Mateusz M. KRAWCZYK, Michał KŁOSOWSKI: Tu nie chodzi (tylko) o węgiel

Tu nie chodzi (tylko) o węgiel

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, dziennikarz i publicysta. Autor programów radiowych i telewizyjnych. Z wykształcenia archeolog, filozof i historyk, studiował między innymi na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie i London University of Arts.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Photo of Mateusz M. KRAWCZYK

Mateusz M. KRAWCZYK

Sekretarz redakcji "Wszystko Co Najważniejsze", doktorant w dyscyplinie nauk o polityce i administracji. Absolwent Akademii Młodych Dyplomatów EAD. Stypendysta Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Wolontariusz programu MSZ "Wolontariat Polska Pomoc 2019".

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

O konieczności ratowania klimatu mówi się coraz więcej i coraz głośniej. Przoduje w tym globalne Południe, bo tam zmiany ziemskiego klimatu są po prostu najbardziej odczuwalne – piszą Mateusz M. KRAWCZYK i Michał KŁOSOWSKI

.Czy ogłaszanie jednego z najważniejszych porozumień międzynarodowych można zacząć od przeprosin? Okazuje się, że tak. Zrobił to Alok Sharma, prezydent Konferencji Klimatycznej Narodów Zjednoczonych w Glasgow. Wszystko z powodu semantyki oficjalnych umów oraz oczekiwań aktywistów i ulicy. Rozdźwięk między tymi dwoma światami znacznie obniża globalne ambicje i budzi niezdrowe emocje, które utrudniają dojście do porozumienia w sprawie polityk klimatycznych. A konsensus taki jest dziś niezbędny, jeśli chcemy realnie myśleć o pozostawieniu planety w dobrej formie dla przyszłych pokoleń.

Choć od dziesięcioleci wiemy o konsekwencjach spalania węgla, nadal odpowiada on za 40 proc. globalnej emisji CO2 pochodzącej ze zużycia energii. To właśnie w węgiel i jego emitentów wymierzony został globalny akt oskarżenia, napisany przez klimatycznych aktywistów i młode pokolenie, które żąda od światowych przywódców działań tu i teraz. Trudno jednak liczyć na natychmiastowe decyzje, kiedy światowa polityka opiera się przede wszystkim na osiąganiu krótkoterminowych celów wyborczych i walce o elektorat, który nieczęsto nagradza za wzniosłe idee.

Pakt klimatyczny podpisany w Glasgow przejdzie do historii jako pierwsza umowa klimatyczna, w której wyraźnie zaplanowano ograniczenie udziału węgla w produkcji energii. Porozumienie to nawołuje też do pilniejszych cięć emisji szkodliwych substancji, np. metanu, obiecuje więcej pieniędzy dla krajów rozwijających się, aby pomóc im przystosować się do zmian klimatu. To wszystko jednak nie to. Dla jednych, zwłaszcza tych, którzy chcą ograniczyć wzrost temperatury do 1,5°C, deklaracje te nie idą wystarczająco daleko. Dla drugich, Indii, Rosji i Chin oraz Arabii Saudyjskiej, zobowiązanie do stopniowego wycofywania węgla i wykorzystywania innych paliw kopalnych, które częściowo było zawarte już we wcześniejszych projektach negocjacyjnych, jest nie do przyjęcia, godzi bowiem w podstawy modelu biznesowego i rozwojowego tych państw. Jak więc połączyć rozwój z ochroną, eliminację ubóstwa z ograniczaniem ilości gazów cieplarnianych w atmosferze, obawy ludzi i ambicje państw?

Polityki klimatyczne to dziś domena globalnego Południa. Trudno się temu dziwić, jeśli mieszkańcy Afryki doświadczają kataklizmów pogodowych, o których Europejczycy nigdy nie śnili, a mieszkańcy Oceanii muszą patrzeć, jak ich domy zalewa woda. Ktoś powie, że te problemy to przecież nic nowego. Przecież od lat 60. XX w. ekstensywne wykorzystywanie zasobów naturalnych spotykało się z międzynarodową krytyką, prowadzoną głównie za sprawą kilku ekologicznych organizacji pozarządowych. Głosy te zostały jednak w świecie zachodnim zbagatelizowane. Kraje rozwijające się, otwierając swoje rynki na komercyjne wykorzystywanie zasobów naturalnych, też nie chcą przyznać się do winy, obarczając odpowiedzialnością za obecny stan rzeczy Zachód. Jak Malezja, która za wylesienie swojego terytorium obwiniła „międzynarodowy popyt na drewno” zaspokajany „tanim wyrębem w Malezji i Indonezji prowadzącym do dysproporcji rozwojowych”.

Klimatyczna waga ma dwie szale – rozwój i ochronę. Dotychczas przeważała ta pierwsza. To zaczyna się zmieniać. Coraz częściej mówi się o „ekoimperializmie” czy „ekokolonializmie”. Terminy te mogą razić, jednak z pewnością jest coś niewłaściwego w globalnej perspektywie rozwoju premiującej tych, którzy niewiele zważają na ekosystem planety i są w stanie ekstensywnie wykorzystywać jej zasoby naturalne, nie oglądając się na nic, nie patrząc w przyszłość. Problemu tego nie uda się rozwiązać rzucaną raz po raz na kolejnych szczytach obietnicą zwiększenia funduszy na wsparcie krajów rozwijających się.

Mimo przyśpieszenia, którym ewidentnie okazało się organizowanie cyklicznych Konferencji Ekologicznych Narodów Zjednoczonych, problem narastających zmian klimatu pozostaje i wszystko wskazuje na to, że antropocen – epoka człowieka – na globalnej osi czasu odmalowana będzie w ciemnych barwach. Nie chodzi tu bowiem (tylko) o węgiel. Gdy redukujemy skomplikowany wpływ, jaki człowiek ma na planetę, do jednej zmiennej, umykają nam niezwykle istotne szczegóły, które mają niejednokrotnie większy wpływ niż jakikolwiek pojedynczy składnik miksu energetycznego. Te cywilizacyjno-społeczne czynniki zdają się znajdować czasem daleko poza zasięgiem dyskusji o klimacie. Kiedy Grupa Robocza ds. Antropocenu w sierpniu 2016 r. zaleciła przyjęcie antropocenu jako nazwy nowej epoki geologicznej Międzynarodowemu Kongresowi Geologicznemu, zarzucono polityczną motywację wykraczającą poza granice nauk geologicznych. Stwierdzenie, że żyjemy w epoce, której głównym wyznacznikiem jest nadzwyczajny wpływ człowieka na strukturę planety do tego stopnia, że zmienia on ją w stosunku do poprzedniej epoki (holocenu), stanowi kontrowersyjną tezę. Dlaczego? Problemem są „oczywiste” implikacje polityczne i etyczne.

Ale przecież to zrozumiałe. Człowiek jest istotą wpływającą na planetę z siłą, jakiej nie zna historia. A siła ta wynika także z ludzkiego charakteru: rozwój – czasem za wszelką cenę – leży po prostu w naszej ludzkiej naturze. To parcie do przodu zapisane jest na kartach wszystkich wielkich eposów w historii ludzkiej cywilizacji. Jego ślad jest widoczny na naszych ciałach i w naszej świadomości. Chcąc się rozwijać, zatraciliśmy jednak umiejętność rozróżniania między tym, co dla nas naturalne i dobre, a tym, co toksyczne.

W 2007 roku martynikańscy intelektualiści Raphaël Confiant i Louis Boutrin opublikowali pracę Chronique d’un empoisonnement annoncé („Kronika zapowiedzianego zatrucia”), w której wskazali, że pestycyd chloroorganiczny stosowany na plantacjach bananów na Martynice i Gwadelupie nieodwracalnie zatruł glebę i źródła wody pitnej na wyspach. Stosowanie chlordekonu zostało wstrzymane w Stanach Zjednoczonych (i w większości krajów zachodnich), a w 1976 r. rząd francuski wycofał licencje na jego używanie, ale nie na terytoriach zamorskich, przynajmniej przez następne kilkanaście lat. Spośród francuskich wysp Martynika była miejscem najbardziej rozpowszechnionego użytkowania chlordekonu, który jest uznany na całym świecie za czynnik rakotwórczy, a jego obecność w zanieczyszczonej glebie i żywności jest odpowiedzialna za bezpłodność mężczyzn i raka prostaty. Zdaniem Światowego Funduszu Badań nad Rakiem Martynika ma najwyższy wskaźnik zachorowań na raka prostaty na świecie.

.Toksyczny ludzki gen jest groźny, ale jest immanentną częścią nas samych. Czy mamy jeszcze czas, aby się nad tym zastanowić? Przecież przykładów oddziaływania tej toksycznej cząstki ludzkiej natury jest więcej. Wszystkie obrazują, jak antropocen przenika nas, świat i nasze ciała. Ograniczenie węgla jest tylko kroplą w morzu potrzeb.

Mateusz M. Krawczyk
Michał Kłosowski

Tekst ukazał się w nr 35 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 grudnia 2021
Ivan Alvarado / Reuters / Forum