Szczepan RUMAN: O doktrynie strukturalnej nadpodaży energii jako koniecznym elemencie wielkiej strategii dla Polski

O doktrynie strukturalnej nadpodaży energii jako koniecznym elemencie wielkiej strategii dla Polski

Photo of Szczepan RUMAN

Szczepan RUMAN

Lider Zespołu Ekspertów ds. Energetyki i Bezpieczeństwa Polskiego Towarzystwa Gospodarczego, absolwent studiów menedżerskich na IESE Business School i The Wharton School of the University of Pennsylvania.

Energetyka jest dziś głównym zadaniem dla Polskich polityków. Adekwatna do wyzwań przyszłości wielka strategia dla Polski musi bazować na fundamencie Doktryny Strukturalnej Nadpodaży Energii. A z dobrymi rozwiązaniami w energetyce, przy wsparciu zbudowanej na nadpodaży energii robotyki sterowanej przez AI, będziemy również w stanie stawić czoła wyzwaniom demograficznym, i to bez wystawiania się na zagrożenia związane z masową imigracją – pisze Szczepan RUMAN

.W naszej krajowej polityce rozpoczęła się intensywna przebudowa sceny przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi. Najistotniejsza w tym procesie jest odpowiedź na fundamentalne pytanie: czy na całej przestrzeni od lewicy do prawicy wyłoni się jakaś siła polityczna zdolna do zmierzenia się z globalnymi wyzwaniami nadchodzących dekad. Nie mówię tu o wyzwaniach związanych z bezpieczeństwem, wojnach i różnych kryzysach, lecz o tych wiążących się z rozwojem gospodarczym i technologicznym. Największe stojące przed ludzkością wyzwanie to powszechna robotyzacja gospodarki, oparta na maszynach wykorzystujących sztuczną inteligencję, które zastąpią ludzi w wielu zawodach, a to łączy się z drugim ogromnym wyzwaniem – demografią. Dekady bardzo niskiej dzietności są wyzwaniem dla prawie wszystkich rozwiniętych gospodarek. Te dwa wyzwania są jak dwie strony tej samej monety: jesteśmy na początku potężnej fali rewolucji przemysłowej, która będzie miała niezwykle doniosłe skutki społeczne. Prowadząc rzetelne analizy, trudno oprzeć się wrażeniu, że najlepsze wzorce i praktyki w podejściu do wyzwań, przed którymi stajemy, powstają poza Europą: w USA, Chinach, Korei Południowej czy Japonii.

Byłem ostatnio świadkiem rozmów o demografii i migracji. Pośród różnych padających ciekawych pomysłów w zakresie demografii dominowało jednak poczucie fatalizmu w kwestii migracji – za nami trzydzieści lat niskiej dzietności, mamy całe pokolenie znacznie mniejsze niż poprzednie, a zatem jesteśmy skazani na masową imigrację. Trzeba ją kontrolować, formować, ale dla zapewnienia rąk do pracy i rozwoju gospodarczego masowa imigracja jest konieczna. Patrząc z perspektywy człowieka, który poznał ponad 50 bardzo różnorodnych krajów na sześciu kontynentach, mam głębokie przeświadczenie, że to narracja z gruntu fałszywa. Liderami wzrostu gospodarczo-technologicznego są obecnie USA, Chiny i Korea Południowa, ponadto zawsze warto spoglądać także na Japonię. Odpowiedzią Azji Wschodniej, jeśli chodzi o utrzymanie wzrostu PKB i zapewnienie opieki osobom starszym w kontekście jednoczesnej niskiej od dekad dzietności, są robotyzacja i maszyny autonomiczne. Tak na sprawę przyszłości rozwoju gospodarczego patrzy również elita technologiczno-polityczna USA.

W dominującej w tych państwach narracji nikt obecnie nie postrzega masowej imigracji jako rozwiązania jakichś problemów. Dyskusja toczy się raczej na temat tego, jak zapewnić dochód ludności, która może zbyt szybko być zastępowana przez sterowane sztuczną inteligencją roboty. Japonia, Chiny i USA otwarte są na imigrację, małą, selektywną, wysoko wykwalifikowanej kadry do najbardziej pożądanych z punktu widzenia rozwoju gospodarczego zawodów. Imigracja ma być wsparciem dla rozwoju najnowocześniejszych branż, a nie rozwiązaniem problemów demograficznych lub też sposobem na zapewnienie szerokich mas nisko wykwalifikowanej siły roboczej.

Mówi się ostatnio o tym, że dwa modele wzrostu dominujące w różnych momentach 35-lecia III RP – liberalno-wolnorynkowy i socjalny, uwzględniający szerokie transfery – wyczerpały się. Przychylam się do tej opinii. Wielka strategia Polski na nadchodzące dekady powinna opierać się na nowym silniku rozwoju: skokowym wzroście efektywności produkcji dzięki szerokiemu wdrożeniu AI i robotyzacji w przemyśle. To jest podstawa, na której budowana będzie globalna pozycja narodów w międzynarodowych systemach wymiany w czasach, które są przed nami. Niestety, same słowa nie stworzą tu rzeczywistości: AI i robotyzacja budują na jeszcze głębszym fundamencie, jakim jest elektryfikacja, w zakresie której Europa – i Polska – musi przezwyciężyć potężne problemy strukturalne.

Tajemnicą poliszynela jest dziś to, że do niektórych rodzajów pracy niewielu jest chętnych Polaków, a także Ukraińców. Aby zapewnić parówki czy frankfurterki na śniadanie, ściągać trzeba – do pracy w chłodniach, przy rozbieraniu i przetwarzaniu mięsa – Nepalczyków czy Kolumbijczyków. Jeśli chodzi o dostawę jedzenia w dużych miastach, to też trudno na pędzących we wszystkie strony elektrycznych rowerach spotkać Europejczyka. Podobnie jest z dużymi budowami. Niestety, część z tych osób funkcjonuje w warunkach, które trudno nazwać inaczej niż współczesnym niewolnictwem. Kwitną firmy gotowe „wstawić” do danego zakładu pracy dowolną liczbę „Nepalczyków”, biorąc jednocześnie odpowiedzialność za ich nocleg i pilnowanie, aby nie uciekli i nie stali się „nielegalnymi imigrantami”. Czy naprawdę uważamy, że importowanie z ubogich krajów Azji czy Ameryki Południowej ludzi do pracy w niewolniczych warunkach to konieczny komponent naszej przyszłości i rozwoju?

Zadziwiające, że podczas gdy takie rozwiązania dominują w „humanistycznej” Europie, pragmatyczna Azja Wschodnia udziela odpowiedzi zupełnie odmiennej: zarówno dostawy, logistykę, jak i wiele powtarzalnych czynności w fabrykach mogą przejąć roboty autonomiczne, sterowane sztuczną inteligencją. Podczas gdy po ulicach poruszają się wszelkiej maści pojazdy bez kierowców, w fabrykach powstają całe hale bez oświetlenia – roboty mogą pracować po ciemku, nie robi im to różnicy. Które społeczeństwo jest bardziej humanistyczne: to, w którym do prostych, lecz ciężkich prac ściąga się ubogich migrantów, czy to, w którym prace te wykonują maszyny? Czy naprawdę bolejemy nad tym, że kombajny zbożowe odebrały pracę milionom ludzi, którzy jeszcze do całkiem niedawna pracowali tradycyjnymi metodami?

Wrócę jeszcze do moich osobistych doświadczeń – należą do nich ukończone kilkanaście lat temu dwuletnie studia MBA w europejskiej Barcelonie, ale na uczelni, która przykłada ogromną wagę do prawdziwego doświadczenia międzynarodowości. Wśród 280 studentów na moim roku byli więc przedstawiciele 50 narodów ze wszystkich zakątków świata. Zgodnie z założeniami uczelni faktycznie było to prawdziwe otwarcie na globalną perspektywę. Dziś, patrząc z tej właśnie perspektywy, podpartej dodatkowo latami międzynarodowych doświadczeń zawodowych, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przełomowe innowacje i najlepsze odpowiedzi na pytania współczesności – na trwałe opuściły Europę. Spójrzmy na wykres wzrostu PKB od globalnego kryzysu finansowego z roku 2008. Strefa euro stoi w miejscu od 18 lat, podczas gdy Chiny i USA wręcz pędzą do przodu.

.Dla jasności: strefa euro to ta pełzająca na płasko linia, której USA uciekają do góry, a Chiny wyprzedzają ją w 2018 roku, choć zaledwie 10 lat wcześniej startowały, mając gospodarkę ponad trzykrotnie mniejszą niż PKB strefy euro. Przez 15 lat, od 2008 do 2023 roku, strefa euro „urosła” o 11 proc., podczas gdy USA o 88 proc. (prawie 8 razy szybszy wzrost), a Chiny o 291 proc. (26 razy szybciej niż strefa euro). Jeszcze lepiej widać to na wykresie znormalizowanym, czyli takim, na którym wszystkie trzy kraje zaczynają z tego samego punktu, a linie obrazują tempo wzrostu, a nie konkretne wartości.

.Nie chcę się spierać o ideologię. To są twarde dane, liczby, one są obiektywne. I pokazują, że „coś poszło bardzo nie tak”. Warto zastanowić się, co i dlaczego. Rok 2008 to również rok wejścia w życie traktatu lizbońskiego. Czy prawie dwie dekady permanentnej stagnacji to wystarczająco dużo, aby można było powiedzieć, że instytucje UE nie zdały egzaminu, jeśli chodzi o przywództwo i kreowanie polityki społeczno-gospodarczej na tle innych, konkurujących z nami regionów świata? Czy potrzebujemy więcej czasu, aby stało się to dla nas klarowne? Czy mamy więcej czasu na stagnację, gdy nasi globalni konkurenci prą do przodu?

Narracja, że problemem Europy jest zbyt mała centralizacja i że trzeba „jeszcze więcej tego samego”, jest w oczywisty sposób fałszywa. Po kryzysie finansowym 2008 roku nie tylko globalni hegemoni, tacy jak USA i Chiny, osiągali wyniki lepsze niż Europa, lecz także państwa takie jak Korea Południowa, Kanada, Turcja czy Australia. Kraje bardzo różne, ale relatywnie wysoko rozwinięte, każdy z nich o populacji poniżej 100 milionów obywateli. Funkcjonujące w pojedynkę – a nie w żadnych większych blokach jak UE – rozwijały się wielokrotnie szybciej niż strefa euro. Wszystkie. Turcja i Kanada 4 razy szybciej niż Europa, ale Korea Południowa i Australia – 6 razy szybciej.

.To nie są różnice polegające na tym, że ktoś rozwijał się „trochę” szybciej niż strefa euro. Każdy z tych średniej wielkości krajów – jeżeli chodzi o wielkość PKB i populację – rozwijał się wielokrotnie szybciej niż najbardziej scentralizowana część Unii Europejskiej, mająca 353 miliony obywateli i potężny PKB. Pokazuje to, że zarówno Francja, Niemcy, jak i Polska – mogłyby funkcjonować w zglobalizowanej gospodarce jako państwa narodowe i osiągać spektakularne rezultaty. To fakt, a nie opinia.

Tak: wolny przepływ osób, dóbr, usług i kapitału we Wspólnotach Europejskich, wywodzących się ze Wspólnoty Węgla i Stali – jest wielką korzyścią gospodarczą. Nie: instytucje upełnomocnione do centralistycznego działania w UE po traktacie lizbońskim nie dowiodły swojej skuteczności. Wręcz przeciwnie. Jeszcze raz: to twarde dane gospodarczo-ekonomiczne, a nie opinia. To fakty. Wystarczy spojrzeć na dane o wzroście PKB od traktatu z Maastricht (1993) do traktatu lizbońskiego (2008) – 15 lat – i porównać je z danymi z kolejnych 15 lat, od traktatu lizbońskiego do roku 2023. Do wejścia w życie traktatu lizbońskiego państwa Europy Zachodniej radziły sobie znacznie lepiej niż po „pogłębieniu integracji”.

.Problem, który stanowi fundament tak fatalnych wyników Europy po traktacie lizbońskim, to ten sam problem, który dziś „zmiata nas z planszy”, jeśli chodzi o globalną konkurencję gospodarczą w nadchodzących dekadach: europejska „polityka klimatyczna”, podniesiona do rangi religii panującej w europejskich instytucjach.

Sukces w dziedzinie AI i robotyzacji opiera się na elektryfikacji. Natomiast elektryfikacja gospodarki możliwa jest tylko w modelu gospodarczym, który charakteryzuje strukturalna obfitość taniej energii. A my w Europie ograniczamy podaż energii, jednocześnie sprawiając, aby była ona w najwyższych na świecie cenach. IEA – Międzynarodowa Agencja Energii – opublikowała niedawno wykres poziomu elektryfikacji wiodących gospodarek za lata 2000–2024. W odniesieniu do szeroko pojętego świata Zachodu nie napawa on optymizmem: gdy elektryfikacja w Europie, USA i Australii prawie stała w miejscu, Japonia, Korea Południowa, a zwłaszcza Chiny – robiły ogromne postępy.

.Elektryfikacja jest jedną z kluczowych miar postępu już od końca XIX wieku, a my przegrywamy na tym polu w wieku XXI. Przykro to stwierdzić, ale Europa właśnie przegrywa z Azją Wschodnią na polu prawie tak fundamentalnym, jak wskaźnik alfabetyzacji. Stajemy się energetycznymi analfabetami. To niestety dowód na tezę opisującą naszą smutną rzeczywistość: w czasie, gdy my zajmowaliśmy się zieloną transformacją, pragmatyczne Chiny pracowały nad elektryfikacją. Transformacja to ideologia, elektryfikacja to ekonomia. A nawet gorzej: transformacja to ideologia blokująca elektryfikację, która jest ekonomicznym postępem. Spójrzmy znów na ten sam wykres elektryfikacji, ale znormalizowany, aby dobrze uchwycić różnicę w tempie elektryfikacji pomiędzy światem Zachodu a Azją Wschodnią.

.Charakterystyczne – i dojmująco przykre dla kręgu cywilizacji zachodniej – jest, że linie dla USA, Europy i Australii w zasadzie „pełzają” płasko, podczas gdy linie dla Azji Wschodniej dynamicznie pną się do góry (czy nie wygląda to znajomo po zapoznaniu się z wykresami wzrostu PKB?). USA są pewnego rodzaju wyjątkiem: dysponując globalną walutą rezerwową, w pierwszym ćwierćwieczu XXI wieku rosły głównie dzięki sektorowi finansowemu, więc PKB rósł pomimo braku wzrostu w realnej gospodarce. Jednak „kapitalizm finansowy” to wzrost toksyczny, po którym dziś USA chcą szybko nadrobić straty w zakresie „kapitalizmu przemysłowego”. Fundamentalne bezpieczeństwo państwa wymaga własnego przemysłu.

Chiński postęp gospodarczo-technologiczny – elektryfikacja – oparty był na dynamicznym wzroście produkcji taniej energii z węgla. Energetyka węglowa = postęp technologiczny w XXI wieku. Europa, która odeszła od węgla – pod względem kluczowych czynników nowoczesnego rozwoju została w tyle za Chinami, które postawiły na węgiel. Jeśli kogoś od tych tez bolą oczy – niech się przemoże i spojrzy na wykresy poniżej: najpierw wykres wzrostu generowania energii z węgla w Chinach, a potem wykres, który łączy wzrost elektryfikacji chińskiej gospodarki ze wzrostem produkcji energii z węgla.

.Chiny zelektryfikowały się na węglu. A elektryfikacja to miara postępu technologicznego, o której Ursula von der Leyen niestety chyba dopiero niedawno usłyszała i zaczęła głosić, że Europa potrzebuje elektryfikacji. Jeszcze niedawno mówiła, że „najtańsza energia to ta, której nie zużyliśmy” (cóż za bon mot!). Przykra sprawa: nie da się zelektryfikować gospodarki, starając się zużywać mniej energii elektrycznej. Co więcej, podpowiem: aby osiągnąć sukces w postaci wzrostu poziomu elektryfikacji gospodarki, produkcja energii elektrycznej musi rosnąć znacznie szybciej, niż rośnie sam współczynnik elektryfikacji. Tak to działa. Widać to, kiedy uwzględni się wszystkie źródła energii w Chinach. Chińczycy zaczęli od węgla, bo to on na całym świecie daje najtańszą energię. Jednak po rozpędzeniu rozwoju przemysłowego Chiny w ostatnich latach przeszły do budowania równolegle wszystkich rodzajów źródeł energii, aby zaspokoić dynamicznie rosnącą gospodarkę. A więc całkowity wzrost generowania energii jest znacznie szybszy niż sam wzrost produkcji energii z węgla.

.Warto podkreślić oczywisty fakt: Chiny nie odchodzą od węgla. Produkcja energii z węgla w Chinach dynamicznie rośnie, budowane są dziesiątki nowych bloków węglowych, rośnie wydobycie i rosną emisje CO2. Chiny uzupełniają wzrost produkcji energii z węgla wszystkimi innymi dostępnymi źródłami energii – aby zaspokoić potrzeby szybko rosnącej gospodarki. To zupełnie coś innego niż ultrakosztowne próby zastąpienia węgla przez OZE, znane z Europy. W Chinach OZE nie zastępują węgla, one tylko uzupełniają dynamicznie rosnącą produkcję energii z węgla, tak jak uzupełnia ją atom – aby sumaryczny wzrost produkcji energii był jak najszybszy.

.Niestety, to właśnie najgłębsze założenia europejskiej polityki klimatycznej są sprzeczne z elektryfikacją. Założeniem systemu ETS jest to, że energia „emisyjna” ma się stać droższa wskutek obciążenia opłatą ETS i w ten sposób energia „zeroemisyjna” stanie się ekonomicznie konkurencyjna względem tej „emisyjnej” i będzie ją zastępować. Z tego założenia logicznie i wprost wynika, że ceny energii będą wyższe. A nie da się zachęcać do elektryfikacji, podwyższając jednocześnie ceny energii (tego Ursula von der Leyen jeszcze nie odkryła). Uwolnienie ETS dla finansowej spekulacji sprawiło, że ceny energii i koszty przemysłu w Europie mogą być swobodnie podbijane przez instytucje finansowe działające na zlecenie kapitału spoza Europy. Powiedzieć, że danie takiego instrumentu do ręki naszym globalnym konkurentom to nieroztropność – to nic nie powiedzieć. Poniżej przedstawiam wykres cen ETS z uwzględnieniem momentu, w którym dopuszczono spekulację na tym instrumencie.

Warto także spojrzeć na wykres przedstawiający różnicę w cenach energii dla dużego przemysłu pomiędzy UE a Chinami i USA.

.Obecnie ceny ETS oraz ceny energii w Europie stabilnie trzymają się na rekordowo wysokich poziomach. Światełka w tunelu nie widać. Jest drogo, bo ma być drogo. Przy takiej polityce możemy pożegnać się z wzięciem udziału w globalnej konkurencji technologicznej narodów. Nie będzie u nas centrów danych AI, nie będzie robotyzacji, nie będzie wzrostu gospodarczego. Jeszcze dwa wykresy – wykres emisji CO2 dla świata, dla USA, UE i Chin oraz wykres łączący wzrost lub spadek udziału w globalnym PKB ze wzrostem lub spadkiem emisji CO2 dla Chin i UE.

.Europa odniosła skromny sukces w ograniczaniu emisji CO2, który wiązał się z sukcesem na innym polu – ograniczenia udziału Europy w globalnej gospodarce. Emisje strefy euro nie rosną – jej PKB również nie. W tym samym czasie Chiny, ogromnie zwiększając swoje emisje, zwielokrotniły swój udział w globalnym PKB.

Warto podkreślić, że globalne emisje CO2 dynamicznie rosną, a jeśli europejska polityka klimatyczna ma na nie jakiś wpływ, to jedynie taki, że przyspiesza ich wzrost. Wymuszająca zmniejszanie emisji Europa dusi swój wysoko rozwinięty przemysł i sprawia, że produkcja przemysłowa przenosi się do krajów, których gospodarki są znacznie bardziej emisyjne, takich jak Chiny. To napędza globalny wzrost emisji. Na każdą tonę zmniejszonych emisji w Europie – emisje w Chinach rosną o 7 ton. Jeśli więc chodzi o emisje, to europejska polityka klimatyczna realnych sukcesów nie ma, natomiast jej dewastujące skutki dla gospodarki i udziału Europy w globalnym PKB – są bardzo realne.

Omówiwszy kwestię fundamentu, jakim jest elektryfikacja, spójrzmy teraz na kluczowe wskaźniki rozwoju przyszłości: robotyzację i AI. Jak wygląda kwestia robotyzacji gospodarek w skali globalnej? Pierwszy wykres potwierdza to, co już wiemy: robotyzacja w Azji Wschodniej postępuje znacznie szybciej niż w świecie Zachodu. Jest to wykres znormalizowany, a więc obrazujący tempo wzrostu, a nie suche liczby. W Korei to tempo jest znacznie wyższe niż w USA czy w Niemczech, jednak to Chiny wszystkich zostawiają w tyle. Należy zaznaczyć, że Korea startowała z najwyższego poziomu na świecie, który Chiny dopiero gonią – to drugi wykres. Trzeci wykres pokazuje, że Chiny mają już obecnie prawie połowę wszystkich robotów świata, a wśród nowych instalacji – ponad połowę.

.Przechodząc do AI, poniżej zamieszczam trzy wykresy obrazujące, jak rozkłada się pomiędzy USA, UE i Chiny drugi, obok robotyzacji, kluczowy miernik nowoczesności: centra danych i moce obliczeniowe AI, z uwzględnieniem wzrostów na poszczególnych rynkach oraz fundamentalnego wskaźnika, jakim jest zużycie energii przez centra danych.

.Na żadnym z tych wykresów perspektywy Europy nie wyglądają dobrze. Duszona przez regulacje klimatyczne i ideologie Europa staje się globalnym skansenem. Poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania technologiczno-gospodarcze jedynie w ramach regulacyjno-ideologicznej klatki, w której sami się zamknęliśmy, skazuje nas na porażkę w globalnej konkurencji narodów. Z kulą u nogi w postaci europejskiej polityki klimatycznej nie ruszymy do przodu. Poruszając się wewnątrz anachronicznych rozwiązań, takich jak masowa migracja, nie zauważymy nawet, że świat nam ucieka. Europejskie instytucje z nadanymi im traktatem lizbońskim uprawnieniami trwale blokują rozwój gospodarczy naszego kontynentu. Skala problemu wskazuje, że rozwiązanie nie leży w „reformie” czy „wytyczeniu nowego kierunku” tym instytucjom.

Polska gospodarka, polski przemysł, polska energetyka, nasz wzrost gospodarczy i cały model rozwoju społeczno-gospodarczego państwa – potrzebują polityków z otwartą głową. Potrafiących czerpać najlepsze wzorce z całego świata: z USA, z Chin, z Korei. Polityka klimatyczna Unii Europejskiej upadnie, bo musi upaść, jak wszystko, co sprzeciwia się prawom ekonomii. Prawa ekonomii należą do niezmiennych praw natury. Kopernik tylko odkrył jedno z nich, a nie stworzył je, tak samo jak odkrył fakt, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie sprawił, że tak się dzieje. Wraz z fiaskiem polityki klimatycznej i polityki masowych migracji legną w gruzach instytucje UE w kształcie, który znamy z traktatu lizbońskiego. Dobrym rozwiązaniem mógłby być powrót do wolnych gospodarczo Wspólnot Europejskich. Jednak bez względu na to, jak ta sytuacja się rozwinie, Polska potrzebuje suwerennej i nowoczesnej polityki, której podstawą muszą być niskie ceny energii.

Atrakcyjne warunki dla przemysłu były fundamentem rozwoju gospodarczego Polski w ostatnich dekadach – tania energia, rozbudowana baza przemysłowa, dostępność wykwalifikowanych kadr. Niestety, podążający bezrefleksyjnie za trendami nadawanymi w Brukseli nasi politycy doprowadzili Polskę do sytuacji, w której mamy jedne z najwyższych cen energii na świecie, z absurdalnym wręcz komponentem dodatkowych opłat, które stanowią już 36 proc. kosztów energii dla średniej wielkości przedsiębiorstw (1. miejsce nawet w przodującej pod tym względem w skali świata UE). Obrazuje to wykres poniżej.

.Nawiasem mówiąc, te opłaty to konsekwencja źle stanowionego prawa. Po prostu nasi politycy uprawiali radosną twórczość, jeśli chodzi o rozdawnictwo wsparcia i przywilejów w energetyce, a w ocenach skutków regulacji ustaw, które te rozwiązania wprowadzały, pomijali przyszłe koszty takich działań. To sprawiło, że mamy w Polsce wielomiliardowy nawis „kosztów osieroconych” – przywileje i specjalne warunki rozdane, ale jeszcze ktoś musi za to przez długie lata płacić. Na poczet tych kosztów tworzy się i nieustannie zwiększa nowe opłaty, nakładane przede wszystkim na małe i średnie przedsiębiorstwa, czyli motor rozwoju naszego PKB. Osoby, które firmowały konkretne ustawy, które doprowadziły do tej sytuacji, powinny ponieść odpowiedzialność, przynajmniej polityczną, i już nigdy nie zajmować się energetyką, a lepiej: w ogóle polityką. Pilnie potrzebujemy systemowego rozwiązania tego problemu, zanim ceny energii złamią naszą gospodarkę. Bo to już się dzieje – wysokie ceny energii duszą przemysł, który był kołem zamachowym rozwoju gospodarczego Polski przez ostatnie 15 lat.

Jednak ugaszenie pożaru to jeszcze nie położenie fundamentów wzrostu na dekady. Aby Polska gospodarka dalej rosła, potrzebujemy Doktryny Strukturalnej Nadpodaży Energii – systemu elektroenergetycznego, który będzie się charakteryzował zapasem mocy dyspozycyjnych, dostępnych 24 godziny na dobę, 365 dni w roku, w niskiej cenie. I potrzebujemy tego systemu od zaraz, a nie za 8 czy 10 lat, kiedy – miejmy nadzieję – powstanie w Polsce pierwszy energetyczny reaktor jądrowy. Za kilka lat będzie już po rewolucji AI i rewolucji robotycznej, a miejsca w globalnej hierarchii sił będą już ustalone. Potrzebujemy dziś konkretnych rozwiązań prawnych, które nadpodaż taniej energii udostępnią w Polsce już teraz.

Dopiero na bazie taniej, konkurencyjnej cenowo w skali świata energii Polska może i powinna prowadzić przemyślaną politykę przemysłową wskazującą wiarygodną drogę przejścia do gospodarki AI i robotów. Tania i obfita energia jest nieodzowną infrastrukturą suwerenności technologicznej dla Polski. Jest głównym warunkiem tego, abyśmy wzięli udział we wzbierającej ogromnej fali rewolucji przemysłowej.

Energetyka jest dziś głównym zadaniem dla Polskich polityków. Adekwatna do wyzwań przyszłości wielka strategia dla Polski musi bazować na fundamencie Doktryny Strukturalnej Nadpodaży Energii. A z dobrymi rozwiązaniami w energetyce, przy wsparciu zbudowanej na nadpodaży energii robotyki sterowanej przez AI, będziemy również w stanie stawić czoła wyzwaniom demograficznym, i to bez wystawiania się na zagrożenia związane z masową imigracją.

Niniejsze opracowanie powstało w ramach prac Zespołu Ekspertów ds. Energetyki i Bezpieczeństwa Polskiego Towarzystwa Gospodarczego, zainicjowanych publikacją raportu „Konkurencyjność czy transformacja? Nowa mapa energetyczna Polski”.

Szczepan Ruman

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 sierpnia 2026