Paulina GUZIK: Pogotowie na sygnale. Kościół wobec wojny na Ukrainie

Pogotowie na sygnale.
Kościół wobec wojny na Ukrainie

Photo of Paulina GUZIK

Paulina GUZIK

Adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, prowadząca “Między Ziemią a Niebem” w TVP1, szefowa biura Mediów Zagranicznych podczas ŚDM 2016.

zobacz inne teksty Autora

Mogłabym dziś napisać bardzo wiele o skali kościelnej pomocy, ale już i ten tekst będzie jutro nieaktualny. Kolejne parafie przyjmą setki osób. Kolejni biskupi otworzą swoje pałace. Bez blasku fleszy, bez briefingów prasowych. Bo tak po prostu trzeba – pisze Paulina GUZIK

.Gdyby postawić w kolejce wszystkie tiry Caritas, które wyjechały z Polski z pomocą humanitarną na Ukrainę w ciągu ostatnich dwóch tygodni, kolejka taka miałaby 3 kilometry. 150 tirów, 5000 palet i 3 miliony kilogramów żywności, wody, środków higienicznych, materiałów opatrunkowych, baterii, śpiworów i ubrań.

W pałacach arcybiskupich w Krakowie i Tarnowie śpią uchodźcy, archidiecezja wrocławska oddała na ich potrzeby cały 4-gwiazdkowy hotel, w Koszalinie seminarium duchowne jest już pełne uciekinierów ze wschodu. Od Poznania po Białystok i od Gdańska po Zakopane parafie i zakony przyjmują gości z Ukrainy. Dają im schronienie, jedzenie, wysyłają w dalszą podróż albo goszczą na dłużej. Pomagają znaleźć pracę, szkołę dla dzieci i tymi dziećmi się zajmują. Ktokolwiek nie widzi tej ogromnej skali pomocy – nie chce widzieć. Ktokolwiek „tylko pyta”, co robi Kościół, nie chce przyjąć do wiadomości odpowiedzi.

Kościołowi w Polsce w ostatnich latach wiele można zarzucić. Nie można mu zarzucić jedynie tego, że nie działa przy największym kryzysie uchodźczym od czasu II wojny światowej. Kościół w Polsce to dziś nie tylko Franciszkowy szpital polowy. To pogotowie ratunkowe pędzące dzień i noc na sygnale.

Ksiądz Jan Przybocki, proboszcz podkrakowskiej parafii w Bibicach, nigdy nie mógł usiedzieć na miejscu. Ale gdy wybuchła wojna, jego doba jeszcze bardziej się skurczyła.

Już w pierwszych dniach od rosyjskiej agresji na bibickiej plebanii zamieszkało 7 osób z Równego koło Łucka. Parafianie przyjęli w swoich domach prawie setkę Ukraińców. Przywożą do parafii jedzenie, środki czystości, ubrania. – Rodziny, które zatrzymały się w naszej parafii, biorą sobie, co im potrzeba, nikomu nic nie narzucamy.

Bibicka pomoc nie kończy się na parafii. Ksiądz Jan wiele dni spędził na dworcu PKP w Krakowie. – Panie gotują zupę, ja zawożę i rozlewam, jutro będziemy gotować krupnik.

– Pierwszego dnia pojechaliśmy z ogórkową. Kończyła się nam już zupa i szła pani z chłopczykiem 10-letnim – myślę sobie, że choćbym miał dno skrobać, to jej musimy dać zupy. Miałem jeszcze bułkę z szynką. Babcia chłopca podzieliła bułkę na pół – dół z szyneczką dała chłopczykowi. A chłopczyk otworzył kurtkę, zobaczyłem w środku małego pieska i on tę szyneczkę dał pieskowi – relacjonuje Ksiądz Jan. Ogórkowa z Bibic była pierwszym ciepłym posiłkiem, jaki dostali od wielu dni.

– Płakałem jak dziecko – mówi. Gdy złożył kramik z zupą, poszedł do najbliższego sklepu i kupił karmę dla pieska.

I tak w całej Polsce. Kilka przykładów z setek, a nawet tysięcy miejsc w całym kraju: w parafii Matki Bożej Saletyńskiej w Krakowie – 24 osoby z Ukrainy. 15 w parafii bł. Edmunda Bojanowskiego na Ursynowie w Warszawie. Parafia św. Jakuba na Ochocie – 35 matek z dziećmi. Łomianki – 700 uchodźców. W Domu Rekolekcyjnym tarnowskiego seminarium – 64 osoby. Osobiście z granicy przywoził ich ks. Piotr Barczyk. Rodzina z dwanaściorgiem dzieci ugoszczona u urszulanek w Krakowie. U franciszkanów i misjonarek Niepokalanej św. Maksymiliana w Harmężach k. Oświęcimia – 51 osób, w Głogówku na Opolszczyźnie – 21, przez wszystkie franciszkańskie klasztory w całej Polsce przewinęły się zaś już setki osób. Dominikanie na Freta nie mają ani jednego wolnego pokoju dla gości. Gdy przyjechał do nich ich amerykański brat, musiał zatrzymać się gdzie indziej. Dom Pielgrzyma i Hale św. Józefa na Jasnej Górze – ponad 120 uchodźców, w tym 50 dzieci. – Paulini już wiedzą, jak przygotowuje się kaszki dla dzieci i co jest przy tych maluchach najbardziej potrzebne – mówi o. Michał Legan.

– Na początku zaczęłam to jakoś liczyć, ale stwierdziłam, że nie nadążam i że to liczenie nie ma sensu – mówi siostra Monika Sudy ze zgromadzenia sióstr św. Michała Archanioła. W domu michalitek w samym sercu starego miasta w Przemyślu w jedną noc może przenocować nawet 70 osób. – Przyjeżdżają w ciągu dnia, do południa następnego dnia zwykle jadą dalej, więc siostry sprzątają cały dom, zmieniają pościel. I tak codziennie od dwóch tygodni. Łatwo to policzyć. W ciągu 14 dniu w domu michalitek schronienie znalazło blisko 1000 osób.

Jak się zaczęło?

– To było pospolite ruszenie – mówił w Telewizji Polskiej ojciec Krzysztof Górski, przeor przemyskiego Karmelu. – Zaczęliśmy od Ekwadorczyków, studentów z Ukrainy, którzy zupełnie nie mieli się gdzie podziać.

Ojciec Krzysztof nie zastanawiał się długo, z kim stworzyć sojusz pomocy. Natychmiast dołączyły do niego wspomniane michalitki, sercanki, służebniczki starowiejskie, siostry Sługi Jezusa, franciszkanki Rycerstwa Niepokalanej, a nawet karmelitanki bose, które na co dzień żyją za klauzurą.

– Karmelitanki otworzyły dla ludzi swoje drzwi poza klauzurą. My w naszym klasztorze czekamy na karmelitanki bose z Charkowa, tam czekałaby je nieuchronna śmierć albo i gorzej – mówi ojciec Krzysztof. – Siostry z Przemyśla przysłały też dodatkowe siły do pomocy, tak żeby można było całodobowe dyżury rozpisać i w konkretnych punktach w mieście przyjmujemy osoby, które przekraczają granicę.

Codziennie organizują z siostrami odprawę. Rotacja przybyszów jest nieustanna.

U michalitek spędziliśmy z kamerą pół godziny. W tym czasie dzwonek do drzwi dzwonił średnio co półtorej minuty.

Najpierw cztery dziewczyny. Chcą jechać dalej do Włoch, tłumaczy dla nich wolontariusz Ruchu Światło-Życie. Potem kierowca – przyjechał po kolejne rodziny, chcą jechać na dworzec. Przyszła też siostra Sancja Mazur, sercanka – zbadać ciśnienie jednej pani. – Skoczyło jej ze stresu – mówi siostra Sancja.

Za chwilę pobiegnie do pracy w przychodni. Popołudnie spędzi w namiocie na granicy, udzielając pomocy medycznej. W ich sercańskim domu też śpią uchodźcy. – Kogo widzę w ich oczach? Przede wszystkim tego potrzebującego Chrystusa, który przychodzi i prosi, żeby dać chociaż kubek wody. W ich oczach jest dużo lęku, strachu, ale też nadziei, że znajdą tu to, czego potrzebują – mówiła do kamery „Między Ziemią a Niebem”.

Siostra Zacharia Depta w hali recepcyjnej w Medyce pojawiła się jako jedna z pierwszych. Są tam jedyne z pomocą duchową. – Ludzie płaczą, potrzebują rozmowy – mówi mi. Wielu przybyszów już ma wojenną traumę.

– Chłopcy bawią się w wojnę, dziewczynki malują różne rzeczy. Znalazłyśmy na hali taki obrazek: czołg, który strzela do dzieci. One żyją w strachu. Uderzy piłka o podłogę, a one padają pod łóżka – mówi mi siostra Zacharia.

Do hali zgłosiły się już w pierwszym dniu, bo charyzmatem michalitek jest praca z biednymi dziećmi. – Poszłyśmy, żeby wspomóc te matki, szczególnie pomocą duchową i psychologiczną, aby być wsparciem, ale jak zobaczyłyśmy ogrom pracy, smarowałyśmy chlebki, sprzątałyśmy kuchnię.

Większość z uchodźców nie wie, gdzie mają dalej jechać, co robić.

Siostry i ojcowie karmelici wykorzystują każdą znajomość, by jak najszybciej zorganizować im nowe życie. – Dla 11-osobowej rodziny udało się w ciągu dwóch godzin zorganizować mieszkanie i pracę – mówi siostra Sancja.

Z ojcem Krzysztofem trudno nawet nagrać rozmowę. Bez przerwy dzwoni mu telefon.

– O, widzi pani, już jedzie bus, to jedźcie z nami do Sług Jezusa, bo zabieramy stamtąd ludzi na dworzec. ­Na miejscu u bezhabitowych sióstr jest ojciec Paweł. – Wyobraża sobie pani – mówi z oczami pełnymi zadziornego uśmiechu – dzień przed wojną wyjechałem z Ukrainy, miałem być na chwilę, ale zostaję, bo tłumacza potrzeba – mówi Karmelita.

Za chwilę łapie torby, obraca dwa razy do busa i już dwie rodziny zapakowane są w dalszą drogę. Gdzie jadą? Do karmelitów, do Poznania, tam się nimi zajmą, a u Sług Jezusa w Przemyślu będzie miejsce dla kolejnych rodzin przybywających ze wschodu – z każdym kolejnym dniem coraz bardziej przerażonych, zagubionych, zmarzniętych i głodnych.

Ojcowie Paweł i Krzysztof prowadzą ich do samego wagonu, żeby upewnić się, że na pewno są w dobrym pociągu, że mają wszystko, czego potrzeba.

Przez okno stukają do małego chłopca. Obaj robią jednocześnie znak krzyża. Na bezpieczną dalszą podróż.

Nie próżnują też klerycy z Przemyśla. Chciałam się z nimi umówić, ale do południa mają wykłady, a potem jadą tam, gdzie są potrzebni – na Lwowską, do hali dawnego Tesco, gdzie Straż Graniczna kieruje przybyszów do Medyki, na przejście graniczne, do Przemyśla, na dworzec. Nie ma z góry założonego planu, idą tam, gdzie są potrzebni. Pan Jacek, piekarz seminaryjny, piecze chleb dla uchodźców. Na dworcu w Krakowie pracują klerycy z krakowskiego seminarium. Wydają posiłki w namiocie Caritas.

Kiedyś kardynał Konrad Krajewski powiedział mi, że potrzebującym trzeba, jak Jezusowi, dać wszystko, co najlepsze, bo Jezusowi nie można dać byle czego.

Zgodnie z tą zasadą działa także wielu polskich biskupów.

Arcybiskup Marek Jędraszewski oddał rodzinom ukraińskim apartamenty na Franciszkańskiej w Krakowie. – Chodzi o to, by zapewnić im godne warunki – mówi mi rzecznik kurii krakowskiej.

W dawnym domu biskupim w Gnieźnie zamieszkały rodziny z okolic Dniepropietrowska. Uchodźcze rodziny przyjął także biskup Andrzej Jeż w Tarnowie. Nie chciał zgodzić się na wywiad.

Dokładnie tak samo jest z większością kościelnych inicjatyw. Ludzie Kościoła nie w świetle kamer, bez briefingów czy konferencji prasowych, robią to, co trzeba.

W archidiecezji gnieźnieńskiej wzorowo zorganizowały się małe wiejskie parafie. Wspólnoty organizują się same albo razem z sołectwem czy gminą.

Dominikanki z Broniszewic zamieniły cały podjazd w przeładownię. Przyjęły rodziny. Nieformalnym wiceprezesem Fundacji Sióstr św. Dominika został 13-letni Bogdan, który dołączył do swojej ukraińskiej mamy pracującej od lat u dominikanek. – Bogdan jeździ meleksem i rozwozi dary, nie wiem, co byśmy bez niego zrobiły – mówi mi s. Tymoteusza Gil.

Franciszkanki od Krzyża zamieniły pomieszczenia w Laskach w magazyny. Dary potrzebne są w Żytomierzu, gdzie zostały ich siostry i gdzie I wojnę światową spędziła ich założycielka, siostra Róża Czacka.

Nie zostawiają pustych przebiegów – otworzyły swój dom dla rodzin uciekających z Ukrainy.

Kościół nie próżnuje też w ewakuacji. Gdy czwartego dnia inwazji na Ukrainę w studio „Między Ziemią a Niebem” siedział ks. Leszek Kryża z Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie KEP, na bieżąco relacjonował, kogo właśnie wyciąga z Charkowa. Caritas organizuje ewakuację z Ukrainy dwóch tysięcy dzieci z niepełnosprawnościami i sierot. Do tej pory przyleciało już ok. 400 dzieci, w tym 200 do Caritas archidiecezji opolskiej, 100 do Caritas archidiecezji bydgoskiej i 20 do Caritas archidiecezji częstochowskiej.

Fundacja dominikanek ewakuowała z Ukrainy dwa sierocińce, są już w Polsce, „zaopiekowani”. – Wysłałyśmy tylko do nich tir darów – mówi s. Tymoteusza. Dominikanki wysyłają busy z pomocą humanitarną, mają na to wszelkie potrzebne zgody.

Recepcja na granicy też jest niezwykle ważna. Gdzie nie ma nikogo, tam pierwszy reaguje Kościół. W Krościenku pierwszy namiot postawiła Caritas. W pierwsze noce było tam tyle ludzi, że trudno było wejść. Jedyne ciepłe miejsce na granicy. Kilka dni później dołączył Zakon Maltański. Pomoc medyczna, lekarze, psycholog, kącik zabaw dla dzieci. Gorące powietrze bucha z generatorów ciepła.

W Tomaszowie Lubelskim wiele dni namiot Rycerzy Kolumba był jednym ciepłym miejscem na granicy, z posiłkiem, herbatą, informacją dla przybyszów.

Stan pomocy Caritas na dworcu w Przemyślu w piątek to 50 tysięcy posiłków wydanych uchodźcom, ale też służbom porządkowym, medycznym i wolontariuszom. 1200 obiadów dziennie wydają tylko w Ośrodku dla Cudzoziemców w Przemyślu, w hali Tesco na wspomnianej już Lwowskiej.

Na bezpośrednią pomoc finansową dla kościelnych instytucji na Ukrainie Caritas przeznaczyła już 600 tysięcy złotych. Pomoc wartą niemal pół miliona złotych już przekazał na Ukrainę Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie KEP, między innymi dla podopiecznych domów dziecka, seniora, samotnej matki, którymi opiekują się od 30 lat i którzy pozostali na Ukrainie. Na pomoc naszym wschodnim sąsiadom wierni archidiecezji gdańskiej zebrali 1,8 miliona złotych.

Mogłabym dziś napisać jeszcze bardzo wiele, ale ten tekst jutro będzie nieaktualny. Kolejne parafie przyjmą setki osób. Kolejni biskupi otworzą swoje pałace. Dzisiaj bohaterowie codzienności mają twarz siostry Sancji, ojca Krzysztofa, Natalii z Caritas, Magdy z Saint Egidio, doktora Szymona z Zakonu Maltańskiego. A jeśli ktoś chce na Twittera rzucić „tylko pytam”, to mam dla niego SMS od Brata Cordiana z Caritas – z wciąż bardzo aktualnymi prośbami, bo desperacko proszą o nowych wolontariuszy:

Chcesz pomóc na granicy? Wyślij mi SMS. Możesz pomóc inaczej? Wtedy wyślij wiadomość: „psycholog”, „pieniądze”, „lekarstwa”.

.Znam odpowiedź na pytanie, kto będzie chciał poświęcić czas, by odpowiedzieć na apel Caritas i pojechać pomóc im w Przemyślu, Medyce czy Krościenku. Inni będą woleli ten czas poświęcić na pisanie tweetów z pytaniem „co robi Kościół?”.

Paulina Guzik

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 marca 2022
Fot. Piotr GUZIK / Forum