Aleksander HALL: Jakiej Europy chce Emmanuel Macron?

Jakiej Europy chce Emmanuel Macron?

Photo of Aleksander HALL

Aleksander HALL

Polityk i historyk, doktor habilitowany nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki. Działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, poseł na Sejm I i III kadencji. Kawaler Orderu Orła Białego.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Unia według Macrona powinna składać się z kręgów, w którym centralną rolę odgrywać będzie Europa lotaryńska, składająca się z sześciu państw założycielskich Wspólnot Europejskich – pisze Aleksander HALL

.Życiem politycznym Francji interesuję się od kilkudziesięciu lat. Nie podchodzę do niego w sposób chłodny i beznamiętny. Mam swoje sympatie i antypatie. Tak było prawie od początku, gdy po polskim marcu 1968 roku, w którym identyfikowałem się z wystąpieniami studentów i intelektualistów, protestujących przeciwko polityce komunistycznych władz, nastąpił paryski maj. Widziałem w nim erupcję głupoty i skrajnej nieodpowiedzialności, która wstrząsnęła V Republiką. Całym sercem identyfikowałem się z prezydentem de Gaulle’em i z postawą uczestników wielkiej manifestacji w dniu 30 maja na Polach Elizejskich, którzy udzielili mu wsparcia.

W ostatnich wyborach prezydenckich kibicowałem Valérie Pécresse, kandydatce klasycznej prawicy, odwołującej się do bliskiego mi świata wartości i przedstawiającej najbardziej reformatorski i ambitny program. Z przykrością patrzyłem, jak z tygodnia na tydzień słabną jej notowania w sondażach. Chociaż żaden z nich nie przewidział, że nie osiągnie nawet 5 proc. oddanych głosów.

W trakcie trwania kampanii wyborczej stosunkowo wcześnie stało się jasne, że o wejście do drugiej tury będą walczyć trzej kandydaci: Emmanuel Macron, urzędujący prezydent, Marine Le Pen, liderka Zjednoczenia Narodowego (kontynuacja Frontu Narodowego) i Jean-Luc Mélenchon, przywódca skrajnie lewicowej „Francji Niepokornej”. Wyraźnym faworytem do końcowego sukcesu był Macron. Szanse Mélenchona na zwycięstwo w drugiej turze wyborów prezydenckich były zdecydowanie najmniejsze, chociaż istniało prawdopodobieństwo, że może się w niej znaleźć, wyprzedzając Le Pen. Ostatecznie przegrał z nią 400 tysiącami głosów. W drugie turze zmierzyli się więc ci sami finaliści, którzy rywalizowali ze sobą w poprzednich wyborach w 2017 roku. Zwycięstwo Macron okazało się przekonujące, wyższe, niż przewidywały sondaże, ale jednak wyraźnie niższe od zwycięstwa odniesionego przez Macrona nad Le Pen przed pięciu laty.

Nie mam wątpliwości, że z trojga kandydatów – Macrona, Le Pen i Mélenchona – wybór Macrona na drugą kadencję prezydencką jest zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem dla Francji, Europy i Polski.

W czasie, gdy tak bardzo potrzebujemy jedności Zachodu, Marine Le Pen niewątpliwie zmierzała do jej osłabienia. Tak należy traktować zapowiedź wystąpienia Francji ze zintegrowanej struktury wojskowej NATO, wyraźną niechęć do obecnej amerykańskiej administracji (w przeciwieństwie do poprzedniej – Donalda Trumpa) i Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie. Chociaż w decydującej fazie kampanii wyborczej Marine Le Pen potępiła rosyjską agresję na Ukrainę i opowiedziała się za ograniczonymi sankcjami wobec Rosji, nieobejmującymi jednak importu ropy i gazu, to – moim zdaniem – uczyniła to ze względu na zdecydowanie proukraińskie stanowisko francuskiej opinii publicznej w sytuacji rosyjskiej agresji i zbrodni popełnianych przez Rosjan na Ukrainie. Nie należy także zapominać o wcześniejszych deklaracjach przewodniczącej Zgromadzenia Narodowego, wyrażających pełne zrozumienie dla polityki Rosji, nieukrywaną sympatię do Putina, a nawet fascynację jego osobą i lekceważenie dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy. W tej sytuacji musi bardzo dziwić polityczny flirt polskich władz i partii rządzącej z Marine Le Pen i jej partią.

Mélenchon był jeszcze gorszy. Marek Ostrowski, redaktor „Polityki”, znawca problematyki francuskiej, słusznie nazwał go po prostu komunistą. Przywódca „Francji Niepokornej”, wielbiciel Cháveza, którego polityka zrujnowała Wenezuelę, przedstawiając swój program ekonomiczno-społeczny, najwyraźniej szykował się do zrujnowania Francji, nie znosi Stanów Zjednoczonych, chciał rozstać się z NATO, ale także miał w programie wypowiedzenie przez Francję niektórych europejskich traktatów (w 2017 roku obiecywał wystąpienie z UE). On także wykazywał wiele zrozumienia dla polityki Rosji Putina, widząc w Rosji cennego partnera Francji. Mélenchon zamierza położyć kres V Republice, nie widzi żadnego problemu w masowej imigracji z krajów muzułmańskich i jest przeciwnikiem ustawodawstwa mającego na celu przeciwdziałanie radykalnemu islamizmowi. Jest czołowym przedstawicielem ideologii islamogoszyzmu, który przedstawia muzułmanów jako nowy uciskany proletariat. Uzyskanie prezydentury przez Mélenchona – na szczęście nierealne – zdewastowałoby Francję i sparaliżowało Unię Europejską.

Bardzo wiele wskazuje na to, że prezydent Macron będzie mógł realizować swoją wizję polityczną, w tym politykę europejską. Aby tak się stało, powinien uzyskać większość prezydencką w wyborach do Zgromadzenia Narodowego, które odbędą się 12 i 19 czerwca. Sondaże wskazują, że tak się stanie, chociaż pozycja Zjednoczenia Narodowego wyraźnie się wzmocni, podobnie jak unii lewicy, która powstała na warunkach narzuconych przez Mélenchona, obejmując oprócz jego partii Francuską Partię Komunistyczną, bardzo lewicowych francuskich ekologów i Partię Socjalistyczną, która poniosła moralną klęskę, zwłaszcza wyrzekając się europejskiej polityki socjalistycznych prezydentów V Republiki: Mitterranda I Hollande’a. Niewiadomą pozostają szanse Republikanów, a więc klasycznej prawicy, która musi przetrawić klęskę swej kandydatki w wyborach prezydenckich.

Zakładam, że blok prezydencki będzie dysponował większością w Zgromadzeniu Narodowym, co umożliwi Emmanuelowi Macronowi realizację jego polityki europejskiej. Jakiej Europy pragnie francuski prezydent? Nie ulega wątpliwości, że należy do grona tych francuskich przywódców, którzy postrzegali i postrzegają integrację europejską jako mnożnik potęgi pozwalający na skuteczną ochronę i promocję interesów własnego kraju. Już w trakcie swej pierwszej kampanii prezydenckiej mówił o konieczności stworzenia warunków, aby Europa (Unia Europejska) była suwerenna. Nie było żadnym przypadkiem, że w trakcie wieczornych spotkań ze swoimi zwolennikami w dniach zwycięstw w wyborach prezydenckich w 2017 i 2022 roku rozlegała się Oda do radości Ludwiga van Beethovena, nieformalny hymn Unii Europejskiej. Suwerenność europejska to program przekształcenia Unii Europejskiej z potęgi gospodarczej w potęgę pełnowymiarową z polityką zagraniczną i strukturami bezpieczeństwa, gwarantującymi jej miejsce wśród największych mocarstw światowych i zdolność obrony przed każdym agresorem (przede wszystkim Rosją), niezależną w sferze energetyki i najnowszych technologii. Czy jest to cel właściwie określony? Moim zdaniem odpowiedź jest twierdząca. Alternatywą jest marginalizacja Unii Europejskiej w coraz bardziej niebezpiecznym świecie pod amerykańską opieką militarną, do czasu, gdy Stany Zjednoczone będą chciały i mogły jej udzielać.

Obecny czas, gdy USA odgrywają kluczową rolę w politycznym, militarnym i ekonomicznym wsparciu dla Ukrainy, daje nam poczucie, że Zachód stanowi jedność pod przywództwem USA. Tak widzą to także Rosjanie, posługując się pojęciem „kolektywnego Zachodu”. Kto jednak może zapewnić, że ten poziom zaangażowania USA w sprawy Europy jest zjawiskiem trwałym?

Bez wątpienia wzrost zaangażowania Stanów Zjednoczonych w strefie Pacyfiku będzie postępował. Wymusza go potęga Chin. Niezbędne jest zwiększanie europejskich wydatków na obronność i stworzenie struktur operacyjnych, które w ramach NATO bądź obok niego, jako element komplementarny Sojuszu, będą zdolne do samodzielnych operacji w Europie i w jej bezpośrednim otoczeniu.

Realizacja koncepcji Macrona jest trudna nie tylko ze względu na kryzys i pęknięcia wewnątrz cywilizacji zachodniej w Europie, problemy związane z wyważeniem relacji pomiędzy instytucjami europejskimi a państwami tworzącymi UE oraz realnymi różnicami interesów narodowych państw członkowskich (chociaż – moim zdaniem – wobec globalnych wyzwań, z jakimi mamy do czynienia jako Europejczycy, mają one drugorzędne znaczenie). Część trudności wynika z ważnego elementu europejskiej wizji Macrona. Przed pięciu laty kandydat na urząd prezydenta Francji opowiadał się zdecydowanie za Unią Europejską co najmniej dwóch prędkości, której trzon powinna stanowić strefa euro, z własnym budżetem i własnymi instytucjami. Jego obecne poglądy w sprawie Unii wielu prędkości nie zmieniły się. W obszernym wywiadzie, jakiego Macron udzielił po pierwszej turze ostatnich wyborów prezydenckich tygodnikowi „Le Point”, mówił, że Unia Europejska jest zbyt rozległa, aby funkcjonować jako system naprawdę zintegrowany. Powinna więc składać się z kręgów, w którym centralną rolę odgrywać będzie Europa lotaryńska, składająca się z sześciu państw założycielskich Wspólnot Europejskich, nieznacznie poszerzona. Przeznaczeniem tego kręgu ma być coraz ściślejsza integracja. Drugi krąg – według Macrona – powinny tworzyć państwa Europy Wschodniej (nie nazywa naszego obszaru Europą Środkową), które przeżyły traumatyczne doświadczenie pod dominacją Związku Radzieckiego, i Bałkany. Jest oczywiste, że podział UE na kręgi integracji i znalezienie się Polski w kręgu zewnętrznym jest niezgodne z naszym interesem narodowym.

W wielu polskich domach irytację wywołały częste telefony prezydenta Francji do Putina w trakcie rosyjskiej agresji na Ukrainę, zwłaszcza gdy dowiadywaliśmy się o kolejnych zbrodniach popełnianych przez Rosjan na cywilnej ludności Ukrainy. Spowodowały one – moim zdaniem – niepotrzebne zaczepki pod adresem Macrona ze strony premiera Morawieckiego, na które prezydent Francji odpowiedział w bardzo kiepskim stylu. Telefony Macrona do Putina, tłumaczone potrzebą zachowania kanału komunikacyjnego z Rosją, rzeczywiście były stanowczo zbyt częste. Czy jednak na krytykę zasługuje meritum francuskiej postawy wobec agresji Rosji na Ukrainę? Sądzę, że byłby to zarzut niesprawiedliwy. Prezydent Emmanuel Macron wzmocnił wschodnią flankę NATO, wysyłając francuskie oddziały do Rumunii i Estonii.

Francja dostarcza Ukrainie kierowane pociski przeciwczołgowe oraz samobieżne autohaubice; według nieoficjalnych informacji także pociski przeciwczołgowe i pojazdy opancerzone, przekazuje informacje wywiadowcze. Francuscy żandarmi przybyli do Buczy, aby zabezpieczać dowody rosyjskich zbrodni wojennych.

Jeszcze ważniejszy był udział Francji w uchwalaniu kolejnych sankcji nakładanych na Rosję. Francja nie należała do państw, które chciały je ograniczać. Zamroziła też rosyjskie aktywa nad Sekwaną o wartości 25 mld euro. Francuski prezydent zdaje więc sobie dobrze sprawę, o jak wielką stawkę toczy się wojna na Ukrainie.

Emmanuel Macron nie stanie się w najbliższych pięciu latach samodzielnym przywódcą Europy. Nie daje mu takich możliwości ani architektura europejskich instytucji, ani obecny potencjał Francji. Jednak jego głos w kwestiach polityki europejskiej i przyszłości Unii Europejskiej będzie wiele znaczył. Jak wiele? W decydującej mierze rozstrzygnie o tym rezultat jego działań w ojczyźnie. Czy uda mu się przyczynić do odzyskania przez Francuzów dumy z ojczyzny i wiary w jej przyszłość, odbudowania poczucia wspólnoty narodowej i nadania dynamiki francuskiej gospodarce? Z badań przeprowadzonych przez Jérôme Fouqueta, politologa, socjologa i analityka opinii publicznej, ogłoszonych w książce Francuski archipelag, wyłania się przygnebiający i niepokojący obraz społeczeństwa zdezintegrowanego, skonfliktowanego i w coraz większym stopniu zamykającego się w odrębnych wspólnotach [Patrz: Jérôme FOURQUET: “Elity położyły już krzyżyk na dużej części kraju. Ludzie wyczuwają tę pogardę. Rośnie gniew” [LINK]. Wynik pierwszej tury ostatnich wyborów prezydenckich – moim zdaniem – potwierdził tę diagnozę. Emmanuel Macron mierzy się z trudnym zadaniem. Jest utalentowany, energiczny i wierzy w siebie. Mam jednak poważne wątpliwości, czy przedstawia spójną wizję Francji i jej cywilizacyjnych fundamentów.

.Z pietyzmem celebruje rocznice francuskiej chwały. Gdy wkraczał na wielką polityczną arenę, wygłosił porywającą mowę ku czci Joanny d’Arc, w której mówił: „Francuska tożsamość to język, terytorium i naród, który jest owocem historii”. W ostatniej kampanii prezydenckiej jego prawicowi kontrkandydaci słusznie wypominali mu, że zdarzyło mu się także powiedzieć, że nie ma francuskiej kultury, są natomiast kultury we Francji. W ponurym pandemicznym 2020 roku, pomimo obiektywnych trudności, z pietyzmem obchodził przypadające w tamtym roku okrągłe rocznice urodzin i śmierci Charles’a de Gaulle’a, a także pamiętnego apelu z 18 czerwca 1940 roku, wzywającego Francuzów do walki z Niemcami pomimo poniesionej klęski, ale w kampanii prezydenckiej w 2017 roku powiedział – i zdarzyło się to w Algierii – że kolonizacja była zbrodnią przeciwko ludzkości. Jego mocną stroną jest stanowcza obrona instytucji V Republiki w okresie, gdy stało się modne obarczanie ich odpowiedzialnością za błędy i demagogię polityków. W kwestiach obyczajowych chce „iść z duchem czasu”. Z pewnością nie jest konserwatystą. Być może poszukuje jakiejś nowej syntezy, aby zintegrować wyspy francuskiego archipelagu.

Aleksander Hall
Tekst ukazał się w nr 41 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 czerwca 2022
Fot. Gonzalo FUENTES / Reuters / Forum