Janusz PŁOŃSKI: Alternatywy 4. Przewodnik po serialu i rzeczywistości

Alternatywy 4.
Przewodnik po serialu i rzeczywistości

Photo of Janusz PŁOŃSKI

Janusz PŁOŃSKI

Dziennikarz, scenarzysta, w latach 1970-1980 pracował w tygodniku „itd”, współpracował z tygodnikami „Polityka”, „Motor”, publikował w miesięczniku „Dialog”. Wraz z Maciejem Rybińskim autor książek Góralskie tango, Balladyna Superstar – git czytanka z momentami, Brakujące ogniwo, Wielka Islandzka. Współautor (wraz z Maciejem Rybińskim i Stanisławem Bareją) scenariusza serialu Alternatywy 4.

Fot.Aleksandra Bednarek

Oglądanie ze współczesnymi dwudziestolatkami serialu Alternatywy 4 to spotkanie z historią. Dla was – z historią zamierzchłą, bo od napisania scenariusza minie niebawem pół wieku – wspomina Janusz PŁOŃSKI

.Początki prac nad nim przypadły na koniec lat 70. ubiegłego stulecia, a więc wiele kwestii poruszanych czy pokazywanych przez nas, twórców, jest dla młodego widza trudnych, niezrozumiałych, dziwacznych i zaskakujących. Ciekawa może okazać się konfrontacja naszego sposobu przedstawienia realiów PRL-u i odbioru filmu przez obecne i ewentualnie przyszłe pokolenia Polaków. O ile pamiętam, podczas pisania w ogóle nie myśleliśmy o przyszłych pokoleniach.

Pierwotnie do realizacji przewidziano sześć odcinków. Na tyle opiewała umowa podpisana z telewizją, ale ze względu na spodziewane ingerencje cenzury pisaliśmy bardzo gęsto, powiedziałbym: nadmiarowo. Dzięki temu powstało tak dużo materiału, że Bareja zmontował z niego aż dziewięć odcinków. Zauważcie, że ten serial był produkowany w stanie wojennym, chyba jako jedyny film w kraju, a decydenci absolutnie nie zwracali na niego uwagi. Nikogo ta produkcja nie zajmowała. W Polsce działy się ważniejsze rzeczy. Były pacyfikacje strajków, poszukiwania i aresztowania opozycjonistów i działaczy „Solidarności”, czołgi jeździły po ulicach, służby szalały, żołnierze z karabinami grzali się przy koksownikach, obowiązywała godzina milicyjna. Kogo wtedy obchodził jakiś nowy serial? Nikogo. Jego powstawaniu towarzyszyły największa cisza i największy spokój, jakie można sobie tylko wymarzyć.

Zatem powstało dziewięć odcinków i Bareja pokazał je na kolaudacji w telewizji po kolei, w ciągu. Seans trwał ponad dziewięć godzin, plus konieczne przerwy.

– Na czym polegała taka kolaudacja?

– Teoretycznie na sprawdzeniu, czy efekt końcowy jest zgodny ze scenariuszem. Czy jego ideowe oddziaływanie jest prawidłowe. Orzekano także, czy poziom artystyczny dzieła jest wystarczająco wysoki i – ogólnie rzecz biorąc – czy dzieło nadaje się do pokazania szerokiej publiczności.

W sali siedziało kilku bonzów z telewizji, redaktorzy, jacyś towarzysze. Nazwiska litościwie przemilczę. Zresztą nie wszystkie znam, bo protokół z tej kolaudacji został przez telewizję utajniony i stan ten trwa do dziś. W każdym razie wtedy, w roku chyba 1983, w salce projekcyjnej zapadła cisza. A po długiej chwili padło jedno pytanie: „Kto pozwolił na wyprodukowanie tego serialu?”. A potem „dziękujemy” i „do widzenia”. Serial powędrował na półkę. Dostał status „półkownika”, jak to się wówczas określało.

Poza kolaudacją odbyło się też kilka pokazów cenzorskich, których efekt był podobny. Serial leżał na półce cztery lata, ale w TVP kombinowano, co zrobić, żeby uratować pieniądze wpakowane w jego produkcję. A potem, kiedy już nagrania wyszły na zewnątrz – bo przemycone z telewizji kursowały na kasetach VHS gdzieś tam po stadionie i bazarach – ludzie je kupowali i oglądali. Nasze dzieło stało się trochę sprawą publiczną, choć nadal tajną, i trzeba było poszukać rozwiązania, jak z tego wybrnąć.

– Taki zakazany serial powinien być specjalnie zabezpieczony, żeby nie wydostał się na zewnątrz?

– Oczywiście. Zabezpieczano puszki z taśmą filmową i taśmę dźwiękową, których w warunkach domowych i tak nie dałoby się odtworzyć. Ale pojawienie się nowych technik audiowizualnych, przede wszystkim popularnych kaset VHS, zmieniło sytuację. Wewnątrz telewizji technicy mogli po cichu przewieźć materiał z Woronicza na plac Powstańców Warszawy, tam bowiem znajdowała się aparatura do przegrywania, przepisać wszystko potajemnie na kasety wideo i wynieść. Potem już nie było nad tym kontroli. Ludzie kopiowali te kasety, jakość była nikczemna, ale tym się nikt nie przejmował. Zainteresowanie serialem rosło, choć nie było go jeszcze w oficjalnym obiegu.

W końcu, po wielu perypetiach, pokazano go w telewizji chyba w roku 1984. Pierwsza emisja była jeszcze bardzo okaleczona. Ale jej sukces wymusił kolejne, więc do następnych wstawiano sukcesywnie niektóre zakwestionowane sceny. Tyle że pewne kawałki taśm poginęły, bo przewożący je i ukrywający szeregowi pracownicy telewizji chowali niektóre nagrania. Wiedzieli, że jeśli wpadną komuś niepowołanemu w łapy, zostaną bezpowrotnie zniszczone. A niepowołanym mógł być każdy zbyt gorliwy lub nadmiernie lojalny wobec władzy pracownik telewizji. Więc niektóre fragmenty tak zostały ukryte, że do dziś się nie odnalazły.

Jeszcze w zniewolonej Polsce władza zdecydowała, że trzeba serial puścić, ale niektóre sprawy lekko poprzykrywać. Dodano na przykład, a tego nie było w scenariuszu, ten głupi napis na początku: „Dawno, dawno temu, w czasach propagandy sukcesu”. Żaden z autorów nie wpadłby na taki pomysł. Za to wpadli ulegli decydenci, którzy wykombinowali, że gdy się napisze: „Dawno, dawno temu…”, to osłabi się ostrość obecnej w serialu i wciąż aktualnej krytyki. Kto osobiście podjął decyzję o pierwszej emisji serialu, nie wiem. A więc dawno, dawno temu…

– Dlaczego daliście taki tytuł temu odcinkowi?

– Przydział mieszkania to było wielkie święto w życiu każdej rodziny. O wiele większe niż ślub czy narodziny dziecka. Trzeba wiedzieć, że kiedyś mieszkań się nie kupowało, tylko dostawało na przydział właśnie. To znaczy istniał mikroskopijny wolny rynek, na którym można było je kupić, ale tak mały, jakby go wcale nie było. Biedniejsi mogli liczyć na mieszkania kwaterunkowe. Niemniej jednak panowała ogólna zasada, że funkcjonują tak zwane spółdzielnie mieszkaniowe, które budują domy mieszkalne. Takie jak na Ursynowie, bo serialowa historia dzieje się właśnie tam. A droga do własnego mieszkania prowadziła przede wszystkim przez długoletnie oszczędzanie: piętnasto-, dwudziesto-, a nawet trzydziestoletnie. Zakładało się w takiej spółdzielni książeczkę mieszkaniową, wpłacało się na nią miesięcznie na przykład 100 złotych i pula rosła, rosła, rosła. A potem, jak się uzbierało całą kwotę, to okazywało się, że… mieszkań brakuje. Bo budowlańcy bezustannie walczyli z różnymi przeszkodami, więc ciągle się czekało. Powody były oczywiste. Pierwszy to ten, że Warszawa była po wojnie zrujnowana, a mieszkańcy powracali do niej masowo. Drugim powodem, który bardzo pogarszał sytuację lokalową, był ogromny wyż demograficzny. Trzecim zaś różne szachrajstwa występujące zawsze, kiedy jakieś dobra są deficytowe. Cała masa cwaniaczków umiała przepychać się na listach oczekujących w górę, oczywiście kosztem zwykłych uczciwych ludzi. Ci spadali na dalekie miejsca i czekali. Tak jak jeden z naszych bohaterów, Cichocki, który wie, że znów nie dostanie upragnionego mieszkania. Przychodzi po przydział i odchodzi z kwitkiem już od jedenastu lat.

– Czy przydziały dotyczyły wyłącznie mieszkań?

– Przydziałami były objęte różne dobra, na przykład samochody. W zasadzie aut się nie kupowało, bo nie było sklepów z samochodami, gdzie można było przyjść z pieniędzmi i kupić. No, można było ewentualnie odkupić używany pojazd od sąsiada. Można też było wystąpić w swoim miejscu pracy z wnioskiem o przydział, w którym trzeba było uzasadnić, po co nam samochód. Mógł to zrobić lekarz, naukowiec, dziennikarz, dyrektor przedsiębiorstwa, czyli ludzie, którzy musieli dojeżdżać do pracy, ratować życie innych ludzi albo odpowiadali za ważną dla gospodarki produkcję. Taki wniosek był opiniowany przez dyrekcję, radę zakładową i komórkę partyjną. I w pewnym momencie, jeśli wszystko poszło dobrze, dostawało się przydział na samochód, za który i tak trzeba było zapłacić normalną cenę.

Podobnym towarem był telefon. Taki zwykły, w mieszkaniu. Nie wystarczyło powiedzieć, że chce się go mieć, trzeba było na kilku stronach uzasadnić dlaczego. A zatem przydziały były rodzajem reglamentacji kryzysowej, która nie obejmowała tylko najprostszych towarów. Choć w pewnym momencie zaczęła również obejmować i je.

Doszły kartki na mięso, mięso, cukier, słodycze i, o dziwo, wódkę i papierosy. Tych kartek oczywiście, nie kupowało się w kiosku „Ruchu”, a dostawało je w pracy. Wobec tego, żeby dostać kartkę, trzeba było pracować. A jeśli się nie pracowało, to nie miało się kartki i nie jadło mięsa. Bo – jak mówił Lenin – kto nie pracuje, ten nie je. Podobno za świętym Pawłem. Albo trzeba było sobie radzić inaczej. Czarny rynek zawsze istniał.

– Aż trudno uwierzyć, że były kartki na wódkę i papierosy.

– Rządzący mieli świadomość, co dla ludzi jest naprawdę ważne. Brak tych towarów mógłby doprowadzić do rewolucji. Nie było takiego odważnego, który by narodowi tych dóbr odmówił. Były zatem przydziały w postaci kartek i były sklepy oraz kioski, w których można było wódkę lub papierosy kupić. Towarzysze sprawujący władzę naprawdę rozumieli potrzeby ludu, przynajmniej te podstawowe. Świadczy o tym choćby zwiększony przydział alkoholu, o który można było wystąpić w zakładzie pracy z okazji ślubu albo urodzin. Ale zacznijmy oglądać serial. Zapowiem, że znajdujemy się w siedzibie spółdzielni mieszkaniowej.

– O co chodzi w tej grze? Wychodzi sekretarka z rulonem papieru i wszyscy myślą, że to lista z przydziałami mieszkań, bo oni na to czekają. A ona wiesza ten papier na ścianie i okazuje się, że to gazetka ścienna z krzyczącym napisem: „Nasza odpowiedź wichrzycielom”. I pod spodem: „Czyn społeczny”.

– To taki drobiazg, który bardzo dużo mówi zarówno o PRL-u, jak i o różnych jego okresach. Te wszystkie wielkie ruchy społeczne, które miały miejsce w Polsce – czy to był Poznań, Radom, czy Gdańsk, czy inne miejsca – media zawsze przedstawiały w ten sposób, że na ulice wyszli „wichrzyciele” i „warchoły”. Zresztą podobnie jest dzisiaj, bo wiele się nie zmieniło w tej kwestii. „Warchoły” i „wichrzyciele”, czyli ci, którzy nie są prawdziwymi Polakami i nie kochają ojczyzny, nie zgadzają się z oficjalnym programem partii lub rządu, wychodzą na ulice i rozrabiają. Trzeba było oczywiście dać im odpór i przy okazji pokazać, że to garstka bez znaczenia.

Z jednej strony uruchamiano odpór medialny, z drugiej strony – odpór milicyjny, czyli puszczanie na ludzi ZOMO albo zamykanie protestujących. A dodatkową formą odporu były akcje potępiające w dużych zakładach pracy. Taki odpór społeczny, który miał świadczyć, że społeczeństwo nie popiera rozrabiaków. Pracownicy się w godzinach pracy zbierali, oczywiście „spontanicznie”, i równie spontanicznie potępiali „wichrzycieli”. Udzielali też słownego poparcia partii i rządowi oraz uchwalali, że najlepszą odpowiedzią „warchołom” z Gdańska czy z Radomia, czy skądkolwiek będzie czyn społeczny. Padało na przykład zobowiązanie, że załoga w czasie wolnym wykona śliczny trawnik z kwiatkami przed spółdzielnią. Wszyscy się integrowali wokół tej szczytnej idei, tej pożytecznej pracy społecznej, wyrażając tym samym dezaprobatę dla „wichrzycieli” i poparcie dla słusznej polityki partii.

– Na początku, kiedy ludzie czekają na wywieszenie listy, próbują się jakoś zorganizować, ale im to nie wychodzi.

– Tu widać, że byliśmy jednak przewidujący, bo pokazaliśmy zjawisko, które ma się dobrze. Chodzi o moment, kiedy ludzie postanawiają zrobić coś wspólnie. Chcą wybrać delegację i posłać ją do sekretariatu, żeby się dowiedziała, kiedy będzie lista. Posługują się przy tym wzorcami, które podpatrzyli na zebraniach partyjnych, oficjalnych imprezach albo akademiach. Nauczyli się, że delegacja ma być reprezentatywna, czyli musi się składać z przedstawicieli różnych klas. W delegacji powinien być robotnik, chłop, kobieta i ktoś z młodzieży. W naszej scenie nic z tego nie wychodzi, bo każdy ma własny pomysł, każdy ciągnie w swoją stronę. I w ogóle nikt nie ma do nikogo zaufania, a delegacja przecież powinna być tym zaufaniem obdarzona. Inicjatywa kończy się niepowodzeniem. Ale zdarzało się również, że takie ad hoc powołane do życia delegacje czy komitety całkiem dobrze sobie w niektórych kwestiach radziły.

– Redaktor z telewizji zachowuje się bardzo obcesowo, a właściwie bezczelnie, a nikt nie protestuje…

– Dzisiaj kamera nie wzbudza w nas wielkiego zainteresowania, bo ma ją niemal każdy i bardzo się z tym urządzeniem oswoiliśmy. Nie wzbudza też szacunku. Ale kiedyś było zupełnie inaczej. Pracowałem w Polskiej Kronice Filmowej. Kiedy przyjeżdżaliśmy do wsi, to wszystkie dziewczyny leciały się stroić. To było wydarzenie, o którym mówiło się długo. W Warszawie ludzie też nie byli oswojeni z kamerą. To dlatego pan z telewizji mógł sobie pozwolić na takie numery ze wskazywaniem: „Pan tu stanie, a pan to proszę odejść, bo pan niezbyt ładnie wygląda” albo: „Niech pan coś powie, a co panu szkodzi?”.

No i jeszcze jedna sprawa, którą tu widać wyraźnie – wówczas nie istniało coś takiego, jak prawo do wizerunku i jego ochrony. Filmowało się, co się chciało, kogo się chciało i kiedy się chciało, z bliska, z daleka, jakkolwiek. Potem pokazywało się to w telewizji, a nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że zostały naruszone czyjeś dobra.

Zatem znajdujemy się w takiej oto sytuacji, że przychodzi pan redaktor, dla niego robi się lipną listę, panie zostają sfilmowane albo i nie. On obiecuje, że je pokaże, ale najpewniej nie dotrzyma słowa. I – co bardzo ważne – namawia jednego z przyszłych lokatorów, by ten powiedział, że się cieszy z otrzymania mieszkania, choć go wcale nie otrzymał.

– To zapewne początek dramatu tego pana?

– Nie uprzedzajmy faktów. W tej scenie i w kilku kolejnych rozpoczyna się cała historia. Poznajemy niektórych bohaterów, którzy zbudują zróżnicowaną i reprezentatywną społeczność. Jako twórcy chcieliśmy, żeby tam, między tymi ludźmi, już od samego początku była pewna różnica temperatur; niektórzy bohaterowie zdążyli się już ostro zetrzeć. W kolejnych scenach udało się nam niektórych skonfliktować, na przykład Dźwigowego z Laryngologiem. Panowie wpadli na siebie już w drzwiach, później ten pierwszy pociągnął przypadkiem za dźwigiem samochód drugiego, a potem Laryngologowi w sklepie wypadła spod pachy butelka wódki, co było strasznym nieszczęściem, a Dźwigowy sprzeciwił się jej odkupieniu poza kolejką… Chodziło nam o to, żeby było jak w życiu. Czyli żeby sąsiedzi za bardzo się nie kochali.

– Czy to możliwe, że w szpitalu z powodu otrzymania mieszkania odwoływano operacje?

– Ależ naturalnie. Wszyscy, nawet pacjenci, rozumieją, że skoro lekarz dostaje mieszkanie, to nie będzie operacji. W ogóle w tym momencie świat się zmienia. Tak samo jest z Dźwigowym, który jest gdzieś tam potrzebny, ale okazuje się, że jego też wszyscy rozumieją. Dostał mieszkanie, więc ma ważniejsze sprawy niż jeżdżenie po budowach z dźwigiem. Wówczas panowała totalna społeczna akceptacja dla podobnych zachowań, bo każdy rozumiał, że jeśli się czeka na coś piętnaście lat, wszystko ma prawo stanąć na głowie.

– W tym kontekście Dźwigowy rzeczywiście ma dużo szczęścia, że stawia jakiś słup akurat u dyrektora drukarni…

– Prawdopodobnie kartki żywnościowe były drukowane przez Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych, ale my nie chcieliśmy rzucać cienia na tę szacowną instytucję, która zajmowała się przede wszystkim drukiem banknotów, i wszystko w niej bardzo kontrolowano. Dyrektor nie mógłby sobie nadrukować tyle kartek, ile chciał. Chociaż… Nie, nie mam pewności. Może mógłby.

Te kartki jeszcze parokroć pojawią się w serialu przy innych okazjach, bo owe kartki, jak się okazało, były o wiele lepszym i bardziej poszukiwanym środkiem płatniczym niż pieniądze. Ludzie mówili jak Dźwigowy: „A po co mi pieniądze? Kartki to jest coś, czego ja potrzebuję. Pieniądze to się zawsze znajdą”. W ogóle ówczesny handel przypominał polowanie. Władza rzucała coś, ludzie strzelali trochę na oślep i czasem się jakaś zdobycz trafiła.

– Czy nikt nie wpadł na to, żeby te kartki fałszować?

– Pamiętajcie, że akcja serialu rozgrywa się w czasach innych technologicznie. Nie było wtedy zaawansowanych fotokopiarek, nie było dostępu do papieru, nie było na rynku farb drukarskich itp. Przeciętny człowiek nie miał możliwości wyprodukowania falsyfikatów. Trudno też byłoby wprowadzić je masowo na rynek. Na pewno podejmowano jakieś próby na małą skalę, ale o żadnych większych nie słyszałem.

Czytałem natomiast piękną historię o fałszerzu pieniędzy we wczesnym PRL-u. Upodobał on sobie banknot stuzłotowy, czerwony, z podobizną robotnika. Malował go kredkami i uzyskiwał łudzące podobieństwo do oryginału. Tyle że namalowanie jednego egzemplarza zabierało mu dwa tygodnie żmudnej pracy. Gdyby podjął jakąkolwiek robotę, zarobiłby znacznie więcej.

– Co to za historia z mieszkaniem, w którym żyło tyle rodzin?

– To tak zwany kołchoz, bo takim mianem określano tego rodzaju mieszkania, nawiązując do radzieckich państwowych gospodarstw rolnych. Ich historia sięga czasów bezpośrednio powojennych, kiedy w zburzonej Warszawie były niemal same ruiny. A ludzie napływali, zajmowali przedwojenne kamienice, zatykali okna. Po prostu robili to, co na początku najpotrzebniejsze, żeby zamieszkać. A gdy już się udawało doprowadzić jakieś mieszkanie do stanu używalności, to pakowało się do niego na dziko po pięć, sześć rodzin. Później upychała ludzi władza, przydzielając ich do starych mieszkań, zwłaszcza w przedwojennych kamienicach, w których ocalały wielopokojowe lokale. Taki proces nazywano „dokwaterowywaniem” kolejnych lokatorów. Czasem ten stan trwał bardzo długo; to się przeciągało na lata 50., 60. Jeszcze wtedy te kołchozy istniały. W tej scenie mamy taki właśnie typowy kołchoz, gdzie znaleźli się ludzie zupełnie sobie obcy. No i musieli się nauczyć razem żyć.

Janusz Płoński
Fragment książki “Alternatywy 4. Przewodnik po serialu i rzeczywistości”, wyd.Edipresse Książki POLECAMY: [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 1 maja 2017