Konrad WERNER: Trzaskowski, Morawiecki i polityka jakości życia. Niech ulica zamknięta dla samochodów stanie się przestrzenią dla poważnej rozmowy

Trzaskowski, Morawiecki i polityka jakości życia. Niech ulica zamknięta dla samochodów stanie się przestrzenią dla poważnej rozmowy

Photo of Konrad WERNER

Konrad WERNER

Wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim. Publikował między innymi w „Synthese”, „Topoi”, „Adaptive Behavior”, „Philosophia”, „Philosophical Papers”, „Constructivist Foundations”. Autor „The Embodied Philosopher: Living in Pursuit of Boundary Questions”.

Projekt Nowego Centrum Warszawy jest przykładem, a zarazem symboliczną reprezentacją polityki nakierowanej na jakość życia, która jest czymś pojęciowo odmiennym od życia jako takiego – pisze Konrad WERNER

.Odmienione ulice warszawskiego Śródmieścia, Złota i Zgoda, przyciągają tłumy spacerowiczów. Wraz z Chmielną i rozpościerającym się przed Pałacem Kultury Placem Centralnym tworzą rozległą przestrzeń Nowego Centrum Warszawy. To projekt realizowany konsekwentnie przez ekipę Rafała Trzaskowskiego, w który wpisuje się również częściowo odmieniona Marszałkowska, wyremontowana przed kilkoma laty Świętokrzyska i dawniej jeszcze odmienione Krakowskie Przedmieście. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych projektów jest, po pierwsze, ograniczenie ruchu samochodowego, po drugie – zazielenienie, tj. przeważnie nowe nasadzenia.

Wbrew pozorom temat jest polityczny. Szczególnie prawa strona sceny politycznej obrała sobie za cel projekty Trzaskowskiego, argumentując, że wynikają one z lewicowej czy wręcz lewackiej ideologii nienawidzącej kierowców, przedsiębiorców i ogółem tzw. zwykłych ludzi. Ale i lewica szczególnie nie spieszy się, by bronić Trzaskowskiego, bo dla tych, którzy traktują swą lewicowość poważnie, np. dla działacza miejskiego i socjologa Jana Śpiewaka, znacznie ważniejsze jest to, kto, jakim sposobem (pamiętamy aferę reprywatyzacyjną) i w jakiej ilości (problem tzw. flipperów) jest w posiadaniu mieszkań i kamienic; albo to, czy miasto ograniczy handel alkoholem (czego ostatecznie nie uczyniło).

Chciałbym ten warszawski spór wykorzystać jako pretekst do refleksji politycznej na znacznie ogólniejszym poziomie; zwłaszcza w kontekście rozpadu Prawa i Sprawiedliwości, a być może u progu jakichś większych przetasowań partyjnych. Te ostatnie mają bowiem sens tylko o tyle, o ile w jakiś nowy sposób zdefiniują spory polityczne.

Jakość życia i jej struktura

.Projekt Nowego Centrum Warszawy jest przykładem, a zarazem symboliczną reprezentacją polityki nakierowanej na jakość życia, która jest czymś pojęciowo odmiennym od życia jako takiego. To oczywiście zależy od kontekstu, ale wydaje się, że wszyscy intuicyjnie odróżniamy zachowanie podstawowych funkcji życiowych od tego wszystkiego, co stanowi dodatkową wartość lub ma dodatkową funkcję, a więc od pewnego, by tak rzec, naddatku. Do życia samego będzie należało zjedzenie porcji mięsa o stosownej ilości białka; do jakości życia – zjedzenie tejże porcji w którejś ze śródmiejskich restauracji, z przystawkami, winem i przy dobrej rozmowie. W dziedzinie gospodarki można analogicznie odróżnić to wszystko, co stanowi jej trzon, niezbędny do zachowania podstawowych funkcji, a co często wiąże się ściśle z podstawowymi potrzebami biologicznymi człowieka i społeczeństwa (produkcja i sprzedaż jedzenia, mieszkalnictwo itd.), od tego, co stanowi relatywny naddatek (już nie tylko sprzedaż jedzenia, ale dodatkowa sprzedaż atmosfery spożycia tegoż jedzenia, powiedzmy, w indyjskiej restauracji).

Program polityczny Trzaskowskiego, symbolicznie reprezentowany przez projekt Nowego Centrum Warszawy, jest zorientowany na to, co pozwolę sobie tu nazwać strukturą jakości życia. Składa się na nią to wszystko, co jakość życia umożliwia po stronie zarządzania dobrami publicznymi i stanowienia prawa, począwszy od ulic, kabli i wodociągów, ławek i trawników, skończywszy na ustawodawstwie. Strukturę jakości życia trzeba odróżnić od tego, co można w podobnym duchu określić mianem materii jakości życia. Tę ostatnią zapewniają nie rządzący, lecz sklepikarze, restauratorzy, wszelacy usługodawcy i sprzedawcy oraz, oczywiście, ich klienci. Materia to realne działanie w sferze gospodarki, kultury; realny obród pieniądza; to wszelkie działania konkretnych ludzi, począwszy od chodzenia po nowym bruku warszawskiego Śródmieścia, które jakość życia tworzą.

Jakość życia i jej neoliberalni wrogowie

.Wzięcie struktury jakości życia w charakterze programu politycznego jest atakowane z dwóch stron. Pierwszy ostrzał idzie ze strony tych, którzy (przynajmniej deklaratywnie) tylko na bazowym życiu gospodarczym chcą się skupić, dodatkowe „jakości” uważając za fanaberię. To konfederacka prawica, zwłaszcza ekipa Mentzena. Ci będą walczyć o „prawa kierowców” przeciw „lewackiej ideologii”. W Koalicji (dawniej Platformie) Obywatelskiej widać w tym kontekście pokoleniowe pęknięcie. Dawne hasło PO odwołujące się do „ciepłej wody w kranie” można interpretować jako programowe skupienie się wyłącznie na poziomie bazowym. Rządzenie ma na celu zapewnienie struktury dla realizacji podstawowych potrzeb życiowych, a tym samym struktury dla podstawowych funkcji życia gospodarczego. Wszelkie zaś koncepcje i „wizje” wykraczające ponad ten poziom bazowy – jak zasugerował Donald Tusk w słynnym cytacie z kanclerza RFN Helmuta Schmidta (o tym, że był to cytat, chyba mało kto u nas wie) – uzasadniają wezwanie lekarza. Trzaskowski, co nie jest tak wyraźnie stawiane w debacie, ma inne priorytety. Jest to bowiem polityk, który wprawdzie przesadnych „wizji” unika, ale całym sobą wyraża pewne potrzeby luksusowe, jest uosobieniem aspiracji do wyższej jakości życia (wielkomiejskiego, kulturalnego; chciałoby się rzec – życia ilustrowanego znakomitą muzyką Trzaskowskiego seniora).

Wbrew pozorom ludzie od „ciepłej wody” pokroju Tuska nie są w omawianej tu sprawie daleko od Mentzena. Widać to w alokacji realnej władzy w Warszawie. Ostatecznie przecież Trzaskowski tyle ma władzy, żeby drzewa sadzić, podczas gdy stanowiskami w miejskich spółkach i poważniejszymi pieniędzmi rządzą, jak twierdzą dziennikarze i działacze miejscy znający się na tej materii, Marcin Kierwiński i jego aparatczycy w ramach iście barejowskiego układu typu „kto pod kogo jest podwieszony”. Afera w Szpitalu Południowym, jak również ostateczne zablokowanie ograniczeń sprzedaży alkoholu dobrze to pokazują.

Jakość życia i jej konserwatywni wrogowie

.Z drugiej strony idzie moralny ostrzał ze strony obozu, który określę mianem rycerzy normatywności. Mowa tu o politykach, którzy przynajmniej werbalnie odwołują się do warstwy norm i wartości wyższych, gdzie znajdziemy idee Boga, Honoru i Ojczyzny, także tradycyjne transcendentalia takie jak Prawda, Dobro i Piękno. Wraz z tymi wartościami znajdziemy ich operacjonalizacje w postaci określonego modelu rodziny, państwa, społeczeństwa, a nawet określonej wizji sztuki i literatury. Można odnieść wrażenie, że dla rycerzy normatywności dbałość o jakość życia jest czymś niemoralnym – przejawem hedonizmu. Ludzie z tego obozu upominają się o kondycję duchową narodu, Zachodu, a nawet całej ludzkości, krytykując moralny upadek i widzialny kryzys naszej cywilizacji. I choć czasem trudno odmówić im racji, można odnieść wrażenie, że czynią to w oderwaniu od realiów życia gospodarczego.

W te moralno-alarmistyczne tony uderzają w Polsce ludzie związani z Grzegorzem Braunem, przynajmniej częścią Konfederacji oraz ta część PiS-u, która pozostała po odejściu Mateusza Morawieckiego i jego ludzi. Partia, która szła do zwycięskich wyborów w 2015 r. z programem systemowych reform gospodarczych, teraz skupia się właściwie wyłącznie na sferze normatywnej. Przemysław Czarnek i jego sojusznicy wyżywają się w słownej konfrontacji z siłami rzekomo zagrażającymi naszej niepodległości, tj. Unią Europejską, traktowaną jako byt zewnętrzny, i niezastępowalnymi w roli czarnego charakteru Niemcami.

Warto nadmienić, że obóz rycerzy normatywności nie składa się tylko z prawicowców. Przecież lewicowa walka z wszelkimi formami realnego lub wyimaginowanego (albo realnego w wyimaginowanym ubraniu) wykluczenia i opresji też jest walką o „duszę”, która w gruncie rzeczy, przynajmniej w moim przekonaniu, na dalszym planie stawia materialno-gospodarcze podstawy życia (skądinąd wbrew Marksowi) i to, co da się w tej ostatniej dziedzinie realnie zrobić. U nas jednak walki te mają wciąż marginalny charakter z punktu widzenia realnej polityki. Mieliśmy wprawdzie krajowych rycerzy normatywności, którzy pod wodzą Adama Michnika walczyli przez dobre dwadzieścia lat III RP ze zjawami „polskiego antysemityzmu” itd., ale ci z kolei przypominają już dziś rekonstrukcję historyczną dawnych bitew.

Fundamenty jakości życia

.Na tym całym tle widzimy Mateusza Morawieckiego, który szuka własnej drogi. W tym kontekście chciałbym zwrócić uwagę, że obok polityki nakierowanej na strukturę jakości życia, tusko-mentzenowskiej polityki afirmacji bazowego życia gospodarczego (polityka „ciepłej wody”), de facto ograniczającej rolę państwa do utrzymania gospodarki w stanie wegetatywnym, oraz polityki oderwanych zwycięstw moralnych istnieje jeszcze czwarta opcja. Nazwę ją polityką fundamentów jakości życia.

Jak zaznaczyłem, podejście Tuska i Mentzena z jednej strony oraz rycerzy normatywności z drugiej skierowane jest z gruntu przeciwko polityce skoncentrowanej na jakości życia. Różnica między nimi jest jedynie taka, że o ile dla Tuska to niegroźna fanaberia, której nie daje się realnej władzy, o tyle dla pozostałych to ideologiczne zagrożenie. Tymczasem polityka fundamentów jakości życia, jak to proponuję rozumieć, nie jest zasadniczo przeciw akcentowaniu tejże jakości ani nawet przeciw polityce nakierowanej na jej strukturę (jak w przypadku Warszawy – infrastrukturę miejską), lecz pragnie skupić się na czymś innym, czymś istotniejszym – na owym fundamencie. Poniżej krótko w czym rzecz.

Wyobraźmy sobie na potrzeby eksperymentu myślowego, że przy tych nowych deptakach Trzaskowskiego ulokowane są jedynie sklepy spożywcze sieci zagranicznych typu Żabka lub Carrefour, sieciowe kawiarnie również w posiadaniu kapitału zagranicznego, analogicznie z restauracjami i wszelkimi innymi firmami zapewniającymi materię owej wielkomiejskiej jakości życia (w znacznym stopniu skądinąd tak właśnie jest…). Załóżmy też, że ta „sieciowość” jest trochę przykryta, by tak rzec, lokalnym wzornictwem i ofertą, a więc nie umniejsza pożądanej jakości. Otóż zarówno z punktu widzenia polityki nakierowanej na gospodarkę w stanie wegetatywnym, jak i polityki dążącej do tego, aby państwo i miasto dostarczało jedynie stosownej struktury dla jakości życia, wszystko w takiej gospodarce jest w porządku. Innymi słowy, nie widać z obu tych perspektyw jakichkolwiek wad opisanego systemu. Tymczasem, jeśli nań spojrzeć z innej perspektywy, będzie to gospodarka o najzupełniej patologicznej naturze. I nie dlatego, że jest coś złego, hedonistycznie niemoralnego lub „lewackiego” w samej idei, że konsumpcja dóbr powinna mieć jakąś dodatkową jakościową warstwę, lecz dlatego, że fundamenty tejże jakości są w przedstawionym scenariuszu nietrwałe, niefunkcjonalne i ostatecznie tę jakość umniejszające.

By się o tym przekonać, wystarczy zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy, które na szczęście istnieją już dziś w powszechnej świadomości komentatorów polskiego życia politycznego. Stąd ograniczę się do ich wskazania. Po pierwsze, jeśli gospodarka dostarczająca materialnych podstaw naszej naddatkowej jakości życia opiera się na kapitale zagranicznym, to jest słabo odporna na wszelkie zawirowania – teoretycznie wszyscy właściciele owej materialnej podstawy naszej jakości życia, tych wszystkich sklepów, kawiarni i knajpek, mogliby z dnia na dzień wycofać się pod presją takich czy innych, w każdym razie zupełnie od nas niezależnych (to ostatnie jest kluczowe) czynników. Po drugie, o ile spojrzymy na sprawę szerzej i nie ograniczymy się tylko do firm widocznych przy owym symbolicznym deptaku Trzaskowskiego, to sytuacja jest następująca: w gospodarce opartej na podwykonawstwie finalną marżę zgarniają właściciele kapitału zlokalizowani za granicą, co przekłada się na dochody tamtejszych projektantów, zarządców, a nawet ich asystentów, a pośrednio też kierowców, nauczycieli itd. Tym samym finansujemy swoją pracą wyższą jakość życia we Frankfurcie, Londynie, Paryżu, ale – w tym zakresie, o którym tu mowa – nie w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie.

Innymi słowy, jeśli materia naszej jakości życia jest oparta na podwykonawstwie (nie tylko w przemyśle, ale także w IT czy finansach, skąd bierze się znaczna część użytkowników warszawskich deptaków), to istnieje pewien poziom owej jakości, którego nie przekroczymy (sufit, którego nie przebijemy). Można to skądinąd znów zilustrować symbolicznym deptakiem Trzaskowskiego. Proszę sobie bowiem porównać liczbę najbardziej luksusowych sklepów odzieżowych czy biżuteryjnych przy deptakach warszawskich z tymi umieszczonymi w analogicznej (infra)strukturze w Londynie czy Paryżu. Ostatecznie zatem trzeba zdać sobie sprawę, że ta nasza wymarzona jakość życia jest umniejszana przez dotychczasowy model polskiego rozwoju gospodarczego i właśnie w trosce o jej zwiększenie należałoby zainteresować się czymś więcej niż jej ustrukturyzowaniem, a mianowicie właśnie tym, co tu określam jako jej fundamenty.

Droga Morawieckiego? Zacząć tam, gdzie Trzaskowski kończy

.Wyczerpanie się dotychczasowego modelu rozwoju Polski jest już powszechnie wiadome. Można nawet odnieść wrażenie, że wszyscy o tym mówią, przynajmniej wszędzie tam, gdzie narracja stricte partyjna nie zabija dziennikarskiej i eksperckiej dociekliwości. Wydaje mi się jednak, że w tym dyskursie rzadziej podkreśla się właśnie ten zasadniczy związek między strukturą gospodarki, a więc tym, kto posiada kapitał, kto czerpie finalną marżę itd., a tą codzienną warstwą drobnego naddatku życia gospodarczego, które możemy określić mianem jakości życia – tym, co współokreśla postawy polityczne milionów obywateli i stąd nie może być ignorowane; tym, co werbalnie reprezentuje Rafał Trzaskowski, nie docierając jednak do istoty rzeczy.

Mateusz Morawiecki deklaruje, że błędem PiS-u jest ściganie się z Konfederacją o to, kto będzie bardziej „konfederacki”. Ale sam zdaje się w tym kontekście niekonsekwentny, przykładowo wyżywając się retorycznie na Ukraińcach albo argumentując, że tzw. „piątka dla zwierząt” była jednym z zasadniczych błędów jego rządów. Tymczasem obie te rzeczy rezonują dobrze głównie wśród wyborców Konfederacji i Brauna. Pozwolę sobie na przypuszczenie, że gdyby Morawieckiego zapytać wprost o sprawy warszawskie, też ująłby się za rzekomo prześladowanymi przez Trzaskowskiego kierowcami. Tymczasem rzeczywistym problemem z Trzaskowskim i reprezentowanym przezeń światopoglądem nie jest to, że bierze jakość życia za punkt wyjścia; problemem jest powierzchowność. W tym światopoglądzie grunt, aby było miło i dobre jedzenie lądowało na stole w miłej atmosferze. Brakuje pogłębionej analizy fundamentów gospodarczych tego codziennego drobnego miejskiego luksusu i nawet jeśli część z adwokatów tego światopoglądu nie głosiłaby już dziś, że „kapitał nie ma narodowości”, to jednak świadomość, że jakąś narodowość jednak ma, zupełnie nie przekłada się na program i wybory polityczne. Polecałbym – o ile tak bezczelne sformułowanie przystoi – premierowi Morawieckiemu wyjście naprzeciw tym wyborcom, których świadomość spraw krajowych i międzynarodowych buduje się nie przy wsparciu TVN czy TVP, lecz różnorodnych kanałów eksperckich na YouTube czy Kanału Zero, i zarazem dla których „język” jakości życia będzie zrozumiały. Oni także zaludniają te deptaki Trzaskowskiego i usytuowane przy nich kawiarnie i knajpki, ale jednocześnie nowe media i samodzielne poszukiwanie wiedzy otwierają ich na zrozumienie tego, co stoi u podstaw gospodarczych miłego spędzania czasu.

Korzystając z tytułu jednego z ciekawych kanałów na YouTube (autorstwa Daniela Wojdy), powiedziałbym, że to musi być strategia „pogłębiarki” – od codziennej jakości życia ku jej fundamentom. Należałoby zatem zacząć pracę koncepcyjną nad przygotowaniem politycznej oferty tam, gdzie myśl prezydenta Warszawy już nie sięga. Należałoby wejść w przestrzeń zagospodarowaną werbalnie przez Trzaskowskiego – dosłownie (Nowe Centrum Warszawy) i w przenośni – aby tam, nieomal jak Sokrates na ateńskiej ulicy, pytać o fundamenty i wyjść z realistycznymi propozycjami przebudowy tychże fundamentów.

Nie ma co się oszukiwać, zdefiniowana w ten sposób grupa docelowa nie jest liczbowo imponująca, niemniej w rozdrabniającym się systemie partyjnym, zwłaszcza na prawicy, może mieć decydujący wpływ na to, jaka większość będzie u władzy po roku 2027, jak również na to, kto będzie odpowiadał za kluczowe obszary rządzenia.

Konrad Werner

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 20 sierpnia 2026