Marek SARJUSZ-WOLSKI: "Dotyk osobliwości. Polityka w czasie zmiany"

TSF Jazz Radio

Dotyk osobliwości. Polityka w czasie zmiany

Marek SARJUSZ-WOLSKI

Redaktor naczelny niezależnego magazynu strategicznego PARABELLUM. Pracował w „Życiu Warszawy”, „Przeglądzie Tygodniowym", tygodnikach „Spotkania”, „Wprost” i „Fakty”. W latach 1998 - 2008 kierował Niezależnym Magazynem Europejskim „UNIA&POLSKA”. W 2008 był szefem Redakcji Wojskowej MON, a do 2013 - Wojskowego Instytutu Wydawniczego. Opublikował zbiory reportaży z Moskwy epoki pierestrojki „Zapiski na konkretach”, z Izraela z początków intifady „Kuchnia żydowska” oraz o życiu polskiej wsi („Wielu jest świętych”). Jest także autorem książki o katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim („Cisza po życiu”) oraz współautorem zbioru wywiadów „W cztery oczy”.

zobacz inne teksty autora

Tak jak katastrofa lotnicza nigdy nie ma jednej przyczyny, tak porażka wyborcza jest sumą wielu tendencji. Nie szukam kolejnych błędów, lecz identyfikacji zmian w uniwersum.

Piramida w sieci

.Otóż, od zarania dziejów cywilizacje trwały w naturalnym porządku, streszczającym się w sądzie: mądrość przychodzi z wiekiem. Homo sapiens żył zatem w piramidzie, której stabilność gwarantowała młodość wiedząca, że wdrapać się na szczyt można tylko pokonując innych, tudzież kolejne szczeble wtajemniczenia. Po mądrość udawano się do starców, którzy z racji doświadczenia oraz dostępu do bibliotek, byli uznawani za profetów. Potrafili z dystansem kierować gorączkę młodości dla dobra wspólnego (a często: własnego).

Owszem, niecierpliwcy buntowali się, by z hasłami rewolucji iść na skróty, by potem tępić rebeliantów chcących iść dalej, by potem trzymać się władzy, aż poza kres śmierci. Tworzyli wirtualną rzeczywistość religijną do zarządzania zbiorową wyobraźnią. Dlatego wszelakie konfesje niewiele mówią o Bogu, a mnóstwo o tożsamości społeczności wyznających religię.

Piramida trwała. Nie tylko w imperiach, lecz także w szkołach, redakcjach i szpitalach. Pomniki, popiersia i portrety wyznaczały rząd dusz. Dysponowano dwoma realizmami: duchowym (magicznym) i materialnym. W każdym obowiązywał piramidalny porządek. Nawet sekty miały swych guru, którym wyznawcy musieli się podporządkować.

.Systemu schodów, od nauki czytania, przez uniwersytety, praktyki, pracę dla mistrza (czy to w medycynie czy w krawiectwie) aż po zajęcie najważniejszego fotela w wybranej dziedzinie, nie zmieniły ani loty na księżyc, ani wynalezienie bomby jądrowej. Zmieniła je sieć.

To dzięki niej całą wiedzę ludzkości ma się w ręku, na ekranie tabletu. To dzięki niej można w godzinę dotrzeć ze swym przesłaniem do najdalszych zakamarków świata i skrzyknąć potężną demonstrację, która obali rząd. To ona stała się nową przestrzenią, która przybiera postać władzy rozproszonej. Jest, obok odwiecznych religii, kanałem kultury niematerialnej, wszakże bez świętych i arcykapłanów.

Afrykańskie dziecko ma dziś potencjalny dostęp do wiedzy wielokrotnie większej, niż dziesięć lat wcześniej miał prezydent Stanów Zjednoczonych.

Owszem, możesz jej skutecznie użyć, jeśli uchwycisz klimat dnia, tygodnia, miesiąca. Lecz nie masz szans, by uczynić z niej narzędzia władzy na lata. Owszem, możesz hamować jej rozwój, ogłaszając zakazy w sferze profanum (hardware), lecz nie masz możliwości wtrącić do lochu sfery sacrum (software). Dzięki sztucznej inteligencji w miliardach tabletów ludzie stają się mądrzejsi, a zatem bardziej odporni na irrelewantne szamaństwo.

W takim kontekście młodzieżowy zryw wygląda inaczej, niż choćby w doniosłym roku 1968, kiedy młody świat się zbuntował, lecz w każdym kraju (USA, Niemcy, Francja czy Czechosłowacja) chodziło o coś innego. Bunt ludzi sieci to faktyczne (a nie polegające na niszczeniu pomników) rozstanie z autorytetami. Pojawia się znikąd i pozornie donikąd umyka. Ma swój metajęzyk oraz system globalnie zrozumiałych znaków.

.Kiedy w okolicach 1990 roku (proszę o zwrócenie uwagi na znamienną koincydencję z wybiciem się Polski na niepodległość) przyniosłem do domu pierwszy komputer, to ja uczyłem mych kilkuletnich synów obsługi. Dziś nie tylko proszę ich o zrobienie czegoś „bo nie działa”. Chcę coś kupić? Nie tata, ja ci pokażę tańsze i lepsze. Chcę pojechać? Wejdź na tamtą stronę. Chcę się nauczyć? To bez sensu, bo drogie i nudne. Rozliczyć podatki? Daj mi te kwity, za godzinę ci przyślę. Chcę kogoś znaleźć? Tędy. Dla nich sieć jest naturalnym środowiskiem. Dla mnie – często kłopotliwym narzędziem.

W jakich dziedzinach mogę być jeszcze autorytetem? Wiem, że powstanie warszawskie nie wybuchło w 1989 roku, a akronim PRL nie oznacza powszechnej rewolucji literackiej, zaś Holocaust nie jest klejem do tapet. Ale to przecież drobiazgi. Tych błyskotek nie można użyć do budowy bytu i rozwiązywania problemów. A resztę można znaleźć w sieci. Dlatego nie pytają mnie o rady. Jestem anachronizmem.

Kursy nowych kształtów

.Najobszerniejszym objęciem, w którym można zawrzeć rewolucję sieciową jest postmodernizm. Wszakże można tam włożyć wszystko nowe, wymykające się standaryzacji. Czy Marshall McLuhan, pisząc w 1960 roku „Galaktykę Gutenberga” przypuszczał, że „globalna wioska” w której telewizja obala bariery czasowe i przestrzenne, umożliwiając masową komunikację, za chwilę stanie się reliktem? Że każdy człowiek z laptopem będzie nie tylko odbiorcą, lecz przede wszystkim podmiotem globalnej komunikacji? Nie mógł.

Zygmunt Bauman opisując nowe oceany, na które wpłynęliśmy po śmierci McLuhana (1980), powiada pesymistycznie, że czeka nas płynna nowoczesność, płynny lęk i płynne życie, które „nie potrafi zbyt długo zachować swego kształtu ani utrzymać stabilnego kursu”. Baumanowska płynność bierze się z nieprawdopodobnego przyspieszenia. Oto rodzaj ludzki potrzebował 100 tysięcy lat, by wprowadzić do komunikacji język mówiony, 10 tysięcy lat zajęło mu opanowanie języka pisanego, a 400 lat – upowszechnienie prasy drukowanej. Tymczasem telefon stacjonarny stał się powszechnym narzędziem komunikacji w ciągu 50 lat, telefon komórkowy – w 7 lat. A sieci społecznościowe stały się niezbędnym elementem naszego życia w zaledwie 2 lata!

Przewidywał to mgliście Johann von Neumann, twórca architektury komputerowej, którą opisał już 1945 roku w książce „First Draft of a Report on the EDVAC”. Sam EDVAC (Electronic Discrete Variable Automatic Computer) czyli pierwszy komputer na globie, powstał już w 1949 roku. Kosztował 467 tysięcy dolarów, składał się z 3 tysięcy lamp elektronowych i zużywał 56 kilowatów mocy. Oczywiście, pracował dla armii, wyliczając trajektorie pocisków w Ballistic Research Laboratory.

.Von Neumann, jako jeden z pierwszych ludzi zrozumiał, że cywilizacja dotarła nie do kolejnego, lecz do kluczowego zakrętu historii, nie dającego się porównać z niczym co wydarzyło się w dziejach cywilizacji. W 1955 roku użył określenia „osobliwość” i prorokował, że do objawienia dojdzie za 100 lat (czyli za 40 lat z naszej perspektywy). Ekstrapolując trendy rozwoju techniki, przełomy w rozwoju technologicznym zmaleją do minimalnych wartości około 2040 roku. Wykładniczy spadek kosztów mocy obliczeniowej sprawi wówczas, że komputer za 1000 dolarów będzie we wszystkich zadaniach efektywniejszy od człowieka.

Ray Kurzweil, założyciel Singularity University w Dolinie Krzemowej, uważa, że „osobliwość jest blisko, kiedy istoty ludzkie przekraczają granice biologiczne”. A z takim zjawiskiem mamy właśnie do czynienia.

Tworząc cywilizację obliczeń, uruchomiono proces coraz silniej uzależniający nas od algorytmów i szybkości.

Johann von Neumann chciał zapanować nad światem nie dzięki energii, lecz przez przetwarzanie informacji. Udowodnił, że można opisać wszechświat symbolami „1” i „0” na papierowej taśmie. Zostawił nas z głęboko pesymistyczną, a nawet – cyniczną wizją świata, która przewija się zarówno przez zapowiedź rewolucji cyfrowej – teorię pierścieni operatorów, poprzez teorię gier, a na teorii gwarantowanego wzajemnego zniszczenia, która w latach 1948-1988 była fundamentem zimnego pokoju, kończąc.

.Dlatego wielu przed płynnym lękiem ucieka w (na pozór) bezpieczne struktury hierarchii. Kariery wojskowe, administracyjne czy kościelne wydają się (jak przed wojną) może nie oszałamiające, ale oferujące wewnętrzną integralność. Także znienawidzone korpo proponuje wrażenie utraconej stabilizacji, jeśli zaakceptujesz jego stricte komunistyczną konstytucję. Zatem spokój za cenę wolności. Poczucie przynależności za cenę upokorzenia.

Wszakże oni też są pełni buntu – już nie wirtualnego (religijnego), lecz dotykającego tak spraw maleńkich, jak i zasadniczych. To my, miejscy partyzanci, wiemy, gdzie trzeba posadzić kwiatki. To my, obywatelscy obrońcy, lepiej przygotujemy Świdnik do wojny, niż sklerotyczna armia. My wiemy, gdzie powinien być bar mleczny, którędy powinna biec obwodnica, a którędy – ścieżki rowerowe. Bóg? Niedouczeni pośrednicy nie są nam potrzebni. Szczepionki dla dzieci? Zmowa lekarzy z koncernami. Nauka dla sześciolatków? Opresja aparatu państwowego.

Wreszcie to my włożymy kosz ze śmieciami na głowę nauczyciela, by wydarzenie to, utrwalone na filmie, umieścić w sieci. Na znak naszego zwycięstwa. Na dowód naszej siły.

Ho, ho, ho!

.Sarmata trafił w czas, kiedy społeczna piramida rozpoczęła już obrót. Nie mógł zrozumieć, że młodzieniec pytający o mieszkanie dla siostry nie czuje potrzeby traktowania dygnitarza z atencją. Na jaśniepańskie „Ho, ho, ho!” nie odpowiedziało nawet echo. Natomiast respons mędrca, że na mieszkanie trzeba wziąć kredyt, sieć wyłapała natychmiast. I w tej samej chwili zaczęło się polowanie na myśliwego. „Jesteś głodny? Zjedz siostrę!”

Gdyby Lech Kaczyński kazał spieprzać dziadowi w 2015, a nie w 2005 roku, nigdy nie zostałby prezydentem. Kiedy wygrał, na Placu Zamkowym natychmiast pojawiły się setki ludzi, skandujące „Spieprzaj dziadu!” I błyskawicznie znikły. Manifestacje w kwestii „pohańbienia Wawelu” takoż wybuchły deus ex machina, by gwałtownie się zakończyć, nie pozostawiając śladu „komitetu organizacyjnego ruchu społecznego”.

Acta? Manifa, załatwione, zapomniane. Kukiz? Dziś on prowadzi na barykady, by za chwilę bronić się zza nich przed nowymi idolami.

Jeden gest, jedno słowo, jedna mina wystarczy. Dlaczego zmiana? A choćby „for fun”! Nie rozumiesz, to się odsuń. Nazywasz nas gówniarzami, ale to dopiero początek. Nie ma znaczenia, że siedziałeś w więzieniu za wolność. To było po powstaniu styczniowym? It doesn’t fucking matter. My sami zadbamy o naszą wolność. Spróbujcie wybudować elektrownię atomową, a zobaczycie prawdziwy Sajgon!

.Tak, jesteśmy pozornie zdezintegrowani, ale czujni. Jesteśmy outsiderami, lecz kieruje nami zbiorowa mądrość sieci. To ona dyktuje trendy. To ona tworzy normy etyczne. To dzięki niej w mig budujemy wspólnotę emocji. Jedynym niezmiennym parametrem jest właśnie wspólna busola moralna.

Sieć zawsze stanie po stronie biedniejszego, bitego i słabszego. Wykryje najmniejszy fałsz. „W gruncie rzeczy była to sprawa smaku. Tak smaku”.

Chaos wolności

.To dalece więcej, niż niewinny konflikt pokoleń. Jak każdy, dorastałem w immanentnym deficycie wolności, lecz miałem ze swymi rodzicami i dziadkami wspólne poczucie uwięzienia; choćby z braku paszportu. Więc kiedy moje pokolenie wywalczyło wolność podróżowania, więc kiedy zapewniło (po ciężkich bojach) wolność osiedlania się i pracy w zjednoczonej Europie, myśleliśmy, że akademiom ku naszej czci nie będzie końca. Tymczasem, gdybyśmy sami nie przypięli sobie orderów, dziś dostalibyśmy co najwyżej memy z naszymi głupimi minami. Dla mnie to wartość, że nie muszę pracować na czarno, by przywieźć do domu 500 dolarów i żyć za nie przez rok. Dla nich to hańba, że muszą szukać lepszego życia poza krajem.

Oto jak jedno zjawisko może zostać opisane w wykluczających się narracjach. Oczywiście, uważam, że jestem mądrzejszy, bo wiem, bo doświadczyłem prawdziwego braku wolności. Ale czy na pewno? A może prawdziwa wolność zaczyna się od nagromadzenia zbytecznych dóbr lub też konsekwentnego się ich wyrzeczenia?

.Sieć to przestrzeń szalonych tajfunów. Szybkość, zmienność, zwroty akcji, dynamika obrazów, pęd. Ku czemu? Ku przyszłości. Ta żywiołowość atomów poddanych reakcji łańcuchowej będzie nas uwierać coraz bardziej. I osobiście, i społecznie. Cywilizacja nigdy tak nie pędziła. Dla samej magii podróży, dla poczucia drive’u. Czy to w kierunku chaosu? Czy piramidę można postawić na czubku? W modelu cybernetycznym nie stanowi to problemu. Ale w społecznym to, na dzisiejszy rozum, niewykonalne. A jednak postęp geometryczny koniunktury stosunków międzyludzkich nie da się porównać z żadnym z dotychczasowych etapów rozwoju cywilizacji.

Nadzieja na hamulec bezpieczeństwa? Obsesją Johanna von Neumanna było przewidywanie pogody. Powtarzał, że kraj, który zapanuje nad aurą posiądzie broń wielokroć silniejszą od bomby jądrowej. Będzie niekwestionowanym mocarstwem. Początki były obiecujące. Dzięki modelom cybernetycznym udało się poprawić meldunki krótkookresowe. Ale, gdy matematyczni geniusze wzięli się za dalekie dystanse, ponieśli spektakularną klęskę. Świadkami tej, wydawałoby się, prostej niemożności, jesteśmy nota bene do dziś.

Żeby pogodynki nie straciły pracy wymyślono zatem rolling forecasting (prognozę kroczącą), co w definicji oznacza „Systematycznie powtarzane realistyczne antycypowanie zdarzeń, osiągnięć oraz warunków funkcjonowania, o stale określonym horyzoncie czasowym”. Od biedy metoda ta buchalterom i księgowym. Ale posługiwanie się nią przez polityków i wojskowych może doprowadzić do widowiskowej katastrofy.

Nie o to wszakże chodzi, lecz o sam fakt postawienia przez naturę tamy ludzkiemu poznaniu. „Są granice, których przekraczać nie wolno”, zdaje się szeptać pierwiastek boski oszołomionym własnymi możliwościami matematykom i fizykom. I w tym punkcie należy szukać nadziei. Jeżeli nie potrafimy przewidzieć pogody, to nie potrafimy okiełznać przyszłości. Możemy na nią wpływać, możemy ją planować, możemy nawet o niej marzyć, ale nigdy jej nie zaprojektujemy.

.W chmurze demokratycznej informacji ktoś jednak musi w końcu ułożyć algorytm pozwalający ogarnąć światową rozpierduchę. Nie będą to demokratyczne państwa narodowe, ani cherlawe cienie dawnych despotów. O tym, kto będzie panować zadecyduje chyba każdy z nas. Zależy od tego kogo będzie więcej: obywateli czy konsumentów. A może arcykapłan już kieruje nowym wymiarem, tylko nie ma powodów się ujawniać?

Marek Sarjusz-Wolski

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam