Tomasz z AKWINU: O władzy

O władzy

Photo of św. Tomasz z AKWINU

św. Tomasz z AKWINU

Jeden z największych filozofów i teologów w historii chrześcijaństwa, XIII-wieczny dominikanin, święty Kościoła katolickiego. Urodził się około 1225 roku we Włoszech, a zmarł w 1274 roku. Był dominikaninem i nauczał na uniwersytetach w Paryżu oraz na innych uczelniach Europy. Był nazywany Akwinatą lub Doktorem Anielskim. Stworzył spójny system filozoficzny łączący wiarę z rozumem, znany jako tomizm.

Skoro człowiek musi żyć w społeczności, jako że w pojedynkę nie potrafi zaradzić życiowym potrzebom, zatem tym doskonalsza jest społeczność, im bardziej jest samowystarczalna w zakresie potrzeb życiowych – pisze św. Tomasz z AKWINU

Prolog

Zastanawiam się nad tym, co mógłbym ofiarować, aby to było godne królewskiego majestatu i odpowiadało mojemu stanowi. Doszedłem do wniosku, że szczególnie cennym darem dla króla będzie napisanie książki o królowaniu. Starannie przedstawię w niej, stosownie do swych możliwości, podstawy królowania oraz zadania króla w świetle Pisma Świętego, nauki filozofów oraz wzorów wybitnych władców. Liczę na to, iż Ten, który jest Królem królów i Panem panujących (Ap 19,16), Bogiem, wielkim Panem i Królem wielkim nad wszystkimi bogami (Ps 95[94],3), pomoże mi zacząć to dzieło, pracować nad nim i je zakończyć.

Księga I

Rozdział 1

Co oznacza nazwa „król”

Zacznijmy od wyjaśnienia, jakie treści zawierają się w nazwie „król”. Otóż wszędzie tam, gdzie jest jakieś ukierunkowanie na cel i gdzie można postępować tak albo inaczej, potrzebny jest jakiś kierownik, dzięki któremu dochodzi się prosto do właściwego celu. Nie dopłynąłby okręt, pchany w różne strony przez zmieniające się wiatry, do portu przeznaczenia, gdyby nie zabiegał o to kierujący nim sternik. Otóż człowiek ma pewien cel, ku któremu zwrócone jest całe jego życie i działanie, działa bowiem przez umysł, a ten – rzecz jasna – zawsze działa dla celu. Ludzie zaś w różny sposób dążą do tego, co zamierzyli. Świadczy o tym sama różnorodność ich wysiłków i działań. Potrzebuje więc człowiek jakiegoś kierowania ku celowi.

Otóż każdy człowiek ma wszczepione z natury światło rozumu, którym kieruje swoje czyny ku celowi. I gdyby człowiek, tak jak liczne zwierzęta, żył w pojedynkę, nie potrzebowałby żadnego innego kierowania, lecz każdy sam dla siebie byłby królem, poddanym najwyższemu królowi – Bogu, jako że sam kierowałby sobą w swoich czynach dzięki światłu rozumu danemu mu przez Boga. Otóż człowiek jest z natury stworzeniem społecznym i politycznym, żyjącym w gromadzie, bardziej nawet niż wszystkie zwierzęta. Wynika to z naturalnej konieczności. Zwierzętom bowiem natura przygotowuje pokarm, przyodziewa je futrami, daje im broń w postaci zębów, rogów, pazurów, a przynajmniej szybkość w uciekaniu. Człowiek zaś nie otrzymał od natury żadnej z tych rzeczy, lecz zamiast tego został obdarzony rozumem, aby mógł zapewnić sobie to wszystko pracą rąk. Ale jeden człowiek do tego nie wystarczy, gdyż nie zdoła on samodzielnie przejść przez życie. Jest więc dla niego czymś naturalnym, że żyje w licznej wspólnocie.

Ponadto, zwierzęta wrodzonym instynktem rozpoznają, co przynosi im korzyść lub szkodę; na przykład w naturze owcy jest lęk przed wilkiem jako wrogiem; niektóre znów zwierzęta naturalnym instynktem wyszukują sobie lecznicze trawy lub coś innego, co jest niezbędne do życia. Natomiast człowiek ma tylko ogólną naturalną znajomość tego, co jest mu niezbędne do życia; potrafi bowiem na podstawie zasad naturalnych dochodzić rozumem, co mu szczegółowo jest konieczne do ludzkiego życia. Otóż nie jest możliwe, aby jeden człowiek mógł to wszystko ogarnąć swoim rozumem; musi więc żyć w gromadzie, aby jeden wspierał drugiego i aby różni zajmowali się różnymi wynalazkami rozumu, na przykład jeden sztuką leczenia, drugi tym, trzeci innym.

Najpełniej się to ujawnia w tym, że sam tylko człowiek posługuje się mową, dzięki której jeden może swój pomysł w całości przekazać innym. Zwierzęta tylko ogólnie przekazują sobie wzajemnie swoje przeżycia – na przykład pies wyraża gniew szczekaniem – i na różne sposoby je wyrażają. Otóż człowiek potrafi się porozumieć z drugim bardziej niż jakiekolwiek zwierzę stadne, takie jak żuraw czy mrówka, albo pszczoła. Mając to na uwadze, Salomon powiedział: „lepiej jest dwóm niż jednemu, mają bowiem korzyść wzajemnej wspólnoty” (Koh 4,9).

Jeśli więc jest naturalne dla człowieka żyć w licznej gromadzie, wobec czego wszyscy potrzebują jakiegoś kierowania całością. Każdy bowiem z licznych ludzi zabiega o to, co jemu odpowiada; całość rozproszyłaby się więc na cząstki, gdyby zabrakło tego, do kogo należy troska o dobro całości. Podobnie ciało człowieka lub jakiegoś zwierzęcia uległoby rozpadowi, gdyby nie było w nim ogólnej siły przewodniej, zmierzającej ku dobru wspólnemu wszystkich członków. Mówi o tym Salomon: „gdzie nie ma rządcy, naród się rozprasza” (Prz 11,14).

Zgadza się to z rozumem. To bowiem, co własne, nie utożsamia się z tym, co wspólne; to, co własne, różnicuje, natomiast to, co wspólne, jednoczy. Otóż różne rzeczy mają różne przyczyny. Tak więc – prócz tego, co pobudza do własnego dobra każdej jednostki – powinno być coś pobudzającego do wspólnego dobra wszystkich. Toteż wszędzie tam, gdzie wiele członków zwraca się ku jednemu, jest coś kierującego. W świecie ciał pierwsze z nich, mianowicie niebieskie, kierują według porządku Bożej opatrzności innymi ciałami, natomiast wszystkimi kieruje stworzenie rozumne. Również w człowieku dusza kieruje ciałem, w duszy zaś rozum kieruje sferą popędu i pożądania. Także wśród członków ciała jeden z nich – serce lub głowa – jest główny i porusza pozostałe. Zatem wszędzie tam, gdzie jest wielość, musi być czynnik rządzący.

Otóż tam, gdzie jest przyporządkowanie do celu, zdarza się dążenie zarówno słuszne, jak i niesłuszne. Dlatego też i rządy nad wieloma mogą być słuszne lub niesłuszne. Ktoś jest kierowany słusznie, jeśli prowadzi się go do odpowiedniego celu, niesłusznie zaś – jeśli do celu nieodpowiedniego. Otóż inny jest odpowiedni cel dla społeczności wolnych niż dla pozbawionych wolności. Wolnym jest bowiem ten, kto stanowi przyczynę dla samego siebie, a niewolnikiem ten, kto należy do drugiego. Jeśli więc rządzący porządkuje społeczność wolnych ku dobru wspólnemu społeczności, będą to rządy słuszne i sprawiedliwe, jakie przystoją wolnym. Jeśli jednak rządy kierują nie ku dobru wspólnemu społeczności, ale ku prywatnemu dobru rządzącego, będą to rządy niesprawiedliwe i przewrotne. Toteż przez Ezechiela (34,2) grozi Pan takim rządcom: „biada pasterzom, którzy pasą samych siebie”, troszcząc się o własne korzyści, „czyż pasterze nie powinni paść trzody?”. Tak więc pasterze winni zabiegać o dobro stada, rządzący zaś – o dobro poddanej sobie społeczności.

Jeśli więc niesprawiedliwe rządy są sprawowane przez jednego tylko, który w nich szuka swojej korzyści, a nie dobra poddanej sobie społeczności, taki władca nazywa się tyranem. Nazwa pochodzi od przemocy, gdyż zamiast rządzić sprawiedliwością, uciska on siłą; dlatego też starożytni potężnych nazywali tyranami. Jeżeli natomiast niesprawiedliwe rządy sprawowane są nie przez jednego, ale przez kilku, nazywa się to oligarchią, to znaczy władzą nielicznych; kiedy bowiem nieliczni, aby się wzbogacić, uciskają lud, różnią się od tyrana tylko liczbą. Jeśli z kolei niegodziwe rządy sprawowane są przez licznych, nazywa się to demokracją, czyli władzą ludu; mianowicie kiedy lud plebejuszy dzięki potędze tłumu uciska bogatych, cały lud jest jakby jednym tyranem.

Podobnie należy rozróżnić rządy sprawiedliwe. Kiedy rządy sprawuje jakaś społeczność, nazywa się to republiką, na przykład jeśli miastem albo krajem włada społeczność wojowników. Jeśli zaś rządy sprawowane są przez nielicznych, ale cnotliwych, nazywa się je arystokracją, czyli władzą najlepszą albo najlepszych, ich samych zaś nazywa się elitą. Jeśli natomiast sprawiedliwe rządy należą tylko do jednego, nazywa się on królem. Jak powiedział Pan do Ezechiela (37,24): „sługa Mój, Dawid, będzie królem nad nimi i jednym pasterzem nad nimi wszystkimi”. Jasno stąd wynika, że o pojęciu króla stanowi to, iż jeden jest panujący, który jest pasterzem szukającym wspólnego dobra społeczności, a nie własnego.

Skoro człowiek musi żyć w społeczności, jako że w pojedynkę nie potrafi zaradzić życiowym potrzebom, zatem tym doskonalsza jest społeczność, im bardziej jest samowystarczalna w zakresie potrzeb życiowych. Wprawdzie pojedyncza rodzina jest już jakoś życiowo samowystarczalna w zakresie przygotowywania pokarmów, wychowania potomstwa i tym podobnych; pojedyncza wieś – w zakresie jakiegoś działu gospodarki; miasto natomiast, jako społeczność doskonała – w zakresie wszystkich potrzeb życiowych. Jeszcze bardziej cały kraj – ze względu na konieczność zwalczania nieprzyjaciół i wzajemnej przeciwko nim pomocy. Kto więc rządzi społecznością doskonałą, czyli miastem lub krajem, nazywa się królem; kto zaś rządzi domem, nie nazywa się królem, ale gospodarzem, nosi jednak jakieś podobieństwo do króla, toteż niekiedy królów nazywa się ojcami ludu.

Zatem królem jest ten, kto jako jeden rządzi społecznością miasta lub kraju dla jej dobra wspólnego. Jak powiada Salomon: „król rozkazuje całej ziemi, która mu służy” (Koh 5,8).

Rozdział 2

Co lepsze dla miasta lub kraju: mieć wielu rządców czy jednego

Następnie trzeba postawić pytanie, co lepsze dla kraju lub miasta: być rządzonym przez wielu czy przez jednego.

Można to rozważyć na podstawie celu rządzenia. Zamysł każdego rządzącego winien zmierzać ku temu, aby troszczyć się o ocalenie tego, czym podjął się kierować; na przykład zadaniem sternika jest to, aby pomimo morskich niebezpieczeństw zachować okręt w całości i doprowadzić go do portu ocalenia. Otóż dobro i ocalenie społeczności polegają na tym, aby zachować jej jedność, którą nazywamy pokojem. Jeśli zabraknie pokoju, przepadają korzyści życia społecznego, owszem, społeczność skłócona sama dla siebie staje się ciężarem. Zatem do tego najwięcej powinien zmierzać rządca społeczności, żeby zapewnić jedność pokoju. I niesłusznie się zastanawia, czy zapewnić pokój poddanej sobie społeczności – podobnie jak lekarz, który by się zastanawiał, czy leczyć powierzonego sobie chorego. Nikt bowiem nie powinien się zastanawiać nad celem, do którego dążyć jest jego obowiązkiem, lecz nad tym, co do celu prowadzi. Toteż Apostoł, wezwawszy wierny lud do jedności, powiada: „starajcie się zachować jedność ducha, związani pokojem” (Ef 4,3). Zatem im skuteczniej rządy przyczyniają się do jedności pokoju, tym bardziej są pożyteczne; to bowiem nazywamy bardziej pożytecznym, co skuteczniej prowadzi do celu. Nie ma zaś wątpliwości, że jedność lepiej jest sprawiana przez to, co jest z istoty swej jedno, aniżeli przez licznych; podobnie najbardziej skutecznie ogrzewa to, co jest z istoty swej gorące. Zatem bardziej pożyteczne są rządy jednego niż wielu.

Dalej, wielu nie mogłoby – rzecz jasna – w żaden sposób rządzić społecznością, gdyby byli zupełnie skłóceni. Muszą więc być jakoś zjednoczeni, aby mogli rządzić, podobnie jak wielu nie mogłoby skierować w jedną stronę okrętu, gdyby się w jakiś sposób nie zjednoczyli. Otóż zjednoczenie oznacza zbliżanie się wielu do jedności. Lepiej więc, aby rządził jeden, aniżeli wielu, którzy się zbliżają do jedności.

Ponadto, to, co zgodne z naturą, jest najlepsze, albowiem w poszczególnych bytach natura sprawia to, co najlepsze. Otóż wszelkie rządy naturalne sprawuje jeden. Jeden członek, mianowicie serce, porusza zasadniczo całą resztę; również częściami duszy kieruje jedna władza podstawowa, mianowicie rozum; pszczoły mają jedną matkę, stwórcą zaś i rządcą całego wszechświata jest jeden Bóg. Zgadza się to z rozumem, każda bowiem wielość pochodzi od jednego. Otóż to, co jest tworzone sztucznie, naśladuje to, co naturalne, i tym lepsze jest dzieło sztuki, im bardziej jest podobne do tego, co w naturze. Wynika stąd, że najlepiej dla ludzkiej społeczności, jeśli jest rządzona przez jednego.

Również doświadczenie na to wskazuje. Albowiem te kraje i miasta, którymi nie rządzi jeden, męczą się w niezgodach i kipią niepokojem, jakby dla wypełnienia skargi Pana: „liczni pasterze spustoszyli winnicę” (Jr 12,10). I przeciwnie, kraje i miasta rządzone przez jednego króla zażywają pokoju, kwitną sprawiedliwością i radują się w zamożności. Toteż obiecuje Pan przez proroków swojemu ludowi jako wielki dar, że ustanowi dla niego jedną głowę i że „będzie jeden przywódca pośród nich” (Ez 34,24).

Rozdział 3

Rządy tyrana są najgorsze

Otóż jak rządy króla są najlepsze, tak rządy tyrana są najgorsze. Albowiem republice przeciwstawia się demokracja, gdyż w obu wypadkach, jak mówiliśmy, rządy są sprawowane przez wielu; z kolei arystokracji przeciwstawia się oligarchia, obie bowiem są sprawowane przez nielicznych; królowaniu zaś – tyrania, gdyż w jednym i drugim wypadku są to rządy jednego. Wykazaliśmy już, że królestwo jest najlepszym systemem rządów. Ponieważ zaś najlepszemu przeciwstawia się najgorsze, wynika stąd, że rządy tyrana są najgorsze.

Dalej, siła zjednoczona skuteczniej osiąga cel, niż kiedy jest rozproszona lub podzielona; kiedy wielu złączy się razem, pociągną to, czego nie potrafią ruszyć z miejsca podzieleni na poszczególne partie. Zatem podobnie jak korzystniej jest, aby moc, która działa ku dobru, bardziej się zjednoczyła, żeby z tym większą siłą czynić dobro, tak samo jest bardziej szkodliwe, kiedy moc czyniąca zło jest jedna, aniżeli podzielona. Otóż moc niesprawiedliwego władcy działa na zło społeczności, gdyż dobro wspólne społeczności odwraca on wyłącznie dla swojego własnego dobra. W rządach sprawiedliwych, im bardziej władca jest jeden, tym bardziej korzystne są rządy, tak że monarchia jest korzystniejsza od arystokracji, arystokracja zaś od republiki. Przeciwnie jest w rządach niesprawiedliwych: im bardziej władca jest jeden, tym więcej przynoszą one szkody. Zatem tyrania jest bardziej szkodliwa niż oligarchia, oligarchia zaś – niż demokracja.

Następnie, rządy w ten sposób stają się niesprawiedliwe, że władca, wzgardziwszy dobrem wspólnym społeczności, szuka dobra prywatnego. Im bardziej zaś odchodzi się od dobra wspólnego, tym bardziej niesprawiedliwe są rządy. Otóż więcej odchodzi się od dobra wspólnego w oligarchii, gdzie szuka się dobra nielicznych, aniżeli w demokracji, gdzie szuka się dobra wielu. A jeszcze bardziej odchodzi się od dobra wspólnego w tyranii, gdzie szuka się dobra tylko dla jednego. Dla każdej bowiem całości bliższe jest liczne niż nieliczne oraz nieliczne raczej niż pojedyncze. Zatem rządy tyrana są najbardziej niesprawiedliwe.

Stanie się to również jasne, jeśli rozważyć porządek Bożej opatrzności, która najlepiej wszystkim kieruje. Albowiem dobro przychodzi do rzeczy z jakiejś przyczyny doskonałej, gdyż wszystko, co może przyczynić się do dobra, jakby się jednoczy; natomiast zło przychodzi oddzielnie z poszczególnych braków. Nie będzie bowiem ciało piękne, jeżeli wszystkie członki nie będą stosownie ułożone; brzydotę zaś sprawia niestosowne ułożenie jakiegokolwiek członka. Tak więc brzydota pochodzi w różny sposób od różnych przyczyn, uroda zaś w jeden sposób od jednej przyczyny doskonałej. I tak jest we wszystkim, co dobre i złe, jakby Bóg o to się troszczył, żeby dobro pochodzące od jednej przyczyny było mocniejsze, zło zaś pochodzące z wielu przyczyn było słabsze. Lepiej więc, żeby rządy sprawiedliwe należały tylko do jednego – są wówczas mocniejsze. Jeśli zaś rządy odbiegają od sprawiedliwości, lepiej, żeby sprawowali je liczni – są wówczas słabsze, a rządzący przeszkadzają sobie wzajemnie. Zatem wśród rządów niesprawiedliwych bardziej znośna jest demokracja, najgorsza zaś jest tyrania.

Wynika to również z obserwacji zła, jakie czynią tyrani. Ponieważ tyran szuka dobra prywatnego z pogardą dla wspólnego, w rezultacie w różnoraki sposób uciska poddanych, gdyż sam podlega różnorodnym namiętnościom, które pchają go ku jakimś dobrom. Jeśli dał się uwięzić chciwości, rabuje dobra poddanych; jak mówi Salomon: „król sprawiedliwy podnosi ziemię, chciwy – ją niszczy” (Prz 29,4). Jeśli dał się zwyciężyć gniewowi, z byle powodu rozlewa krew – jak powiada Pan w Księdze Ezechiela (22,27): „książęta jej rozlewają krew jak wilki porywające zdobycz”. Toteż Mędrzec upomina, żeby takiej władzy unikać: „daleko bądź od człowieka, który ma władzę zabijania” (Syr 9,13), gdyż nie używa jej sprawiedliwie, ale zabija według zachcianki. W ogóle nie można wówczas być bezpiecznym, lecz – wobec odejścia od prawa – wszystko jest niepewne. I nic nie może się wówczas utrwalić, gdyż zależy od czyjejś woli, żeby nie powiedzieć „zachcianki”.

Tyran obciąża poddanych nie tylko w zakresie dóbr cielesnych, ale przeszkadza im też w dobrach duchowych. Ponieważ bardziej pożąda władzy niż bycia pożytecznym, utrudnia wszelki postęp poddanych, podejrzewa bowiem, że jakakolwiek wyższość poddanych szkodzi jego niegodziwemu panowaniu. Bardziej podejrzani dla tyranów są dobrzy niż źli i zawsze straszliwie boją się oni cudzej cnoty. Zatem tyrani starają się nie dopuścić do tego, aby ich poddani stali się cnotliwi i nabrali ducha wielkoduszności, bo wówczas nie znieśliby ich niegodziwego panowania. Zabiegają również o to, aby pomiędzy poddanymi nie utrwalały się związki przyjaźni i aby nie radowali się oni wzajemnym zyskiem pokoju; kiedy bowiem jeden drugiemu nie ufa, nie mogą niczego podejmować przeciw ich panowaniu. Toteż sieją niezgody wśród poddanych, a istniejące podtrzymują, oraz zakazują tego, co łączy ludzi, na przykład małżeństw i zebrań oraz tym podobnych rzeczy, dzięki którym rodzi się wśród ludzi zażyłość i zaufanie. Wysilają się ponadto, aby poddani nie stali się silni ani bogaci – podejrzewają ich bowiem według przewrotności swego sumienia, a ponieważ sami używają potęgi i bogactw do szkodzenia, obawiają się, żeby siła i bogactwo poddanych im nie zaszkodziły. Toteż czytamy w Księdze Hioba (15,21) na temat tyrana: „ciągle słyszy zgiełk niebezpieczeństwa i chociaż pokój jest”, to znaczy choć nic mu nie grozi, „on wszędzie podejrzewa zasadzki”.

Stąd zdarza się, że pod rządami tyranów niewielu jest cnotliwych, gdyż władcy, którzy powinni poddanych prowadzić do cnoty, niegodziwie im cnoty zazdroszczą i – jak mogą – stawiają jej przeszkody. Albowiem, jak powiedział Arystoteles, tam nie brak dzielnych mężów, gdzie czci się najdzielniejszych. Tulliusz zaś powiada: „leży w zastoju i mało się rozwija to, co nie znajduje poszanowania”. To zresztą naturalne, że ludzie żyjący w strachu wyradzają się w służalców i stają się małoduszni w dziele wymagającym odwagi i wytrwałości. Widać to naocznie w krajach, które długo były pod rządami tyranów. Toteż Apostoł w Liście do Kolosan (3,21) powiada: „ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych synów, aby nie stali się małoduszni”.

Dostrzegając szkody tyranii, król Salomon powiada: „upadek ludzi z królowania bezbożnych” (Prz 28,12) – bo przez niegodziwość tyranów poddani słabną w doskonałości cnót. A dalej mówi: „kiedy bezbożnicy przejmą władzę, jęczy lud” (Prz 29,2) – bo został wzięty w niewolę. I jeszcze: „gdy niegodziwcy wywyższeni, ludzie się ukrywają” (Prz 28,28) – aby uniknąć okrucieństwa tyranów. I nic w tym dziwnego, bo człowiek, który rządzi bez rozumu i według zachcianki, niczym się nie różni od dzikiego zwierza. Toteż powiada Salomon: „lew ryczący i zgłodniały niedźwiedź – oto władca niegodziwy nad biednym ludem” (Prz 28,15). Dlatego ludzie kryją się przed tyranami jak przed bestiami krwiożerczymi, a poddać się tyranowi to tak samo, jakby padać na twarz przed szalejącą bestią.

Rozdział 4

Dlaczego królewska godność jest dla poddanych nienawistna

Ponieważ monarchia, czyli rządy jednego, może być władzą najlepszą i najgorszą, dla wielu – ze względu na przewrotność tyranii – królewska godność jest nienawistna. Ponadto niektórzy, pragnąc władzy królewskiej, popadają w okrucieństwa tyranów. I wielu władców pod pozorem godności królewskiej dopuszcza się tyranii.

Oczywistym przykładem tego jest republika rzymska. Lud rzymski wypędził bowiem królów, gdyż nie mógł znieść królewskiej, a raczej tyrańskiej pychy. Ustanowili sobie konsulów oraz innych urzędników, którzy zaczęli nimi rządzić i kierować, dążąc do zmiany monarchii w ustrój arystokratyczny. I jak powiada Salustiusz, „trudno uwierzyć, jak rozrosło się państwo rzymskie wkrótce po uzyskaniu wolności”. Często bowiem się zdarza, że ludzie żyjący pod królem leniwie przykładają się do dobra wspólnego, jakby sądząc, że to, co wnoszą w dobro wspólne, nie przynosi im żadnej korzyści, lecz tylko temu, kto dobrem wspólnym zarządza. Kiedy zaś spostrzegą, że dobrem wspólnym nie rządzi jeden, przestają je traktować jakby było cudze, lecz każdy przykłada się do niego jak do własnego. Toteż widać, że państwo zarządzane przez zmienianych co rok kierowników niekiedy więcej może, niż gdyby król miał trzy albo cztery takie państwa. I niewielkie obciążenia nałożone przez króla ciężej się znosi niż wielkie ciężary ustanowione przez wspólnotę obywateli. Potwierdziło się to w rozwoju republiki rzymskiej. Lud bowiem zarówno do wojska wstępował, jak i płacił podatki na żołnierzy. A kiedy podatków było za mało na wspólne potrzeby, „na cele publiczne poszły dostatki prywatne, do tego stopnia, że nawet senatorowie nie zostawili sobie żadnego złota oprócz jednego złotego pierścienia i jednego guza na znak swojej godności”.

Jednakże męczyły ich nieustanne niezgody, które urastały aż do wojen domowych. Podczas tych wojen wyrwano im wolność, o którą tak bardzo zabiegali, i znaleźli się pod władzą cesarzy, gdyż ci od początku nie chcieli się nazywać królami, tak nienawistna była u Rzymian ta nazwa. Otóż niektórzy z nich zgodnie z obyczajem królewskim wiernie troszczyli się o dobro wspólne i dzięki ich wysiłkom republika rzymska powiększała się i trwała. Jednak większość z nich była tyranami, wobec wrogów zaś zachowywała się leniwie i bezczynnie, tak że doprowadzili rzeczpospolitą rzymską do upadku.

Podobny proces miał miejsce u Hebrajczyków. Najpierw, kiedy rządzili nimi sędziowie, wrogowie szarpali ich ze wszystkich stron; każdy bowiem czynił to, co jemu wydawało się dobre. Na ich prośbę Bóg dał im królów. Jednakże wskutek zepsucia królów odeszli od czci jednego Boga i w końcu wprowadzono ich w niewolę.

Zatem niebezpieczeństwa zagrażają z dwóch stron: albo z obawy tyranii unika się najlepszych rządów królewskich, albo, kiedy się ich pragnie, zmieniają się one w tyrańską przewrotność.

Rozdział 5

Mniejszym złem jest zmiana monarchii w tyranię niż zepsucie rządów licznej elity

Jeśli trzeba wybierać między dwoma systemami rządów, z których każdy zagrożony jest niebezpieczeństwem, należy z całą mocą opowiedzieć się za tym, z którego zdaje się płynąć mniejsze zło. Otóż z monarchii, jeśli zmieni się w tyranię, płynie mniejsze zło aniżeli z władzy licznej elity, która uległa zepsuciu. Z władzy wielu często bowiem rodzi się niezgoda, która niszczy dobro pokoju, szczególnie ważne dla ludzkiej społeczności. Tyrania nie niszczy tego dobra, lecz nastaje na dobra poszczególnych ludzi, chyba że jej bezprawie szaleje nad całym społeczeństwem. Zatem bardziej należy sobie życzyć rządów jednego niż wielu, chociaż w obu przypadkach wynikają stąd niebezpieczeństwa.

Dalej, wydaje się, że bardziej należy unikać tego, z czego może płynąć więcej niebezpieczeństw. Otóż wielkie niebezpieczeństwa dla społeczności częściej wynikają z rządów wielu niż z rządów jednego. Częściej bowiem się zdarza, że ktoś spośród wielu słabnie w nastawieniu na dobro wspólne, niż że stanie się to z jednym. Kiedy zaś ktokolwiek z wielu przywódców porzuci nastawienie na dobro wspólne, grozi to zamieszkami w całej społeczności poddanych; jeśli bowiem kłócą się książęta, wynikają stąd zamieszki w całej społeczności. Natomiast jeśli jeden stoi na czele, zwykle ma na względzie dobro wspólne. Jeśli zaś porzuci troskę o dobro wspólne, nie od razu wynika stąd całkowite nastawienie na ucisk poddanych, a dopiero na tym polega bezprawie tyranii, która jest, jak wykazaliśmy, najbardziej przewrotnym sposobem rządzenia. Zatem bardziej należy unikać tych niebezpieczeństw, które płyną z rządów wielu, niż tych, które wynikają z władzy jednego.

Następnie, rządy wielu częściej chyba zmieniają się w tyranię niż rządy jednego. Kiedy bowiem wskutek rządów wielu rodzi się niezgoda, często zdarza się, że jeden zwycięża pozostałych i przywłaszcza sobie wyłączne panowanie nad społecznością. Zobaczyć to można na przykładach z historii. Albowiem prawie wszystkie rządy wielu skończyły się na tyranii, a najbardziej to widać w rzeczpospolitej rzymskiej. Długo była ona zarządzana przez wielu urzędników i pojawiały się w niej rywalizacje, niezgody i wojny domowe, aż wpadła w ręce najbardziej okrutnych tyranów. I jeśli ktoś starannie zbada w wymiarze powszechnym fakty historyczne oraz to, co się dzieje obecnie, przekona się, że tyrania częściej ogarniała ziemie rządzone przez wielu niż przez jednego. Jeśli więc monarchia, która jest najlepszym rządem, budzi największe obawy ze względu na niebezpieczeństwo tyranii, to przecież tyrania zdarza się nie rzadziej, ale częściej tam, gdzie rządzi wielu. Pozostaje przyjąć bezwarunkowo, że lepiej jest żyć pod jednym królem, niż pod rządami wielu.

Rozdział 6

Jak troszczyć się o to, żeby król nie stał się tyranem

Ponieważ rządy jednego jako najlepsze należy stawiać na pierwszym miejscu, ale zdarza się, że zmieniają się one w tyranię – a to jest, jak powiedzieliśmy, najgorsze – społeczność musi z całą starannością troszczyć się o króla, aby nie popaść w tyranię.

Najpierw konieczne jest, aby ci, do których to należy, takiego człowieka wynieśli na króla, który nie ma skłonności do tyranii. Toteż Samuel, wychwalając Bożą opatrzność w związku z ustanowieniem króla, powiada: „wyszukał sobie Pan męża według swego serca i rozkazał mu Pan być wodzem nad swoim ludem” (1 Sm 13,14). Następnie tak należy ułożyć rządy w królestwie, aby ustanowiony już król nie miał sposobności do tyranii. Należy również tak ograniczyć jego władzę, aby nie mógł łatwo zboczyć ku tyranii; jak to można zrobić, zastanowimy się niżej. Wreszcie należy zatroszczyć się o możliwość przeciwstawienia się, gdyby król zwrócił się ku tyranii.

Gdyby zaś tyrania nie była przesadna, korzystniej jest znosić do czasu łagodną tyranię, niż działając przeciwko tyranii, ściągać wiele niebezpieczeństw cięższych od niej samej. Może się bowiem zdarzyć, że walczący z tyranią nie mogą jej przezwyciężyć, a zaczepiony tyran tym więcej szaleje. Kiedy znów ktoś może zwyciężyć tyrana, często wynikają stąd ciężkie niezgody wśród ludu, zarówno w trakcie walki przeciw tyranowi, jak i po jego obaleniu, kiedy społeczność dzieli się na partie skłócone w sprawie ustalenia ustroju. Zdarza się też czasem, że społeczność z czyjąś pomocą przepędza tyrana, a ten, co tego dokonał, po przejęciu władzy staje się tyranem i – bojąc się, aby od kogo innego nie spotkało go to, co on uczynił poprzednikowi – jeszcze cięższą niewolą uciska poddanych. Zwykle tak jest z tyranią, że następna jest cięższa od poprzedniej, albowiem nowy tyran nie porzuca dotychczasowych obciążeń, ale w przewrotności swego serca wymyśla jeszcze nowe. Toteż kiedy wszyscy Syrakuzanie tęsknili za śmiercią niejakiego Dionizego, pewna staruszka nieustannie modliła się o zachowanie go w zdrowiu i przy władzy; kiedy tyran się o tym dowiedział, pyta ją, dlaczego to robi. „Kiedy byłam dziewczynką – powiada – ponieważ mieliśmy okrutnego tyrana, tęskniłam za innym. Po jego zabiciu nastał nieco gorszy, toteż koniec jego panowania również miałam za coś wielkiego. Jako trzeci ty zacząłeś być naszym rządcą – jeszcze gorszym. Jeśli więc ciebie wezmą, jeszcze gorszy przyjdzie na twoje miejsce”.

Jeżeli zaś bezprawie tyranii jest nieznośne, zdaniem niektórych do cnoty dzielnych mężów należy usunąć tyrana i dla uwolnienia społeczności wystawić się na niebezpieczeństwo śmierci. Przykład takiego postępowania mamy również w Starym Testamencie. Albowiem niejaki Ehud zatopił sztylet w biodrze Egona, króla Moabu, który ciężką niewolą uciskał lud Boży – i został sędzią ludu (Sdz 3,12–30). Jednak nie zgadza się to z nauką apostolską. Uczy nas bowiem Piotr, abyśmy „ze czcią poddani byli panom, nie tylko dobrym i łagodnym, ale również zgryźliwym; jest to bowiem łaska, jeśli ktoś ze względu na sumienie i Boga znosi smutki, cierpiąc niesprawiedliwie” (1 P 2,18–19). Toteż kiedy liczni cesarze rzymscy prześladowali po tyrańsku wiarę chrześcijańską – bardzo zaś wielu zarówno spośród patrycjatu, jak i ludu nawróciło się na wiarę – nie stawiano oporu, ale cierpliwie znoszono śmierć za Chrystusa, również wśród ludzi uzbrojonych, jak to się zdarzyło w świętym legionie tebańskim. Natomiast w Ehudzie należy widzieć bardziej zabójcę wroga niż władcy, który był tyranem. Toteż czytamy w Starym Testamencie, że zabójcy Joasza, króla judzkiego, chociaż ten odszedł od kultu Bożego, zostali zabici i tylko ich synów zgodnie z prawem oszczędzono (2 Krl 14,6).

Byłoby to niebezpieczne dla społeczności oraz dla jej władców, gdyby kierując się prywatnym mniemaniem, dokonywano zamachów na władców, chociażby tyranów. Często bowiem na takie niebezpieczeństwa wystawiają się źli, a nie dobrzy. Zazwyczaj też panowanie królów ciąży złym nie mniej niż tyrania, gdyż – jak orzeka Salomon – „mądry król rozprasza niegodziwców” (Prz 20,26). Toteż gdyby, opierając się na prywatnym przeświadczeniu, wolno było zabijać złych władców, społeczności więcej groziłaby utrata dobrego króla, niż zyskałaby ona na usunięciu tyrana.

Otóż wydaje się, że przeciwko okrucieństwu tyranów powinno się występować nie na podstawie prywatnego przeświadczenia, ale publicznego autorytetu. Po pierwsze, jeżeli jakaś społeczność ma prawo ustanawiać dla siebie króla, nie jest niesprawiedliwe, że może go również obalić lub ograniczyć, gdy on po tyrańsku nadużywa władzy królewskiej. I nie należy sądzić, że taka społeczność dopuszcza się niewierności, obalając tyrana, nawet jeżeli przedtem poddała mu się na zawsze. Zasłużył on bowiem sobie na to, aby poddani nie dochowali układu, gdyż w rządach społecznością nie postępował wiernie, jak tego wymaga urząd królewski. W ten sposób Rzymianie zrzucili z tronu Tarkwiniusza Pysznego, którego przedtem przyjęli na króla, a to ze względu na tyrańskie rządy jego i jego synów – i zastąpili go władzą mniejszą, mianowicie konsulów. Tak samo Domicjan, który nastąpił po bardzo łagodnych imperatorach, swoim ojcu Wespazjanie i bracie Tytusie, został za tyranię zgładzony przez senat rzymski, który uchwałą odwołał słusznie i zbawiennie jako nieprawomocne wszystkie jego przewrotne dokonania. Stało się to, aby błogosławiony Jan Ewangelista, umiłowany uczeń Boży, mógł dzięki uchwale senatu wrócić do Efezu, gdyż Domicjan skazał go na wygnanie na wyspę Patmos.

Jeśli zaś ktoś wyższy ma prawo troszczyć się o króla dla społeczności, u niego należy szukać pomocy przeciwko niegodziwości tyrana. W ten sposób Archelaus, który zaczął już królować w Judei zamiast swojego ojca Heroda i naśladował ojca w przewrotności, kiedy Żydzi zwrócili się ze skargą na niego do cesarza Augusta, najpierw został ograniczony we władzy, to znaczy pozbawiony imienia królewskiego oraz połowy królestwa na rzecz dwóch swoich braci, wreszcie – ponieważ nawet w ten sposób nie dało się poskromić jego tyranii – został skazany przez cesarza Tyberiusza na wygnanie do Lyonu w Galii.

Jeśli zaś w ogóle nie można znaleźć ludzkiej pomocy przeciwko tyranowi, trzeba się odnieść do Boga, który jest „wspomożycielem w czasie dogodnym oraz w ucisku” (Ps 9,10). Leży bowiem w Jego mocy, aby okrutne serce tyrana nawrócić na łagodność. Jak mówi Salomon: „serce króla w ręku Boga – gdzie zechce, tam je skłoni” (Prz 21,1). On okrucieństwo króla Aswerusa, który zamierzał pozabijać Żydów, zwrócił ku łagodności (Est 5,1e). On okrutnego króla Nabuchodonozora napełnił taką pobożnością, że stał się głosicielem Bożej potęgi: „teraz ja, Nabuchodonozor, wychwalam i wywyższam, i wysławiam Króla nieba, ponieważ wszystkie Jego dzieła są prawdziwe, a drogi Jego – sprawiedliwe; On rosnących w pysze może poniżyć” (Dn 4,34).

Natomiast tyranów, których uzna za niegodnych nawrócenia, On może stąd zabrać albo sprowadzić do najniższego stanu. Jak powiada Mędrzec, „stolice pysznych książąt Bóg zburzył, a na ich miejscu posadził pokornych” (Syr 10,14). To On, ponieważ widział ucisk swojego ludu w Egipcie i słyszał ich jęki, tyrana faraona wraz z jego wojskiem wrzucił do morza. To On wspomnianego Nabuchodonozora, który wcześniej wynosił się pychą, nie tylko wyrzucił z królewskiego tronu, ale nawet z ludzkiego towarzystwa i upodobnił do zwierzęcia (Dn 4,30). I ręka Jego nie jest za krótka, żeby nie mógł swojego ludu uwolnić od tyranów. Przecież obiecał przez proroka Izajasza (14,3), że da swojemu ludowi pokój „od cierpień i ucisków, i twardej niewoli”, w której przedtem był gnębiony. Przez Ezechiela (34,10) zaś powiada: „wyzwolę moje owce z ich paszczy”, to znaczy z paszczy pasterzy, którzy pasą samych siebie. Lud musi jednak zaprzestać grzeszyć, aby zasłużyć sobie na dostąpienie u Boga tego dobrodziejstwa. Albowiem Bóg dopuszcza władzę niegodziwców jako karę za grzech. Jak powiada w Księdze Ozeasza (13,11): „dam tobie króla w gniewie moim”; oraz w Księdze Hioba (34,30 Vlg): „On sprawia z powodu grzechów ludu, że króluje obłudnik”. Aby więc ustała plaga tyranów, należy usunąć grzech.

Rozdział 7

Świeckie zaszczyty, czyli chwała,
nie są wystarczającą nagrodą dla króla

Ponieważ obowiązkiem króla jest zabiegać o dobro społeczności, urząd królewski wydawałby się nie do udźwignięcia, gdyby nie płynęło z niego jakieś dobro własne. Zastanówmy się więc, jaka nagroda jest odpowiednim dobrem dla króla.

Niektórym wydawało się, że nagrodą króla są właśnie zaszczyty i chwała. Powiada Tulliusz w dziele O rzeczypospolitej, że przywódca państwa żywi się chwałą. Zdaje się to uzasadniać Arystoteles w Etyce, twierdząc, że władca, któremu nie wystarczą zaszczyty i chwała, nieuchronnie staje się tyranem. Szukanie bowiem własnego dobra jest wszczepione wszystkim duszom; jeśli więc władca nie zadowoli się chwałą i zaszczytami, będzie szukał rozkoszy i bogactw i w ten sposób zwróci się ku gwałtom i krzywdzeniu poddanych.

Nie można jednak zgodzić się z tą sentencją, gdyż wynika z niej wiele rzeczy niestosownych. Po pierwsze, byłoby to krzywdzące dla królów, gdyby mieli znosić tyle trudów i trosk za tak kruchą nagrodę. Nic bowiem w sprawach ludzkich nie wydaje się bardziej kruche niż ludzkie poglądy i słowa, nad które nie ma nic bardziej zmiennego. Toteż prorok Izajasz (40,6) nazywa taką chwałę kwiatem trawy. Ponadto, pożądanie chwały ludzkiej pozbawia duszę wielkości; kto bowiem szuka przychylności u ludzi, musi służyć ich woli we wszystkich słowach i czynach – w ten sposób, usiłując wszystkim się podobać, staje się niewolnikiem poszczególnych. Dlatego ten sam Tulliusz w dziele O urzędach każe strzec się pożądania sławy, „albowiem rabuje ono wolność ducha, która powinna być całym zadowoleniem mężów wielkodusznych”. Otóż nic bardziej nie przystoi władcy, który został ustanowiony do rzeczy wielkich, niż wielkoduszność. Zatem ludzka chwała nie jest właściwą nagrodą dla urzędu królewskiego.

Byłoby to również ze szkodą dla społeczności, gdyby dla władców była ustanowiona taka nagroda. Pogarda dla chwały, podobnie jak dla innych dóbr doczesnych, stanowi bowiem obowiązek dobrego człowieka: kto jest cnotliwy i mocny duchem, dla sprawiedliwości powinien gardzić sławą, podobnie jak życiem. Stąd paradoks, że następstwem cnoty jest chwała, chwałą zaś cnota gardzi i tak z pogardy chwały człowiek staje się godny chwały. Jak mawiał Fabiusz: „kto chwałą gardzi, prawdziwą sobie zyskuje”. O Katonie zaś pisał Salustiusz: „im mniej szukał chwały, tym więcej jej zyskiwał”. Również uczniowie Chrystusa postępowali jako słudzy Boga „we czci i w pogardzie, zniesławieni i w dobrej sławie” (2 Kor 6,8). Zatem chwała, jaką dobrzy pogardzają, nie jest stosowną nagrodą dla dobrego męża. Gdyby więc tylko taka nagroda była wyznaczona dla władców, wynikałoby stąd, że dobrzy nie podejmowaliby się rządów, a jeśli by się podjęli, zostaliby bez nagrody.

Dalej, z pożądania chwały rodzi się groźne zło. Wielu już szukało bez umiaru sławy na wojnie i poginęli wraz ze swoimi wojskami, a wolność ojczyzny zmieniła się w niewolę u wrogów. Toteż wódz rzymski Torkwatus – aby dać przykład, że należy unikać wyróżniania się – zabił własnego syna, który wbrew jego rozkazowi, wyzwany przez wroga, w młodzieńczym zapale go zabił; żeby przykład samowoli nie przyniósł więcej zła, niż mogło być korzyści w chwale z zabicia wroga. Inna jeszcze wada towarzyszy pożądaniu chwały, mianowicie udawanie. Trudno bowiem osiągnąć prawdziwą dzielność i nielicznym to się udaje – a tylko takim należy się szacunek i chwała. Wielu więc, pożądając chwały, udaje dzielność; jak powiada Salustiusz, „ambicja przymusza wielu śmiertelników do kłamstwa: co innego jest w jego wnętrzu, a co innego plecie językiem i bardziej robi dobre wrażenie, niż ma dobry charakter”. Również nasz Zbawiciel nazwał hipokrytami, czyli obłudnikami, tych, którzy wypełniają czyny, „aby ich ludzie widzieli” (Mt 6,5). Podobnie więc jak niebezpiecznie jest dla społeczności, jeśli władca szuka rozkoszy i bogactw jako swojej nagrody, bo może stać się haniebnym rabusiem, tak samo jest niebezpiecznie, jeśli w nagrodę przeznacza mu się chwałę, gdyż może popaść w samowolę i samochwalstwo.

Jednakże przytoczone na początku tego rozdziału mądre wypowiedzi nie dlatego ogłaszają zaszczyty i chwałę za nagrodę władcy, jakoby dobry król powinien przede wszystkim do tego dążyć, ale dlatego, że znośniej jest, kiedy szuka chwały, niż kiedy pożąda pieniędzy lub ugania się za rozkoszami. Ta wada jest bowiem bliższa cnocie, ponieważ chwała, jakiej ludzie pożądają, jest niczym innym – powiada Augustyn – jak tylko dobrym o nich sądem ludzi. Zatem pożądanie chwały naznaczone jest jakimś śladem cnoty, bo przynajmniej szuka się u dobrych uznania i unika się dezaprobaty. Ponieważ więc niewielu dochodzi do prawdziwej cnoty, wydaje się, że łatwiej znosić przy rządach takiego, który w obawie przed ludzkimi sądami powstrzymuje się przynajmniej od jawnego zła. Kto bowiem pożąda chwały, zabiega o ludzkie uznanie albo na prawdziwej drodze, to znaczy przez czyny cnoty, albo przynajmniej dąży do tego podstępnie i obłudnie. Kto natomiast pragnie panowania i nie ma w nim żądzy sławy, nie lęka się, że nie będzie się podobać tym, którzy sądzą słusznie – tacy ludzie „często nawet przez zupełnie jawne zbrodnie usiłują osiągnąć to, co miłują”. Taki przewyższa dzikie zwierzęta występkami okrucieństwa albo rozpusty, jak tego przykład dał cesarz Neron, który – powiada Augustyn – „pogrążony był w takiej rozpuście, iż można było sądzić, że jest zupełnie niezdolny do czynów godnych mężczyzny, i w takim okrucieństwie, że można było sądzić, że nie ma w nim żadnej miękkości”. Wystarczająco wyjaśnia to Arystoteles, mówiąc w Etyce o wielkodusznym, że nie szuka zaszczytów ani chwały jako czegoś wielkiego, co byłoby wystarczającą nagrodą za cnotę, ale też nie wymaga od ludzi niczego więcej. Wśród wszystkich bowiem dóbr ziemskich to wydaje się szczególne, aby człowiek otrzymywał od ludzi świadectwo cnoty.

Rozdział 8

Wystarczającej nagrody król powinien wyczekiwać od Boga

Ponieważ świeckie zaszczyty i ludzka chwała nie są wystarczającą nagrodą za królewską gorliwość, musimy zbadać, co nią jest.

Otóż słuszną jest rzeczą, aby król wyczekiwał nagrody u Boga. Sługa bowiem oczekuje nagrody u pana za swoją służbę, król zaś w rządzeniu ludem jest sługą Bożym. Powiada Apostoł, że wszelka władza pochodzi od Pana Boga i że władca jest „sługą Bożym, gniewnym mścicielem przeciwko temu, kto źle czyni” (Rz 13,4). Księga Mądrości (6,4) zaś nazywa królów sługami Bożego królestwa. Zatem u Boga powinni się spodziewać królowie nagrody za swoje rządy.

Otóż Bóg niekiedy wynagradza królów za ich służbę dobrami doczesnymi, ale te są wspólną nagrodą dla dobrych i dla złych. Stąd powiada Pan do Ezechiela (29,18): „Nabuchodonozor, król babiloński, zaciągnął swoje wojsko do ciężkiej służby przeciwko Tyrowi i ani on, ani jego wojsko nie otrzymali nagrody za służbę, jaką pełnili u Mnie przeciwko temu miastu” – chodzi o tę służbę, jak mówi Apostoł, w ramach której władca jest „sługą Bożym, gniewnym mścicielem przeciwko temu, kto źle czyni” (Rz 13,4). A potem jest mowa o nagrodzie: „dlatego tak mówi Pan i Bóg: Oto wydam Nabuchodonozorowi, królowi babilońskiemu, ziemię egipską i zagarnie w niej łupy, i to będzie nagrodą dla jego wojska” (Ez 29,19). Jeśli więc królów niegodziwych, którzy walczą z wrogami Boga – nie myśląc o służbie Bożej, ale wypełniając swoje nienawiści i żądze – Pan tak wynagradza, że udziela im zwycięstwa nad wrogami, poddaje im królestwa i pozwala zagarniać łupy, cóż uczyni dobrym królom, którzy w pobożnym nastawieniu rządzą ludem Bożym i zwalczają nieprzyjaciół? Wprawdzie nie ziemską obiecuje im nagrodę, lecz niebieską, i nie co innego, lecz samego siebie. Oto, co mówi Piotr do pasterzy ludu Bożego: „paście stado Pańskie, które jest przy was, […] abyście, kiedy nadejdzie Władca pasterzy”, czyli Król królów, Chrystus, „otrzymali niewiędnący wieniec chwały” (1 P 5,2.4); mówił o tym również Izajasz (28,5): „Pan będzie dla ludu swego wieńcem radości i diademem chwały”.

Otóż da się to wykazać rozumowo. Jest to bowiem wszczepione w umysłach wszystkich używających rozumu, że nagrodą za cnotę jest szczęście. Cnotę bowiem każdej rzeczy opisuje się jako to, „co posiadającego czyni dobrym i sprawia, że jego dzieło jest dobre”. Otóż przez dobre działanie każdy usiłuje osiągnąć to, co jest najbardziej wszczepione w jego pragnienie, czyli bycie szczęśliwym, gdyż tego nikt nie może nie chcieć. Zatem słusznie oczekuje się jako nagrodę cnoty, gdyż uczyni ona człowieka szczęśliwym. Jeśli więc dobre czyny są dziełem cnoty, dziełem zaś króla jest dobrze rządzić poddanymi, zatem nagrodą króla będzie również fakt, że to go uczyni szczęśliwym. Toteż zastanówmy się, na czym to polega.

Szczęście nazywamy ostatecznym celem pragnień. Poruszenia pragnień nie mogą bowiem iść w nieskończoność, gdyż wówczas pragnienie naturalne byłoby próżne, jako że nieskończone nie może mieć kresu. Otóż pragnienie natury umysłowej dotyczy dobra powszechnego. Zatem tylko takie dobro może uczynić prawdziwie szczęśliwym, po którego osiągnięciu nie można już pragnąć żadnego dobra więcej. Szczęściem więc nazywamy dobro doskonałe, zawierające w sobie wszystko, co można pragnąć. Otóż żadne dobro ziemskie nie jest takie. Kto bowiem posiada bogactwa, pragnie ich więcej; kto zażywa rozkoszy, chce jej więcej zażywać – i tak jest ze wszystkim. A jeśli ktoś nie szuka więcej, przecież pragnie, aby te trwały lub żeby na ich miejsce inne przyszły; nic bowiem trwałego nie ma wśród rzeczy ziemskich, nic więc ziemskiego nie może zaspokoić pragnienia. Zatem nic ziemskiego nie może uczynić szczęśliwym, aby mogło być stosowną nagrodą dla króla.

Dalej, ostateczna doskonałość i całkowite dobro każdej rzeczy zależą od czegoś wyższego. Również rzeczy cielesne stają się lepsze dzięki połączeniu z tym, co lepsze, a jeśli zmieszać je z tym, co gorsze, stają się gorsze; na przykład jeśli srebro zmieszać ze złotem, srebro staje się lepsze, a jeśli dodać do niego ołowiu, będzie zanieczyszczone. Otóż nie ma wątpliwości, że wszystko, co ziemskie, jest niższe od ludzkiego umysłu. Szczęście zaś stanowi ostateczną doskonałość i całkowite dobro człowieka, które wszyscy pragną osiągnąć. Nic więc, co ziemskie, nie może człowieka uczynić szczęśliwym, zatem nie może być również wystarczającą nagrodą dla króla. Powiada Augustyn:

Nie nazywamy chrześcijańskich władców szczęśliwymi dlatego, że dłużej panowali albo że po spokojnej śmierci pozostawili panowanie synom, albo że poskromili nieprzyjaciół rzeczpospolitej, albo że umieli powściągać i okiełznać buntujących się obywateli. […] Lecz nazywamy ich szczęśliwymi, jeżeli panują sprawiedliwie, jeżeli wolą panować raczej nad namiętnościami niż nad jakimikolwiek narodami, jeżeli wszystko czynią powodowani nie żądzą próżnej chwały, ale umiłowaniem szczęśliwości wiecznej. […] Takich władców chrześcijańskich nazywamy szczęśliwymi, na razie w nadziei, potem – kiedy nadejdzie to, czego oczekujemy – w rzeczywistości.

Nic też innego, co stworzone, nie może uczynić człowieka szczęśliwym i zostać wyznaczonym królowi za nagrodę. Albowiem pragnienie każdej rzeczy zwraca się ku swojemu początkowi, który jest przyczyną istnienia. Otóż przyczyną ludzkiego umysłu jest nie co innego, tylko Bóg, który uczynił go na swój obraz. Zatem jeden tylko Bóg może zaspokoić pragnienie człowieka i uczynić go szczęśliwym. I On jest stosowną nagrodą dla króla.

Następnie, dusza ludzka może umysłem poznać dobro powszechne i wolą go pragnąć. Otóż dobro powszechne znajduje się tylko w Bogu. Zatem nic nie może uczynić człowieka szczęśliwym, to znaczy wypełnić jego pragnienia, tylko Bóg, o którym mówi Psalm (103[102],5): „On wypełnia twoją tęsknotę dobrami”. W Nim więc powinien umieścić król swoją nagrodę. Pamiętając o tym, król Dawid mówił: „kogóż to ja mam w niebie i czegóż od Ciebie chcę na ziemi?” (Ps 73[72],25); i odpowiedział na to pytanie: „dobrem jest dla mnie przylgnąć do Boga i w Bogu złożyć moją nadzieję” (Ps 73[72],28). On bowiem daje królom ocalenie. Nie tylko ocalenie doczesne, gdyż w ten sposób ocala na równi ludzi i zwierzęta, lecz również to, o którym mówi przez Izajasza (51,6): „będę ocalony na wieki” – w ten sposób ocala ludzi, że zrównuje ich z aniołami.

Tak więc może się okazać prawdą, że nagrodą dla króla są zaszczyty i chwała. Jakie bowiem światowe i marne zaszczyty można porównać z tymi, że człowiek jest współobywatelem świętych i domownikiem Boga, a zaliczony w poczet synów Bożych razem z Chrystusem otrzymuje dziedzictwo królestwa niebieskiego? To są zaszczyty, których pożądał i które podziwiał król Dawid: „aż nadto zaszczyceni są przyjaciele Twoi, Boże” (Ps 138,17 Vlg). Z jaką ludzką chwałą można zestawić tę chwałę, której nie głosi fałszywy język pochlebców ani zwodniczy ludzki pogląd, ale świadectwo wewnętrznego sumienia, potwierdzone świadectwem Boga obiecującego swoim wyznawcom, iż wyzna ich w chwale Ojca przed aniołami Bożymi? Otóż ci, którzy tej chwały szukają, znajdą ją; i tej, której nie szukają – chwały ludzkiej – dostąpią; na wzór Salomona, który otrzymał od Pana nie tylko mądrość, o którą prosił, ale też przewyższył sławą innych królów.

Rozdział 9

Jaki stopień szczęścia w niebie otrzymają szczęśliwi królowie

Następnie pozostaje nam się zastanowić, jak wspaniały i wzniosły stopień szczęścia niebieskiego otrzymają ci, którzy godnie i chwalebnie spełniali urząd królewski. Jeśli bowiem szczęście jest nagrodą cnoty, wynika stąd, że większej cnocie odpowiada większy stopień szczęścia. Otóż jest cnotą szczególną rządzić nie tylko sobą, ale również innymi – i to tym większą, im liczniejsi są ci, którymi się rządzi. Również co do siły cielesnej tego uważa się za mocniejszego, kto więcej ludzi potrafi zwyciężyć albo ponosi większe ciężary. Zatem większa cnota jest potrzebna do kierowania rodziną niż do rządzenia samym sobą, a daleko większa do rządów nad miastem lub królestwem. Wysokiej więc trzeba cnoty, aby dobrze sprawować urząd królewski, toteż należy mu się wysoka nagroda w szczęściu.

Dalej, we wszystkich sztukach i zdolnościach na większą pochwałę zasługują te, w których dobrze kieruje się innymi, niż te, które dobrze działają dzięki kierownictwu innych. W nauce czymś znaczniejszym jest poprzez nauczanie przekazywać prawdę innym, aniżeli móc przyjmować ją przekazywaną przez innego. W budownictwie wyżej się ceni i więcej wynagradza architekta, który kieruje budową, aniżeli rzemieślnika, który wykonuje pracę według jego wskazówek. Również na wojnie większą chwałę ze zwycięstwa uzyskuje roztropność wodza aniżeli męstwo żołnierza. Otóż władca społeczności zajmuje takie miejsce w sprawach odnoszących się do cnoty, według której każdy powinien postępować, jak wykładowca w nauce, architekt w budownictwie oraz wódz na wojnie. Zatem król godzien jest większej nagrody, jeśli dobrze rządził poddanymi, aniżeli ktoś z poddanych, jeżeli dobrze żył pod panowaniem króla.

Następnie, jeśli o cnocie świadczy to, że dzięki niej działanie człowieka jest dobre, większą cnotą zdaje się ta, gdzie pełni się większe dobro. Otóż większe i bardziej Boże jest dobro społeczności niż kogoś jednego. Stąd niekiedy dopuszcza się zło na jednego, jeżeli ten nastaje na dobro społeczności; na przykład zabija się złoczyńcę, aby przywrócić społeczności pokój. Sam Bóg nie ścierpiałby zła na świecie, gdyby nie wyprowadzał z niego dobra dla korzyści i piękna całości. Otóż jest obowiązkiem urzędu królewskiego zabiegać usilnie o dobro społeczne. Zatem większa nagroda należy się królowi za dobre rządy, aniżeli poddanemu za dobre działanie.

Stanie się to jaśniejsze, jeśli spojrzeć na to bardziej szczegółowo. Chwalą bowiem ludzie prywatną osobę, a i Bóg jej to poczytuje ku nagrodzie, jeżeli przyjdzie ona z pomocą potrzebującemu, pojedna skłóconych, wyrwie prześladowanego z rąk silniejszego i – wreszcie – jeżeli w jakikolwiek sposób przyczyni się czynem lub radą do czyjegoś zbawienia. O ileż więc bardziej powinien być chwalony przez ludzi i nagrodzony przez Boga ten, kto sprawia, że cały kraj raduje się pokojem, kto powściąga gwałty, zachowuje sprawiedliwość, a swoimi prawami i rozkazami wskazuje ludziom, co należy czynić.

W tym również okazuje się wielkość cnoty królewskiej, że król nosi w sobie szczególne podobieństwo do Boga, gdyż to czyni w królestwie, co On w świecie. Stąd w Księdze Wyjścia (22,9 Vlg) nazywa się sędziów społeczności bogami, u Rzymian zaś cesarzy nazywano boskimi. Otóż władca jest tym bardziej miły Bogu, im bardziej Go naśladuje; jak napomina Apostoł, „bądźcie naśladowcami Boga jak synowie najdrożsi” (Ef 5,1). Zgodnie z nauką Mędrca, „każda istota żyjąca lubi podobną sobie” (Syr 13,15), gdyż to, co uprzyczynowane, jest jakoś podobne do przyczyny. Wynika stąd, że dobrzy królowie są szczególnie mili Bogu i muszą otrzymać od Niego największą nagrodę.

Ponadto – że posłużę się słowami Grzegorza – „czymże jest władza na szczycie, jeśli nie burzą umysłu?”. Kiedy morze jest spokojne, nawet niedoświadczony kieruje okrętem właściwie, ale gdy jest wzburzone falami wichury, nawet doświadczony żeglarz nie jest pewny siebie. Stąd często taki, kto – mając spokój – trzymał się dobrych czynów, w zajęciach rządowych je porzuca. Jest bowiem bardzo trudno, jak powiada Augustyn, „wśród wyrafinowanych pochwał i uniżonych pochlebstw nie wynosić się, lecz pamiętać o tym, że jest się człowiekiem”. Również Eklezjastyk (31,8.10) błogosławionym nazywa „bogacza, który nie gonił za złotem ani nadziei nie pokładał w pieniądzach i skarbach; […] kto mógł bezkarnie zgrzeszyć, a nie zgrzeszył, czynić zło, a nie czynił” – taki, jako wypróbowany w cnocie, okazał się wiernym. Zgodnie z powiedzeniem Biasa, „władza odsłania człowieka”. Wielu bowiem, którzy stojąc na niższym szczeblu, wydawali się cnotliwymi, po wyniesieniu na szczyty władzy słabną w cnocie. Zatem trudności, na jakie natrafiają władcy w czynieniu dobra, czynią ich godnymi większej nagrody. Toteż jeśli czasem ze słabości zgrzeszą, ludzie łatwiej im wybaczają i Bóg chętniej im odpuszcza, jeśli jednak – jak powiada Augustyn – „za swoje grzechy nie zaniedbują składać prawdziwemu Bogu ofiary pokory, miłosierdzia i modlitwy”. Przykładem Achab, król izraelski, wielki grzesznik, o którym Pan powiedział do Eliasza: „ponieważ upokorzył się przede mną, nie sprowadzę zła za jego dni” (1 Krl 21,29).

Otóż nie tylko rozumowo można udowodnić, że królowie otrzymają szczególną nagrodę – potwierdza to również autorytet Boga. Czytamy w Księdze Zachariasza (12,8), że w owym szczęśliwym dniu, kiedy Pan będzie obrońcą mieszkańców Jeruzalem, to znaczy kiedy oglądać będziemy pokój wiekuisty, domy innych będą jak dom Dawida. Gdyż wszyscy będą wtedy królami i królować będą z Chrystusem jako członki wraz ze swoją głową, jednak dom Dawida będzie jakby domem Bożym – podobnie jak w rządach wiernie wypełniał Boży urząd wobec ludu, tak w nagrodzie ściślej będzie z Bogiem związany. Nawet poganie w jakiś sposób o tym marzyli, kiedy wydawało im się, że władcy i wybawcy państw przemieniają się w bogów.

Rozdział 10

Jakie dobra właściwe dla królów tracą tyrani

Skoro więc królów czeka tak wielka nagroda w szczęściu niebieskim, jeśli w rządach będą dobrze postępowali, to powinni starannie badać samych siebie, aby nie popaść w tyranię. Nic bowiem nie może być dla nich bardziej miłego, niż z zaszczytów królewskich, do których byli wyniesieni na ziemi, zostać przeprowadzonymi do chwały królestwa niebieskiego. Natomiast tyrani przeciwnie: ponieważ dla jakichś ziemskich korzyści opuścili sprawiedliwość, zostaną pozbawieni tej nagrody, którą mogli osiągnąć przez sprawiedliwe królowanie. I chyba tylko głupiec albo niewierzący nie rozumie, jak wielką głupotą jest dla takich małych i doczesnych dóbr tracić dobra największe i wieczne.

Dodać zaś trzeba, że nawet te doczesne korzyści, dla których tyrani porzucają sprawiedliwość, więcej pożytku przynoszą królom zachowującym sprawiedliwość. Najpierw dlatego, że wśród wszystkich dóbr światowych żadne chyba nie jest godne tego, żeby stawiać je ponad przyjaźń. Ona bowiem łączy w jedno ludzi cnotliwych, zachowuje cnotę i do niej pobudza. Jej wszyscy potrzebują we wszystkich działaniach, ona nie narzuca się niestosownie w pomyślności ani nie opuszcza w przeciwnościach. Ona przynosi najwięcej przyjemności, bo bez przyjaciół wszelka przyjemność zmienia się w nudę; wszystko zaś, co trudne, miłość czyni łatwym i znikomym. I żaden tyran nie jest tak okrutny, aby nie radowała go przyjaźń. Kiedy Dionizy był tyranem Syrakuz, było tam dwóch przyjaciół, Damon i Pytiasz. Tego drugiego tyran skazał na śmierć. Skazany uprosił u niego zwłokę, aby mógł rozporządzić sprawami swego domu; natomiast jego przyjaciel oddał się tyranowi na zakładnika aż do jego powrotu. Kiedy nadszedł ustalony dzień, a ten nie wracał, każdy wymawiał poręczycielowi głupotę; on jednak mówił, że w ogóle się nie lęka o jego stałość. O ustalonej godzinie skazany wrócił. Podziwiając postawę ich obu, tyran ze względu na wierność przyjaźni kaźń odwołał i prosił jeszcze, aby przyjęli go do przyjaźni na trzeciego.

Jednak tyrani, choć tęsknią za dobrem przyjaźni, nie mogą go osiągnąć. Nie szukają oni bowiem wspólnego dobra, ale własnego, toteż niewiele albo nic nie łączy ich z poddanymi. Wszelka zaś przyjaźń buduje się na jakiejś wspólnocie; obserwujemy, że przyjaźnią się związują ci, których łączy pochodzenie albo podobne obyczaje, albo jakakolwiek wspólnota. Toteż niewielka albo raczej żadna będzie przyjaźń tyrana z poddanymi. Poddani w żaden sposób nie kochają tyrana, skoro on ich niesprawiedliwie uciska i – co oni czują – nie kocha ich, ale nimi gardzi. Do tego bowiem, aby miłować nieprzyjaciół i dobrze czynić prześladowcom, trzeba większej cnoty niż ta, jaką obserwuje się w zbiorowościach. I nie mają tyrani jak poskarżyć się na poddanych, że nie są przez nich kochani, bo oni sami tak postępują, że nie da się ich kochać.

Tymczasem dobrzy królowie, którzy usilnie zabiegają o ogólny postęp, tak że poddani odczuwają liczne korzyści z ich wysiłków, są kochani przez bardzo wielu, gdyż i oni okazują miłość poddanym. Zresztą trzeba by do tego większej złości niż ta, jaka się zdarza w zbiorowościach, aby nienawidzić przyjaciół i dobroczyńcom odpłacać złem za dobro. Dzięki tej miłości rządy dobrych królów są trwałe, gdyż poddani nie wahają się wystawić za nich na różne niebezpieczeństwa. Przykładem Juliusz Cezar, o którym pisze Swetoniusz, że do tego stopnia kochał żołnierzy, iż – dowiedziawszy się o zabójstwie któregoś z nich – nie strzygł sobie włosów i brody, dopóki go nie pomścił; tym tak sobie zjednał żołnierzy i taką natchnął ich dzielnością, że wielu z nich, gdy zostali wzięci do niewoli i chciano darować im życie – pod warunkiem że będą walczyć przeciw Cezarowi – odmawiało. Również cesarz Oktawian, który sprawował łagodne rządy, tak bardzo był miłowany przez poddanych, że wielu umierających nakazywało składać ślubowane ofiary w podzięce za to, że on ich przeżył. Nie jest więc łatwo zmącić panowanie władcy, którego tak zgodnie kocha lud. Toteż powiada Salomon: „król, który sprawiedliwie sądzi ubogich, umocni swój tron na wieki” (Prz 29,14).

Natomiast tyrani nie mogą długo utrzymać się przy władzy, nie może bowiem długo trwać to, co sprzeciwia się życzeniom wielu. Rzadko komu uda się zaś przejść przez obecne życie tak, aby nie zaszły jakieś społeczne niepomyślności; otóż w czasach niepomyślnych nie brakuje okazji do powstania przeciw tyranowi, a jeżeli jest okazja, wśród wielu znajdzie się przynajmniej jeden, który z niej skorzysta. Temu zaś, który powstanie, lud okaże swoją życzliwość, a trudno pozbawić skuteczności zamach mający poparcie społeczeństwa. Zatem ledwo to możliwe, aby władza tyrana utrzymała się dłużej.

Stanie się to dodatkowo jasne, jeśli rozważyć, dzięki czemu tyran utrzymuje się przy władzy. Nie dzięki miłości, bo – jak mówiliśmy – poddana społeczność darzy tyrana małą lub żadną przyjaźnią. Tyran zaś nie może ufać wierności poddanych; ludzka zbiorowość nie ma bowiem tak wielkiej cnoty, żeby cnota wierności powstrzymała ją przed zrzuceniem – jeśli to możliwe – bezprawnego jarzma niewoli. Zresztą według opinii wielu może nawet nie sprzeciwia się wierności, aby przeciwstawiać się na wszelki sposób tyrańskiej niegodziwości. Zatem sam tylko strach przed tyranem podtrzymuje jego władzę, toteż całym wysiłkiem stara się on o to, aby poddani się go bali. Otóż strach jest słabym fundamentem: ci, co poddają się ze strachu, gdy zdarzy się okazja, że można liczyć na bezkarność, powstają przeciwko władcom z tym większym zapałem, im bardziej wbrew woli, a z samego tylko strachu dawali im się trzymać w karbach – podobnie jak woda zamknięta przemocą, gdy tylko znajdzie szczelinę, z tym większym impetem wypływa. Ale również sam strach jako podstawa rządów pełen jest niebezpieczeństw dla tyrana. Albowiem z nadmiaru strachu wielu popada w desperację, brak zaś nadziei na ocalenie pobudza do wszelkich zuchwałych usiłowań. Zatem panowanie tyrana nie może być długotrwałe.

Dowodzą tego nie tylko argumenty, ale również przykłady historyczne. Jeśli bowiem spojrzeć na dzieje starożytne oraz na wydarzenia nowych czasów, prawie nie znajdzie się tyrana, który panowałby długo. Stąd Arystoteles w swojej Polityce po wyliczeniu wielu tyranów zauważa, że wszyscy oni w krótkim czasie zakończyli swoje panowanie, ci natomiast z nich, którzy dłużej utrzymali się przy władzy, niezbyt przesadzali w tyranii i w licznych sprawach naśladowali królewski umiar.

Jeszcze bardziej to widać, kiedy bada się wyroki Boże. Czytamy w Księdze Hioba (34,30 Vlg): „On sprawia, że z powodu grzechów ludu panuje człowiek obłudny”. Otóż nikogo nie można bardziej prawdziwie nazwać obłudnikiem, niż tego, kto przyjmuje urząd królewski, a okazuje się tyranem. Obłudnikiem bowiem nazywamy takiego, kto udaje inną osobę, jak to się zwykle dzieje w widowiskach. Zatem Bóg dopuszcza panowanie tyranów, aby ukarać grzechy poddanych. Taką zaś karę Pismo zwykło nazywać gniewem Bożym; jak powiada Pan w Księdze Ozeasza (13,11), „dam tobie króla w gniewie moim”. I nieszczęsny to król, który został przydzielony ludowi w gniewie Bożym. Jego panowanie nie może być przecież trwałe, bo „nie zapomni Bóg zmiłować się ani nie powstrzyma w gniewie swojego miłosierdzia” (Ps 77[76],10). Owszem, jak powiada się w Księdze Joela (2,13), „jest cierpliwy, wielkiego miłosierdzia i lituje się nad niedolą”. Toteż nie pozwala Bóg długo panować tyranom, lecz po burzy, jaką sprowadzili oni na lud, daje uspokojenie przez ich upadek. Stąd powiada Mędrzec: „zburzył Pan stolice pysznych władców, a w ich miejsce posadził pokornych” (Syr 10,14).

Również doświadczenie poucza, że więcej bogactw gromadzą królowie sprawiedliwością niż tyrani przez rabunek. Skoro bowiem władza tyranów nie odpowiada poddanemu społeczeństwu, muszą mieć oni wielu popleczników, którzy zapewniają bezpieczeństwo ze strony poddanych i na których muszą łożyć więcej, niż zagrabią poddanym. Natomiast władza królów podoba się poddanym, toteż w nich wszystkich mają oni swoich zwolenników dbających o ich bezpieczeństwo i nie muszą na nich łożyć, lecz niekiedy w potrzebie poddani więcej dają królom dobrowolnie, niż tyrani potrafią zrabować. W ten sposób wypełniają słowa Salomona: „jedni”, mianowicie królowie, „dzielą, dobrze czyniąc poddanym, swoją własność i stają się jeszcze bogatsi, inni”, chodzi o tyranów, „rabują nie swoje i są ciągle w niedostatku” (Prz 11,24). Sprawiedliwy sąd Boży sprawia to niekiedy, że kto niegodziwie gromadził bogactwa, bez potrzeby je rozproszy albo nawet słusznie zostaną mu one odebrane. Jak powiada Salomon, „chciwiec nie nasyci się pieniędzmi, a kto kocha bogactwa, nie będzie z nich zbierał owocu” (Koh 5,9); owszem, jak gdzie indziej powiada, „dom swój burzy, kto kieruje się chciwością” (Prz 15,27). Natomiast królom, którzy szukają sprawiedliwości, Bóg dołoży bogactw. Tak Salomon, kiedy prosił o mądrość w wydawaniu wyroków, otrzymał obietnicę obfitych bogactw.

Zbyteczne zaś wydaje się mówić o dobrej sławie. Któż wątpi, że dobrzy królowie nie tylko za życia, ale bardziej jeszcze po śmierci żyją w chwale u ludzi i tęskni się za nimi, natomiast imię złych albo natychmiast ginie, albo – jeśli byli szczególnie przewrotni – wspominane jest ze wstrętem. Stąd powiada Salomon: „pamięć sprawiedliwego pełna chwały, zaś imię niegodziwców zgnije” (Prz 10,7), czyli zaginie albo zła woń będzie je otaczać.

Rozdział 11

Jakie kary spotkają tyranów

Zatem trwałość władzy, bogactwa, zaszczyty i sława, dla których władcy zbaczają ku tyranii, aby je niegodziwie osiągnąć, bardziej płyną do królów niż do tyranów, mimo że każdy, kto zbacza od sprawiedliwości, czyni to pociągnięty żądzą jakiejś korzyści. Ponadto, tyran pozbawiony będzie najwspanialszego szczęścia, które będzie nagrodą królów, a co gorsza, zasługuje sobie na karę największej udręki. Jeśli bowiem ktoś obrabuje jednego człowieka albo odbierze mu wolność, lub go zabije, zasługuje na największą karę – w sądzie ludzkim na śmierć, a na sądzie Bożym na potępienie wieczne. Tym bardziej należy przypuszczać, że tyran, który ze wszystkich stron rabuje, wysila się przeciwko wspólnej wolności wszystkich i według zachcianki zabija, zasługuje na gorsze męki. Tacy zresztą rzadko pokutują nadęci pychą, opuszczeni wskutek grzechów przez Boga i tłuści od ludzkich pochlebstw – toteż rzadziej mogą podjąć godne zadośćuczynienie. Kiedyż bowiem zdążą pooddawać wszystko, co poza sprawiedliwą powinnością zabierali? A przecież nikt nie wątpi, że są zobowiązani do naprawy krzywd. Kiedyż zdążą wyrównać tym, których uciskali i w taki lub inny sposób niesprawiedliwie zranili?

Do ich niepokuty przyczynia się jeszcze to, że uważają, jakoby wolno im było wszystko, co mogą zrobić bezkarnie i nie trafiając na opór. Toteż nie tylko nie próbują się zmienić, ale nadając swoim obyczajom moc prawa, przekazują potomstwu zuchwałość w grzeszeniu – i w ten sposób są winni przed Bogiem nie tylko z powodu swoich zbrodni, ale jeszcze z powodu tych, którym pozostawili sposobność do grzechów.

Grzech ich powiększa się jeszcze wskutek godności przyjętego przez nich urzędu. Podobnie jak król ziemski bardziej surowo karze swoich ministrów, jeśli stwierdzi, że działają przeciw niemu, tak samo Bóg więcej ukarze tych, których uczynił wykonawcami i sługami swoich rządów, jeśli niegodziwie Bożą sprawiedliwość przemieniają w gorycz. Stąd Księga Mądrości (6,4–6) zwraca się do złych królów: „kiedy byliście sługami Jego królestwa, nie sądziliście sprawiedliwie aniście nie przestrzegali słusznego prawa, ani nie postępowaliście według woli Bożej – dlatego straszliwie i rychło On się wam ukaże. Albowiem bardzo ciężki sąd odbędzie się nad panującymi. Maluczki znajdzie tam miłosierdzie, ale możni będą cierpieć wielkie męki”. Do Nabuchodonozora zaś mówi się w Księdze Izajasza (14,15–16): „strącony zostaniesz do piekła, na samo dno otchłani. Kto cię zobaczy, będzie musiał się pochylić, aby ci się przyjrzeć”, bo bardzo nisko będzie pogrążony w mękach.

Podsumowanie pierwszej księgi

Zatem do królów obficie płyną dobra doczesne, a Bóg przygotował im wysoki stopień szczęścia. Natomiast tyrani często pozbawieni są pożądanych przez siebie dóbr doczesnych, podlegają ponadto licznym doczesnym niebezpieczeństwom i – co więcej – pozbawieni będą dóbr wiecznych, i wydani na najcięższe męki. Dlatego ci, którzy podjęli się rządów, winni usilnie się starać o to, żeby okazać się dla poddanych królami, nie tyranami.

Tyle powiedzieliśmy o królu: czym jest oraz że społeczność powinna mieć króla, a ponadto, że władca powinien być dla społeczności królem, nie tyranem.

Tomasz z Akwinu

Fragment książki „Dzieła mniejsze: traktaty”. Wyd. W drodze, 2026. Polecamy: [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 czerwca 2026