GRANVILLE, HENKEL, KAWALEC, PIĄTKOWSKI.
Debata o Euro w nowej dekadzie

TSF Jazz Radio

GRANVILLE, HENKEL, KAWALEC, PIĄTKOWSKI.
Debata o Euro w nowej dekadzie

Polski Instytut Ekonomiczny

Instytut zajmujący się dostarczaniem analiz i ekspertyz do realizacji Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, a także popularyzacją polskich badań naukowych z zakresu nauk ekonomicznych i społecznych w kraju oraz za granicą. Powołany ustawą o Polskim Instytucie Ekonomicznym, która zlikwidowała Instytut Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur – Państwowy Instytut Badawczy.

OD REDAKCJI: W dwudziestoletniej historii wspólnej waluty niewiele było momentów, w których jej przyszłość była tak niepewna jak dziś. O tym, jaką rolę euro odgrywa we Wspólnocie, w którym kierunku powinno się rozwijać, dyskutowano na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.

W panelu zorganizowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny udział wzięli:

Prof. Brigitte GRANVILLE – profesor ekonomii międzynarodowej i polityki gospodarczej w Queen Mary University of London.

Prof. Hans-Olaf HENKEL – członek Parlamentu Europejskiego, były prezes Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego, współautor bestsellerowej książki Niemcy na kozetkę. Dlaczego Angela Merkel ratuje świat, rujnując swój kraj?

Prof. Marcin PIĄTKOWSKI – starszy ekonomista w Banku Światowym, autor książki Europe’s Growth Champion o rozwoju Polski w ciągu ostatnich 30 lat.

Stefan KAWALEC – były polski wiceminister finansów, prezes zarządu Capital Strategy, autor książki Paradoks euro.

WSPÓLNA WALUTA CZY NOWA WALUTA STAREJ EUROPY?

Piotr ARAK, Polski Instytut Ekonomiczny: – Perspektywa przyjęcia euro jako wspólnej waluty dla unii gospodarczo-walutowej w ramach struktur Unii Europejskiej jest jednym z najważniejszych elementów polskiej debaty publicznej, która trwa od wielu lat, chociaż można zaobserwować intensyfikację sporów i opinii w ostatnich miesiącach. Dyskusja w sprawie przyjęcia waluty euro w Polsce została wznowiona, kiedy zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i prezes rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość Jarosław Kaczyński wyrazili wątpliwość co do szans, aby w najbliższej przyszłości percepcja unijnego pieniądza przez polskich obywateli zmieniła się ze sceptycznej na przychylną.

Rok 2019 to okres debaty o euro, nie tylko dlatego, że Polska jeszcze nie przystąpiła do unii gospodarczo-walutowej, chociaż jest jednym z największych krajów UE. Wprowadzenie wspólnego środka płatniczego trwało około 10 lat i zakończyło się w 1999 roku. Świętujemy więc 20 lat, od kiedy euro weszło na trwałe do unijnych traktatów, jednocześnie jednocząc i dzieląc narody Europy.

Dla części krajów, przede wszystkim założycielskich, była to nowa era ściślejszej integracji, ułatwień w handlu i szybkiego wzrostu, oparta na głębokiej wierze, że waluta, która jest wynikiem zjednoczenia Europy, będzie miała potencjał, by rywalizować z dolarem. Sami ekonomiści byli podzieleni w stawianych ocenach. Niektórzy (bardziej sceptyczni) uważali, że połączenie bardzo różnych gospodarek europejskich wspólną polityką monetarną jest aktem historycznego szaleństwa. Posługiwali się niejednokrotnie przykładami krajów rozwijających się, których zależność od odległych banków centralnych sprzyjała powstawaniu kryzysów ekonomicznych.

Milton Friedman spekulował na temat upadku wspólnej waluty europejskiej w następstwie globalnego kryzysu finansowego. Jego podejrzenie niemal sprawdziło się u progu 2008 roku. Kryzys zadłużeniowy, który ogarnął Europę po 2010 roku, sprawiał, że podobne predykcje zyskiwały na popularności.

Stwierdzenie, że kryzys finansowy podważył zaufanie do wspólnej waluty i niemal doprowadził do jej upadku, jest weryfikowalną hipotezą, która ma duże szanse, aby stać się faktem.

Spadek zaufania do wspólnej waluty oraz kryzys w Grecji spowodowały kolejną odsłonę tej samej dyskusji; tym razem z pytaniem, czy kraje Europy Południowej powinny znaleźć się w tej samej monetarnej strefie ekonomicznej co np. Niemcy.

Zdaje się, że państwa Unii Europejskiej, które przyjęły euro, nigdy nie były wystarczająco jednolite, aby należeć do unii walutowej, nawet jeśli spełniły kryteria konwergencji. Taka unia de facto pozbawiła je możliwości prowadzenia niezależnej polityki monetarnej i kontroli kursu walutowego oraz stóp procentowych.

Stopa życia we Włoszech jest obecnie niewiele wyższa niż w momencie przyjęcia przez ten kraj waluty euro. Hiszpania i Irlandia, chociaż w ostatnich latach cieszyły się zadowalającym wzrostem gospodarczym, to odnotowały wzrost bezrobocia. Niektórzy ekonomiści upatrują w tych zmiennych winy wspólnej waluty. Sprawa nie jest jednak prosta. Z uwagi na kolejną odsłonę polskiej debaty publicznej poświęconej wspólnej walucie warto się zastanowić nad możliwościami, sukcesami i zagrożeniami, które euro ze sobą niesie, a także spróbować odpowiedzieć na pytanie, jaka jest przyszłość wspólnej waluty.

Prof. Hans-Olaf HENKEL: – Jeszcze w 1999 roku popierałem koncepcję wspólnej waluty. Pełniłem w tym okresie funkcję przewodniczącego Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego i często jeździłem za granicę: do Szwecji, Włoch, Hiszpanii, lobbując na rzecz przyjęcia euro. Pozostawałem zwolennikiem euro do 2 maja 2010 roku. W tym dniu niemiecki rząd, administracja brukselska oraz Europejski Bank Centralny zdecydowały się złamać wszystkie obietnice, które uprzednio zostały przedstawione Niemcom. Dotyczyły one między innymi jednego z kryteriów konwergencji, a mianowicie: państwa, które przyjęły euro, nigdy (nawet będąc w recesji) nie dopuszczą, aby deficyt budżetowy przekroczył 3 proc. PKB, a zadłużenie 60 proc. PKB. Kraj, który złamie tę zasadę, powinien zostać ukarany. Tymczasem Komisja Europejska tolerowała ponad 160 przypadków pogwałcenia tych zasad.

W maju 2010 roku Angela Merkel postanowiła uratować Grecję. Dwa tygodnie wcześniej obiecywała, że tego nie zrobi, egzekwując postanowienia traktatu z Maastricht. Na jej decyzje wpłynęła Francja i Francuzi: prezydent Nicolas Sarkozy, minister finansów Christine Lagarde, prezes EBC Jean-Claude Trichet, dyrektor zarządzający MFW Dominique Strauss-Kahn. Ich połączoną presję wspierał ówczesny premier Luksemburga Jean-Claude Juncker.

Z analizy dyskursu, już po tym zdarzeniu, wynika, że skoordynowany wpływ, którego ofiarą padła Merkel, był ogromny.

Premier Hiszpanii José Zapatero ujawnił, że Sarkozy zaszantażował Angelę Merkel słowami: „Jeśli nie uratujesz Grecji, to my wrócimy do franka”.

Nawet jeśli był to blef, to ryzyko rozpatrywane z perspektywy przyszłości relacji niemiecko-francuskich i unii gospodarczo-walutowej było dla Merkel zbyt duże. Poddała się naciskom zewnętrznym. W tym kontekście warto pamiętać, że to francuskie, a nie niemieckie banki są największymi posiadaczami greckich obligacji rządowych. Wiadomo więc, kto najwięcej zyskał oraz kto wywierał największą presję, aby osiągnąć współczesną rzeczywistość. Okazało się, że unia walutowa jest tworem zbyt niedoskonałym, aby mogła być efektywna. Ponadto i co najważniejsze: złamano obietnicę. Pozwolono na rażące naruszenia wobec prawa traktatowego. Taka polityka nie prowadzi do integracji.

WALUTA WSPÓLNEGO RYNKU

Piotr ARAK: – Budżet strefy euro, którego celem jest stabilizowanie wspólnej waluty w przypadku zawirowań gospodarczych, powstał w 2019 roku, głównie z inicjatywy francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. Krytyka tego budżetu opiera się na dwóch głównych elementach. Po pierwsze, niektórzy ekonomiści twierdzą, że zaprzecza on idei solidarności Unii Europejskiej, ponieważ pomija kraje spoza strefy euro. Po drugie, jest on stosunkowo niewielki, co ogranicza potencjalny wpływ na osiąganie jego zasadniczego celu.

Prof. Brigitte GRANVILLE: – Stworzenie mechanizmu przeciwdziałającego kryzysom w postaci wspólnego budżetu w ramach unii gospodarczo-walutowej miałoby potencjalny wymierny wpływ stabilizujący na finanse państw członkowskich. Nie jest to koncepcja nowa, jednak trudna do zrealizowania. Na gruncie teorii integracji europejskiej kierunki rozwoju są bardzo jasne: unia walutowa wymaga unii politycznej. A takiej nie mamy. Ponadto niewiele krajów ją popiera.

Niemcy prowadzą rygorystyczną politykę finansową. Starzenie się społeczeństw Europy powoduje dysproporcję między rosnącą populacją osób starszych, która pobiera świadczenia emerytalne, a malejącą populacją osób aktywnych zawodowo, która de facto finansuje politykę społeczną. Niemcy powinny zwiększyć wewnętrzny poziom inwestycji, aby zredukować tę dysproporcję. Wspólny budżet to nie jest rozwiązanie. Unia walutowa przetrwa tylko wtedy, kiedy urzeczywistni się unia polityczna. Niezbędne jest polityczne spoiwo w postaci woli i decyzji, która umożliwi przetrwanie unijnego projektu monetarnego. Euro zostało stworzone na fundamentach obietnicy dobrobytu. To w tej obietnicy bierze początek upadek tej idei.

Piotr ARAK: – Jedna z koalicyjnych partii rządzących we Włoszech, Liga Północna, zawarła w swoim programie postulat stworzenia kryptowaluty, która razem z euro odpowiadałaby za europejski system walutowy. Jej alternatywą jest opuszczenie strefy walutowej w najbliższej przyszłości.

Stefan KAWALEC: – W 2013 roku grupa ekonomistów z kilku krajów Unii Europejskiej ogłosiła Europejski Manifest Solidarności. Wśród sygnatariuszy manifestu byli m.in. uczestnicy dzisiejszego panelu. Manifest wzywał do kontrolowanego rozwiązania strefy euro dla uratowania UE i wspólnego rynku. Postulował, aby proces ten został przeprowadzony etapami, podkreślając, że kraje najmniej konkurencyjne, takie jak Włochy czy Grecja, nie powinny być pierwszymi, które opuszczą strefę euro.

Paradoksem, a zarazem pułapką wspólnej waluty jest bowiem fakt, że kraj będący w kryzysie, który potrzebuje własnej waluty, aby poprawić swoją konkurencyjność, nie może bezpiecznie zrezygnować z euro. Groziłoby to wybuchem paniki bankowej i załamaniem gospodarki. Gdyby bowiem znajdujący się w kryzysie kraj strefy euro zapowiedział powrót do waluty narodowej, to obywatele zaczęliby masowo szturmować banki, aby wycofać swoje depozyty. Chcieliby przetrzymać swoje pieniądze w gotówce w euro, aby uchronić je przed zamianą na nową walutę narodową. Oczekiwaliby, całkiem słusznie, że nowa waluta osłabi się szybko w stosunku do euro. Masowe wypłaty gotówki doprowadziłyby do upadku systemu bankowego, paraliżu gospodarczego i inflacji. Dlatego właśnie w manifeście zaproponowano, aby demontaż strefy euro rozpoczął się od wyjścia najbardziej konkurencyjnego kraju: Niemiec. Byłby to najłatwiejszy i najbezpieczniejszy sposób rozwiązania strefy euro, z czym zgadza się obecnie wielu ekonomistów, zarówno zwolenników, jak i przeciwników wspólnej waluty. W książce Paradoks euro, którą napisałem z Ernestem Pytlarczykiem, rozwijamy tę propozycję. Kontrolowane rozwiązanie strefy euro, zapoczątkowane przez uzgodnione wyjście najbardziej konkurencyjnych krajów, jest nie tylko najlepszą strategią dla Europy, ale także najlepszą strategią pomocy krajom zagrożonym kryzysem.

Opuszczenie strefy euro przez Niemcy mogłoby być jednak interpretowane jako zostawienie pozostałych państw na pastwę kryzysu, jako cios w jedność i integrację Europy. Ze względu na pamięć o historycznych winach niemieckim politykom trudno byłoby wyjść z inicjatywą rozwiązania strefy euro, szczególnie w proponowany tu sposób. Obecnie w Niemczech żaden polityk głównego nurtu nie rozważa nawet tego rodzaju koncepcji. Impulsem do rozwiązania strefy euro może być jednak kryzys polityczny w innym kraju, szczególnie we Francji, która jest zarówno głównym inicjatorem, jak i jedną z głównych ofiar wspólnej waluty.

Prezydent François Mitterrand liczył, że wprowadzenie wspólnej waluty wzmocni pozycję Francji wobec Niemiec. Efekt okazał się odwrotny. Po wprowadzeniu euro pozycja gospodarcza i polityczna Francji uległa znacznemu osłabieniu, co przekłada się na wzrost poparcia dla ugrupowań eurosceptycznych lub antyeuropejskich.

W przypadku powrotu do własnej waluty Francji będzie łatwiej przeprowadzić reformy gospodarcze, które są temu krajowi bardzo potrzebne, lecz w ramach strefy euro bardzo trudne do zrealizowania. Pewnego dnia Francja może przekonać Niemcy do rezygnacji z euro w celu złagodzenia problemów gospodarczych mniej konkurencyjnych partnerów. Niemcy są narodem bardzo zdyscyplinowanym również w swoich dyskusjach publicznych i mają duże zaufanie do swojego rządu. Kiedy wprowadzano euro, większość niemieckiej opinii publicznej była temu zdecydowanie przeciwna. Jednak pogląd kanclerza Helmuta Kohla i innych postaci elity politycznej przeważył, a w efekcie doprowadził do zmiany postawy społeczeństwa. Gdyby poważni partnerzy ze strefy euro zaproponowali jej rozwiązanie, to przywódcy Niemiec mieliby uzasadnione powody, aby zareagować pozytywnie. Posiadaliby także wystarczające argumenty, aby przekonać opinię publiczną, że krok ten leży w interesie Niemiec. Jeśli niemiecki rząd zdecydowałby się opuścić strefę euro, to wśród obywateli nie zabrakłoby głosów, że w rzeczywistości wspólna europejska waluta zawsze była błędem, a powrót do marki to powrót do normalności.

Prof. Hans-Olaf HENKEL: – Niemiecka partia polityczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) powstała wyłącznie na podstawie krytyki wspólnej waluty. Była to organizacja jednego celu: wyeliminowania euro. Ponadto AfD została założona nie przez ulicznych bojówkarzy, ale przez profesorów uniwersyteckich. Z tego powodu często była określana w mediach jako „partia profesorów”.

Byłem wiceprzewodniczącym Alternatywy dla Niemiec; odszedłem po 18 miesiącach. Bardzo szybko została ona zdominowana przez rasistów, prawicowych ekstremistów i innych radykałów. Mimo to AfD jest – niestety – jedyną niemiecką partią polityczną, która popiera idee rozwiązania strefy euro. Media opiniotwórcze nie przywiązują wagi do jej pomysłów programowych, głównie dlatego, że sama jej retoryka opiera się na hasłach skrajnie prawicowych, a nie merytorycznych. Niemieccy publicyści pozbawieni są krytycznej percepcji – nawet konstruktywnej – wobec euro. Nikt nie zastanawia się nad wadami wspólnej waluty, nie mówiąc nawet o przedstawianiu propozycji jej demontażu.

Prof. Marcin PIĄTKOWSKI: – Pomysł rozwiązania strefy euro jest irracjonalny, utopijny i w praktyce niewykonalny. Wspólnotę walutową można przyrównać do małżeństwa. Rozczłonkowanie strefy euro przypominałoby rozwód, który prawie zawsze kończy się szeregiem nieprzyjemności i zawodów. Polska i Polacy postanowili się z nią „zaręczyć”, kiedy w referendum akcesyjnym do Unii Europejskiej w 2003 roku zagłosowali „TAK”. Ta decyzja była potwierdzeniem deklaracji, że w przyszłości przyjmiemy walutę euro. Może nam się to nie podobać, ale jest to prawnie wiążąca umowa, na którą się zgodziliśmy. Oczekujemy przestrzegania prawa i traktatów przez inne państwa, a sami uważamy, że nas one nie dotyczą?

Zanim zaczniemy myśleć o rozwodzie, to powinniśmy zadać sobie pytanie, czy można ocalić małżeństwo.

Debatując nad skutkami kryzysu finansowego, koncentrujemy się prawie wyłącznie na euro. Pomijamy tym samym cały szereg zmiennych, które miały potencjalnie o wiele większy wpływ na samo zdarzenie. Podejście, w którym identyfikujemy problemy finansowe kraju czy Unii Europejskiej z euro, zamiast skupić się na nieudolności polityki finansowej, jest właśnie takim przemilczaniem faktów.

Z jakiegoś powodu nie dyskutujemy o bałaganie, do którego doprowadziła nas niewłaściwa polityka podczas kryzysu i po nim.

Istnieje wiele dobrych pomysłów na to, jak z powodzeniem naprawić euro. Alternatywą jest szkodliwy, bolesny i kontrproduktywny rozwód, który miałby tragiczne skutki dla europejskiej gospodarki, integracji europejskiej i naszej pozycji w globalnej konkurencji.

To nie euro osłabiło Europę. Spędziłem wiele lat w USA. Jest to kraj, który świetnie sobie radzi w przekonywaniu świata, że jest państwem z o wiele silniejszą gospodarką i silniejszym systemem finansowym niż Unia Europejska ze strefą euro. Jeszcze kilka lat temu dziewięciu na dziesięciu amerykańskich ekonomistów wyrażało przekonanie, że strefa euro od początku była skazana na niepowodzenie. Tak się nie stało.

W ciągu ostatnich 30 lat, a więc w okresie przed wprowadzeniem euro i po jego wprowadzeniu, PKB per capita w Unii Europejskiej rosło dokładnie w takim samym tempie jak w USA. Niemcy zwielokrotniły swoją nadwyżkę w obrotach handlowych z innymi, zwłaszcza słabszymi członkami strefy euro. Nie mają więc powodu, aby postulować dezintegrację wspólnej waluty.

Podstawową wadą unii gospodarczo-walutowej jest to, że w ramach jej struktur silne kraje stają się silniejsze, a słabsze – słabną. Nie musi tak być; można temu przeciwdziałać.

Polska musi podjąć program dużych reform strukturalnych. Z oczywistych względów nie ma obecnie jasnego powodu, dla którego Polska miałaby się spieszyć do „małżeństwa” ze strefą euro. Unia walutowa to konstrukcja delikatna. Jest daleka od ideału na wszystkich swoich obszarach. Niezbędne jest odseparowanie sektora bankowego od sektora finansów publicznych. Musimy ponadto stworzyć mechanizm łączący politykę fiskalną i socjalną; potrzebne jest także wzmocnienie środków wspierających konkurencyjność.

Euro nie jest winne problemom, którymi je obarczamy. Są one konsekwencją nieudolnej polityki wdrażanej w czasie kryzysu. Rozwiązanie nie powinno polegać na wycofywaniu się z czegoś, co tak naprawdę wcale nas jeszcze nie zawiodło, ale na pracy nad poprawą funkcjonalności.

Świat potrzebuje euro. Alternatywą na globalnym rynku walutowym jest chiński juan i amerykański dolar.

USA i Chiny to dwa kraje, które prawdopodobnie pozostaną w utrzymującym się konflikcie handlowym przez następne dekady. Czy chcemy żyć w świecie, w którym jest dwóch strategicznych konkurentów i są dwie dominujące waluty? Czy nie wolelibyśmy dbać o własną podmiotowość międzynarodową przez wspieranie silnego euro, które stałoby się bezpieczną przystanią dla globalnych inwestorów?

Z perspektywy polskiej, europejskiej i globalnej euro ma sens.

Prof. Brigitte GRANVILLE: – W ciągu ostatnich dwudziestu lat PKB per capita w Niemczech zwiększyło się o 30 proc., podczas gdy realny dochód na mieszkańca wzrósł tylko o 19 proc. We Włoszech w tym samym okresie PKB per capita spadł o 5 proc. (lub wzrósł nieznacznie w zależności od źródeł danych). Sytuacja Francji jest pod tym względem szczególnie nieoptymistyczna. Gospodarka kraju od czasu globalnego kryzysu finansowego zmalała o 2 proc. Dług publiczny i deficyt są już bardzo wysokie, podobnie jak stopa bezrobocia, zwłaszcza wśród pracowników o niskich kwalifikacjach. Ludzie są niezadowoleni. Euro obiecywało dobrobyt. Nie spełniło nadziei. Rozwój i dostatek zwiększają się tylko wśród pracowników wykwalifikowanych oraz elit, nie zwykłych ludzi.

Średnie wynagrodzenie brutto we Francji wynosi blisko 3000 euro. Natomiast w strefie euro znajduje się także Portugalia ze średnią pensją w wysokości 1154 euro. Jest ona obecnie niższa niż w Polsce, gdzie średnio zarabia się 1225 euro. Dla porównania na Słowacji, która w odróżnieniu od Polski wprowadziła euro, średni dochód wynosi zaledwie 1162 euro.

Problem z euro polega na tym, że stawiamy kraje różniące się poziomem konkurencyjności, kulturą i historią wobec jednego punktu odniesienia. Powiedzmy, że rząd danego kraju strefy euro chce uczynić politykę fiskalną narzędziem zwiększenia popytu. Nie może tego zrobić ze względu na ograniczenia, którym podlega, a w szczególności dlatego, że Niemcy stosują restrykcyjną politykę fiskalną.

Niektóre banki o globalnym zasięgu zaczęły pobierać od dużych klientów opłaty od depozytów w euro. Było to spowodowane polityką Europejskiego Banku Centralnego, który narzucił ujemne oprocentowanie depozytów. W następstwie tego zdarzenia ​​banki były zmuszone płacić EBC za przechowanie swoich pieniędzy. Mieszanka restrykcyjnej polityki fiskalnej i bardzo liberalnej polityki monetarnej ogranicza potencjał wzrostu. Niszczy także system bankowy z powodu ujemnych stóp procentowych.

EURO – WARUNEK ZWYCIĘSTWA?

Prof. Marcin PIĄTKOWSKI: – Obywatele strefy euro byli wielkimi zwycięzcami ostatnich 40 lat wzrostu w porównaniu z USA, gdzie realny dochód większości populacji prawie się nie zwiększył. W ciągu ostatnich 40 lat 90 proc. Francuzów osiągnęło większy wzrost dochodów niż 90 proc. Amerykanów!

Spadku dochodów nie można wiązać ze wspólną walutą. Analizując dane z okresu po kryzysie finansowym, trudno znaleźć w nich potwierdzenie tezy o euro jako walucie odpowiadającej za problemy, z którymi musiały się zmierzyć kraje europejskie. Prawdopodobnie przyczyną wielu z nich jest nieodpowiedzialna polityka prowadzona przed kryzysem i w jego trakcie. Polityka ta nie była wystarczająco ekspansywna finansowo po stronie fiskalnej, kiedy rynek był spragniony pieniędzy. Myślę, że wśród ekonomistów panuje zgoda co do tego, że pogłębiło to tylko recesję w krajach strefy euro. To dlatego wciąż mamy dużo do nadrobienia w stosunku do USA pod względem rozwoju gospodarczego.

Prof. Hans-Olaf HENKEL: – W Unii Europejskiej jest dziewięć krajów, które nie przyjęły euro. Z tego grona tylko rumuńska opinia publiczna opowiada się za przystąpieniem do strefy euro.

Dziewięć krajów UE z walutami narodowymi cieszyło się w ciągu ostatnich 20 lat większymi wskaźnikami wzrostu niż kraje strefy euro.

Stopa bezrobocia w Unii Europejskiej dramatycznie wzrosła w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Wspólna waluta była zbyt słaba dla niemieckiego przemysłu, który był przyzwyczajony do rewaluacji, których było aż 17 do nastania euro. Dzięki nim niemiecki przemysł był zawsze bardziej produktywny i kreatywny niż europejski. Dzisiaj zajmujemy dwunaste miejsce w UE pod względem wydajności produkcji, mimo że kiedyś byliśmy pierwsi. Przez euro nie mamy możliwości rywalizowania z innymi państwami, co osłabiło naszą konkurencyjność i produkcję.

Dla Greków, Włochów i Francuzów euro jest zbyt silne. Kiedyś te państwa mogły konkurować z Niemcami, natomiast dzisiaj mają wysoką stopę bezrobocia, zadłużenie i dług publiczny. Winny temu jest kryzys euro. Jeśli państwo chciało pozostać konkurencyjne, to w sytuacji braku możliwości przeprowadzenia reform zawsze mogło zdewaluować swoją walutę. Tymczasem taki mechanizm nie funkcjonuje w strefie euro. Wymaga się od polityków, aby ci nieustannie zmieniali kulturę ekonomiczną swoich państw, dopasowując ją do wspólnej waluty. W efekcie zamiast pieniądza realnego, którego wartość świadczy o stanie gospodarki, posiadamy wersję wirtualną, która nie odzwierciedla sytuacji żadnego kraju.

Projekt wspólnej waluty może wydawać się idealny na papierze i prezentować ambitne założenie. W praktyce defektów i konsekwencji z przyjęcia euro jest więcej niż zysków. Zastanawiam się, czy Polacy byliby zainteresowani przystąpieniem do francuskiego projektu powszechnego ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, który stał się oficjalną polityką UE. Czy chcieliby płacić na bezrobotnych we Francji z powodu przynależności do strefy euro? Wątpię. A to jest logiczna konsekwencja euro.

Stefan KAWALEC: – Polityka Europejskiego Banku Centralnego była bardzo istotna w czasie kryzysu. Instytucja zapewniła płynność sektorowi bankowemu poprzez różne niekonwencjonalne operacje refinansujące. Ponadto, co nie mniej ważne, EBC wsparł obligacje rządowe krajów znajdujących się w kryzysie oraz zadeklarował gotowość do dokonywania nieograniczonych zakupów obligacji rządów strefy euro na rynku wtórnym, jeżeli rynkowe stopy procentowe tych obligacji będą zbyt wysokie. Ta deklaracja wystarczyła, aby uspokoić inwestorów i obniżyć stopy procentowe od obligacji z zagrożonych krajów południowej Europy,

Osobną kwestią jest wpływ Europejskiego Banku Centralnego na wartość euro. Gdy w 2010 roku wybuchł kryzys w strefie euro, wielu obserwatorów wskazywało, że najskuteczniejszym sposobem poprawy sytuacji w zagrożonych krajach jest osłabienie euro. Europejscy politycy, zwłaszcza francuscy, wielokrotnie sugerowali, że konieczne jest osłabienie euro, aby pomóc krajom w kryzysie. Również prezes EBC Mario Draghi wyraził zaniepokojenie tym, że zbyt silne euro pogarsza trudną sytuację gospodarki strefy euro. Wreszcie w 2014 r. stosowanie niekonwencjonalnych instrumentów, takich jak „luzowanie ilościowe” oraz ujemne oprocentowanie depozytów banków komercyjnych, przyczyniło się do spadku wartości euro. Słabe euro w połączeniu ze spowolnioną gospodarką strefy euro spowodowało ogromne nadwyżki handlowe i nadwyżki obrotów bieżących w strefie euro.

Warto zauważyć, że w 2010 r., kiedy wybuchł kryzys w strefie euro, kraje południowe i Francja miały znaczny deficyt handlowy i deficyt obrotów bieżących, podczas gdy Niemcy miały znaczne nadwyżki. Strefa euro jako całość miała wówczas mniej więcej zrównoważony bilans handlowy i bilans rachunku bieżącego. W następnych latach deficyty w krajach południowych spadły i zmieniły się w nadwyżki w wyniku recesji i słabego euro. W międzyczasie nadwyżki niemieckie dalej rosły w wyniku osłabienia euro. W konsekwencji od 2013 r. strefa euro ma wyższe nadwyżki handlowe i na rachunku obrotów bieżących niż Chiny.

Strefa euro stała się w rzeczywistości głównym źródłem nierównowagi w gospodarce światowej.

Kwestia gigantycznej i uporczywej nadwyżki w strefie euro pozostaje w cieniu konfliktu między Chinami i USA, ale taka sytuacja jest nie do utrzymania. Jest to również bardzo niebezpieczne dla Niemiec, które generują 2/3 nadwyżki w strefy euro. Niektórzy twierdzą, że Niemcy korzystają z euro, ponieważ ma ogromną nadwyżkę handlową. Ale nadwyżka handlowa w wysokości 8 proc. PKB jest oznaką choroby. Trwała nadwyżka handlowa tej wielkości jest przejawem braku elastyczności, co czyni gospodarkę niezdolną do wykorzystania zasobów pracy przy zrównoważonych obrotach handlu zagranicznego. Stała nadwyżka handlowa oznacza, że ​​standard życia w Niemczech jest niższy, niż mógłby być, gdyby wykorzystać pełny potencjał popytu krajowego. Wreszcie – taka sytuacja naraża kraj na wysokie ryzyko, ponieważ gospodarka o znaczeniu międzynarodowym nie jest w stanie utrzymać nadwyżki eksportu w nieskończoność. Jeśli gospodarka nie może zmniejszyć tej nadwyżki w kontrolowany sposób, to wcześniej czy później nastąpi to w wyniku globalnego spowolnienia gospodarczego lub zmian w polityce partnerów handlowych. W przypadku globalnego spowolnienia niemiecka gospodarka może być uderzona znacznie mocniej niż inne kraje.

Obecnie ogromna nadwyżka handlowa naraża Niemcy na konflikty z głównymi partnerami handlowymi. Widzimy to obecnie w działaniach prezydenta USA Donalda Trumpa, który chciał nałożyć cła na niemieckie samochody. Kiedy oskarżył Niemcy o manipulację walutą, kanclerz Angela Merkel i minister finansów Wolfgang Schäuble nie powiedzieli, że nie ma problemu. Powiedzieli, że nie mają kontroli nad walutą, ponieważ euro nie jest zarządzane przez Niemcy, ale przez Europejski Bank Centralny. Gdyby Niemcy miały swoją własną walutę, mogłyby mieć znacznie lepszą kontrolę nad swoim bilansem handlowym i mogłyby nadal rozwijać się bardzo dobrze, jak miało to miejsce w przeszłości. Spójrzmy na Polskę. Nasz kurs walutowy jest elastyczny i pozostaje dość stabilny, nasza gospodarka rośnie, eksport rośnie – przy zdrowym bilansie handlowym, bez nadmiernych nadwyżek. Nasze stosunki handlowe z Niemcami są bardzo dobre. Handel przeżywa boom, a każdy z dwóch krajów twierdzi, że ma nadwyżkę handlową z drugim. Obie strony są zadowolone z tej współpracy.

PRZYSZŁOŚĆ WSPÓLNEJ WALUTY

Piotr ARAK: – Czy euro przetrwa i jaka jest przyszła strategia dla wspólnej waluty? Jeśli euro przetrwa następne kilka lat, to sprawy pójdą utartym, dotychczasowym torem? Czy będziemy świadkami pogłębienia współpracy krajów strefy euro, czy może będziemy mieli dwie strefy euro?

Prof. Brigitte GRANVILLE: – Interwencje Europejskiego Banku Centralnego spowolniły europejską gospodarkę. Strefa euro rozwija się wolniej niż cała Unia Europejska. Obietnice prezentowane przez EBC wyhamowały popyt wewnętrzny, który dotąd napędzał wzrost gospodarczy.

Po wprowadzeniu euro Niemcy przeprowadziły reformy, których kulminacją był pakiet Hartz IV, wdrożony w 2003 r. Doprowadziły one do naruszenia celu inflacyjnego EBC, wyrażonego w kryteriach konwergencji na poziomie 2 proc., i depresji płac. Niemcy samowolnie ustaliły swój cel polityki finansowej, ukierunkowany na osiągnięcie deflacji. Były pod tym względem całkowicie niezależne. Zarówno Europejski Bank Centralny, jak i inne organy UE nie były w stanie zareagować na tę decyzję.

Komisja Europejska jest upoważniona do uruchomienia Procedury Nierównowagi Makroekonomicznej (MIP), ale nie skorzystała dotąd z tego prawa.

Przyszłość unii walutowej jest nieznana. Wiemy z historii, że polityka stałych kursów walutowych dotąd kończyła się kryzysami, a to właśnie takie działania są prowadzone przez EBC. Przeciwstawne siły ekonomiczne w strefie monetarnej o stałym kursie walutowym determinują czas życia waluty. Europejska unia gospodarczo-walutowa będzie miała prawdopodobnie znacznie krótszy żywot niż Łacińska Unia Monetarna (1865–1927), która opierała się na franku w złocie.

Na horyzoncie czai się ogromny kryzys finansowy. Będzie to rodzaj eksplozji, która przyspieszy koniec strefy euro. Bardzo wątpię, czy wspólna waluta będzie funkcjonować tak jak dotychczas przez następne dziesięć lat. Pytanie o przyszłość wymaga odpowiedzi na temat obiektywnej funkcji euro oraz o historię i tego, czego ona nas nauczyła. Nie może być unii monetarnej bez unii politycznej.

Prof. Marcin PIĄTKOWSKI: – W przeciwieństwie do radzieckiego rubla strefa euro jest projektem politycznym, kulturowym i cywilizacyjnym. Jest ona wynikiem racjonalnej logiki integracyjnej i jej kolejnych etapów. Stworzyliśmy euro, ponieważ czuliśmy, że potrzebujemy projektu, który wzmocni nasze europejskie poczucie tożsamości, który nas ściślej zintegruje, zbliżając nas do ideału Stanów Zjednoczonych Europy.

Strefa euro mogła być lepiej zaprojektowana, ale ten etap jest już za nami. Teraz musimy zadbać o jej poprawne funkcjonowanie. Czy naprawdę rozwiązaniem jest powrót do starych narodowych walut? Do guldenów, peset i drachm? Nie sądzę, żeby dezintegracja była dobrym pomysłem.

Polska nie musi spieszyć się do strefy euro. W ciągu ostatnich 30 lat staliśmy się czempionem wzrostu w Europie – po raz pierwszy w naszej 1000-letniej historii. Dokonaliśmy tego bez euro, co jednak nie oznacza, że euro jest złym pomysłem.

Wspólna waluta ma wiele zalet: zmniejsza niepewność walutową poprzez wyeliminowanie kosztów transakcyjnych i obniżenie kosztów finansowania. Dodatkową korzyścią płynącą z przystąpienia do euro, która zwykle nie przebija się w debacie publicznej, jest to, że paradoksalnie Polska może podjąć decyzję o przyjęciu euro, gdy zabraknie jej przestrzeni fiskalnej. Przyjęcie przez Polskę euro w sposób nagły sprawiłoby, że 120 mld dolarów rezerw walutowych, przechowywanych przez Narodowy Bank Polski, stałoby się zbędne. Nie musielibyśmy bronić polskiej waluty, więc nie potrzebowalibyśmy rezerw.

Po wejściu do strefy euro Polska prawdopodobnie będzie potrzebowała około 20 mld dolarów tytułem wkładu do Europejskiego Banku Centralnego. Natomiast pozostałe 100 mld dolarów mogłoby zostać przeznaczone na spłatę długu publicznego. To prawie 20 proc. polskiego PKB!

W takim scenariuszu dług publiczny Polski spadłby z około 50 proc. do zaledwie 30 proc. PKB. Otworzyłoby to nowe przestrzenie fiskalne, których Polska będzie na pewno potrzebowała w przyszłości. Na razie możemy obserwować, jak potoczą się losy strefy euro. Nie jesteśmy gotowi, aby do niej przystąpić, a ona nie jest gotowa, by nas przyjąć.

Jakkolwiek ekonomiści lubią mówić o euro, prawda jest taka, że ​​w dłuższej perspektywie nie ma ono większego znaczenia. To, czy ​​kraje rozwijają się, czy tkwią w ubóstwie, nie zależy od tego, czy mają tę, czy inną walutę. Dla Polski liczą się trzy kluczowe „I”: Instytucje, Innowacje i Imigracja. Po pierwsze, Polska musi nadal przyswajać zachodnie instytucje, ponieważ to im zawdzięcza swój bezprecedensowy sukces w ciągu ostatnich 30 lat. W dalszym ciągu będą miały one kluczowe znaczenie dla jej długoterminowego rozwoju. Po drugie, Polska musi otworzyć się na imigrację, ponieważ przyrost naturalny nie wystarczy, aby utrzymać szybkie tempo rozwoju gospodarczego. Po trzecie, aby się rozwijać, Polska będzie musiała przeskoczyć od imitacji do innowacji. Przez następne dziesięciolecia to te trzy czynniki, a nie euro, będą decydowały o przyszłości Polski. Euro prawdopodobnie zadecyduje o tym, czy w perspektywie długoterminowej będziemy mieli 2,5 proc., czy 2,6 proc. wzrostu.

Prof. Hans-Olaf HENKEL: – Jeśli Polska znajdzie się w sytuacji kryzysu finansowego, nie będzie miała możliwości wejścia do strefy euro. Inni członkowie strefy euro po prostu się na to nie zgodzą. Warto przypomnieć, że Grecja, Włochy i Hiszpania weszły do ​​strefy euro, deklarując, że przeprowadziły wszystkie niezbędne reformy i że nie zrobią nic, co mogłoby doprowadzić do kryzysu finansowego. Tymczasem zaraz po wejściu wróciły do swoich starych (i szkodliwych dla wspólnej waluty) nawyków.

Przypisywanie zysków jednej walucie jest zabiegiem teoretycznym, w praktyce zupełnie nieobecnym! Będąc prezesem IBM na region Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, posługiwałem się różnymi walutami. Nigdy nie potrzebowałem jednej. Podobnie: czy ktokolwiek kiedyś uznał, że warto zmienić japońską walutę tylko dlatego, że jen nie ma takiej samej siły nabywczej jak dolar amerykański?

Nie ma argumentów na obronę euro. Ostatnią linią oporu euroentuzjastów, którzy za wszelką cenę próbują podtrzymać istnienie wspólnej waluty, jest odwoływanie się do projektu europejskiego i pokoju: „Potrzebujemy euro dla pokoju!”. Od siedemdziesięciu lat pomiędzy krajami Unii Europejskiej nie doszło do wojny. I nie jest to zasługą euro, które istnieje od 20 lat! Przecież to nie z powodu braku wspólnej waluty Niemcy zaatakowały Polskę i Wielką Brytanię podczas II wojny światowej. I nie z powodu funta brytyjskiego Niemcy bombardowali Coventry. Pokój w Europie zawdzięczamy demokracji; żadna europejska demokracja nigdy nie zaatakowała innej demokracji. I to musimy utrzymać.

Euro rozbiło poczucie wspólnoty w Europie. W 2010 roku Niemcy były najbardziej lubianym przez Greków krajem, a dzisiaj są najbardziej znienawidzonym. Powodem jest euro.

Plany ratunkowe dla Grecji, Portugalii i Hiszpanii, które kosztowały Niemcy 120 mld euro, uczyniły z Angeli Merkel symbol superwierzyciela Europy. Jeśli mały przedsiębiorca w Polsce zwraca się do swojego banku o kredyt na maszynę, a zamiast tego kupuje Alfa Romeo, Ferrari lub Mercedesa, to bank, który udzielił mu pożyczki, chce odzyskać swoje pieniądze.

Przez lata byliśmy świadkami tego, jak Niemcy stale pouczały inne kraje. Grekom każą prywatyzować majątek narodowy, chociaż o prywatyzacji swojego nigdy by nie pomyśleli. Francji wytykają przerost administracji publicznej, a Włochom nadmierne zadłużenie. Nieustannie udzielamy lekcji pozostałym krajom, jakbyśmy to my rządzili unią walutową. Takie postępowanie może doprowadzić jedynie do utraty zaufania i sympatii, a nawet rozwoju wrogości.

Politycy zrobią wszystko, co mogą, aby utrzymać euro. Byłoby to wyjście warunkowo akceptowalne, gdyby różnice w produktywności między Niemcami, Francją, Austrią, Włochami i Grecją zmalały. Chociaż Hiszpania i Portugalia są na dobrej drodze ku temu, to Grecja i Włochy nie! Z żalem patrzę na brexit, bo tracimy ostatniego czempiona produktywności, subsydiarności i odpowiedzialności w Europie.

Stefan KAWALEC: – To prawda, że istnienie różnych walut powoduje napięcia i koszty. Euro miało być właśnie odpowiedzią na bolączki związane z istnieniem różnych walut narodowych w Europie. Jednakże wspólna waluta europejska stała się źródłem problemów znacznie poważniejszych i groźniejszych niż te, które usunęła. To podobnie jak z gospodarką socjalistyczną, która powstała w odpowiedzi na rzeczywiste problemy gospodarki kapitalistycznej. Jednak lekarstwo okazało się gorsze od choroby. Gospodarka socjalistyczna, choć niefunkcjonalna ekonomicznie, to ze względu na umocowanie polityczne przetrwała dziesięciolecia, ale ostatecznie załamała się niemal wszędzie na świecie.

Unia Europejska umiała radzić sobie z problemami różnych walut, ale może nie sprostać wyzwaniom, przed którymi stawia ją wspólny pieniądz.

Uważam, że bardzo pouczający jest przykład krajów nordyckich. Jest ich pięć: Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia i Islandia. Tylko trzy pierwsze są członkami Unii Europejskiej, ale wszystkie należą do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Kraje nordyckie są od dawna zintegrowane: od pół wieku korzystają z dobrodziejstw wewnętrznego wspólnego rynku, swobodnego przepływu osób i towarów oraz zniesienia granic wewnętrznych (jak w strefie Schengen). Rozumieją, czym jest unia monetarna, bo przez kilkadziesiąt lat – do pierwszej wojny światowej – funkcjonowała Skandynawska Unia Walutowa. Obecnie jednak te pięć krajów ma pięć różnych walut. Do strefy euro należy tylko Finlandia, która w ostatniej dekadzie miała najgorsze wyniki gospodarcze ze wszystkich państw nordyckich. Dania korzysta z klauzuli opt-out, więc formalnie nie jest zobowiązana do przystąpienia do strefy euro. Szwecja nie posiada klauzuli opt-out, a więc jej prawna sytuacja dotycząca członkostwa w strefie euro jest taka sama jak w przypadku Polski. Kraje nordyckie nadal mają ambicję bycia najbardziej zintegrowanym regionem na świecie. Ich plany nie uwzględniają jednak integracji monetarnej! Są to państwa zamożne, nowoczesne i dobrze zarządzane. Obywatele krajów nordyckich są uważani za racjonalnych i pragmatycznych. W swoich decyzjach ekonomicznych wydają się bardziej pragmatyczni niż my w Polsce, gdyż u nas nierzadko polityczne emocje przeważają nad zdrowym rozsądkiem. Szwecja i Dania przeprowadziły referenda, w których obywatele wypowiedzieli się przeciwko przyjęciu euro. I nic nie zapowiada rewizji tych decyzji. Kraje nordyckie nie potrzebują wspólnej waluty do tego, aby się pomyślnie rozwijać, i mam nadzieję, że Polska również będzie świetnie się rozwijać bez euro.

Debata została przeprowadzona przez Polski Instytut Ekonomiczny podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2019 w Katowicach.

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam