
Proaktywna polityka międzynarodowa Pałacu Prezydenckiego jako alternatywa wobec postawy zachowawczej
Proaktywna polityka międzynarodowa nie oznacza radykalizmu ani ryzyka militarnego. Oznacza zdolność do definiowania sytuacji zamiast reagowania, do wykorzystywania momentów, budowania pozycji poprzez obecność i komunikację – pisze Filip STYCZYŃSKI
.Niniejszy tekst stanowi analizę polityki międzynarodowej prezydenta Karola Nawrockiego oraz wskazuje potencjalne kierunki jej korekty ze szczególnym uwzględnieniem relacji transatlantyckich.
Punktem wyjścia jest postulat zdecydowanego definiowania roli Polski w procesach globalnych przy jednoczesnym wykorzystywaniu sprzyjających impulsów zewnętrznych do osiągania celów wewnętrznych.
Na potrzeby etykiet i myślenia prostego – jest to również tekst proamerykański. Jednak nie ze względu na taktyczne prowizorium dyktowane amerykańską hegemonią, lecz z przekonania, że Waszyngton pozostaje filarem cywilizacji zachodniej. W tym sensie postawa ta jest równie „proamerykańska”, jak „prorzymska”, „proateńska” czy „projerozolimska” – odwołuje się do ciągłości cywilizacyjnej, a nie wyłącznie do bieżącej koniunktury geopolitycznej.
Niezależnie od charakterystyki tej cywilizacji w wykonaniu amerykańskim dzisiejsza Europa też jest jej częścią. Głównie ze względu na to, że jej „samobójstwo” w formie dwóch wojen światowych i antycywilizacyjnych koszmarów germanizmu i komunizmu zostało zatrzymane amerykańskimi karabinami i bombą atomową. Ten stan rzeczy trwa od 1945 roku i obejmuje również dominację kulturową.
Polska jako część tej cywilizacji dąży do pełnego uczestnictwa w jej strukturach. Warunkiem koniecznym jest jednak zachowanie suwerenności, szczególnie w zakresie doboru sojuszy i strategicznych punktów odniesienia.
Obecnie suwerenność ta podlega erozji. Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta spowolnił ten proces i stworzył warunki do jego odwrócenia, jednak nie doprowadził do jego zatrzymania.
Kompetencje ustrojowe prezydenta są ograniczone, lecz istnieje szeroki katalog działań pośrednich, które mogą wzmocnić jego pozycję oraz pozycję szerzej rozumianego obozu niepodległościowego. W niniejszym tekście uwaga koncentruje się na niewykorzystanych działaniach. Komentarz do każdego z nich jest zakończony myślą strategiczną przypisaną do proponowanych rozwiązań.
Uwarunkowania strukturalne
.Polska jako średniej wielkości kraj położony pomiędzy dwoma mocarstwami, nieposiadający znacznych zasobów naturalnych, przemysłu i zakumulowanego kapitału, powinna swoje bezpieczeństwo osadzać w szerszym kontekście międzynarodowym.
NATO i Unia Europejska pełnią tę funkcję, lecz nie są strukturami statycznymi – ich charakter uległ istotnym zmianom od momentu akcesji Polski. Dołączenie do obu wiązało się z wykonaniem przez Polaków tytanicznej pracy.
Dzisiaj, kiedy rosyjski imperializm zagraża raz jeszcze polskiej egzystencji, a nowa oś sił totalitarnych pod przywództwem Pekinu i Moskwy rzuca rękawicę cywilizacji zachodniej, podobna tytaniczna praca powinna zostać wykonana w polskiej polityce międzynarodowej.
I chociaż nie ma konkretnych instytucji, z wyjątkiem Board of Peace, do których moglibyśmy dołączyć, chcąc umocnić swoją pozycję, to są pewne procesy, w których musimy wziąć udział, jeżeli mamy rzeczywiste ambicje dołączenia do drugiej ligi państw rozgrywających – na równi np. z Turcją czy Niemcami.
Perspektywa amerykańska
.Wbrew mgle informacyjnej przyjmijmy robocze założenie, że Stany Zjednoczone obecnie realizują strategię zmierzającą nie tylko do utrzymania ich pozycji globalnej, ale również do totalnej dominacji. Jej centralnym punktem pozostaje rywalizacja z Chinami, która przybiera formę zimnej wojny, a Komunistyczna Partia Chin prowadzi wobec USA agresywne działania hybrydowe o niespotykanej skali.
Wykorzystywane narzędzia obejmują m.in. nielegalny przerzut wyszkolonych dywersantów na teren USA, finansowanie najbardziej radykalnych antypaństwowych ruchów politycznych, infiltrację i wrogie przejęcia najważniejszych instytucji międzynarodowych, jak ONZ i WHO, manipulację nastrojami młodych Amerykanów poprzez media społecznościowe, uśmiercanie setek tysięcy ludzi fentanylem.
Amerykańska koncentracja całego systemu bezpieczeństwa zaczęła przesuwać się na Indo-Pacyfik i pozostaje priorytetem każdej administracji przynajmniej od zakończenia okupacji Iraku w 2011 roku. W Waszyngtonie w trakcie jednej z rozmów usłyszałem: „We are on a virtual war with China”. Co to znaczy „virtual”? W tym wypadku nie mówimy o czymś wirtualnym w sensie komputerowym albo o czymś na niby, lecz raczej o czymś, co należy tłumaczyć jako „de facto”. Jeżeli Ameryka jest rzeczywiście na wojnie, to co to oznacza w praktyce?
Amerykańska doktryna wojenna każe nie wchodzić w konflikty zbrojne, dopóki nie jest to absolutnie konieczne. Za ilustrację może posłużyć Pearl Harbor. Jednak doktryna dotyczy „major threats”, które mogą być osłabione wojnami zastępczymi, tak jak w przypadku zimnowojennych konfliktów chociażby w Korei, Wietnamie, Kongu, na Kubie czy w Afganistanie, a do pewnego stopnia dzisiaj na Ukrainie.
Otwartego konfliktu należy uniknąć za wszelką cenę, bo strata Los Angeles, San Francisco i Seattle nie jest wymianą, na którą Waszyngton może sobie pozwolić nawet za cenę wiktorii nad KPCh. Więc jaką drogę wybiera USA pod przywództwem Trumpa? Drogę deeskalacji przez agresywną eskalację. Jest to próba zarządzania ryzykiem globalnej konfrontacji przy jednoczesnym osłabianiu przeciwników.
Koniec Dugina
.Koncepcja wielobiegunowego świata, lansowana głównie przez rosyjskiego filozofa Aleksandra Dugina, a politycznie implementowana przez Władimira Putina i Xi Jinpinga, upadła.
Kluczowi sojusznicy Rosji i Chin zostali technicznie unieszkodliwieni. Wenezuela znajduje się pod kompletną kontrolą polityczną i ekonomiczną USA, po zakończeniu operacji „Epic Fury” ten sam los czeka Iran. Rosja została zmuszona do wycofania większości swoich sił z Syrii. Komunistyczna Kuba, jako upadłe państwo, również wkrótce znajdzie się w strefie wpływów amerykańskich, co jest jednym z kluczowych elementów nowej doktryny „Greater North America”, zakładającej całkowitą kontrolę USA nad terytorium od Grenlandii do Kanału Panamskiego.
Ameryka, która miała nie być w stanie chronić swoich interesów na całym świecie, nie tylko właśnie to robi, ale również zwiększa stan posiadania. W tym samym czasie dochodzi do zdemaskowania realnych możliwości Moskwy i Pekinu w projekcji siły poza rejonem ich granic i państw okalających. Okazało się, że takich możliwości po prostu nie mają. Żaden ze wspieranych reżimów nie otrzymał wsparcia militarnego ani finansowego. Pozostały tylko wezwania do przestrzegania prawa międzynarodowego, co podkreśla upokorzenie tych reżimów, opartych na łamaniu prawa i przemocy wobec własnych obywateli.
Wisienką na torcie pozostaje procedowany przez Tajwan rekordowy kontrakt zbrojeniowy z USA, opiewający na kwotę 11 mld dolarów.
Europa i jej ograniczenia
.Stany Zjednoczone stopniowo ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, co było zapowiadane od lat. Nie oznacza to jednak porzucenia kontynentu, lecz zmianę oczekiwań – Europa ma być silniejsza i bardziej samodzielna.
Jednak jak wyłożył to Marco Rubio na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, kwestie bezpieczeństwa muszą być oparte na konserwatywnym konsensusie ideologicznym. W jego ramach przyjmujemy jako punkt odniesienia wspólne dziedzictwo chrześcijańskie i odchodzimy od niekontrolowanych procesów migracyjnych. W przypadku negatywnej odpowiedzi Europy na te wezwania Ameryka „nie zamierza uczestniczyć w jej upadku”.
Waszyngton nie kieruje się tutaj wyłącznie względami historycznymi i sentymentem, ale przede wszystkim swoim bezpieczeństwem narodowym.
Niekontrolowana migracja z krajów Trzeciego Świata, w szczególności muzułmańskich, zmienia demografię, ale również perspektywy polityczne dla Starego Kontynentu.
Wizja kreślona przez Michela Houellebecqa w Uległości okazuje się prawdziwym bólem głowy dla planistów w think tankach i Pentagonie, ponieważ dostanie się francuskiego i brytyjskiego arsenału nuklearnego w ręce islamistów nie jest optymistycznym scenariuszem, a przy tym wcale nie tak niedorzecznym, biorąc pod uwagę zeszłoroczny raport Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Francji Frères musulmans et islamisme politique en France. Raport dotyczy infiltracji kluczowych instytucji przez Bractwo Muzułmańskie w celu implementacji prawa szariatu na terenie Francji.
Do tego dochodzi wykarmienie przez Niemców putinowskiej Rosji i zignorowanie wszystkich ostrzeżeń, na czele z przemówieniem Trumpa w 2016 roku, kiedy niemieccy dyplomaci śmiali się, gdy mówił on o uzależnianiu się Europy od rosyjskiego gazu i płynących wraz z nim zagrożeń.
Polska – znaczenie realne i wyobrażone
.Zacznijmy od kilku prawd. Po pierwsze, nasz rejon wcale nie jest aż tak kluczowym geopolitycznym punktem, jak się przyjęło sądzić nad Wisłą. I jest na tyle strategiczny, na ile go takim uczynimy albo ktoś go takim uczyni za nas.
Po drugie, Stany Zjednoczone świetnie sobie radziły przez 200 lat, kiedy Polski na mapach nie było albo gdy przechodziły przez nią kolejne hekatomby. Przekonanie o KLUCZOWYM znaczeniu Polski jest po prostu błędne.
Z drugiej strony Polska jest jednoznacznie ważna. I ta ważność wykroczyła daleko poza sferę deklaratywną. Wykroczyła również daleko poza nasze własne wysiłki i ambicje. Polska jako modelowy sojusznik, ale również jako demokracja i forteca konserwatywnych wartości utrwaliła się w umysłach wielu amerykańskich wpływowych dziennikarzy, urzędników, ekspertów itd.
To stąd wzięło się bezprecedensowe poparcie Donalda Trumpa dla Karola Nawrockiego w trakcie polskiej kampanii prezydenckiej w 2024 r. Jednak takie poparcie to nie tylko wskazanie preferencji politycznych – to również sygnał przesuwania „center of gravity” z Berlina do Warszawy. Potwierdzeniem tej tezy jest wspólne oświadczenie Polski i Stanów Zjednoczonych z 30 kwietnia 2026 r. o partnerstwie strategicznym i wskazaniu Polski jako nowego hubu energetycznego w Europie.
Poniżej przedstawię niektóre minione szanse na wzmocnienie pozycji międzynarodowej Polski i wewnętrznej pozycji prezydenta w ramach proaktywnej dyplomacji.
Memoriał Charliego Kirka
.Morderstwo Charliego Kirka było dla Ameryki prawdziwym wstrząsem i momentem zwrotnym. To, co w Europie mogło być odebrane jako kolejna „amerykańska strzelanina”, dla Amerykanów było metafizycznym zderzeniem dobra ze złem.
Był to wyjątkowy czas, który nad Wisłą został zrozumiany całkowicie na opak. Gros komentarzy koncentrowało się na obcym kulturowo memoriale upamiętniającym Kirka.
Wszystkie fajerwerki towarzyszące wydarzeniu zostały odebrane jako kiczowate i dziwne. W większości komentarzy kompletnie pomijano przemówienia najsilniejszych ludzi w państwie, przedstawiające obecny kurs ideologiczny USA, który najkrócej można nazwać kontrrewolucyjnym.
W tym czasie w Ameryce z oficjalną wizytą przebywał prezydent Nawrocki. Kiedy cała Ameryka była poruszona najbardziej dramatycznym morderstwem politycznym od czasów Johna Kennedy’ego, prezydent Nawrocki zamiast pojawić się na memoriale, wybrał wizytę w „amerykańskiej Częstochowie”.
To bardzo ważne miejsce dla amerykańskiej Polonii, element tożsamościowy o wymiernym wymiarze politycznym. Jednak jest to element stały, który zawsze na prezydenta będzie czekać. Natomiast upamiętnienie najważniejszego konserwatywnego aktywisty, który w wieku 32 stracił życie z rąk lewicowego zamachowca, się nie powtórzy.
Karol Nawrocki miał szansę utrwalić swoją pozycję i wizerunek w USA nie tylko jako europejski sojusznik, ale także jako sojusznik w walce z neomarksistowskim złem, na które Polska przecież też jest ciągle wystawiona. Dałoby to niesamowitą ekspozycję polskiemu prezydentowi i Polsce w definiującym momencie dla amerykańskiej historii. Tego rodzaju gesty wykraczają daleko poza regularną dyplomację i tworzą kanały niezbędne do kreowania twardej polityki w przyszłości. To momenty życia i śmierci, po których ludzie myślą: „Jesteś jednym z nas”.
Moment dziwnie przegapiony, a szkoda, bo prezydent Polski ze względu nie tylko na pełniony urząd, ale przede wszystkim na historię własną jest do tego predysponowany. Podobnie jak do uczestnictwa w innych wydarzeniach, które omówimy. Myśl strategiczna: prawdziwe sojusze buduje się w momentach emocji, nie procedur.
Grenlandia
.Z końcem roku 2025 wybucha kolejny kontrolowany skandal. Donald Trump domaga się oddania Grenlandii pod jurysdykcję USA. Grozi, że w przypadku próby blokowania USA mogą użyć swojej siły militarnej do zdobycia wyspy. Europa wpada w moralną histerię, ignorując argumenty USA. Wszystkie europejskie mechanizmy propagandowe ponownie rysują Trumpa jako niebezpiecznego szaleńca.
Ostatecznie powstaje francusko-niemiecko-duńska ekspedycja na Grenlandię w celu zabezpieczenia jej przed ewentualną agresją ze strony USA. Ekspedycja kończy się w ciągu 48 godzin.
Co robi w tym czasie Polska? Według doniesień medialnych Donald Tusk namawiał ministra Kosiniaka-Kamysza, żeby włączyć się w tę ekspedycję, czemu ten drugi miał się zdecydowanie sprzeciwić.
W tym czasie Karol Nawrocki studził emocje: „Odpowiedzialność za bezpieczeństwo w zasadniczej mierze bierze Sojusz Północnoatlantycki na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Te głosy o strategicznym znaczeniu Grenlandii są bardzo ważne i wierzę, że rozstrzygnie się to na drodze dojrzałej dyplomacji wolnych narodów”.
To bardzo dyplomatyczna wypowiedź, uwzględniająca jednocześnie prawdę o amerykańskich obawach i europejskich zastrzeżeniach. Jednak w żaden sposób nie pozycjonuje ona Polski jako możliwej siły w całym procesie.
Jak ta sama wypowiedź mogłaby brzmieć w proaktywnym wydaniu?
„Grenlandia znajduje się pod ciągłą presją militarną ze strony Rosji i Chin, a najkrótsza trasa rosyjskich pocisków nuklearnych do Waszyngtonu i Nowego Jorku prowadzi przez jej terytorium. Polska jako modelowy sojusznik USA i Danii w obrębie Unii Europejskiej oraz NATO może i powinna odegrać rolę w ustabilizowaniu tej sytuacji, ponieważ jest to również kwestia naszego bezpieczeństwa; nie chcemy rosyjskiej dominacji ani na Bałtyku, ani na Morzu Północnym czy gdziekolwiek indziej”.
Byłoby to dwutorowe działanie – sygnał zrozumienia wobec osamotnionego Waszyngtonu oraz wzmocnienie wewnętrznego przekonania o tym, że polska prawica jest gotowa odgrywać aktywną rolę w sojuszu, podczas gdy Platforma jest siłą blokującą.
Ostatecznie histeria wokół Grenlandii zakończyła się uzyskaniem przez Trumpa zapewnienia przez Marka Ruttego i prezydent Danii, że Ameryka otrzyma de facto kontrolę nad Grenlandią. Pochodną tej awantury było ogłoszenie europejskich manewrów wokół wyspy i planów mających zwiększyć bezpieczeństwo w regionie. Jednak amerykańska strategia nie zamierzała przerwać suspensu. W tym samym czasie w Davos ogłoszono powołanie Board of Peace – instytucji mającej zająć się w pierwszej kolejności planem naprawczym dla zrujnowanej Gazy. Myśl strategiczna: nie komentuj wydarzeń, bądź ich uczestnikiem.
Board of Peace
.W praktyce jest to próba powołania nowej instytucji międzynarodowej, mającej docelowo zastąpić ONZ, które jak to określił Garri Kasparow, stało się „wybiegiem dla dyktatorów”.
Prezydent Nawrocki został zaproszony do dołączenia do tego ciała bezpośrednio przez prezydenta Trumpa.
Sytuacja prezydenta Nawrockiego była trudna, ponieważ jako prezydent nie może podjąć takiej decyzji samodzielnie. I to był komunikat, który usłyszeliśmy.
Podążały za tym informacje na temat ponadpartyjnego porozumienia z premierem Tuskiem. Jak powinniśmy rozumieć, miało to sygnalizować dojrzałość i powagę prezydenta.
Pomimo bezpośredniego zaproszenia na inaugurację Board of Peace prezydent się na niej nie pojawił i wysłał na nią swojego ministra spraw międzynarodowych Marcina Przydacza. I chociaż jego funkcja urzędnicza w Polsce jest wysoka, to w gremium głów państw już takiego statusu nie ma. Nieobecność prezydenta rzucała się w oczy tym bardziej, że Rumunia o statusie takim samym jak Polska, czyli nie członka, lecz obserwatora, była reprezentowana przez prezydenta.
Co ciekawe, Nicușor Dan, polityk bliski liberalnym elitom Paryża i Berlina, zaproponował pomoc humanitarną dla Gazy ze strony Rumunii. W ten sposób pokazał się jako konstruktywny partner dla Ameryki w kreowaniu polityki międzynarodowej.
Co kosztowałoby prezydenta Nawrockiego podobne wystąpienie? Nic. Czy propozycja pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków spotkałaby się z sabotażem ze strony Tuska? A może Grzegorza Brauna? Nie. Wręcz przeciwnie. Obaj panowie byliby postawieni w trudnej sytuacji, w której proaktywna postawa Nawrockiego nie tylko świadczyłaby o jego skuteczności, ale również o tym, że żaden z nich na wykazanie się taką skutecznością nie miałby nawet okazji. I jeszcze w tym wszystkim można by się wspomóc w treści narracyjnej faktem, że Polska jako jedyne państwo w UE nieprzerwanie uznaje państwo palestyńskie. Myśl strategiczna: obecność przy stole decyzyjnym jest ważniejsza niż formalne kompetencje.
Maduro
.Dnia 2 stycznia o 22.46 czasu waszyngtońskiego Donald Trump wydał rozkaz rozpoczęcia akcji „Absolute Resolve” – ataku na cele wojskowe w Wenezueli i pojmania komunistycznego dyktatora Nicolasa Maduro. O godzinie 4.21 następnego dnia Trump oświadczył, że Nicolas Maduro został ujęty i przebywa poza granicami swojego kraju. Amerykanie przeprowadzili precyzyjne ataki wymierzone głównie w bazy wojskowe, radary, systemy rakietowe i przeciwlotnicze. Rosyjskie i chińskie systemy obrony okazały się całkowicie nieskuteczne wobec amerykańskiej technologii. Cała akcja trwała kilka godzin i zakończyła się bez strat własnych.
Pierwsze reakcje państw Unii Europejskiej były albo negatywne, albo zachowawcze.
Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Noel Barrot stwierdził, że interwencja militarna w Wenezueli i schwytanie Nicolasa Maduro to naruszenie prawa międzynarodowego. Premier Hiszpanii Pedro Sanchez z kolei powiedział, że był to „straszny i bardzo niebezpieczny precedens”, dodając, że „było to w oczywisty sposób nielegalne i złamało prawo międzynarodowe”.
Była to wymarzona sytuacja do zabrania głosu przez prezydenta Nawrockiego, który w końcu jest zdeklarowanym antykomunistą. Zajęcie jednoznacznego stanowiska i gratulacje dla Amerykanów byłyby nie tylko wyrazem naszej moralnej postawy, ale również fundamentem pod budowanie przyszłych relacji z wolną Wenezuelą.
Tutaj należy podkreślić, że Wenezuela nie jest jakimś krajem Trzeciego Świata, ale zachodnim, chrześcijańskim państwem, które miało nieszczęście dostać się pod władanie komunistów wspieranych przez Rosję i Chiny.
Dlatego też ewentualne gratulacje pod adresem Waszyngtonu i Delta Force powinny być połączone z życzeniami dla narodu wenezuelskiego.
Polska jako success story kraju doświadczonego komunistyczną okupacją, który dzisiaj jest w G20, powinna ustami prezydenta wyrazić pełną solidarność. W przyszłości mogłoby to otworzyć drogę do preferencyjnych warunków dla polskiego biznesu i uzupełnienia naszej dywersyfikacji energetycznej.
W tym wypadku brak reakcji kosztował nas oddanie podium Niemcom. Friedrich Merz, choć wciąż zachowawczo, zaraz po konferencji Trumpa powiedział: „Nicolás Maduro has led his country into ruin. The most recent election was rigged. Like many other countries, we have therefore not recognized his presidency. Maduro has played a problematic role in the region”. Myśl strategiczna: milczenie w polityce międzynarodowej jest przejawem słabości.
Jimmy Lai a sprawa polska
Dnia 9 lutego 2026 r. komunistyczne Chiny skazały na 20 lat więzienia Jimmy’ego Laia, potentata medialnego z Hongkongu i bojownika o wolność.
Jimmy Lai był wydawcą „Apple Daily”, największej niezależnej i najdłużej wydawanej (1995–2021) gazety w Hongkongu, która była krytyczna wobec rządu w Pekinie. Jimmy Lai pomimo podwójnego obywatelstwa (jak wielu Hongkończyków, miał też paszport brytyjski) postanowił pozostać w Hongkongu i stanąć przed upolitycznionym sądem w ustawionym procesie. Jak sam wielokrotnie podkreślał, główną inspiracją w walce o wolność pozostawał dla niego Jan Paweł II, a swoją nieustępliwą postawę czerpał ze swojej głębokiej wiary katolickiej.
Ponownie – była to okazja do pokazania różnicy pomiędzy konformistycznym rządem Tuska a antykomunistycznym, katolickim i odważnym obozem niepodległościowym.
Trochę wcześniej w rejonie Indo-Pacyfiku doszło też do innego incydentu, w trakcie którego można było okazać solidarność z prześladowanymi przez komunistów. Zdarzyło się to podczas największych jak dotąd chińskich manewrów wokół Tajwanu. Na oficjalną reakcję i potępienie tej prowokacji zdecydowały się m.in. Włochy, Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Kraje, które zresztą są dużo bardziej uzależnione gospodarczo od Chin niż Polska.
Z jakichś względów w Polsce pomimo deklarowanych ambicji nie angażujemy się tam, gdzie angażują się Niemcy i reszta starej Europy, niejako oddając te obszary walkowerem.
Tutaj należy podkreślić, że wsparcie dla Tajwanu w większości wypadków nie płynie z pobudek moralnych, lecz twardych interesów. To bezpieczeństwo technologiczne, łańcuchy dostaw, ale również zabezpieczenie wpływów politycznych na wypadek zmiany układu sił na Indo-Pacyfiku i możliwego upadku komunistów w Chinach.
W tym kontekście szczególnie boli brak polskiego udziału w Pax Silica – nowym ciele pod przywództwem USA, kształtującym rzeczywistość bezpieczeństwa łańcuchów dostaw i chipów na kolejne dekady. Pierwszym partnerem europejskim została Szwecja, Polska nie jest nawet obserwatorem. Pax Silica to instytucja, która realnie będzie decydować o regułach gry w regionie na wiele lat i otwiera drzwi do technologii, kontraktów i wpływów dla uczestników. My stoimy z boku. Myśl strategiczna: jeśli nie jesteś obecny w regionach przyszłości, nie masz przyszłości.
Iran
.Jedną z deklaracji wyborczych Karola Nawrockiego było nieangażowanie Polski w wojnę na Ukrainie. I o ile można zrozumieć ówczesne racjonalne kalkulacje, o tyle już niezrozumiałe jest wykreślanie zaangażowania w jakiekolwiek konflikty na świecie u boku USA.
Rosja żyje szarą strefą. Oddycha siecią tolerowanych przez ostatnie dziesięciolecia dyktatur. Iran pełni absolutnie kluczową rolę w jej projekcie wielobiegunowego świata, utrzymując liczne proxy, przede wszystkim Hezbollah i Huti, destabilizujące region.
W praktycznym wymiarze agresji był głównym dostawcą śmiercionośnych dronów Shahed na Ukrainie. Irańscy wojskowi praktycznie od początku pełnoskalowej inwazji byli obecni na Krymie jako wsparcie techniczne dla Rosjan. Drony oparte na irańskich licencjach wleciały w polską przestrzeń powietrzną w 2025 roku.
Po rozpoczęciu operacji „Epic Fury” USA wezwało swoich sojuszników do wsparcia.
Jaka była reakcja Polski? Początkowo taktyczna cisza. Potem nerwowe komentarze Donalda Tuska.
„Ludzie PiS i Karola Nawrockiego chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie”. „Nie pozwolę na to” – zapowiedział premier.
Następnie głos zabrał minister Marcin Przydacz: „Jeśli nasz sojusznik zza wielkiej wody chce europejskiej pomocy, to minimalny szacunek wymagałby, by konsultować te sprawy wcześniej, a nie wtedy, kiedy pojawiają się problemy” – mówił.
Komentarz był o tyle zaskakujący, że padł w momencie, w którym Hiszpania, Francja, Wielka Brytania i Włochy odmówiły Stanom Zjednoczonym możliwości wykorzystania amerykańskich baz wojskowych na ich terytorium do przeprowadzania transportu sił na Bliski Wschód.
Minister tydzień później niejako wycofał się z tych słów, mówiąc, że Europa powinna się zaangażować, jednak unikał deklaracji, że Polska mogłaby być częścią tej zaangażowanej Europy.
Jak należałoby interpretować tę sytuację proaktywnie?
Jeżeli jesteśmy w sytuacji, w której istnienie NATO w obecnej formie jest zagrożone ze względu na jednokierunkowość okazywanego wsparcia, to nie powinniśmy czekać do momentu, w którym Europa przyparta do muru przez USA postawi pod przywództwem Francji i Niemiec Polskę przed faktem dokonanym wysyłania wspólnej misji na Bliski Wschód.
Powinniśmy być awangardą i korzystając ze specjalnych relacji z Waszyngtonem, nadać ton w Europie.
Komunikat powinien być następujący:
„Według wszystkich dostępnych danych Iran wspiera bezpośrednio Rosję w agresji na Ukrainę, a także w jej neoimperialnej polityce w regionie. Polska jest w polu rażenia irańskich pocisków balistycznych. Neutralizacja tego zagrożenia jest w żywotnym interesie Polski. USA niezmiennie wspierają naszą obronność. Polska powinna odpowiedzieć na wezwanie Stanów Zjednoczonych pozytywnie. Nasza pomoc byłaby również pomocą dla narodu irańskiego, który okazał solidarność z Polakami po wyjściu armii Andersa ze Związku Sowieckiego. Bylibyśmy dzisiaj w innym miejscu, gdyby Donald Tusk nie sabotował powstania w Polsce tarczy antyrakietowej proponowanej przez prezydenta George’a Busha. Działanie Donalda Tuska motywowane jest strachem. Jestem przekonany, że tak jak po misjach w Iraku i Afganistanie Polska stała się silniejsza, tak samo i teraz nasz oręż przyczyniłby się do pokoju w walce z islamskim terrorem”.
Oczywiście takie wystąpienie nie miałoby żadnej siły sprawczej, ale w tym wypadku stanowiłoby to o sile. Miałoby to zero konsekwencji militarnych przy agresywnym, proaktywnym nadaniu tempa w konflikcie z premierem i wskazaniu różnicy w postrzeganiu roli Polski na arenie międzynarodowej. Myśl strategiczna: wyprzedzając decyzje sojuszu, możesz je współtworzyć.
Polityka kwitnącej wiśni
.W 2010 roku Bronisław Komorowski, pełniąc już urząd Prezydenta RP, przebywając z wizytą w Waszyngtonie, radził Barackowi Obamie, by ten pilnował swojej żony. W trakcie tego samego wyjazdu wygłosił również wykład przed skonsternowanymi słuchaczami zgromadzonymi w audytorium The German Marshall Fund of the United States o bigosowaniu.
Kontynuując to raczej frywolne podejście do dyplomacji, już pod koniec swojej prezydentury, gdy odwiedzał Japonię, w Izbie Wyższej Zgromadzenia Narodowego wołał do generała Stanisława Kozieja: „Chodź, Szogunie!”. Po tej wizycie MSZ wydało komunikat, według którego „wizyta Bronisława Komorowskiego w Japonii przebiegała w całkowitej zgodzie z zasadami protokołu dyplomatycznego”.
Od tego czasu liderzy Platformy Obywatelskiej zdążyli nabrać trochę ogłady i nie miewają podobnych wpadek.
To dobra wiadomość, ponieważ wizerunek Polski w świecie już tak nie cierpi. Zła jest taka, że wspomniani liderzy mogą zagarniać przestrzenie, które powinny być pod ścisłą kontrolą prezydenta ze względu na strategiczny charakter.
Mowa tu o ostatniej wizycie Donalda Tuska w Japonii w dniach 14–15 kwietnia 2026 r. Wizyta ta była bez wątpienia sukcesem wizerunkowym dla obozu rządzącego. W trakcie wizyty Donald Tusk podpisał z czwartą gospodarką świata umowę o współpracy strategicznej.
Konserwatywna premier Sanae Takaichi, nazywana japońską Margaret Thatcher, rządzi krajem, posiadając większość konstytucyjną, i odgrywa kluczową rolę w kształtowaniu polityki odpornej wobec Chin.
Japonia przy pełnym wsparciu USA kończy z pacyfistyczną, wsobną obronnością i zaczyna eksportować uzbrojenie. Ze swoją nowoczesną armią i zbrojeniówką staje się nie tylko alternatywą, ale również zaporą dla komunistycznej ekspansji w regionie.
Japonia to naturalny partner dla Polski i prezydenta Nawrockiego. Przez brak proaktywnej dyplomacji przestrzeń ta została zdominowana przez Donalda Tuska. Myśl strategiczna: zajmij swoje miejsce, inaczej ktoś inny je zajmie.
Reparacje na poważnie
.Polska, decydując się na aktywne antagonizowanie Berlina, powinna realnie zabiegać o reparacje. W tym wypadku nie ma miejsca na markowanie uderzeń, ponieważ zarówno kaliber polityczny, jak i różnica potencjałów są zbyt duże.
Realnie zabiegać – to znaczy ze wsparciem USA. W zamian za twarde wsparcie możemy zaoferować coś w stylu gablerskiego układu: zainwestowanie 50 proc. odzyskanej kwoty w AI, sprzęt i nowe technologie właśnie na terenie Stanów Zjednoczonych. Szacowana kwota wynosiłaby wtedy ok. 500 mld dolarów.
Tylko Trump mógłby pójść na tak ryzykowny, ale lukratywny deal – i na tym polega największa szansa. Nikt inny nie zaryzykuje otwartego spięcia z Niemcami, które rocznie inwestują w USA dziesiątki mld dolarów (w ostatnich latach inwestycje te sięgały 10–13 mld euro rocznie, a w 2024 r. 19 mld dolarów), podczas gdy Polska nie inwestuje w praktyce nic.
Jednocześnie politycznie Waszyngton jest zmęczony Berlinem i wolałby widzieć Warszawę jako lidera Europy, o czym wprost mówił ambasador Rose.
Przy tym należy pamiętać, że aktywa Niemiec w relacjach z USA są niewspółmiernie silniejsze od polskich, poczynając od gospodarki, a kończąc na wywiadzie i kulturze. Jeżeli Polska rzuca Niemcom dyplomatyczne wyzwanie w sposób otwarty, to powinna mieć przy swoim boku sojusznika mającego w rękach narzędzia nacisku, których Warszawa jest pozbawiona. Myśl strategiczna: żądania bez narzędzi nacisku są deklaracją słabości.
* * *
.Proaktywna polityka międzynarodowa nie oznacza radykalizmu ani ryzyka militarnego. Oznacza zdolność do definiowania sytuacji zamiast reagowania, do wykorzystywania momentów, budowania pozycji poprzez obecność i komunikację.
Korzyści są znaczące, a ryzyka relatywnie niskie.
Polityka wewnętrzna powinna wynikać z międzynarodowej – nie odwrotnie.




