Fukuyama miał rację. Największym zagrożeniem dla demokracji jest dziś ona sama

Fukuyama miał rację

Francis Fukuyama nie zapowiadał końca wojen ani politycznych katastrof. Twierdził, że po klęsce faszyzmu i komunizmu nie powstał żaden uniwersalny model ustrojowy zdolny zastąpić liberalną demokrację. Luc Ferry przekonuje na łamach „Le Figaro”, że ta diagnoza pozostaje aktualna, ale odsłania zarazem największą słabość zwycięskiego liberalizmu. Demokracja chroni wolność jednostki, lecz coraz częściej nie potrafi odpowiedzieć, w imię czego obywatele mieliby wspólnie z tej wolności korzystać i jej bronić.

.Gdy wybucha kolejna wojna, upada demokratyczny rząd albo do władzy dochodzą zwolennicy autorytaryzmu, niemal zawsze powraca zdanie, że Francis Fukuyama się pomylił. „Koniec historii” jest wówczas interpretowany jako przepowiednia powszechnego pokoju, zaniku konfliktów i nieprzerwanego marszu wszystkich społeczeństw ku zachodniemu liberalizmowi. Ponieważ wojny nie zniknęły, a Rosja, Chiny, Iran i ruchy islamistyczne nadal przeciwstawiają się Zachodowi, teoria miałaby zostać ostatecznie skompromitowana.

Luc Ferry w tekście opublikowanym przez „Le Figaro” proponuje odwrócenie tej perspektywy. Jego zdaniem Fukuyama nie tylko nie został obalony przez współczesność, ale miał rację w dwóch wymiarach: historycznym oraz filozoficznym. Żaden z przeciwników liberalnej demokracji nie stworzył bowiem modelu, który miałby jednocześnie charakter nowoczesny, uniwersalny i atrakcyjny dla ludzi żyjących poza granicami państw stosujących ten model.

To ważne rozróżnienie, ponieważ dyskusja o Fukuyamie od ponad trzech dekad toczy się częściej wokół uproszczonego tytułu niż rzeczywistej treści jego książki. „Koniec historii” nie oznacza końca wydarzeń. Oznacza kres wielkiego sporu o to, jaki ustrój może stać się horyzontem politycznych aspiracji całej ludzkości.

Czego naprawdę dotyczył koniec historii?

Źródłem nieporozumienia jest potoczne rozumienie historii jako ciągu wojen, rewolucji, zmian granic i upadków państw. Fukuyama posługiwał się jednak pojęciem historii zaczerpniętym z tradycji Hegla, odczytywanego między innymi przez Alexandre’a Kojève’a. Historia oznaczała w tym ujęciu proces rozwoju idei politycznych i poszukiwania ustroju, w którym wolność człowieka oraz jego pragnienie uznania zostaną najpełniej zaspokojone.

Fukuyama nie twierdził zatem, że po 1989 roku nie będzie już wojen. Nie wykluczał odrodzenia nacjonalizmu, religijnego fundamentalizmu, dyktatur ani przemocy. Uważał jedynie, że po upadku faszyzmu i komunizmu nie pozostał żaden konkurencyjny projekt, który mógłby wiarygodnie ogłosić: to my reprezentujemy przyszłość całej ludzkości.

Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” sens tej tezy precyzyjnie wyjaśniał prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves. Fukuyama nie dowodził, że liberalna demokracja zwyciężyła już we wszystkich państwach, ale że zakończył się ideowy spór, w którym można było przedstawiać totalitaryzm jako wyższą fazę politycznego rozwoju człowieka.

„Wszystko co Najważniejsze” analizowało już także, dlaczego we Francji coraz częściej mówi się o końcu epoki „końca historii”. Tamten materiał opisuje przede wszystkim zmianę francuskiego myślenia pod wpływem wojny, terroryzmu, rywalizacji mocarstw i osłabienia państwa. Nowe odczytanie zaproponowane przez Ferry’ego prowadzi w inną stronę: od pytania, czy Historia powróciła, ku pytaniu, dlaczego liberalna demokracja nie potrafi wykorzystać własnego ideowego zwycięstwa.

Czy wojna obala Fukuyamę?

Luc Ferry zwraca uwagę, że islamizm nie jest ideą przyszłości, lecz próbą przywrócenia porządku wywodzącego się z odległej przeszłości. Może inspirować terrorystów, destabilizować państwa, zdobywać władzę i narzucać społeczeństwom skrajnie represyjny system. Nie staje się jednak przez to uniwersalnym projektem politycznej nowoczesności, do którego chciałyby dołączać społeczeństwa niezwiązane z jego religijnym fundamentem.

Podobnie należy patrzeć na Rosję. Kreml proponuje połączenie imperialnego nacjonalizmu, kultu siły, represyjnego państwa i podporządkowania gospodarki interesom rządzącej elity. Model ten może być skutecznym narzędziem utrzymania władzy, ale nie tworzy obietnicy lepszego życia, która pociągałaby obywateli innych cywilizacji. Rosja Putina chce zmienić układ sił, nie przedstawia jednak spójnej wizji powszechnego ładu, która mogłaby zastąpić demokrację liberalną.

Ferry zbyt skrótowo umieszcza w jednym nawiasie nacjonalistyczne „powroty” Rosji i Ukrainy. Tego ujęcia nie należy powtarzać bez zastrzeżenia. Rosyjski imperializm służy uzasadnieniu agresji oraz pozbawiania innego narodu prawa do istnienia, podczas gdy ukraiński patriotyzm stał się siłą mobilizującą społeczeństwo do obrony państwa, swobód politycznych i europejskiego wyboru. Francis Fukuyama mówił na łamach cytowanego przez „Wszystko co Najważniejsze” wywiadu, że walka Ukraińców przypomina młodemu pokoleniu, iż wolność nie jest stanem danym raz na zawsze.

Najtrudniejszym przypadkiem pozostają Chiny. Państwo to stworzyło skuteczne połączenie gospodarki rynkowej, technologicznej nowoczesności i monopolu władzy partii komunistycznej. Jest to najpoważniejsze praktyczne wyzwanie dla diagnozy Fukuyamy, ponieważ pokazuje, że kapitalizm, innowacyjność i wzrost gospodarczy przez długi czas mogą współistnieć bez politycznego liberalizmu. Nie jest jednak oczywiste, czy model oparty na kontroli informacji, masowym nadzorze i braku możliwości pokojowej zmiany władzy może zdobyć uniwersalną atrakcyjność poza państwami, których elity chcą przede wszystkim zachować własną pozycję.

Liberalna demokracja nie zwycięża automatycznie

Teza o braku atrakcyjnej alternatywy nie oznacza, że demokracja musi nadal rozszerzać swój zasięg. Najnowsze dane pokazują wręcz odwrotną tendencję. Według Democracy Report 2026 instytutu V-Dem niemal jedna czwarta państw świata znajdowała się w 2025 roku w procesie autokratyzacji, a sześć z dziesięciu nowych przypadków takiego regresu odnotowano w Europie i Ameryce Północnej. Freedom House stwierdził natomiast, że globalny poziom wolności obniżył się dwudziesty rok z rzędu; pogorszenie nastąpiło w 54 państwach, a poprawa w 35.

Dane te nie obalają automatycznie Fukuyamy, ale zmuszają do rozdzielenia dwóch kwestii. Liberalna demokracja może pozostawać najbardziej atrakcyjnym modelem życia politycznego, a jednocześnie przegrywać w konkretnych państwach z autorytarną władzą, słabymi instytucjami, polaryzacją i zmęczeniem obywateli. Brak lepszego ustroju nie gwarantuje przetrwania ustroju najlepszego z dostępnych.

Nie wystarczy również powiedzieć, że mieszkańcy państw autorytarnych emigrują przede wszystkim do demokracji, a nie w przeciwnym kierunku. To ważny praktyczny plebiscyt na rzecz bezpieczeństwa prawnego, wolności osobistej i możliwości decydowania o własnym życiu. Ludzie mogą jednak pragnąć liberalnych swobód dla siebie, a zarazem popierać polityków ograniczających te same swobody innym, jeśli uznają, że wymaga tego bezpieczeństwo, tożsamość narodowa albo interes ich grupy.

Demokracja nie przegrywa więc wyłącznie dlatego, że społeczeństwa zostały uwiedzione przez kompletną doktrynę totalitarną. Częściej ulega stopniowej erozji od środka. Wybory formalnie nadal się odbywają, lecz słabną niezależne instytucje, media tracą wiarygodność, obywatele przestają uznawać politycznych przeciwników za część tej samej wspólnoty, a państwo coraz częściej staje się łupem zwycięskiej większości.

Dlaczego człowiekowi nie wystarcza spokojne życie?

Najważniejsza część argumentacji Luca Ferry’ego dotyczy nie siły liberalizmu, lecz jego duchowej słabości. Liberalne społeczeństwa potrafią chronić jednostkę, ustanawiać reguły pokojowego współistnienia i pozostawiać obywatelom przestrzeń wyboru. Nie potrafią jednak łatwo odpowiedzieć na pytanie, czemu wolność ma służyć.

Liberalne państwo pozwala ludziom realizować różne wizje dobrego życia, ale właśnie dlatego powstrzymuje się od ustanowienia jednej obowiązującej wizji. Ta neutralność jest jego wielką zdobyczą, ponieważ chroni społeczeństwo przed przemocą ideologiczną i religijną. Może jednak zostać odebrana jako obojętność, zwłaszcza gdy przestrzeń pozostawioną przez państwo wypełniają wyłącznie konsumpcja, rozrywka, rywalizacja o status i nieustanne poszukiwanie indywidualnego komfortu.

Fukuyama dostrzegał to niebezpieczeństwo już w tytule swojej książki Koniec historii i ostatni człowiek. „Ostatni człowiek” nie jest zwycięskim bohaterem liberalnego świata, lecz jego problemem. Żyje bez wielkich zagrożeń, zaspokaja kolejne potrzeby, unika ryzyka i nie znajduje sprawy, dla której warto byłoby przekroczyć własny interes. Polityczne zwycięstwo liberalizmu może więc prowadzić nie do spełnienia, lecz do nudy, resentymentu i pragnienia gwałtownego odzyskania poczucia znaczenia.

W tym miejscu pojawia się istotna kategoria uznania. Człowiek nie oczekuje jedynie bezpieczeństwa i dobrobytu. Chce również, by jego godność, tożsamość, praca, religia, kultura i przynależność zostały zauważone przez innych. Jeżeli liberalny porządek mówi mu jedynie, że może sam wybrać własny styl życia, lecz nie daje poczucia rzeczywistego uczestnictwa we wspólnocie, potrzebę uznania zaczynają zagospodarowywać radykalne ruchy polityczne.

Fukuyama rozwijał ten problem w późniejszych książkach poświęconych tożsamości, godności, zaufaniu i słabości instytucji. Jego myśl nie zatrzymała się w 1989 roku. W opublikowanym przez „Wszystko co Najważniejsze” eseju „Awaria świata” opisywał system komunikacji, który zniszczył wspólną podstawę wiedzy niezbędną do prowadzenia demokratycznej debaty. Internet nie stworzył wszystkich podziałów, ale przekształcił społeczne poczucie krzywdy i niedostatecznego uznania w potężny mechanizm politycznej mobilizacji.

Demokracja potrzebuje czegoś więcej niż procedur

Ferry stawia trafną diagnozę, gdy wskazuje na pustkę społeczeństwa sprowadzonego do konsumpcji i „rozwoju osobistego”. Jego argument wymaga jednak uzupełnienia. Liberalizm sam nie musi tworzyć kompletnej wizji sensu, ponieważ sens może rodzić się w rodzinie, religii, kulturze, narodzie, edukacji, samorządzie, stowarzyszeniach i odpowiedzialności za innych. Kryzys zaczyna się wówczas, gdy wszystkie te instytucje słabną równocześnie, a samotna jednostka pozostaje naprzeciw rynku, administracji państwowej i cyfrowych platform.

Nie należy zatem wybierać między liberalną pustką a autorytarnym „wielkim projektem”. Historia XX wieku pokazała, jak szybko projekty narzucające społeczeństwu jeden sens zamieniają się w przemoc. Zadaniem dojrzałej demokracji jest odbudowanie dobra wspólnego bez likwidowania pluralizmu, a więc wytworzenie takiej formy wspólnoty, w której różniący się obywatele potrafią uznać, że łączy ich historia, odpowiedzialność za państwo i zobowiązanie wobec przyszłych pokoleń.

Znaczenie ma tutaj chrześcijańskie dziedzictwo Europy, o którym Luc Ferry mówił już w innym tekście omawianym przez „Wszystko co Najważniejsze”. Francuski filozof wskazywał, że chrześcijaństwo współtworzyło cywilizację opartą na sumieniu, wartości życia wewnętrznego i godności osoby. Nawet zsekularyzowana demokracja korzysta z kapitału moralnego, którego sama nie wytworzyła i którego trwania nie może uważać za oczywiste.

Potrzebuje również edukacji obywatelskiej, która nie ogranicza się do wyliczenia instytucji i procedur. Młody człowiek powinien wiedzieć nie tylko, jak działa parlament, lecz także dlaczego wolność słowa, niezależność sądu i możliwość pokojowego przekazania władzy są wartościami wymagającymi obrony. Demokracja pozbawiona pamięci historycznej produkuje obywateli przekonanych, że wolność jest naturalnym stanem świata, a nie osiągnięciem, które może zostać utracone.

Potrzebna jest wreszcie polityka zdolna mówić językiem obowiązków, a nie tylko praw i obietnic. Wspólny wysiłek obronny, służba publiczna, troska o dziedzictwo, solidarność między pokoleniami i odpowiedzialność za przyszłość państwa mogą przywracać obywatelom poczucie uczestniczenia w czymś większym niż ich indywidualna biografia. Nie chodzi o militaryzację społeczeństwa ani o podporządkowanie jednostki państwu, ale o odbudowanie przekonania, że wolność przetrwa jedynie wtedy, gdy ktoś będzie gotowy wziąć za nią odpowiedzialność.

Fukuyama nie opisał końca polityki

Największą zasługą tekstu Luca Ferry’ego jest przypomnienie, że Fukuyama nie był naiwnym prorokiem bezkonfliktowej globalizacji. Jego książka zawierała znacznie więcej niepokoju, niż sugeruje obiegowa interpretacja. Liberalna demokracja mogła wygrać wielki spór ideologiczny, a mimo to pozostawić niezaspokojone ludzkie pragnienie uznania, przynależności, heroizmu i sensu.

Ferry ma również rację, że ani islamizm, ani rosyjski imperializm nie tworzą nowej, uniwersalnej fazy politycznej nowoczesności. Chiński autorytaryzm stanowi poważniejsze wyzwanie, ale także on oferuje przede wszystkim technikę sprawowania władzy, nie zaś odpowiedź na pytanie o godność każdego człowieka. Ludzie zamieszkujący systemy autorytarne nadal domagają się wolności, nawet jeśli ich państwa potrafią te dążenia na długo tłumić.

Nie oznacza to jednak, że liberalna demokracja może spokojnie czekać na ostateczne potwierdzenie swojej wyższości. Ustrój może nie mieć lepszego konkurenta, a mimo to upaść. Może zostać osłabiony przez instytucjonalną korupcję, społeczną samotność, rozpad wspólnego języka, technologiczną manipulację i obywateli, którzy nie widzą już powodów, by go bronić.

Pytanie postawione przez Luca Ferry’ego nie dotyczy więc wyłącznie tego, czy Fukuyama wygrał dawny spór. Dotyczy tego, co liberalne demokracje zrobią ze swoim zwycięstwem. Jeżeli nie odbudują wspólnoty, nie przywrócą znaczenia obywatelskim obowiązkom i nie zaproponują młodym ludziom celu wykraczającego poza konsumpcję, mogą przegrać nie z lepszą ideą, ale z własną pustką. Fukuyama miał rację: największym zagrożeniem dla demokracji jest dziś ona sama.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 sierpnia 2026