
O wielkości polityki
Narada w Ga-Pa jest świadectwem autentycznego triumfu polityki – dodajmy: wielkiej i dobrej polityki – nad fanatyzmem politycznym, wrogością ideologiczną, populistycznymi oczekiwaniami i krwawą wzajemną historią ludów zamieszkujących Bliski Wschód – pisze Jan ROKITA
.Trudno przecenić polityczne znaczenie poufnej narady najwyższych dowódców wojskowych Izraela i siedmiu państw arabskich, jaką zwołali w ostatnich dniach Amerykanie. Narady, której dokładnego miejsca publicznie co prawda nie podano, ale zdaje się, że przeprowadzona została w należącym do armii amerykańskiej kompleksie konferencyjno-wypoczynkowym Edelweiss, położonym w bawarskim kurorcie Garmisch-Partenkirchen.
Naradę zwołał gen. Brad Cooper – szef amerykańskiego dowództwa CENTCOM odpowiadającego za Bliski Wschód oraz otaczające ten region terytoria Afryki i Azji. A wzięli w niej udział zarówno szefowie sztabów armii tych państw arabskich, które mają z Izraelem stosunki dyplomatyczne i oficjalną współpracę (Egiptu, Jordanii, Emiratów i Bahrajnu), jak i tych, które od czasu pacyfikacji Gazy zamroziły wcześniejsze kontakty z państwem żydowskim (Arabii Saudyjskiej i Kataru). Pojawił się nawet szef sztabu armii Kuwejtu – kraju zajmującego nieprzejednane stanowisko względem Izraela i niewpuszczającego na swoje terytorium nie tylko Żydów, ale nawet turystów, którzy w paszporcie mieliby wbitą pieczątkę izraelskich służb granicznych.
Rzecz nie w tym, iżby tego rodzaju współpraca wojskowa Izraela i Arabów była na Bliskim Wschodzie nowością. Oczywiście żadnej nowości tu nie ma, a warto nawet przypomnieć, iż kooperacja militarna Izraelczyków z monarchami saudyjskimi liczy już przeszło sześćdziesiąt lat. Wtedy to – na przełomie lat 1963/64 – szefowie służb specjalnych obu krajów uzgadniali w londyńskim hotelu Dorchester zrzuty broni dla rojalistów jemeńskich, broniących monarchii przed socjalistycznym puczem, inspirowanym naonczas przez Gamala Nasera – egipskiego dyktatora i sojusznika Sowietów. Tyle tylko, że dzisiejszą rolę Amerykanów, jako dostarczycieli „dobrych usług”, pełnili wtedy Anglicy. No cóż… Wielka Brytania miała jeszcze w tamtych latach jakieś znaczenie. W Polsce z kolei pamiętamy doskonale luty roku 2019, kiedy to z inicjatywy Donalda Trumpa w Warszawie miała miejsce krótka, ale przełomowa konferencja premiera Beniamina Netanjahu z szefami dyplomacji państw arabskich, otwierająca – co często podkreślali potem Amerykanie – drogę do Porozumień Abrahamowych, w znacznym stopniu odmieniających wcześniejszą logikę całej bliskowschodniej polityki.
Ostatnia taka narada dowódców wojskowych Izraela i państw arabskich miała miejsce w lutym 2022 roku w egipskim Szarm el-Szejku, także pod patronatem amerykańskiego CENTCOM. To w jej wyniku rozpoczął się proces integracji systemów obrony powietrznej i wzajemnego wczesnego ostrzegania Amerykanów, Arabów i Izraelczyków, który – jak niedawno mogliśmy to obserwować – nieźle zafunkcjonował podczas pierwszych starć z Iranem, kiedy to państwa arabskie nad swoimi terytoriami niszczyły rakiety wystrzelone z Iranu, Jemenu albo Iraku w kierunku Izraela. Ale nie było dotąd jasne, czy to był tylko efekt dawniejszych decyzji podjętych w Szarm el-Szejku, czy też Żydzi i Arabowie są nadal w stanie na nowo koordynować działania swoich armii w obliczu radykalnego zaostrzenia się sytuacji na Bliskim i Środkowym Wschodzie w ciągu kilku ostatnich miesięcy wojny z Iranem. Po drodze bowiem zdarzyła się przecież okrutna pacyfikacja Palestyńczyków w Gazie, którą w zasadzie wszystkie państwa arabskie traktują jako żydowskie ludobójstwo, a premiera Netanjahu najchętniej postawiłyby przed trybunałem międzynarodowym.
I to właśnie w takich okolicznościach dochodzi teraz do narady w Ga-Pa. To jasne, że Amerykanom zależy na zacieśnieniu wspólnej obrony strategicznie niemożliwych do rozdzielenia terytoriów Izraela i państw arabskich, i to w sytuacji, gdy sami ciągle nie mają dobrego sposobu na jakieś decydujące rozstrzygnięcie własnej wojny z Iranem, trwającej już przeszło pół roku. Jeszcze bardziej oczywisty jest nie tylko militarny, ale i polityczny interes Izraela w takiej kooperacji militarnej z Arabami – czyni ona nie tylko państwo żydowskie bardziej bezpiecznym, ale nadto uzależnia arabskich sąsiadów od wsparcia wojskowego izraelskich sił zbrojnych. Najmniej oczywisty jest tu udział państw arabskich.
Jakkolwiek by było, współpraca wojskowa z kimś, kogo traktuje się jako „ludobójcę”, ani nie przynosi chluby i uznania w świecie islamu, ani nie jest możliwa do wytłumaczenia islamskim masom. Żeby te wszystkie obawy przełamać, trzeba było dopiero niespodziewanego ataku dronów na kluczowy saudyjski ropociąg, co spowodowało nagłe ograniczenie eksportu ropy naftowej, uderzając w interesy połowy świata, w tym także Polski. Najwyraźniej pod wpływem tego ataku, a także generalnie kiepskiej kondycji politycznej Saudyjczyków, widocznej choćby po przegrywanej przez nich wojnie domowej w Jemenie, saudyjski następca tronu książę Mohammed doszedł do wniosku, iż w najlepiej pojętym interesie jego kraju – i wszystkich Arabów – będzie posłuchać Donalda Trumpa i znów ściśle sprzymierzyć się z armią izraelską.
.Narada w Ga-Pa jest świadectwem autentycznego triumfu polityki – dodajmy: wielkiej i dobrej polityki – nad fanatyzmem politycznym, wrogością ideologiczną, populistycznymi oczekiwaniami i krwawą wzajemną historią ludów zamieszkujących Bliski Wschód. Wszystkie te okoliczności przemawiały za tym, aby władcy arabscy trzymali się z dala od Izraela, przynajmniej dopóki w Jerozolimie rządzi Netanjahu, a palestyńska Gaza nadal krwawi swymi otwartymi ranami.
Jako ohydnych zdrajców „sprawy palestyńskiej” będą teraz traktować monarchów i szejków arabskich nie tylko Palestyńczycy, którzy mówią o zadanym im „ciosie w plecy”, ale także ci wszyscy, którzy na Zachodzie zaangażowali się w antyżydowskie akcje pod hasłami „Free Palestine” oraz „From the River to the Sea” – aktorki i reżyserzy z Hollywood i nie tylko stamtąd, studenci i profesorowie na kampusach całej Europy i Ameryki, wielkie media amerykańskiego Wschodniego Wybrzeża i Europy, zaciekli lewicowcy we Francji, Anglii czy Włoszech, nacjonaliści w Polsce oraz – last but not least – islamscy imigranci, wywierający coraz silniejszy wpływ na zachodnią politykę. Oni wszyscy pragnęliby, aby fanatyzm, ideologia, populizm i krwawa historia dominowały nad polityką, także na Bliskim Wschodzie. Tymczasem narada w Ga-Pa pokazuje, że wielkość polityki czasem jednak wygrywa, a przywódcy robią wtedy po prostu to, co nakazuje im interes ich państw.






