Jan ROKITA: Różnica perspektywy

Różnica perspektywy

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Jeśli w ogóle oschłymi statystykami da się – choć w przybliżeniu – mierzyć siłę wiary wspólnoty, to cokolwiek istotnego na ten temat mogą powiedzieć tylko statystyki powołań kapłańskich. W Polsce ciągle przygniatająca większość ludzi przyznaje się do wiary chrześcijańskiej, jeśli jest na ten temat przepytywana przez jakichś badaczy, a nawet czasem przychodzi na mszę. Ale czy w dzisiejszych realiach kulturowych o czymkolwiek to jeszcze na serio świadczy? – pisze Jan ROKITA

.W czerwcu 2025 roku przeczytałem syntetyczną informację, jaką Katolicka Agencja Informacyjna (KAI) sporządziła na temat stanu powołań kapłańskich w Polsce. Wynika zeń, że w tym roku wyświęconych zostanie w całym kraju 208 młodych księży, którzy kończą naukę w seminariach diecezjalnych i zakonnych. Na każdą z 41 diecezji przypada więc średnio pięciu nowych kapłanów, choć podział jest tu oczywiście nierówny. Całkiem spora jest liczba takich biskupów ordynariuszy, którym nie udało się w ich diecezjach wykształcić ani jednego młodego kapłana; tak jest np. we Wrocławiu i w Gliwicach. Cokolwiek by powiedzieć o wielorakich i kulturowo warunkowanych przyczynach skrajnego upadku niektórych seminariów, to tak czy owak nie świadczy to dobrze o talentach apostolskich biskupów owych diecezji. A jak się okazuje, w tych statystykach trzeba jeszcze zrobić korektę in minus, gdyż z 61 absolwentów seminariów zakonnych, jakaś część – to młodzi zakonnicy spoza Polski.

Ten czerwcowy komunikat KAI dla polskiego katolika jest lekturą nieszczególnie wesołą. Jeśli bowiem w ogóle oschłymi statystykami da się – choć w przybliżeniu – mierzyć siłę wiary wspólnoty, to cokolwiek istotnego na ten temat mogą powiedzieć tylko statystyki powołań kapłańskich. W Polsce ciągle przygniatająca większość ludzi przyznaje się do wiary chrześcijańskiej, jeśli jest na ten temat przepytywana przez jakichś badaczy, a nawet czasem przychodzi na mszę. Ale czy w dzisiejszych realiach kulturowych o czymkolwiek to jeszcze na serio świadczy? Za „wierzących” uważają się przecież teraz zarówno ludzie odrzucający dogmaty wiary, choć nie zwracając uwagi na znaczenie tego, co mówią, mogą je nawet od czasu do czasu wypowiadać w tekście Credo, klepanym zbiorowo podczas mszy. Albo też nawet liczniejsi, którzy otwarcie kwestionują religijne nauczanie moralne, uważając je za przestarzałe albo ideologicznie niepasujące do hedonistycznej etyki, pochwalanej przez polityków i wielkie media.

Tak czy owak względnie „twarda” statystyka odnosząca się do wiary wspólnoty to – w moim przekonaniu – tylko statystyka powołań. Jeśli w jakiejś wspólnocie rodzą się liczne powołania, to tu nie może być pomyłki – ta wspólnota musi być ożywiona duchem wiary. Zwłaszcza w czasie, gdy zostać katolickim prezbiterem – nie znaczy ani zdobyć pozycję społeczną, ani zyskać szerszy autorytet, ani w końcu zapewnić sobie wygody życia czy status materialny. Względy świeckie czy pragmatyczne, które zawsze w historii grały tu sporą rolę – tak samo zresztą, jak przy wyborze przez młodego chłopaka każdego innego zawodu – dziś takiej roli już nie odgrywają. No i okazuje się, zwłaszcza w ciągu ostatniej dekady, że gdy skończyły grać rolę owe względy świeckie, to liczba nowych księży z roku na rok zaczęła drastycznie spadać. A to unaocznia dobitnie słabość i więdnięcie ducha wiary we wspólnocie.

I pewnie nie przyszłoby mi do głowy pisać o tych rzeczach, w sumie dość znanych, gdybym nie przeczytał ponownie, mniej więcej w miesiąc po tamtej informacji KAI, tych samych danych na łamach londyńskiego tygodnika katolickiego „The Catholic Herald”. Jakież było moje zdziwienie, gdy te minorowe liczby, podane wcześniej przez KAI, pojawiły się w Europie Zachodniej, wzbudzając w kręgach katolickich entuzjazm i podziw dla Polski. Wydanie „The Catholic Herald” z dnia 12 lipca już na czołówce radośnie wykrzykuje: „Polska liderem powołań kapłańskich w Europie – w 2025 roku święcenia przyjmie aż 208 księży”. A w tekście, który w całości opiera się na owych smutnych dla polskiego katolika danych KAI, w tonie euforycznym opisywane są takie fenomeny na skalę europejską, jak diecezja tarnowska i warszawska, w których wyświęca się w tym roku odpowiednio aż trzynastu i dwunastu młodych księży. Tarnów urasta zresztą w tej relacji do rangi najważniejszego centrum katolicyzmu na kontynencie europejskim, kto wie… być może nie bez pewnej racji.

Katolicka redakcja nie może wyjść z podziwu dla siły wiary w Polsce, podkreślając, iż nasz kraj „jest jednym z najbardziej katolickich państw świata” i ponoć „słynie też z praktykowania sakramentów”. Jeszcze ciekawsze są emocjonalne wpisy czytelników „The Catholic Herald” pod tym tekstem. Oto jeden z nich, dość typowy, w oryginale: „Amen and God Bless you fathers 👏👏👏👏👏👏👏👏. Sacred Heart of Jesus protect Poland”. To prawda, że na tle zlaicyzowanej Europy, w której powołań kapłańskich w zasadzie nie ma, a chrześcijaństwo, o ile tu i ówdzie odradza się (jak we Francji), to tylko w izolowanych mikrowspólnotach, Polska wyglądać musi ciągle niczym urodzajna religijnie zielona wyspa. Kiedyś jeszcze takimi wyspami były kraje podobne do Polski w swej religijno-ludowej tradycji, jak Hiszpania czy Irlandia, ale dziś zostały one już całkiem zatopione przez fale laickiego potopu.

.Przypomniał mi się w tym kontekście jeden z fresków Michała Anioła na suficie Kaplicy Sykstyńskiej, przedstawiający właśnie scenę biblijnego potopu. Pośród tonących ludzi i wywracających się na wzburzonych falach łódek na pierwszym planie trzyma się jeszcze zielona wyspa, na której ludziom zdaje się, że znaleźli ratunek. Oczywiście, każdy, kto patrzy w górę, na sufit Sykstyny, wie dobrze, że oni żyją wielką iluzją, albowiem wszyscy, którzy nie weszli na arkę, muszą zostać w końcu zatopieni. To jednak nie zmienia faktu, że owa zielona wyspa jest marzeniem dla tych, którzy patrzą na nią z perspektywy przechylającej się, a w zasadzie tonącej już łodzi pośrodku fresku. Na tym właśnie polega różnica perspektywy. To jasne, że autorzy i czytelnicy angielskiego tygodnika katolickiego patrzą na naszą wyspę z perspektywy łodzi przechylającej się na falach potopu. Zastanawiam się tylko, czy my – to znaczy nasza polska wspólnota – to ci z owładniętej iluzją zielonej wyspy na sykstyńskiej powale Michała Anioła.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 25 lipca 2025
Fot. Łukasz Zarzycki/Forum