Jason BURKE: 20 lat wojny z terroryzmem Jason BURKE: 20 lat wojny z terroryzmem

20 lat wojny z terroryzmem

Photo of Jason BURKE

Jason BURKE

Dziennikarz, korespondent zagraniczny dziennika „Guardian”. Autor książek, m.in. Al-Kaida: Casting a Shadow of Terror oraz On the Road to Kandahar: Travels through Conflict in the Islamic World. Burke był pierwszym dziennikarzem, który przeprowadził wywiad z prezydentem Pervezem Musharrafem po tym, jak ten przejął władzę w Pakistanie w październiku 1999 roku i pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł do afgańskiego miasta Khost podczas wojny USA w Afganistanie.

Ryc. Fabien Clairefond

Nie można uogólniać w sposób, który prowadzi do zniekształceń. Jeśli uznamy, że muzułmanie uważają wszystkich mieszkańców Zachodu za niewierzących, to dokonamy poważnego zniekształcenia rzeczywistości. Ten sposób myślenia starał się zaszczepić w świecie Osama bin Laden. To jego język – twierdzi Jason BURKE w rozmowie z Agatonem KOZIŃSKIM

Agaton KOZIŃSKI: – Gdy 20 lat temu dwa samoloty uderzały w bliźniacze wieże World Trade Center, cały świat przeżył szok. Wydawało się wtedy, że ten zamach zmieni wszystko, że zaczyna się nowa epoka. A co tak naprawdę przez te dwie dekady się zmieniło?

JASON BURKE: – Nie mam wątpliwości, że zamachy z 11 września 2001 r. miały bardzo daleko idące konsekwencje. Choć też świat bardziej zmienił się pod wpływem reakcji na ten atak niż z jego powodu – i te zmiany widać do dziś w bardzo wielu obszarach.

Co przesądziło o tej różnicy?

– Organizatorzy zamachów chcieli osiągnąć za ich pomocą dwa cele. Po pierwsze, zależało im na sprowokowaniu określonej reakcji Zachodu. Po drugie, chcieli w ten sposób przekazać swój komunikat. Oba te zamierzenia udało im się w pełni doprowadzić do skutku.

Jaki komunikat Al-Kaida chciała przekazać światu tymi zamachami?

– To było kilka komunikatów – każdy dla innych odbiorców. Osama bin Laden w kierunku Zachodu wysłał sygnał, że zapłaci on za wtrącanie się w sprawy w świecie arabsko-islamskim, za poniżanie muzułmanów. Jednak ważniejszy komunikat został wysłany w stronę świata islamskiego. Bin Laden wezwał go, by ten stanął po jego stronie w wielkiej bitwie z lokalnymi, skorumpowanymi reżimami, które nie wspierają islamskich wartości. Zamachami wezwał muzułmanów do powstania, które pozwoli stworzyć islamskie supermocarstwo, chroniące wyznawców tej religii przed niewiernymi, sekularyzacją, ateizmem, Zachodem. Chciał w ten sposób odtworzyć potęgę muzułmańską nawiązującą do czasów złotego wieku islamu, epoki sprzed dominacji Zachodu, jego kolonialnych podbojów.

Była w tym mieszanka własnych ambicji, nostalgii i żalu za wielkością, która przeminęła. Swoim aktem bin Laden chciał niejako zmusić muzułmanów do działania. Zamachy z 11 września nie były prostą demonstracją możliwości Al-Kaidy, tego, że potrafi zadać cios w samym sercu USA. Były przede wszystkim pytaniem skierowanym do muzułmanów z całego świata: czy jesteście z nami, czy przeciwko nam.

Później takie samo pytanie skierował George W. Bush do państw Zachodu.

– I taki sposób myślenia był obecny w mediach na całym świecie przez kilka lat po zamachach. Zwłaszcza muzułmanie potraktowali pytanie bin Ladena dosłownie – długo zastanawiali się nad tym, kim są, jaka jest ich tożsamość. Z kolei Zachód zaangażował się w inwazję na Afganistan, później zaczęła się wojna z Irakiem. W tym sensie 11 września był wyjątkowy, mógł się wydarzyć tylko w tym określonym czasie.

Co według Pana było tak wyjątkowego w tamtym momencie? Chodzi Panu o ówczesną dominację Ameryki, która – po wygraniu zimnej wojny – nie miała żadnego globalnego rywala?

– Tak – ale to tylko część odpowiedzi. Koszmarna manifestacja poglądów bin Ladena, którą oglądaliśmy 11 września, swoimi korzeniami sięgała lat 60. XX wieku, kiedy krystalizowała się koncepcja radykalizmu islamskiego jako przeciwwagi dla dominujących wtedy komunizmu oraz kapitalizmu. Ten ruch się stopniowo rozwijał, by szczyt swojej potęgi osiągnąć na przełomie lat 70. i 80. Początkowo angażował się w lokalne konflikty, np. w Egipcie, w Algierii czy w Autonomii Palestyńskiej – to jest okres, gdy opór Palestyńczyków wobec Izraela przybiera charakter bardziej religijny. Wpływ radykalizmu islamskiego na muzułmański świat staje się coraz bardziej widoczny, choć jednocześnie nie widać tego szerzej. Ale narasta wśród muzułmanów przekonanie, by uderzyć w cele na Zachodzie – w chwili, gdy sam Zachód nie jest na to przygotowany.

Nadchodzi 11 września – i zamachy pokazują, że czegoś podobnego kraje zachodnie kompletnie się nie spodziewały.

– W reakcji całkowicie zmienia się postrzeganie muzułmanów na Zachodzie. Wcześniej panowało przekonanie, że świat islamu stopniowo się westernizuje – przecież nawet uruchomił on telewizję satelitarną Al-Dżazira. Ale od 12 września 2001 r. sposób patrzenia na muzułmanów na Zachodzie zmienia się o 180 stopni. I ta zmiana sprawiła, że powtórka z zamachów z 11 września stała się niemożliwa.

Opisuje Pan zmianę, którą wywołały na Zachodzie te ataki. Ale na co ona była reakcją? Reakcją na słabości strukturalne Zachodu, które ukazał 11 września? Była wynikiem szoku emocjonalnego?

– Za wcześnie na takie sądy – bo w sumie cały czas nie wiemy, jak ważnym punktem zwrotnym w dziejach były te zamachy. To będzie można ocenić dopiero za kilkaset lat. Ale też nie mam wątpliwości, że o tych zamachach będziemy pamiętać – bo przecież bez nich nie wybuchłyby wojny w Afganistanie i w Iraku. Ale przede wszystkim zamachy z 11 września to były pytania skierowane do Zachodu i do świata islamskiego, czy możemy myśleć o sobie jako o wspólnocie. I te pytania były kluczowe. Sam fakt, że się pojawiły, już przesądza o tym, że 11 września pozostanie na zawsze na kartach historii.

Jakie odpowiedzi na te pytania się pojawiły?

– Początkowo rzeczywiście dominowały reakcje emocjonalne – od radości po strach i złość. Ale później zaczęło się to zmieniać. Al-Kaida pojawiła się w Arabii Saudyjskiej, Pakistanie i innych krajach islamskich, a wraz z nią do tego świata wróciła przemoc – tam miały miejsce największe zamachy terrorystyczne po 11 września. I to sprawiło, że postrzeganie uderzenia na WTC stało się inne. Nagle się okazało, że nawet sam atak z 11 września był mocno kontrowersyjny wśród muzułmanów, nie wszyscy go popierali.

USA po uderzeniu Al-Kaidy w World Trade Center – poza wybuchem bomby w czasie maratonu w Bostonie – zdołały uniknąć kolejnych ataków, natomiast cała ich seria zdarzyła się w Europie. Dlaczego ten kontynent stał się tak mało odporny na terrorystów?

– To splot kilku czynników. Impulsem były zamachy 11 września, na to nałożyła się propaganda, a także wojna w Iraku, która rozpoczęła się w marcu 2003 r. To wszystko miało ogromny wpływ na muzułmanów mieszkających w Europie, sprawiło, że stali się bardzo podatni na radykalizm islamski. Choć też w ocenie sytuacji nie można popadać w przesadę. Liczba radykałów muzułmańskich oczywiście wzrosła w porównaniu z sytuacją sprzed 11 września – ale dalej była stosunkowo niska. Służby poszczególnych państw były w stanie ich kontrolować, tym bardziej że wiele nauczyły się w tym czasie o sposobie ich działania.

Kontrolować? Przecież w Europie przez wiele lat dochodziło do dużych zamachów – od Madrytu w 2004 r. i Londynu w 2005 r. po zamachy w Paryżu w 2015 r. i Brukseli rok później.

– Tylko że te fale zamachów różniły się jednak od siebie. O ile pierwsze ataki były wprost inspirowane 11 września, to już ich druga fala była przede wszystkim konsekwencją działania służb, które zwyczajnie zlekceważyły zagrożenie, nie dostrzegając zmiany sytuacji. Przecież wielu mieszkańców Europy wyjechało walczyć do Iraku, a później do Syrii i walczyło w szeregach Państwa Islamskiego. W międzyczasie pojawiło się zjawisko tanich połączeń lotniczych, które znacząco ułatwiły możliwość przemieszczania się, wybuchła popularność mediów społecznościowych, wystąpił kryzys migracyjny. Te wszystkie zmiany stworzyły przestrzeń do nowych ataków – a rządy poszczególnych krajów europejskich nie wiedziały wtedy, jak zarządzać tymi wyzwaniami. Stąd cała seria zamachów w latach 2015–2018. Później jednak sytuacja się poprawiła.

I można uznać, że została opanowana? Czy ostatnie kilka lat spokoju to tylko cisza przed burzą – i za chwilę pojawi się kolejna fala terroryzmu?

– Na pewno jest takie zagrożenie, za 5–10 lat przekonamy się, czy prawdziwe. Ale równie dobrze możemy być świadkami fali terroryzmu przygotowanej przez prawicowych radykałów. Bo jednym z efektów 11 września był fakt, że służby na całym świecie skupiły swoją uwagę na organizacjach dżihadystycznych. W konsekwencji może dojść do tego, że zamachy będą przeprowadzać inne środowiska, na które służby zwracają teraz mniejszą uwagę lub je ignorują.

Zamachy terrorystyczne, a później kryzys migracyjny podały w wątpliwość możliwość asymilacji muzułmanów w Europie. Pojawiło się mnóstwo dyskusji na ten temat. Myśli Pan, że to napięcie między wyznawcami islamu i Europejczykami jest trwałe czy to raczej chwilowy efekt zamachów z 11 września?

– Radykałowie stanowią niewielką grupę w całej populacji muzułmanów. W ostatnich latach przyglądano im się bardzo uważnie – i wyraźnie było widać, że to tylko mały odsetek wszystkich wyznawców Allaha na świecie. Ich sposób interpretacji religii mocno odstaje od innych obowiązujących wśród muzułmanów. Przecież każda wielka religia na świecie stała się taka dlatego, że poza sferą czysto religijną okazywała się też ważnym składnikiem kulturowo-cywilizacyjno-społecznym – i pod tym względem umiała się odnaleźć w konkretnym społeczeństwie. Innymi słowy, pełniła także inne funkcje poza tylko religijnymi. Tak samo stało się z islamem. Nie da się go opisać prostym sloganem „religia wojny” czy „religia pokoju” – to złożony system wyznaniowy i tak wąskie postrzeganie go nie ma sensu.

Jednak napięć między chrześcijanami i muzułmanami na przestrzeni wieków nie brakowało.

– Owszem, ale też nie da się tym zamknąć opowieści o wzajemnych relacjach tych religii. Islam to także wartości, które okazały się cenne dla wszystkich. W różnych obszarach – od gospodarki po kwestie cywilizacyjne. Napięcia pewnie pozostaną, ale też należy na nie patrzeć we właściwej skali. Społeczeństwa w Europie zawsze stanowiły mieszankę różnych grup, nigdy nie były homogeniczne. Zresztą Europa na tym zwykle zyskiwała. Mówię to na przykładzie mojego kraju, Wielkiej Brytanii, która zawsze odnosiła więcej sukcesów, gdy była otwarta i tolerancyjna w stosunku do innych społeczności. Na pewno koncepcja „zderzenia cywilizacji” stworzona przez Samuela Huntingtona jest nieprawdziwa pod względem naukowym – bo nie da się obronić granic między cywilizacjami, które on zaproponował. Różnice pomiędzy poszczególnymi grupami są daleko większe niż opisane przez niego, widać je nawet w obrębie poszczególnych państw, na przykład Francji czy Wielkiej Brytanii. Dlatego uważam, że zaproponowany przez niego podział świata nie jest trafny.

Z drugiej strony do różnego rodzaju napięć dochodzi bardzo często na granicach wytyczonych przez Huntingtona. Widać to na Bliskim Wschodzie, gdzie tamtejsi mieszkańcy fetowali zamachy z 11 września. Widać to też na Ukrainie, Białorusi czy w Indonezji.

– Owszem, widzieliśmy te zdjęcia. Ale nie można uogólniać – część muzułmanów się cieszyła, a część nie. Widzieliśmy, jak na Bliskim Wschodzie powstało Państwo Islamskie. Ale czy naprawdę możemy jego twórców uznać za przedstawicieli każdego muzułmanina?

Tak naprawdę najczęstszą odpowiedzią wśród wyznawców islamu na zamachy z 11 września była reakcja: nie podoba nam się to, co się stało, ale rozumiemy, dlaczego do tego doszło. Taką postawę trudno uznać za formę świętowania.

Ale w przeciwieństwie do Zachodu przyjęli wobec tych zamachów postawę aprobującą.

– Mówi pan o muzułmanach „oni” – a to przecież grupa licząca 1,3 mld osób. Naprawdę uważa pan, że można przyłożyć do takiej masy ludzi jedną miarę?

Nie, na pewno nie.

– To proszę przestać uogólniać.

Sam Pan zauważył, że większość muzułmanów rozumiała przyczyny zamachów z 11 września. Większość ludzi na Zachodzie nie rozumiała.

– Nie można uogólniać w sposób, który prowadzi do zniekształceń. Jeśli uznamy, że muzułmanie uważają wszystkich mieszkańców Zachodu za niewierzących, to dokonamy poważnego zniekształcenia rzeczywistości. Ten sposób myślenia starał się zaszczepić w świecie Osama bin Laden. To jego język. Od ponad 20 lat podróżuję po świecie islamskim – i tego typu język słyszę bardzo rzadko, najczęściej zresztą wśród wspólnot muzułmańskich w Europie. Poza nimi – właściwie wcale. Oczywiście, że on istnieje, nie można udawać, że jest inaczej. Ale tak samo istnieją grupy wrogie wobec islamu w Europie czy w USA – i tego też nie można pomijać. Natomiast nie można opisywać rzeczywistości przez pryzmat tych skrajnych postaw, bo to jest bardzo niebezpieczne.

Jason Burke
Rozmawiał Agaton Koziński
Tekst ukazał się w nr. 32 miesięcznika opinii “Wszystko Co Najważniejsze” w bloku tekstów w 20 lecie ataków 11 września 2001 r. [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 września 2021
Fot: Reuters/Forum

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam