
Kto zbuduje lepszy PiS?
Polska polityka weszła w moment przesilenia, choć wcale nie dlatego, że kończy się epoka duopolu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Sądzę przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że ten układ pozostanie osią polskiej polityki jeszcze przez długie lata. Zmienia się jednak coś innego: trwa walka o to, kto będzie przyszłej polskiej prawicy liderem – pisze Michał KŁOSOWSKI
.Jeszcze do niedawna odpowiedź na pytanie kto zbuduje lepszy PiS – wydawała się oczywista. Jarosław Kaczyński nie tylko kierował największą partią opozycyjną, ale pozostawał również niekwestionowanym przywódcą całego obozu konserwatywnego. Ten obraz jakiś czas temu zaczął jednak blednąć. Nie dlatego, że PiS przestaje istnieć, lecz dlatego, że jego wewnętrzne centrum ciężkości przesuwa się coraz dalej od Nowogrodzkiej i oczywiście najbardziej widocznym symbolem tej zmiany jest Mateusz Morawiecki.
Były premier, wypychany przez wpływowe frakcje wewnątrz partii na polityczny margines, nie zdecydował się na otwarty rozłam. Zamiast tego rozpoczął budowę własnego zaplecza ideowego i środowiskowego, starając się jednocześnie pozostać częścią Prawa i Sprawiedliwości. Strategia ryzykowna, ale politycznie znacznie dojrzalsza niż spektakularne odejście, mimo że jego ostateczne wypchnięcie z partii jest coraz bardziej prawdopodobne, a w zasadzie już się dokonało.
.Mateusz Morawiecki jednak rozumie, że nie wygrywa ten, kto pierwszy opuszcza partię, lecz ten, kto będzie gotowy przejąć jej elektorat i polityczne dziedzictwo w chwili, gdy dotychczasowa formuła wyczerpie swoje możliwości. A właśnie to dzieje się z PiS-em, który jeszcze trwając, radykalizuje się i optymalizuje w kierunku elektoratu wydobytego na powierzchnie przez obie Konfederacje.
Partia, która przez dwie dekady potrafiła definiować całą polską prawicę, sama coraz bardziej staje się zakładniczką strategii, która niekoniecznie należy do niej samej. Przez blisko dwadzieścia lat PiS skutecznie budował monopol na reprezentowanie konserwatywnego elektoratu, widząc tu niszę wśród PO-PiS-owych sierot. Wchłaniał kolejne środowiska, przejmował ich postulaty i nie dopuszczał do wyrośnięcia trwałej konkurencji po swojej prawej stronie. Komentatorzy nazwali ten mechanizm „doktryną prawej ściany”. W praktyce oznaczało to, że wszystko, co mogło stać się atrakcyjne dla wyborców prawicy, wcześniej czy później było przejmowane przez Prawo i Sprawiedliwość. Dopiero pojawienie się i organizacyjne okrzepnięcie Konfederacji sprawiło, że ten monopol zaczął pękać.
Ruchy Mateusza Morawieckiego są oczywistą odpowiedzią na tę sytuację. PiS reaguje na tę zmianę w sposób charakterystyczny dla partii tracącej monopol i zamiast narzucać agendę, coraz częściej zaczyna ją przejmować. Retoryka antyukraińska, coraz ostrzejszy język wobec migrantów, odwoływanie się do najniższych społecznych resentymentów czy konserwatyzm rozumiany bardziej we wschodnim niż zachodnim sensie – wszystko to wygląda jak próba raczej odzyskania wyborców Konfederacji niż budowania własnej wizji państwa.
Dlatego zamiast tworzyć kolejną efemeryczną inicjatywę polityczną, Mateusz Morawiecki inwestuje w ludzi, środowiska eksperckie, kontakty międzynarodowe i narrację, która wykracza poza tradycyjny język PiS-u. Buduje PiS 2.0, choć oczywiście nigdy nie nazwie tego w ten sposób. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że wewnątrz partii dominację odzyskują środowiska utożsamiane z dawnym Porozumieniem Centrum – politycy wierni Jarosławowi Kaczyńskiemu od trzech dekad, których styl uprawiania polityki pozostaje zakorzeniony w realiach lat 90. To oni coraz częściej nadają ton wewnętrznym decyzjom, marginalizując ludzi kojarzonych z okresem rządów Mateusza Morawieckiego, i właśnie w jego decyzjach z czasu pandemii oraz wojny upatrują przyczyn wyborczej porażki.
Ten konflikt nie jest więc jedynie sporem personalnym, ale starciem dwóch wizji polskiej prawicy. Pierwsza zakłada dalsze funkcjonowanie PiS-u jako partii skoncentrowanej wokół historycznej tożsamości i osobistego autorytetu Jarosława Kaczyńskiego, coraz mocniej kierującej się w stronę elektoratu prokonfederacyjnego, a więc w jakimś sensie tracącej podmiotowość z powodu konieczności obsługi obcego elektoratu. Druga próbuje zbudować nowoczesną formację konserwatywną, zdolną rywalizować zarówno z liberalnym centrum, jak i z radykalną prawicą, przejmując z czasem zarówno jej wyborców, jak i polityków. To projekt potencjalnie śmiertelnie niebezpieczny dla ugrupowań żyjących z przesuwania okna Overtona coraz dalej na prawo, dlatego budzi tak silną niechęć w środowiskach Konfederacji.
Paradoks obecnej sytuacji polega jednak na tym, że również premier Donald Tusk jest zainteresowany przebudową Prawa i Sprawiedliwości. A może nawet stworzeniem po prawej stronie sceny politycznej takiej konfiguracji, która w kontrolowany sposób będzie odbierała PiS-owi kilka lub kilkanaście procent poparcia, uniemożliwiając mu powrót do samodzielnej władzy. Dryfowanie PiS-u na radykalne prawo, język coraz częściej przypominający retorykę ugrupowań protestu czy polityczny styl reprezentowany przez najbardziej wyrazistych polityków partii – wszystko to z perspektywy Donalda Tuska jest korzystne, bo zamiast z jego partią Prawo i Sprawiedliwość zaczyna konkurować z Konfederacją właśnie.
Polska polityka od dwóch dekad opiera się na konflikcie dwóch wielkich obozów. Rozpad PiS-u oznaczałby nieprzewidywalność, wzrost znaczenia ugrupowań protestu i konieczność budowania zupełnie nowych koalicji. Znacznie korzystniejsze jest więc istnienie umiarkowanej, systemowej prawicy niż dalszy wzrost ugrupowań radykalnych. Zarówno Konfederacja, jak i środowisko Grzegorza Brauna funkcjonują bowiem poza logiką dotychczasowego duopolu. To właśnie ich wzrost po raz pierwszy od wielu lat pokazał, że monopol PiS-u na reprezentowanie polskiej prawicy nie jest dany raz na zawsze. Mateusz Morawiecki próbuje zagospodarować elektorat konserwatywny, który oczekuje zmiany pokoleniowej, ale jednocześnie nie chce radykalizacji ani polityki permanentnego konfliktu. To próba stworzenia nowej prawicy, bardziej kompetencyjnej, gospodarczej i zakorzenionej w zachodnim konserwatyzmie niż w polityce resentymentu.
.Czy ta strategia się powiedzie? To zależy od dwóch czynników. Po pierwsze, od tego, czy Morawiecki zdoła utrzymać swoje wpływy mimo narastającej presji aparatu partyjnego, nawet jeśli formalnie zostanie z PiS-u wypchnięty. Po drugie, od tego, czy Jarosław Kaczyński zdecyduje się dopuścić do rzeczywistej sukcesji, czy też będzie próbował utrzymać pełną kontrolę nad partią aż do końca swojej politycznej aktywności.
Jednego można być jednak niemal pewnym: polska scena polityczna nie zmierza do końca duopolu, ale do jego kolejnej odsłony. Tak jak Jarosław Kaczyński przed laty nie był zainteresowany zniszczeniem Platformy Obywatelskiej, ponieważ potrzebował znanego sobie przeciwnika, tak Donald Tusk nie ma interesu w całkowitym rozpadzie Prawa i Sprawiedliwości, a ruchy Mateusza Morawieckiego mogą go denerwować. Demokracja dwóch wielkich obozów trwa jednak nadal, zmieniają się jedynie aktorzy i wewnętrzne układy sił.
Dlatego najważniejszym pytaniem najbliższych miesięcy nie będzie to, czy PiS przetrwa, ale to, kto stanie się właścicielem jego przyszłości. Czy pozostanie nim Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie? Czy pałeczkę przejmie Mateusz Morawiecki? Sądzę bowiem, że Mateusz Morawiecki swoimi ruchami nie tyle rzuca wyzwanie własnemu środowisku, ile rozpoczyna rywalizację o przyszły rząd dusz na prawicy z Krzysztofem Bosakiem.





