Konrad WERNER: Ontologia i kasety wideo. Różne spojrzenia na amerykańskie metapaństwo w kontekście wojny w Ukrainie

Ontologia i kasety wideo.
Różne spojrzenia na amerykańskie metapaństwo w kontekście wojny w Ukrainie

Photo of Konrad WERNER

Konrad WERNER

Wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim. Publikował między innymi w „Synthese”, „Topoi”, „Adaptive Behavior”, „Philosophia”, „Philosophical Papers”, „Constructivist Foundations”. Autor „The Embodied Philosopher: Living in Pursuit of Boundary Questions”.

zobacz inne teksty Autora

Bełkot o rosyjskiej cywilizacji i trzecim Rzymie nie zastąpi instytucjonalnej pustki. To ten właśnie brak oferty sprawił, że Ukraina skierowała się w stronę Zachodu, czyli de facto USA. W Rosji nie nastąpiła jednak żadna refleksja nakierowana na przygotowanie jakiejś oferty instytucjonalnej nawet dla własnych obywateli, a cóż dopiero dla sąsiadów. Jedyną możliwością pozostało brutalne wyegzekwowanie swojej strefy bezpośredniego sprawstwa – pisze Konrad WERNER

1.

Z perspektywy nastolatka korzystającego z dobrodziejstw polskiej wypożyczalni kaset wideo w połowie lat 90. Stany Zjednoczone zdawały się czymś z innego wymiaru. Nie były kolejnym państwem z atlasu, jakkolwiek potężnym i bogatym; jawiły się faktycznie jako „miasto na wzgórzu”, o którym mówili prezydenci John F. Kennedy i Ronald Reagan, a więc stały biegun odniesienia, niczym wieża kościelna na średniowiecznym rynku – punkt orientacyjny, wokół którego organizuje się układ urbanistyczny naszych codziennych sprawunków, i zarazem widoczny znak wyższego porządku. Filmy różnej jakości sączyły nam do głów przekonanie o bezalternatywności amerykańskiego stylu życia, mówienia, ubierania się, kochania, strzelania, robienia kariery i popadania w nałogi. W jakimś sensie byliśmy więc późnymi ofiarami albo – jak kto woli – późnymi beneficjentami hollywoodzkiej propagandy z końca zimnej wojny, kiedy to przemysł filmowy, odreagowujący antysystemowe lata 70. w stylu Czasu apokalipsy czy Brudnego Harry’ego, wszedł gładko w narrację „Make America Great Again” epoki prezydenta-cowboya.

Dorastanie w Polsce lat 90. to zatem swoiste doświadczenie. Nie mając bladego pojęcia o polityce i gospodarce, mieliśmy – my, ludzie urodzeni w pierwszej połowie dekady gen. Jaruzelskiego – pewną niewyartykułowaną świadomość, że Ameryka wygrała zimną wojnę i jest jedynym hegemonem światowym. Nie była to jednak hegemonia, której podskórnie byśmy się obawiali – nie był to kolejny brutalny potwór polityczny w rodzaju carskiej Rosji, III Rzeszy czy ZSRR – lecz coś zupełnie odmiennego typu. Miało się bowiem wrażenie, że nie tyle Ameryka jest wszędzie, wciskając się proszona lub nieproszona do naszego życia jak kolejny zaborca, ile – jakkolwiek osobliwie to zabrzmi – wszystko jest Ameryką. Innymi słowy, jak już wspomniałem, że jest to coś więcej niż państwo; jakiś ponadpaństwowy wyznacznik standardów, dążeń i ambicji. Na próbę nazwę to metapaństwem.

Biorąc to pod uwagę, przy najlepszych chęciach i najszerszej wiedzy – zdobytej w latach późniejszych, a więc już po 11 września, w trakcie wojen i po wojnach w Iraku i Afganistanie – trudno nam przyjąć perspektywę tych, dla których Stany Zjednoczone były tylko kolejnym źródłem destabilizacji, podżegaczem wojennym czy wręcz agresorem. Ma to dziś niebagatelny wpływ na to, jak postrzegane jest zaangażowanie amerykańskie w wojnę w Ukrainie. Sądzę jednak, że choć te odmienne spojrzenia na USA mają silne oparcie w faktach, a tym samym nie można ich ignorować, to jednak w naiwności polskiego nastoletniego bywalca wypożyczalni wideo tkwi pewna istotna prawda o konstrukcji świata stworzonej po II wojnie światowej; świata, który faktycznie – i szczęśliwie – zatriumfował po upadku ZSRR, teraz zaś poddawany jest kolejnej, być może najcięższej próbie.

2.

Jeśli więc spojrzymy na wojnę w Ukrainie w skali globalnej, wydaje się, że dobrym predyktorem czyjegoś stosunku do rosyjskiej inwazji jest deklarowany pogląd na temat Stanów Zjednoczonych. Dzieje się tak skądinąd niezależnie od geografii i dotyczy to w znaczącym stopniu samego Zachodu. Negatywny stosunek do polityki międzynarodowej USA czyni wielu amerykańskich, brytyjskich czy francuskich komentatorów bezwiednymi sojusznikami sprawy Kremla. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy pielęgnują swoją faktyczną lub tylko deklarowaną niezależność od „kompleksu militarno-przemysłowego”. W USA znajdziemy w tym gronie na przykład zarówno lewicowy kanał Democracy Now!, jak i radykalnie prawicowego Tuckera Carlsona, a także ogólnie antyestablishmentowe kanały i platformy medialne, takie jak Breaking Points czy The Young Turks. Rzecz nawet nie w tym, aby podzielać propagandowe przekonania Rosji o jej cywilizacyjnej misji i moralnie zepsutym Zachodzie. Wystarczy, że ktoś postrzega USA jako imperium nieróżniące się zasadniczo od Rosji; jako kolejne imperium z serii historycznych imperiów, które niejako z definicji brutalnie dzieli i rządzi w świecie.

Krytyka polityki Stanów Zjednoczonych jest czymś najzupełniej uprawnionym – nie powinno być co do tego żadnych wątpliwości. Niemniej chciałbym tu opisać pokrótce pewien czynnik, który potencjalnie przepoczwarza uprawnioną krytykę w prokremlowską propagandę. Mianowicie twierdzę ostrożnie, że Stany Zjednoczone wprawdzie są tradycyjnym imperium, ze wszystkimi tego konsekwencjami, lecz na tej podstawie stworzyły nowy typ imperializmu, fundamentalnie odmienny od tego, na czym skupiają się ambicje Rosji; od tego, co determinuje krytykę ze strony prawicy i lewicy; odmienny wreszcie od tego schematu pojęciowego, który wyznacza myślenie tzw. realistów w rodzaju Johna Mearsheimera (ale już niekoniecznie, co warto zaznaczyć, Zbigniewa Brzezińskiego). Ten nowy typ imperium nazwałem wyżej roboczo metapaństwem.

Stany Zjednoczone funkcjonują więc równocześnie w trzech wymiarach i stąd trudno się nawet dziwić pewnemu zamieszaniu, zwłaszcza kiedy te wymiary zachodzą na siebie w dość nietransparentny sposób. Funkcjonują jako tradycyjne państwo; chciałoby się rzec – jak każde inne państwo na mapie politycznej świata. Jednocześnie funkcjonują jako tradycyjne mocarstwo ze swoją strefą wpływów, a więc jako źródło projekcji siły militarnej i gospodarczej. W tej grupie są też, oczywiście, Chiny, do pewnego stopnia Rosja, w mniejszym stopniu mocarstwa regionalne jak Indie czy Turcja. Wreszcie USA funkcjonują jako twórca i spoiwo instytucjonalnej architektury świata; w tym ostatnim zakresie jako metapaństwo właśnie i wydaje się, że – jak dotąd – nie mają tu konkurencji.

Nie roszczę sobie praw do żadnego odkrycia w tym zakresie – o tzw. liberalnym imperium zbudowanym przez USA rozpisywali się historycy i politologowie od dawna. Mówi się też o krajach, które jednocześnie są cywilizacjami, jak Chiny czy Rosja, co do pewnego stopnia również odpowiada temu, co chcę tu zarysować. Mój zamiar jest więc stosunkowo skromny – chciałbym mianowicie ukazać fenomen metapaństwa z pewnej specyficznej strony, mianowicie przeprowadzić krótką refleksję o granicach państwowych, a więc czymś, co zdaje się proste oraz intuicyjne, podczas gdy w istocie stanowi pewne wyzwanie pojęciowe.

Wyzwaniom pojęciowym tego rodzaju poświęcona jest ontologia, węzłowa dyscyplina filozoficzna badająca podstawową architekturę dowolnej dziedziny przedmiotowej. Filozofia zaś jest przydatna szerszej publiczności o tyle tylko, o ile rozjaśnia myśli i ukazuje „architektoniczny plan” konkretnego otoczenia, w którym działamy – przez analogię wyobraźmy sobie sytuację, w której jesteśmy zmuszeni zajrzeć do technicznych planów budynku, w którym mieszkamy od lat i który znamy z intymnej perspektywy użytkownika. Poniższa analiza ma więc charakter filozoficzny w tym sensie.

3.

Zwykle więc, gdy myślimy o granicach państwowych, wyobraźnia przywodzi nam na myśl szkolną mapę polityczną z naniesionymi na niej liniami, najczęściej bardzo pogmatwanymi. Przy takiej linii jedno państwo się zaczyna, drugie zaś kończy. Warto jednak zwrócić uwagę, że każde państwo może posiadać nie jeden, lecz aż trzy systemy granic, i nie wszystkie dadzą się łatwo zobrazować na mapie.

Pierwszy z nich to właśnie owe linie nałożone na fizyczną przestrzeń – ich zadaniem jest przypisanie państwu pewnego terytorium wraz z jego fizycznymi, biologicznymi, geograficznymi walorami.

Drugi z systemów zawiera granice wyznaczone w realnej przestrzeni działania – granice sprawstwa. Podmiotami działającymi są jednostki, grupy, organizacje. Jeśli idzie o nowożytnie pojęte państwo, zewnętrzne granice sprawstwa mogą różnić się znacznie od granic przestrzennych – o ile rozciągają się poza granice przestrzenne, definiują tzw. strefę wpływów danego państwa. To dobrze znana rzecz. Warto przy tym zwrócić uwagę, że kategoria formalnych granic politycznych, owych linii na mapie, pojawiła się historycznie stosunkowo późno, wraz z rozwojem szczegółowej kartografii i jednoczesnym rozwojem nowożytnej koncepcji państwa, podczas gdy realne wojny toczyły się raczej o granice sprawstwa.

Tymczasem granice sprawstwa mogą być „rozproszone” w przestrzeni – tak jak samo działanie. Tym sposobem dane państwo może rozciągać swe granice sprawstwa w dużej odległości od swych formalnych granic przestrzennych; z drugiej strony zaś państwa słabe mogą mieć na teoretycznie „swoim” terytorium całą sieć punktów, gdzie stykają się granice sprawstwa innych państw. Widać więc, że opowieść o granicach sprawstwa, o ile mowa o państwach, jest w istocie dobrze znaną opowieścią o nowożytnej grze imperialnej.

Granice sprawstwa danego państwa dzielą się na granice zewnętrzne i wewnętrzne. Powyżej mowa była raczej o tych pierwszych. Jednak nie mniej interesującym przypadkiem są także wewnętrzne granice sprawstwa danego państwa – krótko mówiąc to, ile państwo realnie może zdziałać w stosunku do własnych części składowych; przykładowo, jaka jest granica sprawstwa organów podatkowych w stosunku do sprawstwa korporacji czy oligarchii.

Warto zastanowić się w tym kontekście nad źródłami siły państwa – może się ona brać z tego, że państwo ma w swym formalnym posiadaniu znaczne i bogate terytoria, ale nie wypłynie z tego realna siła, jeśli zabraknie odpowiednich wewnętrznych granic sprawstwa. Z drugiej strony swoistym fenomenem były takie imperia jak Anglia (potem Wielka Brytania), wcześniej Holandia, a więc państwa, które w zasadzie w całości opierały siłę na rozległych granicach sprawstwa, bo przypisany im wycinek fizycznej przestrzeni był i pozostaje raczej skromny. Powstaje więc pytanie, w jaki sposób można osiągnąć tak znaczne sprawstwo przy tak skromnych zasobach geograficznych.

Pierwszą odpowiedzią, która się pewnie nasunie, jest technologia. Oba wymienione imperia opanowały inżynierię budowy statków i sztukę żeglarską w stopniu umożliwiającym im przesunięcie granic sprawstwa daleko poza ich terytorium. Zgoda. Jednakże technologia, jak również infrastruktura to za mało, o czym dobrze świadczy krótka przygoda Chin z panowaniem na morzach w XV wieku. W literaturze znajdziemy więc inną sugestię – tym czynnikiem, wraz z wymienionymi, są instytucje.

To prowadzi do mojej propozycji, aby wyróżnić trzeci system granic państwa. Istnieją one również w przestrzeni działania, lecz nie chodzi tym razem o moc sprawczą działania, lecz o jego wzorce, cele i reguły; chodzi więc właśnie o instytucje. Proponuję więc roboczo mówić o granicach instytucjonalnych.

Instytucje to w pierwszej kolejności, na najbardziej podstawowym poziomie, względnie trwałe wzorce działania, utrwalone przez różne elementy infrastruktury, przez różnorodnych aktorów, przede wszystkim jednostki i organizacje. W teorii gier mówi się o stanach równowagi powstałych wówczas, gdy jakaś grupa podmiotów spontanicznie koordynuje swoje działania i zarazem oczekiwania w stosunku do siebie nawzajem. Sztandarowym przykładem jest tu ruch uliczny, który niezależnie od formalnych przepisów „dąży” do najefektywniejszej koordynacji, w ramach której pojazdy jadące w jednym kierunku poruszają się po jednej stronie jezdni. Następnie instytucje to nadbudowane nad tymi stanami koordynacji normy – formalne i nieformalne – a więc, można rzec, przepisy na określone działanie. Wreszcie instytucje to pewne sieci zależności o charakterze poznawczym, decydujące o alokacji wiedzy lub informacji – wszak to instytucje wyznaczają możliwe cele działania, a więc tworzą popyt na określone normy, np. oczekiwania ze strony przedsiębiorców, aby rząd wprowadził przepisy chroniące własność intelektualną, wymagają tego, aby projektowany w tego rodzaju legislacji możliwy stan rzeczy został rozpoznany przez owych przedsiębiorców jako coś wartego realizacji, to zaś jest możliwe tylko wówczas, gdy dysponują oni odpowiednimi zasobami informacji.

Granice instytucjonalne państwa to zatem „obszar” jego instytucjonalnej kreatywności. Są to te wszystkie ruchy, które osiągają stan koordynacji, zyskują ramy normatywne i prowadzą do określonego działania za sprawą danego państwa. Można więc znów wyobrazić sobie państwo, które wprawdzie istnieje na mapie, jednakże jego granice instytucjonalne wypadają skromnie w tym sensie, że nieomal wszystkie działania jego obywateli są ujęte w instytucjonalne ramy dostarczone przez inne państwa lub podmioty odmiennego typu (korporacje, grupy interesu).

W pewnych specyficznych warunkach można sobie wyobrazić państwo o skromnej projekcji tradycyjnego sprawstwa, lecz silne instytucjonalnie. Unia Europejska dość ewidentnie wywindowała Niemcy do tej roli. Powstaje jednak ciekawe pytanie, czy można sobie wyobrazić państwo potężne swą strefą sprawstwa, choćby projekcją siły militarnej, ale skromne, jeśli chodzi o swe instytucjonalne oddziaływanie. Ktoś mógłby postawić hipotezę, że właśnie takim przypadkiem stała się współczesna Rosja.

Granice zawsze zarysowują pewien stan posiadania; są wyznacznikiem tego, gdzie się „kończy” jedna rzecz, np. państwo, a gdzie zaczyna inna. W omawianym tu przypadku byłaby to linia odgraniczająca ład instytucjonalny wyznaczony przez jedno państwo od ładu wyznaczonego przez inne. Powtarzam – uwolnijmy się od myślenia o mapie. Już granice sprawstwa każą nam myśleć raczej o mackach rozchodzących się w różne strony – czasem bardzo daleko od „centrum”, o ile państwo jest silne; inne zaś państwa będą jedynie plątaniną obcych macek, nie będą zaś miały żadnych własnych. Teraz z kolei możemy myśleć nie o mackach, lecz o ramach. Wyobraźmy sobie wielką mapę, na którą ktoś ponakładał puste ramy. Słabe państwa są jedynie skrzyżowaniami, w zasadzie to ich na tej mapie nie ma, bo ich położenie jest dość rozmyte w plątaninie ram. Silne państwa są właśnie ramami czy dostawcami ram, a więc to one są jedynym widocznym elementem instytucjonalnej mapy.

To wszystko tworzy sieć, o której mówią np. teoretycy tzw. „nowego średniowiecza”, aczkolwiek byłbym daleki od twierdzenia, że granice państw zacierają się w tym gąszczu. W jakimś sensie jest wprost przeciwnie, tyle że chodzi tu o nowy typ granic i jedynie o państwa pod omawianym tu względem dość silne. Mianowicie to ich granice instytucjonalne tworzą ten gąszcz, wzajem na siebie zachodząc, ale także „pilnując” swoich „terytoriów” (warto raz jeszcze podkreślić – jest to „terytorium” w dziedzinie działania, która wprawdzie ostatecznie lokuje się w geograficznej przestrzeni, ale nie jest do niej sprowadzalna).

4.

Istnieje zatem pewna hierarchia państw wyznaczona przez zasięg ich granic instytucjonalnych, niemniej pozycja Stanów Zjednoczonych była (i jest, ale jak długo jeszcze?) zupełnie wyjątkowa właściwie po II wojnie światowej, a z pewnością od upadku ZSRR. Wzrost potęgi Chin, wzmożenie destabilizacyjnych usiłowań ze strony Rosji, a nawet pomrukiwania ze strony niektórych państw europejskich na czele z Francją o „strategicznej niezależności” coś w tej materii zmieniają, ale zasadniczo wciąż nie ma wyraźnej alternatywy. Stany Zjednoczone objęły bowiem swoimi granicami/ramami instytucjonalnymi de facto cały glob. W tym sensie właśnie stały się metapaństwem, a więc państwem niejako ponad innymi państwami; państwem dostarczającym ram funkcjonowania dla nieomal wszystkich innych państw; w każdym razie dla wszystkich kluczowych aspektów funkcjonowania światowego ładu gospodarczego.

Mowa oczywiście o systemie międzynarodowych instytucji, takich jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy; mowa o roli dolara jako uniwersalnego środka wymiany międzynarodowej; mowa o liberalizacji przepływu kapitału; o międzynarodowym prawodawstwie w sprawie np. ochrony własności intelektualnej itd. Mowa więc o dobrze opisanych sprawach, aczkolwiek okoliczność, iż całość ta stanowi właśnie coś w rodzaju metapaństwa, zasługuje, w moim przekonaniu, na więcej uwagi. Jest tak dlatego, że zaprojektowany w ten sposób ład światowy nie da się – nawet jeśli USA same chciałyby tak o tym myśleć – sprowadzić do zbioru instrumentów jednoznacznie służących amerykańskiemu interesowi. Podobnie gdy różne grupy interesów utworzyły nowożytne państwa (później nazwane państwami narodowymi), to każda z nich musiała się pogodzić z faktem, że ten nowy twór, państwo, będzie musiał obsługiwać różne interesy i jakoś je wszystkie razem optymalizować; każda z grup godziła się więc na pewien koszt w zamian za długoterminowy zysk z nowej struktury.

W tym sensie postawiłbym tezę, że mówienie o amerykańskim systemie międzynarodowym, liberalnym imperium itp. nie oddaje istoty sprawy. Kategoria metapaństwa też nie jest doskonała, ale chcę uchwycić wspomniane zjawisko kosztów (po stronie USA) optymalizacji różnych interesów (różnych państw w obrębie metapaństwa) i długofalowych zysków z nowej wspólnoty.

Ktoś powie w tym kontekście, że Stany Zjednoczone zaprojektowały cały ten system wyłącznie w swoim interesie. To w zasadzie słuszna uwaga, ale chwila refleksji każe postawić znak zapytania przy słowie „wyłącznie”, bo co by ono w zasadzie miało znaczyć? Nawet jeśli spojrzymy na ewolucję biologiczną, to wprawdzie ma jakiś sens stwierdzenie, że każda istota żywa działa wyłącznie w swoim interesie, niemniej kooperacja i swoisty przetarg między siłą jednostki a spójnością grupy są także zjawiskami najzupełniej realnymi; powiada się, że zjawiskami emergentnymi. Znaczy to, że nie da się ich zredukować do cokolwiek zmitologizowanej „walki o byt” toczonej przez jednostkę. Cóż dopiero na etapie ewolucji społecznej i politycznej! Sieć międzynarodowych zależności, a więc także międzynarodowych instytucji stanowiących – weźmy to w uproszczeniu – wzorce międzynarodowej koordynacji działań, jest więc także czymś realnym i nieredukowalnym. Państwo posiadające moc tworzenia instytucji w jakimś sensie, owszem, działa we własnym interesie, co jest konstatacją dość trywialną, ale mówienie o „wyłącznie” własnym interesie jest w zasadzie pustosłowiem. Podobnie można powiedzieć, że każdy wilk w stadzie działa dla siebie i w jakimś sensie jest to prawda, ale niczego w ten sposób nie dowiemy się o strategii koordynacji działań w stadnym polowaniu. Stąd stwierdzenie tego typu nic nie wnosi. Podobnie jest w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Każde państwo działa we własnym interesie, próbując rozszerzać swój instytucjonalny stan posiadania, i nie inaczej postępują Stany Zjednoczone. Rzecz w tym jednak, że USA weszły w tej materii, sądzę, na zupełnie nowy, dla innych nieosiągalny poziom.

Potęgą instytucjonalną były w jakimś stopniu wszystkie imperia, począwszy od imperium Aleksandra Wielkiego. Z pewnością próbę imperium o granicach instytucjonalnych, obejmujących różnorodność składowych etnicznych, religijnych i politycznych, próbował tworzyć Rzym. Projektem tego typu było średniowieczne cesarstwo w Europie, skądinąd także określające się „rzymskim”, i był nim też ówczesny Kościół. W czasach nowożytnych imperium instytucji budował Napoleon, potem Wielka Brytania. Broniłbym jednak poglądu, że USA jako pierwsze osiągnęły poziom imperium stricte instytucjonalnego w tym sensie, iż pojawiła się ta nowa emergentna, metapaństwowa struktura.

Warto byłoby zastanowić się nad przyczynami tego sukcesu. Nie bez znaczenia był z pewnością fakt, że państwowość amerykańska jako taka już w punkcie wyjścia była tworem bardzo specyficznym – pewnym projektem ideowo-politycznym i narodotwórczym, który nie ewoluował organicznie jak państwa i narody europejskie, lecz został z góry pomyślany jako realizacja określonych koncepcji z zakresu filozofii politycznej, będącej mieszaniną wpływów myśli liberalnej, demokratycznej i reformacyjnej tradycji religijnej. USA jako takie były więc pomyślane od początku jako projekt w jakimś stopniu inkluzywny i uniwersalistyczny, tj. dążący do pewnej politycznej jedności ponad etniczną czy religijną wielością. Z faktyczną realizacją tego projektu było oczywiście różnie, czego sztandarową ilustracją było niewolnictwo, niemniej zauważmy, że zarówno ruch abolicjonistyczny, jak i ruch praw obywatelskich w XX wieku nie potrzebował odwoływać się do zewnętrznych zasobów intelektualnych – znajdował podstawę w samym projekcie amerykańskim (na czele z konstytucją – i tak jest do dziś, stąd zasadnicze spory o sposób jej interpretacji).

Metapaństwo amerykańskie mogło więc powstać także dlatego – obok innych czynników – że było nadbudowane jako projekt uniwersalny, globalny, ponad już i tak dość uniwersalistycznym projektem państwa amerykańskiego. Tego nie znajdziemy nigdzie indziej, choć Napoleon, a później Wielka Brytania zdawali się dążyć w tym kierunku.

5.

Faktyczna realizacja nawet najszczytniejszych idei jest jednak zawsze przetargiem między różnorodnymi siłami zewnętrznymi oraz odśrodkowymi, stąd – oczywista rzecz – nie jest doskonała. Tu wracamy do rozmaitych „ocen” polityki Stanów Zjednoczonych. Trzeba więc sobie zdać sprawę, że USA w swych granicach instytucjonalnych są nadbudowane nad USA w swych granicach drugiego typu – granicach sprawstwa, czyli tzw. stref wpływów. Nie dotyczy to Europy, która nie znajduje się w obszarze amerykańskiej strefy bezpośredniego sprawstwa w tym tradycyjnym rozumieniu. Co innego Ameryka Środkowa i Południowa.

W polityce amerykańskiej można, jak się zdaje, zaobserwować wewnętrzne napięcia między rolą USA jako metapaństwa o charakterze globalnym (co czasem określa się jako rolę policjanta światowego, zupełnie chybiając istoty rzeczy) a ich rolą jako tradycyjnego mocarstwa definiowanego przez granice sprawstwa. Stąd odgrywanie obu ról równocześnie w stosunku do południowych sąsiadów i dalszych partnerów w tym regionie doprowadzało do bardzo kontrowersyjnych i dobrze opisanych działań, gdzie nie brakowało finansowania ruchów partyzanckich, rewolucjonistów i faszystowskich dyktatur.

Przynależność do amerykańskiego metapaństwa doprowadziła do niewyobrażalnego wzrostu bogactwa dla takich państw jak Korea Południowa, spektakularnie opłaciła się powojennej Europie i Japonii, de facto umożliwiła utworzenie Izraela, quasi-państwa na Tajwanie, jak również Unii Europejskiej. Była to więc oferta realnego rozwoju, nieporównywalna z niczym, co oferowały wcześniejsze imperia i konkurujący z Ameryką Związek Radziecki; nieporównywalna właśnie dlatego, że nie podporządkowywała jednokierunkowo interesów peryferii interesom amerykańskiej metrologii, lecz tworzyła globalną strukturę optymalizacji różnorodnych interesów, którą można porównać jedynie z państwem. Stąd, z braku lepszego słowa, używam tu pojęcia metapaństwa.

Ta przynależność do amerykańskiego metapaństwa była także marzeniem państw zniewolonych, takich jak Polska, pragnących udziału w amerykańskiej grze optymalizacji interesów celem wspólnego bogacenia się. I to w jakimś zakresie nam się udało, choć w ostatnich latach podniosły się słuszne głosy, że nasz udział w tej optymalizacji powinien trochę się zmienić, tak aby nasza gospodarka wytwarzała większą wartość dodaną i konkurowała technologią, a nie ceną pracy. To wywołuje oczywiste napięcia – nigdzie wyżej nie ośmieliłem się iść tak daleko w swej naiwności, aby twierdzić, że te procesy optymalizacyjne są bezbolesne, bezproblemowe i zarządzane przez jakąś wyższą mądrość. Tak oczywiście nie jest. Skądinąd sami Amerykanie zdali sobie sprawę w ostatnich latach, że ta optymalizacja przestała im samym służyć; że USA ponoszą nieproporcjonalnie duże koszty obsługi całego systemu i ponadto dołączył się do struktury olbrzymi pasażer na gapę (korzystający z dobrodziejstw amerykańskiego metapaństwa, ale niebędący jego składową), czyli Chiny. Stąd Trump i stąd tak naprawdę wzrost napięć wewnętrznych w USA, np. na tle rasowym.

6.

I tu dochodzimy o sedna różnic w międzynarodowym postrzeganiu wojny w Ukrainie. To właśnie chęć przynależenia do amerykańskiego metapaństwa, artykułowana przez część społeczeństwa i elit ukraińskich, popchnęła całe państwo ku starciu z Rosją. Nie była to jednak zwykła chęć rozszerzenia swej strefy wpływów ze strony USA, bo ta do Ukrainy po prostu nie sięga i nie wyobrażam sobie, aby jakikolwiek amerykański polityk czy strateg roił sobie tak dalekie rozciągnięcie granic drugiego typu, aby obejmowały Ukrainę czy w ogóle Europę. NATO nie jest przecież po prostu projekcją amerykańskiej siły, lecz właśnie elementem jej imperium instytucjonalnego. Wydaje się, że zarówno Putin, jak i papież Franciszek tego nie rozumieją. Tymczasem jeśli chodzi o granice instytucjonalne, Rosja po prostu nie ma nic do zaoferowania.

Bełkot o rosyjskiej cywilizacji i trzecim Rzymie nie zastąpi instytucjonalnej pustki i ten brak oferty naturalnie sprawił, że Ukraina skierowała się w stronę Zachodu, czyli de facto USA. W Rosji nie nastąpiła jednak żadna refleksja nakierowana na przygotowanie jakiejś oferty instytucjonalnej nawet dla własnych obywateli, a cóż dopiero dla sąsiadów, stąd jedyną opcją pozostało brutalne wyegzekwowanie swojej strefy bezpośredniego sprawstwa – wspieranie oligarchizacji gospodarki państw ościennych, wasalizacja elit politycznych, a w końcu interwencja wojskowa.

Wreszcie wróćmy do pytania o to, co determinuje nasz stosunek do wojny w Ukrainie. Papież Franciszek może nam posłużyć jako reprezentant odmiennego, tj. nieeuropejskiego, w szczególności nie-centralno-europejskiego spojrzenia na aktualne wydarzenia. Pozostaje nam pytanie, dlaczego nie podziela on naszego marzenia o amerykańskim metapaństwie, które przecież przyniosło tyle bogactwa swym składowym. Odpowiedź w zasadzie już padła. Papież Franciszek bowiem nie uczył się świata w wypożyczalni amerykańskich filmów.

Musimy zrozumieć, że nawet jeśli granic instytucjonalnych USA nie da się zredukować do granic ich tradycyjnej strefy wpływów i bezpośredniego sprawstwa (z czym z pewnością nie zgodzą się tzw. realiści w stosunkach międzynarodowych, na czele z Mearsheimerem), to jednak te pierwsze nie lewitują w próżni. Są nadbudowane nad granicami sprawstwa, a tym samym imperium instytucjonalne jest nadbudowane nad imperium w bardziej tradycyjnym sensie. To wywołuje napięcia wszędzie tam, gdzie te dwie struktury nachodzą na siebie, jak w Ameryce Południowej, np. w ojczyźnie Franciszka. Wywołuje to napięcia także wszędzie tam, gdzie panuje brak jasności, jeśli chodzi o to, w jakim charakterze USA w danej chwili występują (np. na Bliskim Wschodzie). Do tego dochodzą czynniki od USA niezależne, a więc wewnętrzne interesy i merytoryczne przygotowanie elit rozmaitych państw, które pozwalają – albo nie – na właściwe rozpoznanie długofalowych korzyści, jakie potencjalnie każdy może odnieść, wchodząc w granice instytucjonalnego imperium USA.

.Tak, perspektywa bywalca polskiej wypożyczalni wideo z lat 90. każe mi wciąż wierzyć, że długofalowo wejście w skład instytucjonalnego imperium USA jest korzystne. Nawet nie dlatego, że jest to projekt najlepszy; bardziej dlatego, że obecnie nie ma żadnego projektu alternatywnego. Chiny, jak się zdaje, chcą takowy wygenerować. Nie mam wiedzy, aby oceniać ich szanse. Rosja nawet nie zamierza tego czynić, inwestując cały kapitał w walkę o swe tradycyjne imperium bezpośredniego sprawstwa, jak również w eksport destabilizacji do wnętrza amerykańskiego metapaństwa (czego najlepszym przykładem jest inwestycja w środki propagandy w czasie kampanii decydującej o brexicie czy w czasie amerykańskich wyborów). Twierdzę więc, że ta swoista polska i pokoleniowa perspektywa, nawet jeśli subiektywna i w swym oryginalnym kształcie naiwna, odsłania jakąś prawdę.

Konrad Werner

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 18 września 2022