
O potrzebie pamięci, która nie odczuwa lęku przed historią
W społeczeństwie pękającym w szwach każdy most rzucony nad przepaścią dzielącą jego członków jest bezcenny. Takim mostem może być odważna, szczera i oparta na wiarygodnych źródłach opowieść o wspólnej przeszłości, do której wszyscy mamy takie same prawa – pisze Patryk PALKA
.„Kto zrozumie całą wymowę błagalnego szeptu: wody, jeśli nigdy nie czuł pragnienia, prowadzącego niemal do obłędu? (…) Jak wytłumaczyć ludziom, którzy nie zaznali sięgającego granic ludzkiej wytrzymałości głodu, ten szept: [chleba], wyrażający i ból fizyczny, i wyrzut, i skargę?”. Takie pytania postawił na pierwszych stronach zbioru wspomnień z okresu II wojny światowej Marian Karczewski, członek polskiego ruchu oporu współpracujący z wywiadem Armii Krajowej, więzień niemieckich obozów: Gross-Rosen, Dora i Bergen-Belsen. W tytule publikacji, wydanej drukiem w 1969 r. i wznowionej w 2021 r., autor pyta ponadto: „Czy można zapomnieć?”. O tym, dlaczego zapomnieć nie można oraz o potrzebie kultywowania pamięci, która nie odczuwa lęku przed konfrontacją z faktami – także najbardziej bolesnymi i niewygodnymi – piszę kilka słów.
Punktem odniesienia są dla mnie wspomnienia Mariana Karczewskiego, ponieważ stanowią znakomity, a zarazem ciągle jeszcze mało znany przykład literatury, która nie ukazuje przeszłości w czarno-białych barwach oraz opowiada o historii bezkompromisowo i szczerze – także wtedy, gdy mogą na tym ucierpieć fundamenty niektórych pomników oraz wizerunek samego autora.
Marian Karczewski wspomina kilka etapów swych wojennych doświadczeń. Chronologicznie pierwszym jest wojna obronna 1939 r., którą czytelnik obserwuje oczami siedemnastolatka szukającego schronienia przed postępującym frontem. Młodzieniec już w pierwszych latach okupacji niemieckiej nawiązuje współpracę z polskim Podziemiem i angażuje się w działalność konspiracyjną w ramach sieci wywiadowczej kierowanej przez Ludwika Kalksteina. Zdrada przywódcy zwerbowanego przez Gestapo prowadzi do dekonspiracji i pojmania ok. 500 żołnierzy oraz współpracowników AK, w tym gen. Stefana „Grota” Roweckiego. Wśród aresztowanych jest także Marian Karczewski. Dalej wspomnienia biegną przez więzienne cele i przesłuchania, w tym traumatyczny pobyt na Pawiaku, skąd autor dociera bydlęcym wagonem do baraków KL Gross-Rosen, a następnie KL Mittelbau-Dora oraz KL Bergen-Belsen. Historia kończy się tuż po wyzwoleniu tego trzeciego obozu przez wojska brytyjskie wiosną 1945 r.
Opisując kolejne wydarzenia, Marian Karczewski dzieli się przemyśleniami na temat emocji, odczuć i pragnień, które towarzyszyły mu w danych momentach przedstawionej historii. Są to refleksje człowieka starającego się zrozumieć mechanizmy rządzące jego psychiką i sumieniem. W opowieści Karczewskiego pojawiają się wątki, które część czytelników uzna za nieprawomyślne, są bowiem niespójne z upolitycznioną wizją dziejów, do której przywykli – tak „lewą”, jak i „prawą”. Opisane wydarzenia pozostają jednak zgodne ze złożonym i mieniącym się szarością obrazem wojennej rzeczywistości, który wyłania się ze źródeł historycznych.
.Wymowne są w tym kontekście rozważania Mariana Karczewskiego na temat łatwości, z jaką ofiara może wejść w rolę oprawcy w warunkach upodlenia, wszechogarniającej przemocy, psychicznego i fizycznego wyniszczenia organizmu oraz nieustannej obawy o własne życie. Ten wątek powraca kilkakrotnie, gdy autor wspomnień opisuje swój pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych. Samo zagadnienie nie jest nowe i stanowi częsty motyw literatury obozowej. Uwagę zwraca jednak dobór przykładów, jakimi Marian Karczewski obrazuje swoje przemyślenia. Odwołuje się bowiem zarówno do zbrodni popełnianych przez oprawców z SS oraz więźniów funkcyjnych słynących z sadystycznego i bezwzględnego traktowania pozostałych osadzonych, jak i do sytuacji, kiedy źródłem przemocy były ofiary, a nawet on sam. Zachowuje przy tym proporcje, które nie zniekształcają obrazu realiów wojennych.
Zdecydowana większość ponad trzystustronicowej relacji Mariana Karczewskiego to dokumentacja niemieckich zbrodni oraz charakterystyka nieludzkiej machiny opresji i zagłady – stworzonej przez Hitlera i rzeszę jego zwolenników – która zmusiła ofiary do funkcjonowania w warunkach prowadzących na skraj człowieczeństwa, a także do współuczestnictwa w zamkniętym kręgu przemocy. Jednocześnie Marian Karczewski ma odwagę nie pomijać wątków, takich jak „nie nieliczne” ataki wyzwolonych więźniów KL Bergen-Belsen na niemiecką ludność cywilną – w tym grabieże, gwałty i morderstwa. Wspomina o sytuacji, gdy skrajnie wycieńczony, kierując się instynktem przetrwania, niemal udusił współwięźnia gołymi rękami. Wyznaje czytelnikowi, że przysyłane przez rodzinę paczki żywnościowe pozwalały mu piąć się w hierarchii obozowej, dając poczucie władzy i wyższości nad innymi więźniami, a nawet przyzwolenia na stosowanie wobec nich przemocy. Stwierdza ponadto, że był na drodze do „zupełnej demoralizacji”, a od stawiania kolejnych kroków w tym kierunku ocalił go ostatecznie jego obozowy przyjaciel Charles Clavey.
Uwagę zwraca również dokonana przez Karczewskiego charakterystyka własnej postawy wobec wybuchu II wojny światowej oraz późniejszej możliwości włączenia się w działalność Podziemia. Przed czytelnikiem staje siedemnastoletni chłopiec o młodzieńczej fantazji, niemający doświadczenia, podatny na państwową propagandę, niezdolny jeszcze do dojrzałej refleksji nad możliwymi konsekwencjami swoich działań. Ta sama osoba jest zarazem wchodzącym w dorosłość mężczyzną, przepełnionym odwagą, wolą walki i patriotyzmem.
Marian Karczewski podkreśla, że jako nastolatek nie brał pod uwagę perspektywy śmierci za ojczyznę. Chciał dla niej żyć i walczyć w jej imieniu, by przepędzić wrogów i znów poczuć się wolnym. We własnym mniemaniu wybierał drogę narodowego herosa, nie męczennika za sprawę. „Któż z nas, młokosów, nie chciał być Skrzetuskim, Wołodyjowskim? Kto nie chciał być bohaterem?” – pyta Karczewski. Ofiara, którą ostatecznie poniósł, nie była elementem wizji bohaterstwa, którą miał przed oczami, nawiązując kontakt z wywiadem AK.
Opisując swą historię po latach, autor wspomnień nie obarcza jednak nikogo odpowiedzialnością za swoje decyzje, nie twierdzi, że z perspektywy czasu postąpiłby inaczej, nie określa swych młodzieńczych działań i emocji mianem niewłaściwych. Nie czyni przeszłości wyrzutów, nie ma do niej pretensji, ale też nie próbuje jej upiększać czy chronić przed zniesławieniem. W jednym człowieku z krwi i kości spotykają się rozmaite figury narracyjne współczesnych polityk historycznych i ideologii, które w wybranych fragmentach wspomnień Mariana Karczewskiego, pozbawionych kontekstu, znajdą źródło potwierdzające z góry przyjętą wizję historii. Samego Karczewskiego to jednak nie interesuje – chce po prostu podzielić się swoimi wspomnieniami, opowiedzieć, „jak było”.
.Podobnie jest, gdy Marian Karczewski wspomina pobyt na komisariacie, gdzie przetrzymywano go tuż przed wysłaniem do warszawskiej siedziby Gestapo. W przerwach między przesłuchaniami obserwuje działalność placówki z perspektywy więziennej celi. Jest wówczas świadkiem sytuacji, w której starsza kobieta, Polka, składa donos. Karczewski nie słyszy całej rozmowy, ale wie, że donosicielka informuje funkcjonariuszy o miejscu pobytu pewnych osób, być może członków Podziemia, być może ukrywających się Żydów.
Jak we wspomnieniach spisanych po latach ocenia jej postawę człowiek, który doświadczył piekła niemieckich obozów koncentracyjnych, trafiając tam z powodu zdrady grupy donosicieli? „Zastanawiałem się, czy mam przed sobą płatną denuncjatorkę, czy też głupią kobiecinę, załatwiającą jakieś sąsiedzkie porachunki. (…) A może wysługując się Niemcom, broniła jakiejś swojej, jedynie dla niej ważnej sprawy? Może na swój sposób ratowała kogoś bliskiego?”. Potem wątek się urywa. Wspominam o nim, ponieważ Polka donosząca Niemcom w czasach okupacji to kolejna figura narracyjna wykorzystywana do uprawiania polityki historycznej bądź propagowania określonych wizji dziejów. Może być przedstawiana jako „niezbity dowód” na współudział Polaków w Holokauście, skąd już tylko krok do współwiny. Może być również zupełnie pomijana bądź sprowadzana do roli symbolu niechlubnej mniejszości o mikroskopijnych rozmiarach i marginalnym znaczeniu. Marian Karczewski nie próbuje tej figurze nadać dodatkowego znaczenia. Przedstawia jedynie sytuację, której był świadkiem. Także w tym wypadku nie bierze udziału w grze o pamięć.
Z jednej strony autor ma odwagę przyznać, że w okresie II wojny światowej wśród Polaków byli tacy, którzy z różnych względów wybierali współpracę z okupantem. Z drugiej strony nie generalizuje i nie wyciąga z opisanej sytuacji daleko idących wniosków. Nie dokonuje też jednoznacznej, kategorycznej oceny donosicielki – nie potępia jej ani nie usprawiedliwia, a zamiast tego zastanawia się nad możliwymi powodami jej postępowania. Doskonale wie, jak stworzone przez Niemców warunki życia w okupowanej Polsce mogły wpływać na ludzkie wybory. Sam tego doświadczył – gdy walczył o zachowanie człowieczeństwa w bydlęcym wagonie; kiedy za drutem kolczastym starał się uchronić swój kręgosłup moralny przed złamaniem; także wówczas, gdy w więziennych celach, oczekując kolejnych przesłuchań, zastanawiał się, czy słuszna jest decyzja o odmowie współpracy z okupantem w trosce o własnych towarzyszy broni, skoro jej konsekwencje poniesie nie tylko on sam, ale także jego rodzina, którą Niemcy prawdopodobnie obejmą zasadą odpowiedzialności zbiorowej.
Podobnych przykładów jest w książce Mariana Karczewskiego więcej. W toku narracji autor konsekwentnie realizuje założenie, by nie sugerować czytelnikowi, co ma czuć i myśleć. Jego wspomnienia nie mają instrukcji obsługi. Są relacją świadka historii – z konieczności zniekształconą, jak każda opowieść o przeszłości – lecz odrzucającą moralizatorski ton oraz unikającą narzucania jedynie słusznych interpretacji opisywanych zdarzeń rodem z partyjnego podręcznika.
Sposób opisywania historii przez Mariana Karczewskiego wyznacza kierunek, którym, w moim przekonaniu, należy podążać przy tworzeniu narracji o przeszłości – zarówno na poziomie jednostek dzielących się prywatnymi historiami, jak i profesjonalnych badaczy. Nie chodzi tu, rzecz jasna, o metodologię – nie twierdzę, że Marian Karczewski zastosował bezbłędną metodę opisywania minionych zdarzeń takimi, jakimi były w istocie – ale o rzetelność, odwagę i szczerość narratora, który zdaje się opisywać przeszłość przede wszystkim po to, by pokazać ją światu i zachować dla przyszłych pokoleń, a nie po to, by wykorzystać ją do celów ideologicznych, kreacji wizerunku czy zaspokojenia ego. Właśnie tego rodzaju opowieść stanowi szczególnie cenne źródło pamięci zbiorowej. Przede wszystkim nie jest skierowana do grupy odbiorców o konkretnym światopoglądzie, z wykluczeniem pozostałych.
.Wspomnienia Mariana Karczewskiego nie są w swym tonie ani lewicowe, ani prawicowe. Przeciwnie – dzięki temu, że autor pokazuje przeszłość w szerokim obiektywie, skutecznie dekonstruuje mity tak jednej, jak i drugiej strony sporu politycznego, choć prawdopodobnie nigdy nie było to jego celem. Historia opowiadana przez Mariana Karczewskiego jest dla wszystkich, którzy tylko zechcą ją usłyszeć, nie zawłaszcza wartości ani symboli, nie przyznaje do nich prawa ani go nie odbiera, a to pierwsze, podstawowe źródło jej siły.
Drugim jest wiarygodność przekazu zbudowana przez autora poprzez gotowość do zmierzenia się z niewygodnymi faktami. Takie podejście wymaga odwagi, ponieważ może stać w sprzeczności z oczekiwaniami środowiska, z którego wywodzi się narrator, co w skrajnych przypadkach grozi otrzymaniem etykiety „zdrajcy”, a nawet towarzyskim ostracyzmem. Konstruowanie opowieści o historii w sposób zadowalający ideowo bliskich autorowi odbiorców, choć wygodne i przyjemne, ma ograniczoną wartość. W społeczeństwie pękającym w szwach każdy most rzucony nad przepaścią dzielącą jego członków jest za to bezcenny. Takim mostem może być opowieść o wspólnej przeszłości, do której wszyscy mamy takie same prawa. By tak się jednak stało, opowieść ta musi być odważna i szczera, ponieważ tylko wówczas ma szansę dotrzeć do odbiorców myślących w inny sposób niż autor – przekroczyć granice wytyczone przez ideologie i politykę. Musi być również wywiedziona z odpowiednio szerokiej bazy wiarygodnych źródeł, by odtwarzała przeszłość możliwie wiernie – pokazywała niuanse i wieloznaczności historii, a nie szukała w niej symetrii.
Trzecim źródłem siły odważnej, szczerej i rzetelnej opowieści o historii jest jej zwiększona odporność na manipulację. Gdyby Karczewski przemilczał wspomniane wcześniej wydarzenia, udając, że nie były one elementem wojennej rzeczywistości, jego świadectwo można by podważyć jako niewiarygodne. Wówczas przekaz o realiach życia pod okupacją hitlerowską czy w obozach koncentracyjnych mógłby stać się pożywką dla manipulatora, który chce podważyć interesujący go element wiedzy o przeszłości – chociażby przekonanie o szczególnej brutalności Niemców wobec Polaków w okresie okupacji. Skoro świadek historii przemilczał to, co było dla niego niewygodne, być może wyolbrzymił kwestie, na których wydźwięku szczególnie mu zależało? W tym właśnie tkwi skuteczność manipulacji wychodzącej od słusznej przesłanki – prawdopodobnie najbardziej niebezpiecznej metody zakłamywania historii.
Krytyka celowego pomijania niektórych faktów historycznych jest uzasadniona, ale może zostać wykorzystana do podważenia również tych świadectw, które na podważenie nie zasługują. Jedynym sposobem, by się przed tym bronić, jest tworzenie narracji historycznych, które same unikają manipulacji i przekłamań – także wtedy, gdy fakty okazują się szczególnie bolesne i potencjalnie niebezpieczne dla obrazu własnej wspólnoty. Wymaga to odwagi, ale przynosi wymierną korzyść zarówno indywidualnym autorom, jak i całemu społeczeństwu, a nawet państwu, które zdecyduje się uczynić z takiego podejścia zasadę swojej polityki historycznej.
Trudno ocenić, czy Marian Karczewski opisał we wspomnieniach wszystkie niewygodne fakty ze swej wojennej historii. Być może niektóre zachował dla siebie – miał do tego prawo, nie pisał wszak pracy naukowej. Nawet jeśli nie wymienił wszystkiego, o czym mógłby opowiedzieć, opisał dostatecznie dużo, by jego opowieść można było uznać za szczerą. Stworzony przez niego portret niemieckiej okupacji w Polsce oraz codzienności w obozach koncentracyjnych pozostaje wartościowy poznawczo i inspirujący zarówno ze względu na treść, domagającą się udokumentowania, jak i sposób prezentacji historii przez autora.
Można do tworzenia narracji historycznych podejść inaczej. Jednym ze sposobów ich konstruowania jest milczenie o bolesnych elementach przeszłości pod pretekstem chronienia jej przed oszczercami. Kolejną metodą jest natomiast koncentrowanie się głównie lub wyłącznie na trudnych do zaakceptowania wątkach historycznych pod pozorem edukowania społeczeństwa, choć owe wątki, pozbawione kontekstu i wyolbrzymione, stają się źródłem opowieści nie mniej fałszywej, jak ta, która je pomija. Skuteczność obu tych modeli narracyjnych jest podobna – trafiają wyłącznie do tych, którzy chcą ich słuchać oraz antagonizują pozostałych, mających odmienne spojrzenie na dzieje. Tym samym, w przeciwieństwie do wspomnień Mariana Karczewskiego, nie stają się źródłem pamięci zbiorowej, która łączy mimo różnic światopoglądowych, ale takiej, która wzmacnia partykularne tożsamości grupowe i pogłębia podział między ludźmi o odmiennych poglądach. Wówczas pamięć zbiorowa, zamiast wzmacniać społeczeństwo i państwo, osłabia je. Nie służy interesom ogółu obywateli, nie przyczynia się do wzrostu spójności społecznej ani nie buduje tożsamości łączącej różne środowiska. Podstawowe funkcje pamięci – te, które najlepiej uzasadniają potrzebę poznawania historii – zostają wypaczone i podporządkowane stronom wojny kulturowej, która trawi bodaj wszystkie społeczeństwa Zachodu.
.Nie znam lekarstwa na tę chorobę, ale być może jednym z jego składników jest pamięć, która ma odwagę zmierzyć się z demonami przeszłości, a zarazem nie proponuje czarno-białej wizji historii i nie skłania do odrzucenia dziedzictwa przodków.


