Karol SAMSEL: Polszczyzna zwulgaryzowana, zbrutalizowana, zhiperbolizowana polszczyzna.  Jak naprawić nasz język?

Polszczyzna zwulgaryzowana, zbrutalizowana, zhiperbolizowana polszczyzna.
Jak naprawić nasz język?

Photo of Karol SAMSEL

Karol SAMSEL

Poeta, literaturoznawca, filozof. Doktor habilitowany nauk humanistycznych. Adiunkt na Wydziale Polonistyki, doktorant filozofii na Uniwersytecie Warszawskim.

zobacz inne teksty Autora

Wulgaryzmy stanowią część mowy reliktowej. Pokazują, że nasz język nie jest innowacyjny. Jedynym rozwiązaniem jest cofnięcie się i oczyszczenie przedpola języka – pisze Karol SAMSEL

.Język polski jest potwornie zbrutalizowany. Ta brutalizacja wynika z naturalnej reakcji psychologicznej jego użytkowników. Widząc stopień nasycenia języka wulgaryzmami, automatycznie używamy ich coraz częściej. Wulgaryzmy są naturalną potrzebą językową. Wyrastają ze spontanicznych odruchów. Podobnie jak śmiech, wulgaryzmy są niekontrolowaną, spontaniczną reakcją, która ma dać upust emocjom.

Te doświadczenia świata rzeczywistego przenikają do świata literatury. Aby literatura była autentyczna, jej światy i teksty także musiały się zbrutalizować. Gdyby autorzy nienaturalnie oczyszczali język z wulgarności i stosowali język purystyczny – czyli używali wyłącznie, wręcz patologicznie, czystych form językowych – byłoby to godne większego potępienia niż używanie wulgaryzmów. Słowa niecenzuralne bowiem nazywają rzeczywistość – która czasami aż domaga się siarczystego zaklęcia – po imieniu.

Przenikanie się języka popularnego i literackiego dokonuje się na prawach osmozy. Tak jak od wydania Tajemnic Paryża Eugène Sue (1982) mamy do czynienia z awansem literatury popularnej do kręgu literatury wysokiej, tak samo wraz z awansem literatury popularnej pojawiają się odstępstwa językowe i kompromisy związane z językowym decorum. Na początku wulgaryzmy wpływały na literaturę i jakość jej tworzenia. Dzisiaj jednak zalew form wulgarnych wpływa na język i jego brutalizację.

W kontekście literackim z wulgarnością nie sposób się rozprawić. Jest ona bowiem w stanie stworzyć obraz świata, który językowo dookreśla bohatera. Zauważamy to na przykład w postaci Konstantego Willemanna w Morfinie Szczepana Twardocha. Podobnie postacie budowali też Hłasko czy Tyrmand. Zjawisko nie jest nowością.

Wulgarność w literaturze ma swoje korzenie w romantyzmie. Pierwsze odstępstwa od czystości językowej pojawiły się w latach 70. XVIII wieku. Wtedy to Friedrich Schiller, pod wpływem „burzy i naporu” w Niemczech, wprowadził w Zbójcach język knajacki. W literaturze polskiej natomiast ciekawym precedensem była Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej. Autorka dopuściła w niej do głosu subkultury młodzieżowe, język dresiarzy. Schiller i Masłowska skorzystali z tego, że wulgaryzmy umożliwiają przekraczanie granicy tabu.

Jednak dziś wulgaryzmy są martwym złogiem języka. Mimo to w wypowiedziach wybijają się na pierwszy plan. Gdy przyjrzymy się strukturze języka, zauważymy, że wulgaryzmy są bardzo problematyczne. Wzmocniły i przebodźcowały język. Między innymi to wpłynęło na nienaturalną hiperbolizację obrazów językowych. Taki przehiperbolizowany język doprowadza nas na skraj przepaści. Jeśli nazwiemy jakieś wydarzenie „drastycznym”, a kolejne okaże się o wiele gorsze, to co pozostaje? Jak opisać tę rzeczywistość?

Rozwiązaniem jest cofnięcie się i oczyszczenie przedpola języka, który już zhiperbolizowaliśmy. „Przegrzany” jest także język artystyczny. Literat otrzymuje do dyspozycji język „gorący” i takowym musi się posługiwać. Taki język, przez swoją nadaktywność, nie jest do końca uchwytny dla czytelnika. Wszystko jest zajebiste, super, ekstra, ultra… Taki leksykalnie zubożony język jest nieatrakcyjny. Pisarstwo dąży więc do odzwierciedlenia tego ubóstwa, podtrzymywanego przez wulgarne wypowiedzi. Chce budować dialogi tak, aby uchwycić wulgarność poprzez jej minimalizm albo barwność. Nie możemy już nadbudowywać tej wieży zhiperbolizowanych znaczeń. Musimy wrócić do korzeni i zastanowić się, do czego ma nam służyć język.

Być może pomogą nam w tym ludzie młodzi, którzy tworząc swój własny język, próbują wypowiedzieć posłuszeństwo obecnemu, zubożonemu leksykalnie środowisku językowemu. Tworząc własny język, próbują uciec od szarej rzeczywistości, dążyć do innowacyjności. Już w skrótowości widać znaczącą pracę nad językiem. Ponadto młodzi mają przewagę nad dorosłymi. Mają większą świadomość, że są nie tylko użytkownikami, ale i aktorami językowymi. Używając takich słów jak essa – które zostało uznane za młodzieżowe słowo roku 2022 – młodzież demonstruje pragnienie zmiany rzeczywistości językowej. Młodzi doskonale wiedzą, że kiedy zostajemy zdominowani przez rzeczywistość społeczną, obywatelską czy polityczną, zaczynamy traktować język wyłącznie instrumentalnie, przestając być aktorami językowymi. Plastyczna umysłowość młodych pozwala im intuicyjnie odnawiać zasoby języka. Dzięki temu traktują język jak instrument.

Powinniśmy uczyć się od młodych, którzy uświadamiają nam, że wulgaryzmy stanowią część mowy reliktowej. Pokazują, że nasz język nie jest innowacyjny. Zatem dzisiaj wulgaryzmy nie są emancypacyjne. Są trywialne, rutynowe i powszechne.

.Jeśli więc ktoś nawet rezygnuje z wulgaryzmów, nie oznacza to, że dba o czystość języka. Czasami ktoś, kto ich używa, może posługiwać się o wiele czystszym językiem niż ten, kto nie przeklina, ale mówi w sposób niechlujny i naganny. Jedynym więc możliwym rozwiązaniem jest cofnięcie się i oczyszczenie przedpola języka. Tylko w ten sposób możemy powstrzymać ciągle pogłębiającą się brutalizację języka polskiego.

Karol Samsel

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 grudnia 2022