Roger MOORHOUSE: Historia wciąż się powtarza. Kolejne sowieckie referendum pod przymusem

Roger MOORHOUSE: Historia wciąż się powtarza.
Kolejne sowieckie referendum pod przymusem

Photo of Roger MOORHOUSE

Roger MOORHOUSE

Brytyjski historyk i germanista specjalizujący się w historii nowożytnej środkowej Europy, ze szczególnym uwzględnieniem hitlerowskich Niemiec, Holokaustu i II wojny światowej w Europie. Ostatnio wydał „Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina, 1939–1941”.

zobacz inne teksty Autora

Dla tych z nas, którzy mają wyostrzone widzenie przeszłości, inwazja Rosji na Ukrainę była pełna bolesnej, znanej z historii symboliki. Od przymusowych deportacji ogromnej liczby kobiet i dzieci w głąb Rosji po egzekucje tych, którzy stawiali opór i których ze związanymi rękami wrzucano do piaszczystych grobów – siły Putina trzymają się ponurego sowieckiego podręcznika w sposób wręcz niewolniczy – pisze Roger MOORHOUSE

Na okupowanej przez Rosję Ukrainie rozegrał się kolejny rozdział tej haniebnej, historycznej rekonstrukcji – farsa pozorowanych referendów Putina. 20 września 2022 r. rosyjskie władze okupacyjne w donieckiej i ługańskiej „republice ludowej”, a także w obwodach zaporoskim i chersońskim wezwały do przeprowadzenia referendów w sprawie włączenia tych regionów do Federacji Rosyjskiej. Następnie, w tym tygodniu, pojawiły się liczne doniesienia o zmuszaniu mieszkańców do głosowania przy użyciu broni oraz o groźbach przymusowego werbunku stosowanych wobec tych, którzy zagłosowali nie tak, jak powinni.

Oczywiście społeczność międzynarodowa pospieszyła z potępieniem referendów jako sprzecznych z prawem międzynarodowym. Krytyka pojawiła się nawet ze strony tych, którzy dotąd utrzymywali serdeczne stosunki z Kremlem, jak Serbia czy Chiny. Jednak w chwili, gdy piszę te słowa, rosyjscy urzędnicy ogłosili „wstępne wyniki” referendów: 98 proc. głosów prorosyjskich w Doniecku, Ługańsku i Zaporożu oraz 97 proc. w Chersoniu. Chociaż rzekomi „międzynarodowi obserwatorzy” byli przewidywalnie wylewni w swoich pochwałach przejrzystości całego przedsięwzięcia, jest bardzo mało prawdopodobne, że świat zewnętrzny da się na to nabrać. Jak powiedział premier Kanady Justin Trudeau: „Kanada i kraje G7 nigdy nie uznają tego wyniku”.

W takich okolicznościach należy zadać sobie pytanie, jaki jest cel Putina. W historii nie brakuje precedensów mogących dać nam odpowiedź. Precedensem najświeższym jest oczywiście referendum przeprowadzone na Krymie w 2014 roku, które miało zapewnić Władimirowi Putinowi wstecznie uzasadnienie zagarnięcia tego terytorium. Wtedy, podobnie jak teraz, imponująca liczba 97 proc. obywateli głosowała za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. ONZ uznała wówczas wynik za nieważny.

Dawniejsze przykłady są równie pouczające. W październiku 1939 roku, zaledwie miesiąc po inwazji Armii Czerwonej na Polskę, sowieccy urzędnicy w okupowanych wschodnich strefach Polski zorganizowali sfałszowane wybory do nowych „zgromadzeń konstytucyjnych” dla zaanektowanych terytoriów „Zachodniej Ukrainy” i „Zachodniej Białorusi”. Wybory te – oczywiście przeprowadzone przy użyciu zamkniętej listy kandydatów komunistycznych oraz niezawodnego narzędzia zastraszania wyborców – wyłoniły zgromadzenia, które jednym głosem zwróciły się do Rady Najwyższej ZSRR z żądaniem przyłączenia wspomnianych terenów do Związku Radzieckiego. Zgoda na przyłączenie została przyznana w połowie listopada 1939 roku.

Podobny scenariusz rozegrał się w następnym roku w krajach bałtyckich, okupowanych wówczas przez oddziały Armii Czerwonej i znajdujących się pod rosnącą presją sowiecką. Po ustanowieniu latem „przyjaznych Moskwie” rządów rozpisano wybory. Ponownie wkroczyły do akcji „zatwierdzone” listy kandydatów, powszechne zastraszanie wyborców i podrzucanie fałszywych kart z głosami.

W jednym z litewskich okręgów wyborczych doszło nawet do niezwykłego wyczynu – frekwencja wyniosła tam aż 122 proc. Wyniki były oczywiście z góry przesądzone, i to do tego stopnia, że zostały przypadkowo ogłoszone w Moskwie przed zamknięciem lokali wyborczych. 97,2 proc. łotewskich wyborców głosowało na zatwierdzoną listę, podobnie jak 99,2 proc. Litwinów i 92,8 proc. Estończyków. Po zainstalowaniu w Wilnie, Rydze i Tallinie prawomocnych „parlamentów ludowych” kraje bałtyckie zagłosowały za utratą własnej suwerenności, składając w Moskwie petycję o przyłączenie do ZSRR jako republiki składowe. Była to w istocie kontrolowana polityczna zagłada.

Jak wtedy, tak i teraz celem tych działań było nadanie brutalnej sile fałszywego demokratycznego połysku. Ta sama pozorna demokracja obowiązywała w całym Związku Radzieckim. Czytelnicy dobrze wiedzą, że choć w ZSRR prawo obywateli do głosowania było zapisane w konstytucji, zwykle mieli oni obowiązek głosowania na jednego, zatwierdzonego kandydata, który był posłusznym sługą partii komunistycznej, a nie swoich wyborców. Zresztą, jak rzekomo miał powiedzieć Stalin, „nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”.

Tamte wydarzenia miały tyle samo wspólnego z demokracją, ile niedawne głosowanie na okupowanym terytorium wschodniej Ukrainy. Jaki jest więc cel tej misternej szarady? Krótko mówiąc, jest to cyniczna gra propagandowa. Podstęp, który ma zasiać wątpliwości w umysłach przeciwników Kremla i dać jego krajowym i zagranicznym zwolennikom coś, czego można bronić, niezależnie od tego, jak bardzo będzie to nieprawdopodobne. Nie jest to bynajmniej błahostka, lecz podstawowa broń w trwającej od dawna hybrydowej wojnie Moskwy z Zachodem – ukrywanie prawdy, mącenie wody i manipulowanie opinią światową.

Jak dotąd wszystko zgodnie z konwencją. Jednak między wydarzeniami współczesnymi a tymi sprzed ośmiu dekad jest zasadnicza różnica. Podczas gdy sowieckie „wybory” we wschodniej Polsce i krajach bałtyckich w latach 1939-40 były zwoływane z pozycji siły, aby fakt dokonanyzyskał fikcyjną prawomocność, współczesne referenda organizowane przez sługusów Putina wydają się aktem desperacji; próbą powstrzymania udanej ukraińskiej kontrofensywy i zastraszenia zachodnich sojuszników Kijowa.

Gdy jego wojska zawodzą na polu walki, Putin jest zmuszony coraz bardziej polegać na groźbach i przechwałkach, aby zapobiec całkowitemu upadkowi Rosji. Jak dotąd jego ulubioną bronią w tej walce było grożenie nuklearną odpowiedzią na każde działanie Zachodu, które można by zinterpretować jako „eskalację”. Do tej pory, z wyjątkiem płochliwych Niemców, takie straszenie nie miało żadnego wpływu na zachodnie poparcie dla Ukrainy. Dlatego w nadziei, że uda się powstrzymać ukraińskie natarcie, rozpoczęto nową grę.

W następstwie pozorowanych referendów Putin prawie na pewno będzie dążył do włączenia okupowanych terenów do Federacji Rosyjskiej, jednostronnie czyniąc je terytorium rosyjskim. W ten sposób będzie mógł skutecznie udawać ofiarę, twierdząc, że dalsze ukraińskie kontrataki na okupowany Donbas są atakami na samą Rosję. Oczywiście honor nakaże mu na te ataki zareagować. Celem, jak zawsze, jest manipulowanie opinią publiczną – przemawianie do łatwowiernych w kraju i „pożytecznych idiotów” za granicą – oraz snucie fałszywej narracji o rosyjskiej niewinności i roli ofiary. Putin ma nadzieję, że wzbudzona w ten sposób obawa przed konsekwencjami ostatecznie złamie zachodnie wsparcie dla Ukrainy. Powstrzymane na skutek tego ukraińskie natarcie pozwoli mu „zamrozić” konflikt i przegrupować wojska celem późniejszego ataku, a jednocześnie przedstawić swoje działania jako sukces na froncie wewnętrznym i „wyzwolenie” rosyjskojęzycznych mieszkańców Donbasu.

.Wydaje się pewne, że społeczność międzynarodowa odmówi uznania wyników referendów i wynikającej z nich rosyjskiej aneksji. Ale czy ta niezłomność utrzyma się w obliczu nuklearnego wymachiwania szabelką, które niewątpliwie nastąpi, to już inna sprawa. Możemy tylko żywić taką nadzieję.

Roger Moorhouse

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 1 października 2022
Fot. Reuters/Forum