Prof. Patryk PLESKOT: Katownia przy Szucha 25

Katownia przy Szucha 25

Photo of Prof. Patryk PLESKOT

Prof. Patryk PLESKOT

Historyk, politolog. Profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego. Główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Historycznych IPN w Warszawie. Autor ponad 150 artykułów naukowych, a także autor, współautor lub redaktor ponad 40 książek.

Fot. P.Życieński

zobacz inne teksty Autora

Oprawcy nie zważali na płeć, wiek, status materialny, kondycję fizyczną. Bito dwunastoletnich chłopaków i kobiety w finalnym stadium ciąży; upokarzano, rozbierając do naga. Jęki, krzyki, zawodzenia, odgłosy uderzających pałek, pejczy, drągów, kolb, upadających ciał i śmiertelnych drgawek zagłuszano rozkręconym na maksymalną głośność radiem – pisze prof. Patryk PLESKOT

.Do aresztu śledczego Gestapo w gmachu przy Al. Szucha 25 – ulokowanego w samym centrum tzw. dzielnicy policyjnej stworzonej przez Niemców w okupowanej Warszawie –trafiali najróżniejsi ludzie, najczęściej więźniowie z Pawiaka. Byli wśród nich doświadczeni konspiratorzy, żołnierze AK i innych organizacji zbrojnych, członkowie Polskiego Państwa Podziemnego pochwyceni w zasadzce czy po potyczce, ale też mężczyźni i kobiety wyciągnięci z własnych mieszkań. Nastoletni harcerze działający w ruchu oporu. Chłopcy, którym zachciało się ściągnąć nazistowską flagę w jakimś punkcie miasta, ich rodzice. Młodziutkie dziewczyny, kolporterki podziemnej prasy, Polacy, Żydzi, przechodnie – ofiary łapanek, którzy wydali się Niemcom szczególnie podejrzani. Ludzie, którzy zapomnieli kenkarty. Spóźnialscy, którzy złamali reżim godziny policyjnej. Ktoś, kto nie chciał oddać niemieckiemu patrolowi ładnego futra czy przyzwoitej teczki. Powszechnie znane osoby jak biegacz Janusz Kusociński czy późniejszy historyk Krzysztof Dunin-Wąsowicz i cwaniaki z Pragi czy Woli. Osoby zatrzymane kilka chwil wcześniej lub dręczone już od tygodni na Pawiaku czy w innych więzieniach dystryktu warszawskiego.

Wszystkich traktowano podobnie i z góry uznawano za winnych. Teoretycznie powodem „wizyt” na Szucha powinny być (domniemane) przestępstwa natury politycznej czy działalność konspiracyjna, ale niemieccy „gospodarze” traktowali ten wymóg z bardzo dużą dozą swobody.

Z Szucha w zasadzie można było wyjść albo z powrotem do więzienia na Pawiaku (jeśli w danej sprawie nie zapadł jeszcze wyrok), albo z transportem do obozów koncentracyjnych (głównie Auschwitz i Ravensbrück), albo na miejsce egzekucji. Można też było nie wyjść w ogóle. Niektórych wożono całymi tygodniami między Pawiakiem a Szucha. Wyjątkowo niektórych uznawano za osoby mniej „szkodliwe” i wysłano na roboty przymusowe (albo w głąb Rzeszy, albo po sąsiedzku – do obozu pracy przy ul. Litewskiej), a jedynie najwięksi szczęściarze odzyskiwali wolność. Zdarzało się to niezwykle rzadko.

Wyroki formalnie wydawał Sąd Doraźny Policji Bezpieczeństwa (Polizeistandgericht), z reguły pod nieobecność oskarżonego, pozbawionego rzecz jasna prawa do obrony. De facto losy więźnia decydowały się w pokoju przesłuchań. To oficer przesłuchujący podejmował ostateczną decyzję, którą podpisywał jego przełożony, a zatwierdzał szef Urzędu Komendanta. Polizeistandgericht firmował tylko te działania.

Tymczasem dla ofiar przywleczonych do gmachu przy al. Szucha 25 – nieważne, czy prosto z ulicy, czy z więzienia na Pawiaku – najważniejszych okazywało się kilka miejsc w budynku: tzw. tramwaje (dla wszystkich) i cele izolatki (dla niektórych) w dolnej części budynku, a ponadto pokoje przesłuchań na wyższych piętrach (wraz z wykorzystywanym do „badań” pokojem oficera dyżurnego niedaleko cel). Niektórzy trafiali do najbardziej tajemniczego miejsca – niepozornej komórki-składziku koło schodów w pobliżu izolatek. Nazywano ją trupiarnią.

„Tramwaje” tworzyły cztery pomieszczenia w przyziemiu gmachu – tymczasowe, zbiorowe cele utworzone w dawnych suterenach; swego rodzaju poczekalnie, w których więźniowie i aresztowani czekali na przesłuchania. Czasem kilka, czasem kilkanaście, czasem kilkadziesiąt godzin. W bezokiennych pokojach, za porządnie okratowanymi drzwiami umieszczono po kilka rzędów krótkich ławek czy krzeseł (nazywanych przez Antoniego Reńskiego fotelami), na których siedziało się plecami do korytarza, a twarzą do ściany. Jeśli brakowało miejsc, trzeba było stać i patrzeć na ścianę. Strażnicy, przechadzający się wzdłuż okratowanych drzwi, biciem egzekwowali zasadę milczenia i nieporuszania się.

Niekiedy „tramwaje” były pustawe, innym razem zatłoczone do granic możliwości, z ludźmi leżącymi na brudnej podłodze. I tu nie można było uniknąć bicia i wyzwisk. Tu także trafiały zmaltretowane przesłuchaniami osoby – mężczyźni, kobiety, czasem dzieci – w oczekiwaniu na powrót na Pawiak czy do izolatek. Pobici pokazywali tym, którzy czekali na przesłuchania, co ich czeka. 

Tylko niektórzy przesłuchiwani na Szucha trafiali do izolatek – dziesięciu pojedynczych (z reguły) cel rozlokowanych w dolnych partiach budynku, wyposażonych w żelazne łóżka. Początkowo na jedną, dwie noce trafiali tu tylko ci, których przesłuchania przeciągały się zbyt długo. Z czasem zaczęto tu osadzać na wiele dni osoby uznawane za szczególnie niebezpieczne lub interesujące dla Niemców.

Przesłuchiwania prowadzono w należących do Gestapo pomieszczeniach w górnej części gmachu lub – w doraźnych sprawach – w pokoju oficera dyżurnego, niedaleko „tramwajów” i izolatek. Dzienny „urobek” wynosił średnio kilkadziesiąt osób, do stu. Powiedzieć, że przesłuchiwania były bestialskie, to nic nie powiedzieć, a listę wymyślnych tortur, którym poddawano przesłuchiwanych, można mnożyć. Wieszanie skutych ludzi na łańcuchach, szczucie wytresowanymi psami (kąsającymi ofiary), wybijanie przednich zębów, miażdżenie genitaliów, duszenie specjalnie uszkodzoną maską przeciwgazową, wyrywanie paznokci, wbijanie stalowych igieł pod paznokcie, rażenie prądem, podtapianie, uszkadzanie gałek ocznych, bicie żony w obecności męża, dzieci w obecności matki… Oprawcy nie zważali na płeć, wiek, status materialny, kondycję fizyczną. Bito dwunastoletnich chłopaków i kobiety w finalnym stadium ciąży; upokarzano, rozbierając do naga. Jęki, krzyki, zawodzenia, odgłosy uderzających pałek, pejczy, drągów, kolb, upadających ciał i śmiertelnych drgawek zagłuszano – jak wiemy – rozkręconym na maksymalną głośność radiem. Tych, którzy nie byli w stanie o własnych siłach opuścić pokoju przesłuchań, wleczono za włosy, nogi czy pasek owinięty wokół szyi. Niektórzy w ten sposób umierali.

Przed powstaniem warszawskim przesłuchiwanych przy al. Szucha rozstrzeliwano m.in. w podwórzu posesji przy ul. Nowolipki 25/31. Miejsca straceń (z towarzyszącymi im spalarniami zwłok) urządzono też na terenie byłego więzienia wojskowego na rogu ulic Gęsiej i Zamenhofa i na boisku „Skry” przy ul. Okopowej. Do masowych egzekucji dochodziło na terenie byłego getta przy ul. Bonifraterskiej. Oczywiście więźniowie ginęli również w kompleksie więziennym na Pawiaku przy ul. Dzielnej. Wiele osób, które przeżyły piekło na Szucha czy na Pawiaku, ginęło potem w obozach koncentracyjnych.

Teoretycznie w gmachu przy al. Szucha 25 nie przewidywano miejsca na systematyczne, planowe zabójstwa i rozstrzelania. Ale i tu codziennie ginęli ludzie – i to od samego początku okupacji. Ofiarami byli bądź ludzie zastrzeleni przez zbyt nerwowego strażnika, bądź zakatowani w pokojach przesłuchań, bądź zmarli z wycieńczenia w „tramwajach” i celach izolatkach. Zwłoki wrzucano do „trupiarni”: niewielkiego pomieszczenia-komórki ulokowanej pod schodami. Później po cichu pozbywano się ciał, wywożąc je najczęściej do kostnicy miejskiej przy ul. Oczki. 

Do dziś nie wiadomo, ilu przesłuchiwanych łącznie tam trafiło. Problem jest większy – nie potrafimy określić, ile dokładnie osób straciło życie w środku gmachu przy al. Szucha 25. Dość powiedzieć, że tuż po wojnie ze wszystkich budynków przy Strasse der Polizei wygrzebano ok. 5,5 tony ludzkich prochów.

Trzeba jednak zauważyć, że liczba ta odnosi się głównie ofiar rozstrzeliwań w okolicach siedziby Urzędu Komendanta (przede wszystkim z czasów powstania warszawskiego). Za to według bardzo ostrożnych obliczeń dotyczących samych przesłuchań, przez budynek przy al. Szucha 25 przewinęło się w czasie wojny kilkadziesiąt tysięcy osób, z czego co najmniej jedna piąta została skazana na śmierć. Nie należy też zapominać, że wielu ginęło przecież także bez wyroku.

Więźniowie z Szucha i Pawiaka zostali upamiętnieni m.in. na powązkowskim Grobie Nieznanego Żołnierza. Na jednej z umieszczonych tam tablic znalazła się inskrypcja: „Pawiak – al. Szucha 1939–1945”.

.Najbardziej przejmująca jest chyba treść napisu odkrytego w latach sześćdziesiątych w celi nr 6 aresztu śledczego Gestapo przy Strasse der Polizei.

Słowa te uznano za tak ważne, że stały się – i pozostają – mottem ekspozycji w Mauzoleum Walki i Męczeństwa:

Łatwo jest mówić o Polsce
Trudniej dla niej pracować
Jeszcze trudniej umrzeć
A najtrudniej cierpieć.

Patryk Pleskot

Fragment książki, Szucha 25. Pierwsze ministerstwo wolnej Polski,wyd. Instytutu Pamięci Narodowej. [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 19 października 2022
Fot. Joanna Borowska/FORUM