestia, mniej spektakularna, lecz będąca źródłem napięć, konfliktów, a nawet przemocy, faktycznej czy tylko potencjalnej. Jest nią Pana polityczne i instytucjonalne podejście do demokracji. I o tym chcę do Pana napisać u zarania drugiej kadencji na funkcji prezydenta Republiki Francuskiej[4].

Michel Wieviorka
Fragment książki “Co z tą Francją, Panie Macron?” wydanej przez Wydawnictwo “Wszystko co Najważniejsze”. POLECAMY: [PROMOCYJNA CENA: LINK].

[1] Po więcej informacji pozwolę sobię odesłać do mojej książki Pour une démocratie de combat (Robert Laffont, 2020). Książka była ofiarą pierwszego lockdownu, gdyż trafiła do księgarń w marcu 2020, czyli dokładnie wtedy, gdy je zamykano! (Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autora). [2] Jean Baubérot, „Le Monde”, 8 I 2018. [3] Émile Poulat, Wolność, laickość. Wojna dwóch Francji i zasada nowoczesności, Paryż 1987. [4] W tej książce podejmuję kilka wątków z analiz publikowanych przeze mnie na łamach „Ouest-France”, „L’Express” i „Libération”. Dziękuję tym trzem redakcjom za zaufanie. Moje podziękowania kieruję także do Yvona Le Bota i Régisa Meyrana, którzy zechcieli zapoznać się z pierwszą wersją tego tekstu i podzielić się swoimi uwagami, z których skrzętnie skorzystałem.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 lipca 2022
Fot. Gonzalo FUENTES / Reuters / Forum