Roman KOWALCZYK: Dobra zmiana w edukacji

TSF Jazz Radio

Dobra zmiana w edukacji

Roman KOWALCZYK

Historyk, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego. W latach 1999–2016 dyrektor XVII LO im. Agnieszki Osieckiej we Wrocławiu. Obecnie Dolnośląski Kurator Oświaty. Autor książek o studenckiej działalności opozycyjnej.

Termin „reforma” w szkolnictwie nie najlepiej się w Polsce kojarzy. Jako dyrektor liceum przeżyłem wiele reform oświaty, z których niewiele zostało. Co kolejna, to gorsza, żeby nie powiedzieć bardziej adekwatnie, choć przaśnie — głupsza. Zamiast „reformy” wolę określenie „zmiana”, a szczególnie „dobra zmiana”. Chcemy, aby przyniosła ona dobre efekty.

.Zmiany, które zostaną przeprowadzone, wynikają z analizy tego, co w edukacji się dzieje, oraz obserwacji i oceny funkcjonującego trójstopniowego modelu, czyli sześcioletniej szkoły podstawowej, trzyletniego gimnazjum oraz trzyletniego liceum ogólnokształcącego i czteroletniego technikum. Sprawą najbardziej kontrowersyjną wydaje się stopniowe wygaszanie, czyli de facto likwidacja gimnazjum. Jest kilka argumentów, które za tym przemawiają, i nie są to argumenty takie, że oto gimnazja stały się enklawą wszystkiego, co złe, siedliskiem wszelkiego rodzaju patologii. Gimnazja są normalnymi szkołami, są lepsze i gorsze, podobnie jak licea i szkoły podstawowe. W niektórych pracują ludzie bardziej kompetentni i pracowici, w innych mniej. Gimnazja to też nie siedlisko agresji, choć problemów wychowawczych jest więcej, bo skupiają one młodzież w trudnym wieku rozwojowym.

Istotą rzeczy jest rozerwanie pewnej ciągłości. Młodzież z trudem się zaprzyjaźnia. Ledwo co się zaprzyjaźniła, poznała z kadrą — a kadra poznała młodzież — i już musi się z nią rozstawać. To nie jest korzystne, te okresy powinny być dłuższe. Z takiego też założenia wychodzono, wprowadzając ośmioklasową szkołę podstawową, gdzie uczeń przyszedł i był uczony przez „naszą panią”, gdzie przyzwyczajał się, pedagog i psycholog wszystko o nim wiedzieli, a on identyfikował się ze środowiskiem i wychowawczo się w nim zakorzeniał.

Pamiętajmy, że wyrywanie uczniów ze wspólnot, w których ledwo się zakorzenili, i przenoszenie ich do innego środowiska nie sprzyja wychowaniu. W szkole podstawowej uczeń rośnie we wspólnocie, nasyca się wartościami i dopiero potem płynnie przechodzi do innej wspólnoty, w której też pozostaje dłużej, o cały rok dłużej. Odnosi to się także do rodziców, którzy chętniej angażują się w sprawy szkoły, gdy dzieci dłużej w nich pozostają. Jest takie angielskie przysłowie: „Jeżeli chcesz Johna nauczyć matematyki, musisz znać matematykę i Johna”. Żeby poznać Johna, potrzebny jest czas.

Ważnym argumentem na rzecz zmiany była też idea powrotu do czteroletnich liceów ogólnokształcących. Liceów, które powinny stać się inkubatorami polskiej inteligencji, szkołami z prawdziwego zdarzenia, w których uczniowie zdobywają szeroką wiedzę o sobie, świecie, o ludziach, miejscami, gdzie się zaprzyjaźniają, wychowawczo zakorzeniają, gdzie wchodzą w rozmaite relacje, a kadra ma szansę nad nimi pracować od strony dydaktycznej i wychowawczej.

.Nie spotkałem ani jednego głosu krytycznego w odniesieniu do tej idei, od profesorów począwszy, a skończywszy na nauczycielach, rodzicach i absolwentach. W tej sprawie jest powszechna zgoda. Jeżeli się przyjmuje, że będzie czteroletnie liceum, to na gimnazjum brakuje miejsca.

Kolejna sprawa to trendy demograficzne. U początku reformy wprowadzającej trójstopniowy system kształcenia przyjmowano zasadę, by oddzielić starszych uczniów od maluchów. A tymczasem, jak sprawdziliśmy, na Dolnym Śląsku, tak jak w całej Polsce, około 60 proc. gimnazjów funkcjonuje w zespołach. W województwie dolnośląskim 41 proc. to gimnazja w zespołach z podstawówkami, czyli de facto w 41 proc. placówek mamy już połączenie szkoły podstawowej z gimnazjum w jeden organizm. Kolejne 11 proc. to zespoły złożone z gimnazjum i liceum, a prawie 3 proc. to zespoły złożone z podstawówki, gimnazjum i liceum. Nawet jeśli są one odgrodzone, oddzielone jakąś ścianką czy usytuowane w oddzielnym skrzydle budynku, to ta młodzież spotyka się na podwórku, przed szkołą, na uroczystościach i imprezach szkolnych. Życie zatem zweryfikowało tę reformę, a niż demograficzny ten proces dopełnił.

Mimo że zasadą miało być niełączenie gimnazjów ze szkołami podstawowymi, to w znacznej części przypadków proces ich łączenia z podstawówkami już się dokonał. Ponadto na podstawie danych ministerialnych można zauważyć, że najlepsze wyniki osiągają te gimnazja, których obwód pokrywa się z obwodem szkoły podstawowej, czyli te, które są w zespołach, i te, które kooperują z podstawówką i są w jednym miejscu. Czyż to nie jest argument, żeby gimnazja zostały skonsumowane przez szkoły podstawowe?

Nie spotkałem ani jednego sondażu, ani jednego badania, z którego by wynikało, że mniej niż połowa Polaków chciałaby likwidacji gimnazjów, czyli — mówiąc inaczej — zawsze więcej niż 50 proc., w praktyce 60, a nawet był taki czas, że 70 proc. respondentów opowiadało się za ich likwidacją. W demokracji ten argument, czyli głos opinii publicznej, ma znaczenie.

.Pozostaje oczywiście kwestia, jak w sposób płynny przejść do nowej rzeczywistości. Pojawiły się wprawdzie inicjatywy pod hasłem „Ratujmy gimnazja”, ale ci, którzy się w to zaangażowali, nie wspominają, że zespołów szkół jest tak dużo i że od momentu powstania gimnazjów liczba uczniów tych szkół zmniejszyła się o 1/3. Do kwestii finansowych dochodzą argumenty dydaktyczne i wychowawcze.

Szkoła podstawowa (był wariant, żeby nazwać ją „szkołą powszechną”, ale odstąpiono od tego, bo to generowało koszty, a grosz publiczny powinien być szanowany) będzie więc ośmioletnia i wchłonie gimnazjum. Stopniowo będzie ubywać po jednym roczniku w gimnazjum i równocześnie przybywać w podstawówce. W roku 2019 będziemy mieli początek czteroletniego liceum i pięcioletniego technikum.

Gdyby zapytać nauczycieli przedmiotów zawodowych, jak oni postrzegają obecnie technikum i czy korekta z pięcio- do czteroletniego, jaka nastąpiła, była korzystna, to nie mam wątpliwości, jaka byłaby ich odpowiedź. Wiem, że bardzo narzekali, jak trudno przygotować młodzież do egzaminów z bardzo wielu kwalifikacji zawodowych w tak krótkim czasie. To też trzeba zmienić, jeśli chcemy mieć szkołę techniczną z prawdziwego zdarzenia. Będą ponadto szkoły branżowe (czyli obecne szkoły zawodowe) dwustopniowe — trzyletnie, umożliwiające uzyskanie jednej kwalifikacji, a następnie dwuletnie, umożliwiające zdobycie drugiej kwalifikacji. Moim zdaniem ten system jest uporządkowany, optymalny i dużo bardziej oszczędny.

W Polsce jest prawie 7,5 tys. gimnazjów, ale 60 proc. tych szkół funkcjonuje w zespołach, więc nie 7,5 tys., lecz jedynie 3 tys. dyrektorów straci swoje stanowiska. Mniej stanowisk dyrektorskich, wicedyrektorskich, sekretariatów oznacza zaoszczędzenie środków, pozostaną one w systemie.

.Co do zasady, reforma ma mieć charakter bezkosztowy. Chodzi o to, by nauczyciele zatrudnieni w gimnazjach znaleźli pracę. Być może ministerstwo uruchomi niewielki fundusz, aby zwłaszcza małe gminy, które mają kłopoty finansowe, mogły aplikować o środki na realizację zmian.

Przyjrzyjmy się często spotykanej sytuacji na Dolnym Śląsku. Oto w małej gminie jest jedno gimnazjum wsparte funduszami unijnymi, dobrze wyposażone, z bazą sportową. Grzechem ciężkim byłoby ten obiekt sprzedać czy zabić deskami. Ale równocześnie są w tej gminie trzy, cztery małe szkoły podstawowe, które funkcjonują jako filie jednej z nich. W szkole podstawowej docelowo będą dwa moduły: klasy od I do IV oraz od V do VIII. Młodzież starsza, czyli taka, która może być dowożona, mogłaby uczyć się w szkole, gdzie mieściło się dawne gimnazjum, z wykorzystaniem dotychczasowej kadry i bazy materialnej, a w tych małych miejscowościach byłyby filie tej szkoły z klasami I do IV. Byłoby to spełnienie oczekiwań małych społeczności, które domagają się, aby szkoła, która umacnia i konstytuuje lokalną wspólnotę, w dalszym ciągu istniała. Te szkoły mieszczą się często w budynkach wzniesionych wysiłkiem mieszkańców, ich własnymi rękami.

Pracujący tam nauczyciele to jest zaczyn inteligencji, a szkoła jest miejscem spotkania. Jest wiele argumentów na to, aby te małe szkoły istniały. Zależy nam, aby je utrzymać, żeby rozwój był równomierny. Dawne gimnazjum, bardzo dobrze wyposażone, będzie wykorzystane, a i małe szkoły wraz z kadrą pozostaną. Organizacyjnie będzie to jedna szkoła, z jedną dyrekcją. W dużym mieście jest pod pewnymi względami łatwiej — na przykład we Wrocławiu, który jako gmina i powiat jest organem prowadzącym zarówno licea i technika, a w przyszłości dołączą do nich szkoły branżowe (obecne zawodówki) oraz gimnazja i podstawówki. Są tereny w mieście lub jego okolicy, gdzie następuje duży przyrost ludności, powstają nowe osiedla, przybywa młodzieży. W gospodarskim myśleniu jako kurator dolnośląski nie zastąpię samorządowców. To oni najlepiej wiedzą, jakie są lokalne uwarunkowania, jakich mają nauczycieli, jakich specjalistów, jakie budynki, jakie są trendy demograficzne. Dlatego praca nad siecią szkół powinna zacząć się już teraz.

Pewien problem stanowią gimnazja dwujęzyczne, czyli takie, w których przynajmniej dwa przedmioty nauczane są w języku obcym, a rekrutacja odbywa się spoza obwodu. Na Dolnym Śląsku jest takich gimnazjów 29, a we Wrocławiu są 4. Te szkoły mają osiągnięcia, jest też w nich kadra przygotowana do nauczania przedmiotów w językach obcych, a nauczyciele niemieckiego lub angielskiego mają dużo godzin. To jest kapitał, którego nie wolno zmarnować. Środowiska związane z nauczaniem w tych placówkach niepokoją się, zgłaszają swoje postulaty.

Mamy na to odpowiedź. Jeżeli liceum, w którym młodzież kontynuowała naukę, będzie czteroletnie, to okres kształcenia zostanie wydłużony. Jest też akceptacja pani minister, żeby w szkołach podstawowych, w klasach siódmej i ósmej, w drodze rekrutacji spoza obwodu utworzyć klasy dwujęzyczne. Te szkoły mogłyby kooperować z liceami, mogliby w nich uczyć nawet ci sami nauczyciele. To często jest szkoła w sąsiedztwie, niekiedy tuż obok. Oczywiście nie byłoby obowiązku kontynuowania nauki w liceum dwujęzycznym. Kolejny postulat liceów, przy których były gimnazja dwujęzyczne, jest taki, żeby oddziały dwujęzyczne przy podstawówkach były przypisane do liceów, to znaczy realizowały nauczanie z liceum, natomiast klasyfikacja odbywałaby się w podstawówkach. To wszystko może znaleźć się w przepisach, które będą obowiązywały. Jeżeli gimnazjum i liceum trwały po trzy lata, a teraz liceum trwać będzie cztery, i zgadzamy się na to, żeby nauczanie w klasie siódmej i ósmej było dwujęzyczne, to jest w sumie jak dotychczas — sześć lat. A więc uczniowie będą mogli w dalszym ciągu uczyć się w szkołach dwujęzycznych i liczba godzin będzie taka sama, a nauczyciele nic nie stracą.

To, co rozpoczęło się 1 września 2016 r., to zaledwie preludium zmian, które nastąpią od września roku 2017. Wtedy zacznie się zmiana systemu oświaty, wygaszanie gimnazjów, zostaną wprowadzone zmiany w strukturze organizacyjnej, a równocześnie głębokie zmiany programowe, nad którymi trwają prace. Przygotowane zostaną podstawy programowe do poszczególnych przedmiotów.

.W ośmioletniej szkole podstawowej, począwszy od klasy piątej, wracamy do tradycyjnych przedmiotów. Zamiast dotychczasowej przyrody, której uczyli nauczyciele różnych specjalności, najczęściej biolodzy, marginalizując często treści programowe związane na przykład z fizyką, będzie wcześniejszy podział na biologię, geografię, fizykę i chemię. W klasie czwartej, przejściowej, będzie natomiast propedeutyka tych przedmiotów, które składały się do tej pory na przyrodę. Nauczanie zintegrowane pozostanie w klasach od pierwszej do trzeciej.

Rok szkolny, który właśnie się rozpoczął, będzie czasem dyskusji i prac legislacyjnych. Opinii publicznej zostaną przedstawiane projekty ustaw, które będą szeroko konsultowane z partnerami społecznymi, jednostkami samorządu terytorialnego, ze związkami zawodowymi, słowem, ze wszystkimi osobami i podmiotami, które zechcą w tej debacie wziąć udział. Jest wielka otwartość ze strony Ministerstwa Edukacji Narodowej, ale zmiany w ostatecznym kształcie będą uchwalone podczas procesu ustawodawczego w Sejmie i Senacie, zakończonego podpisem prezydenta. Z początkiem przyszłego roku kalendarzowego samorządy przystąpią do konstruowania sieci szkół. Będzie już wówczas wiadomo, jakie są reguły przekształceń, będą znane akty prawne obliczone na okres przejściowy, które opiszą w szczegółach nowy system od strony programowej i organizacyjnej. Samorządy, kierując się własną kalkulacją, zadbają, aby wykorzystać dotychczasowy kapitał, uwzględnić uwarunkowania demograficzne, a także dać szanse ludziom; trzeba dopilnować, aby pracę straciło jak najmniej osób. Z tego gospodarskiego działania zrodzić się powinna sieć szkół, która zgodnie z przepisami będzie akceptowana przez kuratora oświaty. Ten proces potrwa do końca marca 2017 roku. Wtedy dyrektorzy przystąpią do konstruowania arkuszy organizacji pracy szkoły, a więc przygotują dokumenty, w których projektuje się pracę na kolejny rok szkolny: plany nauczania i przydziały godzin zgodnie z kwalifikacjami. Kuratorium otrzymało po latach przerwy kompetencje opiniowania tych dokumentów, a więc będzie miało wpływ na to, co się dzieje w szkołach.

.Sprawdzian szóstoklasisty na zakończenie szkoły podstawowej, który od tego roku szkolnego zostanie zlikwidowany, kosztował 10 mln zł, a właściwie do niczego nie służył. Jego zniesienie przyjęto z ulgą. Część zmian udało się wprowadzić już od 1 września 2016. Wychodzą one naprzeciw oczekiwaniom społecznym i dotyczą przede wszystkim likwidacji obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Teraz do szkoły idzie pociecha siedmioletnia, natomiast dziecko sześcioletnie może rozpocząć naukę, jeśli tak zadecydują rodzice i od poradni psychologiczno-pedagogicznej uzyskają opinię, że dziecko nadaje się do szkoły. Samorządy bardzo mocno agitowały na rzecz wcześniejszego posłania dzieci do szkoły. I trudno im się dziwić, były bowiem umacniane przez koalicję PO-PSL w przekonaniu, że wprowadzony system już nie ulegnie zmianie, więc szkoły zainwestowały środki w adaptację klas dla sześciolatków. Była też motywacja finansowa.

Dotacja dla samorządów na dziecko sześcioletnie w przedszkolu wynosiła 1370 zł, natomiast jeśli to samo dziecko poszło do szkoły — 5300 zł. Różnica znacząca, trudno się zatem dziwić, że samorządy zabiegały o to, aby jak najwięcej sześciolatków trafiło do szkół.

.Od 1 stycznia 2017 roku w nowej perspektywie budżetowej samorządy otrzymają na jedno dziecko sześcioletnie 4300 zł, bez względu na to, czy trafi ono do szkoły, czy do przedszkola.

Co do zasady, w wolnym, otwartym społeczeństwie o takich sprawach powinni decydować rodzice. Owszem, słuchają oni zachęt ze strony samorządów, ale udają się do szkół, przyglądają się, jak są one przygotowane, i sami podejmują decyzję. Nie jest naszą rolą wnikać, czym ona jest motywowana. W tym roku szkolnym, gdy rodzice mieli swobodny wybór, 82 proc. sześciolatków pozostało w przedszkolach, a tylko 18 proc. rodzice posłali do szkół. To wynik ogólnopolski. Wrocław jest tu pewnym wyjątkiem, bo w stolicy Dolnego Śląska 40 proc. sześciolatków rozpoczęło naukę w szkole, a więc dwa razy więcej niż średnio w Polsce. Wrocław to bogata gmina, szkoły zostały tu dobrze przygotowane, a także jest tu skupisko inteligencji i więcej ludzi, którzy uważają za korzystne posłanie dziecka wcześniej do szkoły, podnosząc argument, że w zdecydowanej większości krajów europejskich obowiązek szkolny dotyczy dzieci sześcioletnich. Obóz zjednoczonej prawicy wprowadził tę zmianę po wnikliwej analizie merytorycznej, uwzględniając — co jest w demokracji bardzo ważne — głos opinii publicznej poparty setkami tysięcy podpisów.

.Mam nadzieję, że w liceum czteroletnim przez pełne cztery lata będą po dwie godziny historii, spodziewam się też likwidacji przedmiotu historia i społeczeństwo, ponieważ w roku 2012 dokonano pewnej korekty w planach nauczania i moim zdaniem zmasakrowano liceum trzyletnie, które i tak było kiepskim pomysłem.

Historia opowiadająca o wieku XX i początku XXI była nauczana w klasie pierwszej, a później w zakresie rozszerzonym w klasach humanistycznych i ewentualnie w grupach międzyoddziałowych. Ale mało kto wybierał historię, wobec tego została ona zepchnięta na dalszy plan.

Nie ma już ani jednej uczelni w Polsce, która kandydatom na historię nakazywałby przedstawić wynik egzaminu maturalnego z tego przedmiotu. Najdłużej bronił się Uniwersytet Jagielloński, ale niedawno poddał się i tam też można przedstawić zamiast z historii wyniki z geografii, WOS-u czy języka angielskiego. Historia została zmarginalizowana, a jednocześnie jej kurs został zredukowany.

.Nauka kończy się w klasie pierwszej, w której młodzież jest jeszcze mało dojrzała, gdzie poważna rozmowa o Polsce, Holokauście, o „Solidarności”, stanie wojennym nie może być pogłębiona. Część młodzieży jest dojrzała ponad wiek, ale reszta niekoniecznie, niektórzy są jeszcze dzieciakami.

Rozmowa na poważne tematy powinna moim zdaniem być przesunięta na możliwie późny czas, czyli do klas starszych. Przedmiotu historia i społeczeństwo, który miał uzupełniać edukację humanistyczną w klasach matematyczno-fizycznych i biologiczno-chemicznych, po prostu nie będzie. Będzie za to przedmiot historia — z prawdziwego zdarzenia — po dwie godziny w każdej klasie. Historia, która rozpoczyna się od starożytności, ale w takim ułożeniu, żeby pierwsze wieki zmieścić w klasach pierwszej i drugiej oraz aby większość omawianego materiału dotyczyła historii współczesnej. Jeśli chodzi o przygotowanie kursu najnowszej historii Polski, zostało podpisane porozumienie między minister Anną Zalewską a Instytutem Pamięci Narodowej. Oprócz tego są zapraszani do współpracy historycy.

Dlatego gdy nadejdzie rok 2019 i wystartuje czteroletnie liceum ogólnokształcące, musimy mieć na stole dobrze skonstruowane podstawy programowe. Musimy mieć też podręczniki. I jest na to czas. Z niektórych środowisk płyną głosy, w których słyszymy obawy o chaos, bałagan. Niepotrzebnie. Jest harmonogram, który będzie dotrzymany, jest czas na zmiany i otwarcie na dyskusję.

Nauczyciele innych przedmiotów, w tym matematycy, postulują zwiększenie liczby godzin w planach nauczania. Nie wiem, czy ministerstwo temu zadośćuczyni, gdyż zwiększylibyśmy być może ponad miarę tygodniowy wymiar godzin. Uczniowie nie mogą być przeciążeni. Może jedną godzinę matematyki w siatce godzin można będzie dodać, ale to wszystko. Większą wagę powinny mieć zajęcia wyrównawcze, zajęcia pozalekcyjne, które powinny być prowadzone nie tylko dla uczniów, którzy są na przykład słabi z matematyki, ale też dla tych, którzy są szczególnie uzdolnieni.

Warto przypomnieć, że obowiązek wynikający z Karty nauczyciela, w myśl którego nauczyciel zobowiązany był do jednej godziny tygodniowo w liceach, a w gimnazjach i podstawówkach dwóch godzin, w ramach dodatkowej, bezpłatnej pracy z młodzieżą, został zlikwidowany. Gdy kilka lat temu wprowadziła go minister Katarzyna Hall z PO, samorządy wycofały się gremialnie z finansowania zajęć pozalekcyjnych. Jak Polska długa i szeroka, w zdecydowanej większości samorządów zajęcia pozalekcyjne były realizowane z godzin „karcianych”. Teraz obowiązek prowadzenia tych bezpłatnych godzin został zlikwidowany z uwagi na biurokratyczną mitręgę, ponadto zrealizowano w ten sposób postulaty środowiska nauczycielskiego.

Mądry samorząd wygospodaruje skromne środki na jedną godzinę lub dwie godziny tygodniowo zajęć pozalekcyjnych. To pozwoli uzupełnić wiedzę z fizyki czy matematyki.

Kolejna sprawa to zajęcia sportowe. To kwestia dbałości o zdrowie społeczeństwa oraz troski o wyniki sportowe. Trzeba przyznać, że jako blisko czterdziestomilionowy naród w międzynarodowych rozgrywkach osiągamy przeciętne wyniki. Dlatego zajęcia sportowe są niezbędne. Ministerstwo zabiega o to, aby w roku 2017 były pieniądze na SKS-y.

Czas pracy nauczyciela zatrudnionego na pełnym etacie wynikający z Karty nauczyciela wynosi do 40 godzin tygodniowo, natomiast dyrektor na mocy przepisów prawa może przydzielić nauczycielowi zajęcia dodatkowe, które rozwijają uzdolnienia i zainteresowania uczniów. Trzeba to robić roztropnie, bo nauczyciel poza zajęciami dydaktycznymi musi się samodoskonalić, mieć czas na poprawę prac, czas na wycieczki, konsultacje, spotkania z rodzicami. Wielu dyrektorów pyta, ile to ma być godzin, bo Karta nauczyciela nie precyzuje liczby. Gdybym jako dyrektor przydzielił nauczycielowi dodatkowe dwie godziny, dałbym mu dodatek motywacyjny, zgłosiłbym go do nagrody kuratora albo ministra, wnioskowałbym o odznaczenie go. To jest katalog gratyfikacji, którymi dysponuje dyrektor. Generalnie dodatkowe godziny powinny być płatne, zwłaszcza gdy zajęcia odbywają się po południu albo w sobotę.

W liceum trzyletnim, począwszy od roku 2001, w planie nauczania obliczonym na trzy lata były cztery godziny fizyki, cztery godziny biologii i trzy godziny chemii, podobnie trzy godziny geografii. Po zmianie w roku 2012 wprowadzono po jednej godzinie fizyki, biologii, chemii i geografii w klasach pierwszych, a następnie można było tworzyć klasy sprofilowane, na przykład biologiczno-chemiczne, albo dać uczniom do wyboru przedmiot (przedmioty) i jeżeli znalazło się wystarczająco wielu takich uczniów, którzy wybrali, powiedzmy, biologię, można było utworzyć grupę. Populacja tych, którzy wybierali trudne przedmioty, nie była zbyt duża. Ci, którzy chcieli zdobyć rozszerzoną wiedzę z biologii, wybierali klasę biologiczno-chemiczną. Jak Polska długa i szeroka, można było zaobserwować charakterystyczne zjawisko — uczniowie wybierali przedmiot, który ich zanadto nie obciążał, a mógł być przydatny, na przykład język angielski albo WOS.

Liceum czteroletnie zapewni nauczycielom zatrudnienie na pełnych etatach. Jeżeli przydamy wagi przedmiotom przyrodniczym i ścisłym, przesuniemy czas decydowania, kim uczeń chce być w życiu, na trzecią, a nawet na czwartą klasę, co sprzyja bardziej odpowiedzialnemu decydowaniu o swojej przyszłości, to będą to dobre zmiany.

Kierunek strategiczny to rozwijanie kreatywności, myślenia uczniów, a nie zamykanie ich w ciasnych ramach rozwiązywania testów. Jeżeli chcemy mieć elitę, która będzie rozumiała polskość, dźwignie nas jako naród i poprowadzi, zapewniając pomyślność, to musi być solidnie wykształcona.

.Szkoła nie może abdykować z funkcji wychowawczych, wpajania patriotyzmu, utożsamiania z naszą narodową wspólnotą. Ważne są etos pracy i przywiązanie do polskości.

Dlatego nie może być rozbieżności między tym, co nauczyciel deklaruje, co mówi, do czego wzywa, a tym, co sam robi i jaką postawę prezentuje. Młodzieży należy dawać dobry wzór oraz łączyć wysokie wymagania z serdecznością. Jak mówili starożytni, verba docent, sed exempla trahunt, czyli słowa uczą, ale przykłady pociągają, skłaniają do naśladowania. Takie też jest moje credo, któremu starałem się być wierny jako dyrektor LO nr XVII im. A. Osieckiej, wcześniej jako nauczyciel, a obecnie jako kurator. To może znaczyć więcej niż perswazja słowna, która rzecz jasna, też jest potrzebna, żeby dobrze wychować młodzież.

.Chodzi o to, żeby młodych Polaków wychować na dobrych, mądrych, otwartych, współczujących ludzi i aktywnych obywateli. Powtórzmy za C.K. Norwidem: „Ojczyzna to wielki, zbiorowy obowiązek” oraz za S. Wyspiańskim: „Polska to jest wielka rzecz”. Powinniśmy młodzież zachęcać, inspirować i uczyć, jak kochać Polskę.

Roman Kowalczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam