Patryk PALKA: Dlaczego prawda o Katyniu wciąż ma znaczenie? Rzecz o starciu cywilizacji

Dlaczego prawda o Katyniu wciąż ma znaczenie? Rzecz o starciu cywilizacji

Photo of Patryk PALKA

Patryk PALKA

Historyk i publicysta. Dyrektor działu „Piękno Historii” we „Wszystko co Najważniejsze”. Redaktor „Gazety na Niedzielę”.

zobacz inne teksty Autora

Czy ma dziś jakiekolwiek znaczenie to, co Rosja, kraj skompromitowany na arenie międzynarodowej, mówi o wydarzeniach sprzed ponad 80 lat? – pyta Patryk PALKA

.Katyń, Miednoje, Piatichatki, Bykownia – w miejscowościach tych wiosną 1940 r. wykopano doły w ziemi, a następnie wrzucono tam ciała 21 857 osób. Z braku lepszych słów nazywamy te miejsca „zbiorowymi mogiłami” lub „masowymi grobami”, choć w rzeczywistości z kulturą pochówku nie mają nic wspólnego. Ponad osiem dekad temu w Katyniu, Miednoje, Piatichatkach i Bykowni nie wykopano grobów, by pogrzebać zmarłych. Wydrążono dziury w ziemi z zamiarem wyrzucenia do nich niepotrzebnych „odpadów”.

W kwietniu i maju 1940 r., na mocy decyzji władz ZSRR z dnia 5 marca, w Smoleńsku, Charkowie, Twerze i Katyniu 125 funkcjonariuszy NKWD rozstrzelało 21 857 polskich jeńców. Przez zaledwie dwa miesiące 125 osób pozbawiło życia blisko 22 tysiące. Mordowano w sposób brutalny – strzałem w tył głowy. Dzienna „norma” enkawudzistów wynosiła od 250 do 300 osób. Do rangi haniebnego symbolu urasta postać Wasilija Błochina, jednego z ówczesnych katów, osobistego ochroniarza Józefa Stalina. Przez całą „karierę” samodzielnie zamordował on 10–15 tys. osób. Dziś spoczywa w alei zasłużonych cmentarza Dońskiego w centrum Moskwy. Na imponującym pomniku nagrobnym obok wizerunku Błochina w mundurze wojskowym widnieje napis: „Wieczna pamięć”.

Józef Mackiewicz, naoczny świadek ekshumacji ciał polskich ofiar, tak opisał to, co zobaczył w katyńskim lesie: „Nie są to trupy anonimowe. Tu leży armia. Można by zaryzykować określenie kwiat armii, oficerowie bojowi, niektórzy z trzech uprzednio przewalczonych wojen. To jednak, co najbardziej nęka wyobraźnię, to indywidualność morderstwa, zwielokrotniona w tej potwornej masie. Bo to nie jest masowe zagazowanie ani ścięcie seriami karabinów maszynowych, gdzie w ciągu minuty czy sekund przestają żyć setki. Tu przeciwnie, każdy umierał długie minuty, każdy zastrzelony był indywidualnie, każdy czekał swojej kolejki, każdy wleczony był nad brzeg grobu; tysiąc za tysiącem”.

Ofiarami zbrodni katyńskiej byli nie tylko żołnierze. Dane Instytutu Pamięci Narodowej wskazują, że na liczbę 21 857 zamordowanych składa się: 18 generałów, 350 pułkowników i podpułkowników, tysiące oficerów niższych rang, ponad 900 lekarzy, farmaceutów, dyrektorów klinik i ordynatorów oddziałów szpitalnych, 1040 nauczycieli szkół średnich i powszechnych, 107 naukowców, wykładowców polskich i europejskich uczelni, ponad 700 prawników, sędziów, prokuratorów i adwokatów, 6 tys. funkcjonariuszy policji oraz innych formacji mundurowych, kilkudziesięciu duchownych, ponad 700 inżynierów, a także wynalazcy, przemysłowcy, handlowcy, urzędnicy, artyści, sportowcy, dziennikarze. Sprawców nigdy nie osądzono.

Dnia 7 kwietnia 2010 roku podczas obchodów 70. rocznicy zbrodni katyńskiej Władimir Putin powiedział: „Bez względu na to, jakie to trudne, musimy podążać ku sobie, pamiętając o wszystkim, ale rozumiejąc, że nie możemy żyć tylko przeszłością”. W obliczu rosyjskiej polityki historycznej słowa te brzmią nie tylko wyjątkowo cynicznie, ale i kuriozalnie. Stosunek Putina do kwestii Katynia jest bezpośrednią kontynuacją narracji władz ZSRR. Katyńskie kłamstwo ma się znakomicie, a przez ostatnie 80 lat nie zestarzało się ani trochę. Obserwujemy jedynie różne etapy jego budowania. Pierwszym było zrzucenie odpowiedzialności na Niemców, którzy w trakcie inwazji na ZSRR odnaleźli masowe groby i w 1943 r. dokonali ekshumacji ciał pomordowanych jeńców. Kolejnym – charakteryzującym epokę Gorbaczowa – pozorne przyznanie się do winy, przy jednoczesnym obarczeniu nią wyłącznie NKWD, mającego działać jakoby w oderwaniu od ZSRR. Gdy reżyserem rosyjskiej sceny politycznej został Władimir Putin, winą za ludobójstwo obarczył już nie NKWD, ale jednostkę – Józefa Stalina – dla którego zbrodnia katyńska miała być osobistą zemstą za porażkę w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. Putin nie poprzestał jednak na przenoszeniu odpowiedzialności za zbrodnię. Katyńskie kłamstwo „wzbogacił” o relatywizację przeszłych wydarzeń. Jak twierdzi prof. Andrzej Nowak, Putin odnalazł swoisty anty-Katyń w fakcie, że podczas wspomnianej wojny polsko-bolszewickiej śmierć poniosło 16–18 tys. sowieckich jeńców wojennych (według Putina ponad 30 tys.). W tym kontekście zbrodnia katyńska zdaje się być jedynie odwetem, poczynionym w dodatku na wyraźnie mniejszą skalę. W rzeczywistości śmierć sowieckich jeńców w latach 1919–20 nie była konsekwencją planowej akcji ludobójczej, lecz trudnych warunków, w jakich znajdowała się ludność całego regionu Europy Wschodniej w tamtym okresie (m.in. chorób). Putin nie jest jednak zainteresowany prawdą, tylko – jak dowodzi prof. Nowak – wykreowaniem obrazu „niepokalanego ZSRR, który nie ponosi odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej”.

Putinowska narracja nie jest jedynie rojeniem megalomana, ślepo zapatrzonego w nieistniejące już imperium, które pragnie odbudować. Ma ona daleko idące konsekwencje polityczne i społeczne. Pamięć jest jednym z czynników legitymizujących władzę. Jest ona również fundamentem tożsamości. Od tego, co pamiętamy i jak pamiętamy, zależą nasze postawy i wybory. Wywieranie wpływu na kształt pamięci społecznej to potężne i niedoceniane narzędzie, którym dysponuje władza państwowa. Wykreowanie fałszywego obrazu przeszłości i przekonanie innych do jego autentyczności może mieć kluczowe znaczenie podczas podejmowania decyzji, np. wyrażenia społecznego poparcia dla agresji na obce państwo lub przyjęcia bądź odrzucenia przez ludność określonej oferty cywilizacyjnej. W kontekście polityki państwa nastawionego na ekspansję mechanizm ten odgrywa rolę szczególnie istotną.

Wydaje się jednak, że Rosja po 24 lutego 2022 r. jest państwem skompromitowanym na arenie międzynarodowej. Kto wierzy w jej wiarygodność? Kto ufa dziś Władimirowi Putinowi? Nawet jeśli w odległych krajach Ameryki Południowej, Afryki, Australii i Oceanii, na Bliskim i Dalekim Wschodzie ludzie nie rozumieją Rosji, Europa trafnie rozpoznała płynące z niej zagrożenie, wspiera Ukrainę i może liczyć na poparcie Stanów Zjednoczonych. Dziś niemal każdy mieszkaniec Europy Środkowo-Wschodniej wie, że Rosja stanowi realne zagrożenie i rozsiewa trującą propagandę. To, co dla wielu nie było czytelne nawet po 2014 r., od lutego 2022 jest już oczywistością. Na zachodzie kontynentu społeczna świadomość w tym zakresie jest zauważalnie niższa, lecz rządy poszczególnych państw w przytłaczającej większości stają na wysokości zadania – utrzymują sankcje wobec Rosji i przekazują kolejne środki finansowe Ukrainie.

Czy Europa na pewno poznała się na Rosji? Dziś po stronie Ukrainy stoi niemal cały zachodni świat. Po stronie Federacji Rosyjskiej jest jednak czas i przyzwyczajenie. Nie mam na myśli sytuacji na froncie, ale perspektywę budowania ładu powojennego. Wywalczyć pokój z Rosją to szalenie trudne zadanie. Utrzymać go – to niemal niemożliwa sztuka. Jak długo Europa Zachodnia, która nie doświadczyła bliskości rosyjskich czołgów, pozostanie sceptyczna wobec tamtejszej narracji? Do końca rządów Putina czy kilka lat dłużej? Gdy spogląda się na sytuację z Warszawy, sprawa może wydawać się czarno-biała – Rosji nie wolno zaufać ani dziś, ani jutro. Im dalej od rosyjskich granic, im więcej sekund upływa, tym bardziej kolory się zlewają, tworząc paletę różnych odcieni szarości. Zazwyczaj sprowadzamy dyskusję nad kształtem powojennej Europy do pytania, jakim wynikiem zakończy się konflikt na Ukrainie. W rzeczywistości to nie jedyna, ale jedna z dwóch najistotniejszych kwestii. Kluczowe jest również to, czy po wojnie Europa ponownie uwierzy – tak jak po rozpadzie ZSRR – że Rosja może się zmienić.

Sądzę, że tamtejsze elity zrobią bardzo wiele, by przekonać świat, że wojna na Ukrainie była winą wyłącznie Władimira Putina, nie państwa rosyjskiego. Jak zwykle – nieodpowiednia jednostka, błąd personalny, za który nikt nie ponosi odpowiedzialności, sprawiły, że cierpi wizerunek całej rosyjskości. To, co Związek Sowiecki zrobił z pamięcią o caracie, co kolejni pierwsi sekretarze uczynili z pamięcią o Stalinie, przyszli przywódcy Rosji, kimkolwiek będą, zrobią z pamięcią o Władimirze Putinie. Polityka historyczna Związku Sowieckiego, a dziś Federacji Rosyjskiej, opiera się na fałszu z prostego powodu. Kłamstwo ma przykryć fakt, że oferta cywilizacyjna, którą niesie ze sobą rosyjskie imperium, niezależnie od jego aktualnej nazwy czy formy, jest nie do przyjęcia.

Najlepszą bronią przeciw kłamstwu jest prawda. Ta przedstawia się następująco: Rosja to balet, opera, malarstwo, literatura i sport. To także zsyłki na Sybir, wysiedlenia, łagry, masowe egzekucje i zbiorowe mogiły. Rosja to Czajkowski, Dostojewski, Puszkin, Kasparow i Szarapowa, tak samo jak Lenin, Stalin, Putin, Prigożyn i Wasilij Błochin. Symbolem rosyjskiej oferty cywilizacyjnej są jednakowo kolorowe wieże Kremla i błotniste doły Katynia. Tragizm tej sytuacji objawia się w tym, że są one z sobą nierozerwalnie splecione. Decydując się na rosyjską ofertę cywilizacyjną, trzeba wyrazić zgodę na jej obydwa oblicza, a nikt z własnej woli nie zaryzykuje drugiego Katynia, by móc liczyć na narodziny w swoim kraju drugiego Szostakowicza czy Prokofiewa. To dlatego rosyjskie władze chcą wymazać pamięć o Katyniu. Tak okropnej zbrodni nie przykryje żadne artystyczne czy naukowe osiągnięcie. Aby przekonać innych do Rosji, należy wymazać z kart rosyjskiej historii wydarzenia takie jak zbrodnia katyńska. Rosyjskie imperium, jeśli ma się trwale rozprzestrzeniać, nie może być skalane taką zbrodnią, ponieważ jego oferta cywilizacyjna zawsze będzie podważana i nieatrakcyjna.

Władimir Putin doskonale odgrywał rolę fałszerza historii i kreatora nowego obrazu Rosji. Gdy w 2014 r. zajął Krym, żaden z ważnych aktorów na scenie politycznej – od Berlina, przez Paryż, po Waszyngton – nie zareagował w należyty sposób. W 2022 r. prezydent Rosji popełnił jednak fatalny błąd. Rosyjska oferta cywilizacyjna została uaktualniona o kolejną brutalną wojnę. Do Katynia dołączyła Bucza, do masowych przesiedleńców z okresu II wojny światowej dzieci porwane z terytorium Ukrainy, do kobiet, które przeszły piekło po zetknięciu z siłą „wyzwalającej” je Armii Czerwonej, kobiety, które napotkała na swej drodze armia Federacji Rosyjskiej i Grupa Wagnera. Pamięć jest jednak ulotna, a polityka historyczna Rosji niezwykle konsekwentna. Zachód zapomni o okrucieństwie wojny na Ukrainie, tak jak stopniowo zapomina o II wojnie światowej. Kto był wówczas ofiarą, a kto agresorem? Kto był najeźdźcą, a kto bohaterem? W 1945 r. nikt by nie uwierzył, że można postawić podobne pytania.

Pamięć o wydarzeniach takich jak zbrodnia katyńska, Hołodomor czy mordy cywilów w Buczy jest tarczą przeciw rosyjskiemu kłamstwu. Na kłamstwie jest zaś wzniesiona rosyjska oferta cywilizacyjna. Budowanie imperium nie sprowadza się jedynie do skutecznego dysponowania siłą militarną. Jeśli ma być trwałe, nie mniej istotne jest to, co oferuje swoim mieszkańcom. Rosja jest świadoma, że zaoferować może jedynie samą siebie, a to z pewnością nie wystarczy. Nawet wielokrotnie potężniejsze od dzisiejszej Federacji Rosyjskiej ZSRR padło pod ciosami tych, którzy nie godzili się na jego cywilizacyjną ofertę. Być może najpotężniejsza forma rosyjskiego imperializmu została obalona przez cywili, którzy bez broni i prawa głosu wyrazili swój sprzeciw, wychodząc na ulice. Rewolucja zaczęła się w Polsce, która od wieków stanowiła dla Rosji śmiertelne zagrożenie jako najbliższa geograficznie reprezentantka innego modelu cywilizacyjnego, znacznie atrakcyjniejszego, oferującego nie potęgę bezimiennego organizmu państwowego, ale wolność wspólnoty politycznej, praworządność, nietykalność osobistą i majątkową oraz samostanowienie jednostkom. Nikt nie zdaje sobie z tego sprawy lepiej niż kolejni przywódcy Rosji, dziś reprezentowani przez Władimira Putina.

.Między innymi o to toczy się wojna na Ukrainie, która chce iść nie rosyjską, ale europejską drogą. To nie tylko wojna o terytoria i zasoby, kolejna batalia między dwoma sąsiadami, ale starcie cywilizacji. Aby wygrać tę wojnę, nie wystarczy wspierać Ukrainy militarnie i finansowo. Należy walczyć również z rosyjskim kłamstwem, bronią nie mniej groźną niż bagnet, czołg czy nowoczesny dron. W tym kontekście prawda o przeszłości, której tragicznym symbolem jest m.in. Katyń, ma dziś takie samo znaczenie jak 80 lat temu.

Patryk Palka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 lipca 2023
Fot. Andrzej Stawiarski / Forum