Kapitalizm nie przyniósł światu demokracji [Prof. Branko MILANOVIĆ]

kapitalizm i demokracja

Kapitalizm podbił świat, ale nie przyniósł powszechnego zwycięstwa demokracji. Prof. Branko Milanović w wywiadzie dla „Le Figaro” wyjaśnia fenomen chińskiego „komunizmu hayekowskiego”, źródła buntu zachodnich klas średnich oraz ryzyko, że sztuczna inteligencja jeszcze silniej przesunie dochody od pracowników ku właścicielom kapitału. Przekonuje, że związek wolnego rynku z demokracją liberalną nie jest prawem historii, lecz jednym z najbardziej wpływowych złudzeń epoki rozpoczętej po upadku muru berlińskiego.

.Serbsko-amerykański ekonomista zna oba światy, które przez większą część XX wieku rywalizowały ze sobą o globalną przewagę. Dorastał w komunistycznej Jugosławii, pracował w Banku Światowym, a obecnie wykłada w Graduate Center na City University of New York. Jest jednym z najbardziej cenionych badaczy globalnych nierówności, znanym przede wszystkim z analiz pokazujących, kto zyskał, a kto stracił na przyspieszeniu globalizacji.

W rozmowie z „Le Figaro” prof. Milanović przedstawia główne idee swojej książki „Le Monde à l’ère capitaliste. Une histoire des inégalités”, opatrzonej przedmową Philippe’a Aghiona. Jego opowieść prowadzi od bankructwa realnego socjalizmu przez chiński „komunizm hayekowski” aż po kryzys zachodnich klas średnich, powrót merkantylizmu i pytanie o to, komu przypadną dochody generowane przez sztuczną inteligencję. Nie jest to pochwała kapitalizmu ani akt oskarżenia przeciwko niemu, lecz próba opisania systemu, który okazał się zdolny funkcjonować niemal pod każdym rodzajem władzy.

Kapitalizm zwyciężył dzięki klęsce komunizmu

Najważniejszą przyczyną globalnego zwycięstwa kapitalizmu nie była według prof. Milanovicia siła zachodniej propagandy ani moralna przewaga demokracji, lecz gospodarcza niewydolność realnego socjalizmu. Po kryzysie początku lat 80. Rumunia, Polska, Węgry i Jugosławia nie były w stanie obsługiwać swoich zobowiązań, natomiast Związek Radziecki został wyczerpany przez ciężar zbrojeń. Kapitalizm wygrał zatem najpierw jako sprawniejszy mechanizm wytwarzania bogactwa, a dopiero później jego triumf otrzymał ideologiczne uzasadnienie.

„System kapitalistyczny rozprzestrzenił się wszędzie, ponieważ był gospodarczo efektywniejszy” – mówi prof. Branko Milanović w wywiadzie dla „Le Figaro”. Dodaje, że zasady rynku zdobyły także szerokie poparcie intelektualistów i społeczeństw, osiągając rodzaj hegemonii w rozumieniu Antonia Gramsciego. Zaczęły być traktowane nie jako jeden z możliwych modeli organizacji gospodarki, lecz jako naturalny porządek nowoczesnego świata.

W tym punkcie obecne rozważania ekonomisty łączą się z jego wcześniejszym tekstem opublikowanym we „Wszystko co Najważniejsze”. W eseju „Lewica już nie próbuje obalić kapitalizmu” prof. Milanović pokazywał, że współczesna lewica przestała kwestionować własność prywatną i istnienie rynku, a zamiast likwidacji systemu próbuje korygować wytwarzane przez niego nierówności. „Zmniejszenie nierówności […] samo w sobie nie może być takim celem” – przypominał, rekonstruując stanowisko Marksa.

To istotne uzupełnienie wywiadu dla „Le Figaro”. Triumf kapitalizmu polega bowiem nie tylko na tym, że jego dawny przeciwnik przegrał gospodarczo i politycznie. System rynkowy wchłonął również znaczną część krytyki, zmieniając spór o własność w debatę o podatkach, redystrybucji, płacach i dostępie do kapitału. W rezultacie niemal wszystkie poważne siły polityczne działają dziś wewnątrz kapitalizmu, nawet jeżeli radykalnie różnią się w ocenie jego społecznych skutków.

Demokracja nie jest nieuchronnym skutkiem wolnego rynku

Po 1989 roku sukces gospodarki rynkowej został utożsamiony ze zwycięstwem demokracji liberalnej. W zachodniej wyobraźni oba porządki miały tworzyć nierozerwalną całość: własność prywatna przynosiła niezależność, rosnąca zamożność tworzyła klasę średnią, a klasa średnia miała domagać się praw politycznych. Prof. Milanović uważa, że taki automatyzm nie istnieje.

„Przekonanie, że demokracja rozprzestrzenia się wraz z kapitalizmem, jest historycznie fałszywe” – stwierdza ekonomista w rozmowie z „Le Figaro”. Przypomina, że w XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych znaczną część ludności stanowili niewolnicy, a Wielka Brytania przeżywała rewolucję przemysłową w czasie, gdy prawo głosu miała jedynie niewielka mniejszość społeczeństwa. Kapitalistyczne były również Niemcy wilhelmińskie i hitlerowskie, faszystowskie Włochy, Francja Napoleona III, Hiszpania oraz Argentyna – państwa bardzo odległe od współczesnego rozumienia demokracji liberalnej.

Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” ten sam problem opisywał prof. Adam Tooze w eseju „Wojna końca historii”. Zauważał, że upadek europejskiego komunizmu „często opisuje się […] jako triumf kapitalizmu i demokracji”, lecz poczucie nieuchronności liberalnego modelu wynikało również z bezkrwawego zakończenia zimnowojennego starcia.

Warto tę diagnozę zestawić także z opublikowaną we „Wszystko co Najważniejsze” analizą sporu o Francisa Fukuyamę. Tekst „Fukuyama miał rację. Największym zagrożeniem dla demokracji jest dziś ona sama” przypomina, że „koniec historii” nie miał oznaczać końca wojen i kryzysów, lecz brak uniwersalnej ideologii zdolnej zastąpić liberalną demokrację jako horyzont politycznych aspiracji.

Prof. Milanović nie dowodzi zatem, że demokracja liberalna utraciła swoją atrakcyjność albo że autorytaryzm jest jej pełnoprawnym moralnym odpowiednikiem. Jego teza jest węższa, lecz równie ważna: kapitalizm może istnieć bez demokracji, nie wytwarza jej samoczynnie i nie chroni przed jej upadkiem. Rynek rozdziela zasoby za pomocą cen, ale nie rozstrzyga, kto powinien sprawować władzę, jakie prawa przysługują obywatelom ani gdzie przebiegają granice politycznego przymusu.

Tę potrzebę instytucjonalnego i moralnego osadzenia rynku mocno podkreśla Jan Rokita w tekście „Deficyt standardów”. „Kapitalizm, tak samo zresztą jak demokracja, wymaga mocnych i wysokich standardów” – pisze autor, wskazując, że bez nich oba porządki wywołują sprzeciw i tracą społeczną legitymizację.

Chiny jako najważniejszy kontrargument

Najsilniejszym współczesnym dowodem na rozdzielenie kapitalizmu i demokracji są Chiny. Prof. Milanović nazywa ich model „komunizmem hayekowskim”, ponieważ w państwie rządzonym przez partię komunistyczną powstał ogromny sektor prywatny, zbudowany przez przedsiębiorców zachowujących się tak, jakby realizowali zalecenia Ludwiga von Misesa i Friedricha Hayeka. Zaczynali bez majątku i znaczącego wykształcenia, rozpoznawali rynkowe potrzeby, podejmowali ryzyko i tworzyli wielkie firmy, pozostając jednocześnie pod kontrolą scentralizowanej władzy politycznej.

„Był to prawdziwy podręcznik kapitalizmu w kraju nominalnie komunistycznym” – mówi prof. Milanović w wywiadzie dla „Le Figaro”, opisując spotkanie z chińskimi przedsiębiorcami. Państwo celebruje prywatny sukces i bogactwo, ale nie pozwala, aby ekonomiczna samodzielność przerodziła się w autonomię polityczną. Właśnie ta kombinacja – przedsiębiorczości na dole i monopolu władzy na górze – jest jednym z najważniejszych wyzwań dla zachodniej teorii modernizacji.

Rod Dreher pisał we „Wszystko co Najważniejsze”, że „Chiny są […] dowodem na to, że pomimo bogatego, nowoczesnego społeczeństwa państwo może mieć totalitarny charakter”. Przypominał zarazem, iż zachodni eksperci oczekiwali, że wolnorynkowe reformy Deng Xiaopinga nieuchronnie przyniosą liberalizację polityczną.

Prof. Milanović nie uważa jednak chińskiego modelu za łatwy do wyeksportowania. Konsensus waszyngtoński można było sprowadzić do zestawu zaleceń, natomiast sukces Chin wyrósł ze szczególnej historii, skali państwa, kultury administracyjnej i zdolności partii do prowadzenia eksperymentów gospodarczych bez rezygnacji z kontroli. Pekin potrafi pokazywać rezultaty, lecz znacznie trudniej jest mu przedstawić uniwersalną instrukcję ich osiągnięcia. To właśnie ogranicza chińską miękką siłę, mimo rosnącej atrakcyjności szybkiego rozwoju bez demokratyzacji.

Sam prof. Milanović już wcześniej ostrzegał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że gospodarcza i technologiczna potęga Chin zmieni naturę rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. „Wchodzimy w erę nowej zimnej wojny” – pisał, dodając, że jej podstawowym polem będzie gospodarka, zaawansowane technologie oraz dostęp do rynków.

Dzisiejszy spór nie przeciwstawia więc kapitalizmu komunizmowi w jego dawnym, gospodarczym znaczeniu. Naprzeciw siebie stoją dwie odmiany kapitalizmu, różniące się sposobem sprawowania władzy, zakresem wolności politycznej oraz relacją między państwem i prywatnym kapitałem. To dlatego konflikt amerykańsko-chiński może być jednocześnie walką o technologie, cła, inwestycje i łańcuchy dostaw oraz sporem o prawa człowieka, wolność i demokrację.

Globalizacja stworzyła zwycięzców i przegranych

Według prof. Milanovicia odwrót od wolnego handlu nie oznacza, że społeczeństwa przestały akceptować gospodarkę rynkową. Jest raczej skutkiem politycznego kryzysu wywołanego przez samą globalizację. Nikt na Zachodzie nie przewidywał, że Chiny tak szybko staną się potęgą gospodarczą, technologiczną i wojskową, a korzyści z otwarcia światowych rynków zostaną rozłożone w sposób tak odległy od zachodnich oczekiwań.

Najważniejsza zmiana dokonuje się nie tylko pomiędzy państwami, ale także pomiędzy klasami społecznymi. Rosnące klasy średnie Chin, Indii i Indonezji przesuwają się w górę światowej hierarchii dochodów, podczas gdy część zachodniej klasy ludowej i średniej traci dotychczasową pozycję. Nie zawsze oznacza to bezwzględne ubożenie, ale coraz częściej oznacza utratę względnej przewagi, odczuwaną przy zakupie dóbr dostępnych globalnie, podróżach, mieszkaniach i edukacji.

Najbogatsi mieszkańcy Zachodu pozostali tymczasem na szczycie światowego rozkładu dochodów. W jednym państwie współistnieją więc elity, które z globalizacji czerpią ogromne korzyści, oraz grupy przekonane, że otwarcie rynków pozbawiło je bezpieczeństwa, znaczenia i perspektyw. Milanović określa to mianem „dezartykulacji”: struktura znana wcześniej z państw dawnego Trzeciego Świata zaczyna pojawiać się w krajach rozwiniętych.

W Stanach Zjednoczonych jej symbolem są elity dwóch wybrzeży, silnie powiązane z globalnym obiegiem kapitału, wiedzy i kontaktów, oraz rozległy „hinterland”, pozostający poza najważniejszymi przepływami nowej gospodarki. „Nie interesują się szczególnie własnymi współobywatelami” – mówi o części tych elit prof. Milanović w wywiadzie dla „Le Figaro”. To sformułowanie tłumaczy siłę politycznego buntu, który narastał długo przed Brexitem i pierwszym zwycięstwem Donalda Trumpa.

Do bardzo podobnych wniosków dochodził Thomas Gomart w eseju „Między Machiavellim i Savonarolą”. Pisał o „pęknięciu między klasą średnią, mocno dotkniętą przez globalizację ekonomiczną, a elitami, które czerpią z niej profity”.

Jeszcze wyraźniej nawiązuje do badań prof. Milanovicia prof. Mike Rosenberg w tekście „Media wobec politycznej nawałnicy”. Przypomina słynny wykres zmian światowego rozkładu dochodów, a o zachodnich pracownikach przemysłu pisze: „Dla nich globalizacja okazała się czymś głęboko niepożądanym”.

Polityczną odpowiedzią jest powrót ceł, subsydiów, sankcji, kontroli eksportu, przejmowania zagranicznych aktywów i skracania łańcuchów dostaw. Wewnątrz państw nadal obowiązuje logika rynku, ale na zewnątrz wolny handel coraz częściej ustępuje miejsca geopolityce. Prof. Milanović proponuje określenie „narodowy liberalizm rynkowy”: swoboda gospodarcza ma obowiązywać w kraju, podczas gdy relacje międzynarodowe ponownie podporządkowywane są sile państwa.

Sztuczna inteligencja może pogłębić przewagę właścicieli kapitału

Kolejne pęknięcie przebiega między ludźmi utrzymującymi się z pracy a właścicielami kapitału. Jak podkreśla prof. Milanović w „Le Figaro”, około połowy mieszkańców Francji i 60 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie osiąga dochodów kapitałowych. Jeżeli sztuczna inteligencja zastąpi znaczną liczbę zawodów, większa część wytwarzanej wartości może popłynąć do właścicieli przedsiębiorstw technologicznych, podczas gdy udział wynagrodzeń za pracę będzie się zmniejszał.

Nie jest to prognoza technologicznego determinizmu. Ostateczny rezultat zależy od prawa własności, polityki konkurencji, systemu podatkowego i sposobu redystrybucji. Możliwe jest zarówno dalsze skupianie bogactwa, jak i opodatkowanie korzyści przynoszonych przez automatyzację, a następnie dzielenie ich w formie usług publicznych, powszechnego dostępu do kapitału albo gwarantowanego dochodu.

W tym punkcie warto skonfrontować prof. Milanovicia z Josephem Stiglitzem, który na łamach „Wszystko co Najważniejsze” stwierdzał: „To nie technologia, nie globalizacja napędza te nierówności, ale to, jak zarządzamy globalizacją”. Zdaniem noblisty różnice między krajami rozwiniętymi dowodzą, że o skali nierówności rozstrzygają instytucje, siła przetargowa pracowników i reguły gospodarczej gry.

Obie diagnozy nie muszą się wykluczać. Prof. Milanović pokazuje mechanizm, który bez korekty przesuwa dochody od pracy ku kapitałowi, Stiglitz przypomina natomiast, że mechanizm ten działa w ramach zasad ustanawianych przez człowieka. Sztuczna inteligencja nie przesądza zatem o przyszłym poziomie nierówności, lecz powiększa stawkę politycznych decyzji dotyczących własności, podatków, edukacji i zabezpieczenia społecznego.

Stare narzędzia nie wystarczą

Najbardziej pesymistyczna część wywiadu dla „Le Figaro” dotyczy wyczerpania trzech instytucji, które w XX wieku ograniczały nierówności: związków zawodowych, masowej edukacji i interwencjonizmu państwowego. Uzwiązkowienie spada, wielkie zakłady skupiające tysiące pracowników znikają, a rozproszenie zatrudnienia utrudnia budowanie wspólnej reprezentacji. Praca zdalna, samozatrudnienie i działalność platformowa dodatkowo osłabiają solidarność opartą na wspólnym miejscu pracy.

Edukacja nadal ma ogromną wartość dla jednostki, ale nie może powtórzyć skoku, jaki przyniosło wydłużenie przeciętnego kształcenia z siedmiu do trzynastu lat. Istnieje naturalna granica czasu, który człowiek może poświęcić na formalną naukę, a zwiększanie liczby dyplomów nie zapewni automatycznie odpowiedniej liczby dobrze wynagradzanych stanowisk. Edukacja pozostaje warunkiem uczestnictwa w nowej gospodarce, lecz sama nie rozwiąże problemu podziału własności i dochodów.

Zmienił się także stosunek obywateli do państwa. Wysokie podatki były akceptowane, gdy państwo kojarzono z bezpieczeństwem, awansem społecznym i powszechnymi usługami, dziś zaś coraz częściej postrzega się je jako koszt niewydolnej administracji. Problemem nie jest zatem wyłącznie wysokość obciążeń, ale utrata zaufania do instytucji, które miały wykorzystywać wspólne zasoby.

Jeżeli prof. Milanović ma rację, odpowiedzi XXI wieku powinny dotyczyć nie tylko redystrybucji dochodów po ich wytworzeniu, lecz również własności kapitału, dostępu do akcji, funduszy emerytalnych, technologii i danych. Potrzebne będą nowe formy reprezentacji pracowników rozproszonych pomiędzy firmami i platformami, a także mechanizmy pozwalające większej części społeczeństwa czerpać dochód z produktywności maszyn. Bez tego kapitalizm może pozostać wydajny, a zarazem coraz mniej zdolny do utrzymania społecznej zgody, na której opiera się demokracja.

Lekcja dla Zachodu i Europy Środkowej

Rozmowa z prof. Milanoviciem pozwala rozdzielić trzy procesy, które po 1989 roku zbyt łatwo uznano za jedną całość: urynkowienie gospodarki, wzrost dobrobytu i demokratyzację. Mogą one następować razem, lecz nie muszą. Rynek może zwiększać produktywność bez rozszerzania praw politycznych, demokratyczne państwo może przeżywać stagnację, a szybki wzrost gospodarczy może wzmacniać władzę autorytarną, jeżeli to ona przypisze sobie zasługę wyprowadzenia społeczeństwa z ubóstwa.

Dla Europy Środkowej doświadczenie to ma szczególne znaczenie. Po 1989 roku demokratyzacja, odbudowa prywatnej własności, otwarcie na handel i powrót do zachodnich struktur rzeczywiście dokonywały się niemal jednocześnie, co sprzyjało przekonaniu, że pomiędzy nimi istnieje konieczny związek. Tymczasem był to rezultat wyjątkowej konstelacji historycznej: odrzucenia niewydolnego systemu, społecznego pragnienia wolności, zakotwiczenia w Europie oraz dostępu do kapitału i rynków Zachodu.

Josef Mlejnek jr w opublikowanym we „Wszystko co Najważniejsze” tekście „Triumf nad komunizmem, który zamienił się w nowe więzienie” przypominał, że rok 1989 oznaczał jednoczesne przejście „do demokracji, ale także do kapitalizmu”. Zwracał jednak uwagę, że konsumpcyjny i ekonomiczny wymiar transformacji nie wyczerpuje pytania o jakość ustroju, wspólnoty i społecznego awansu.

Z tej perspektywy szczególnego znaczenia nabiera wcześniejsza wypowiedź samego prof. Milanovicia o Trójmorzu. Ekonomista przedstawiał ten projekt jako narzędzie stabilizacji i wzmacniania Europy Środkowej w warunkach narastającej rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Jego obecna diagnoza dopowiada, że infrastruktura, handel i inwestycje nie są neutralnym dodatkiem do polityki: współtworzą układ zależności, w którym państwa muszą chronić zarówno zdolność rozwoju, jak i swobodę podejmowania decyzji.

Druga lekcja dotyczy samego Zachodu. Jeżeli demokracja nie wynika automatycznie z kapitalizmu, nie można jej bronić wyłącznie za pomocą wzrostu PKB, liberalizacji handlu i obietnicy coraz większej konsumpcji. Potrzebuje ona instytucji budzących zaufanie, poczucia sprawiedliwego udziału w sukcesie gospodarczym oraz przekonania, że elity polityczne i ekonomiczne pozostają częścią tej samej wspólnoty co reszta obywateli.

Trzecia lekcja każe ostrożniej mówić o „końcu globalizacji”. Nie znika globalny przepływ danych, kapitału, technologii ani dóbr, lecz zmieniają się jego reguły i polityczne uzasadnienie. Państwa chcą zachować korzyści z międzynarodowej wymiany, a zarazem ograniczyć zależność od strategicznych rywali; zamiast pełnego odwrotu obserwujemy więc podział świata na konkurujące sieci bezpieczeństwa, technologii i produkcji.

Wreszcie, diagnoza prof. Milanovicia prowadzi do pytania o nową umowę społeczną. Jeżeli źródłem ekonomicznej przewagi stają się własność algorytmów, infrastruktury obliczeniowej i danych, polityka równości nie może ograniczać się do podnoszenia kwalifikacji ludzi, których praca traci wartość rynkową. Musi odpowiedzieć na pytanie, jak poszerzyć dostęp do kapitału i jak sprawić, by wzrost produktywności finansował również dobra wspólne, zamiast jedynie zwiększać wycenę kilku największych przedsiębiorstw.

Najważniejsza przestroga płynąca z tej tak ważnej rozmowy w „Le Figaro” nie brzmi więc, że kapitalizm musi upaść. Jest nią przekonanie, że jego globalne zwycięstwo niczego jeszcze nie rozstrzyga w sprawie wolności, równości i trwałości demokracji. Kapitalizm potrafi działać pod bardzo różnymi rządami; dopiero instytucje, kultura polityczna i rozkład własności decydują, komu służy i z jakim systemem władzy się łączy.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 sierpnia 2026