Czy Emmanuel Macron może zatrzymać Marine Le Pen w wyborach 2027?

Emmanuel Macron nie może się ubiegać o trzecią kolejną kadencję w wyborach prezydenckich 2027 roku, ale nie oznacza to, że przestał być jednym z najważniejszych uczestników rozpoczynającej się kampanii prezydenckiej. Każda zmiana oceny jego prezydentury wpływa bowiem nie tylko na polityczne dziedzictwo odchodzącego prezydenta, lecz również na szanse kandydatów, którzy chcą przejąć po nim Pałac Elizejski. Lipcowy wzrost popularności Emmanuela Macrona jest niewielki, jednak pojawia się w momencie, w którym centrum polityczne próbuje uniknąć najgroźniejszego dla siebie scenariusza: drugiej tury wyborów pomiędzy Marine Le Pen i Jean-Lukiem Mélenchonem.
.W lipcu 2026 roku Emmanuel Macron uzyskał 23 proc. pozytywnych ocen w barometrze Ifop-Endrix dla dziennika „L’Opinion”, zyskując dwa punkty procentowe. Nadal pozostaje prezydentem wyraźnie niepopularnym, ale po wielu miesiącach kryzysu politycznego nawet ograniczona poprawa jego notowań może mieć znaczenie. Premier Sébastien Lecornu uzyskał w tym samym badaniu 30 proc., tracąc dwa punkty, lecz zachowując wyższy poziom popularności niż głowa państwa.
Frédéric Dabi, dyrektor generalny Ifop, zwrócił uwagę, że Francuzi mogą powoli przestawać oceniać Macrona wyłącznie przez pryzmat bieżących konfliktów. Ich spojrzenie staje się bardziej całościowe, jakby tworzyli już bilans prezydenta, który zaczyna schodzić ze sceny. Jest to mechanizm znany z wcześniejszych końcówek prezydentur, choć w przypadku François Mitterranda, Jacques’a Chiraca i François Hollande’a przyjmował bardzo różne formy.
Najważniejsze pytanie nie dotyczy jednak samego Macrona. Dotyczy tego, czy stopniowa poprawa oceny jego prezydentury może odbudować zdolność szeroko rozumianego centrum do wystawienia kandydata, który wejdzie do drugiej tury wyborów w 2027 roku.
Macron nie wystartuje, ale jego bilans pozostanie na karcie wyborczej
Każdy kandydat w wyborach prezydenckich 2027 roku wywodzący się z obozu centralnego będzie próbował przekonywać, że reprezentuje nowy etap francuskiej polityki. Jednocześnie żaden z poważnych pretendentów nie będzie mógł całkowicie odciąć się od Emmanuela Macrona. Édouard Philippe, Gabriel Attal i Sébastien Lecornu byli jego premierami. Wielu polityków ich zaplecza współtworzyło prezydencką większość, uczestniczyło w pracach kolejnych rządów albo popierało najważniejsze reformy mijającej dekady.
Także Bruno Retailleau i David Lisnard, choć sytuują się wyraźnie na prawo od macronizmu i budują własne, często bardzo krytyczne wobec Pałacu Elizejskiego projekty, rywalizują o część wyborców, którzy w 2017 i 2022 roku głosowali na Macrona jako na gwaranta stabilności, europejskiej orientacji Francji i obrony instytucji V Republiki.
Popularność odchodzącego prezydenta działa więc jak wspólny fundament, od którego kandydaci mogą się odbijać, ale którego nie mogą zupełnie usunąć. Gdy Macron jest głęboko niepopularny, jego następcy muszą prowadzić kampanię przeciwko niemu, nawet jeżeli wcześniej byli jego współpracownikami. Gdy ocena jego prezydentury zaczyna się poprawiać, mogą przedstawiać się nie jako politycy dokonujący całkowitego zerwania, lecz jako kandydaci zachowujący część osiągnięć mijającego okresu i korygujący jego błędy.
To zasadnicza różnica. Kandydat zmuszony do odrzucenia całego dorobku własnego obozu traci wiarygodność. Kandydat, który może powiedzieć, że kontynuuje to, co się udało, a zmienia to, co zawiodło, otrzymuje znacznie szersze pole manewru.
Marine Le Pen pozostaje zdecydowaną faworytką
Na razie odbicie Macrona nie zmienia podstawowego układu kampanii. Marine Le Pen pozostaje wyraźną liderką sondaży pierwszej tury. W badaniach publikowanych po potwierdzeniu przez nią kandydatury osiąga około jednej trzeciej głosów, a w części pomiarów jeszcze więcej. Lipcowe badanie Ifop przeprowadzone po jej deklaracji kandydowania pokazało jej dominującą pozycję w pierwszej turze, natomiast sondaże drugiej tury wskazywały, że mogłaby zwyciężyć z każdym z testowanych przeciwników.
Jej przewaga nie wynika już wyłącznie z trwałości podstawowego elektoratu Zjednoczenia Narodowego. Marine Le Pen coraz skuteczniej przyciąga wyborców rozczarowanych tradycyjną prawicą, mieszkańców mniejszych miast, pracowników sektora prywatnego, część klas ludowych oraz obywateli przekonanych, że kolejne rządy nie potrafiły opanować problemów migracji, bezpieczeństwa, zadłużenia i spadku poziomu życia.
Jednocześnie kandydatka Zjednoczenia Narodowego korzysta z rozproszenia przeciwników. Jej wejście do drugiej tury jest dziś znacznie bardziej prawdopodobne niż awans któregokolwiek z rywali. Prawdziwa walka toczy się więc o drugie miejsce.
W tym sensie nawet dwupunktowy wzrost popularności Macrona może mieć znaczenie większe, niż sugerowałaby sama liczba. Nie musi osłabiać Marine Le Pen bezpośrednio. Może jednak pomóc w wyłonieniu przeciwnika, który będzie w stanie zebrać wystarczająco dużo głosów centrum, umiarkowanej prawicy i części socjaldemokracji, aby wyprzedzić Jean-Luca Mélenchona.
Najgroźniejszy scenariusz dla centrum
Édouard Philippe otwarcie ostrzegał, że równoczesny start jego samego i Gabriela Attala mógłby doprowadzić do eliminacji obydwu kandydatów. Za „koszmar absolutny” uznał możliwość drugiej tury z udziałem Marine Le Pen i Jean-Luka Mélenchona. Philippe i Attal rozważają dlatego proces politycznego rozstrzygnięcia, który miałby doprowadzić do pozostania jednego kandydata reprezentującego większą część dawnej większości prezydenckiej.
Obawa nie jest teoretyczna. Najnowsze badanie Elabe pokazuje, że Gabriel Attal może liczyć na około 13,5–15,5 proc. głosów, a więc wynik bardzo zbliżony do notowań Jean-Luka Mélenchona. W zależności od konfiguracji kandydatur różnica między nimi wynosi zaledwie półtora punktu lub mniej. O wejściu do drugiej tury mogą zatem zdecydować niewielkie przesunięcia elektoratu, mobilizacja wyborców w ostatnich tygodniach kampanii oraz zdolność centrum do ograniczenia liczby konkurujących ze sobą kandydatów.
Jeżeli Édouard Philippe, Gabriel Attal, Sébastien Lecornu, Bruno Retailleau i David Lisnard wystartowaliby jednocześnie, głosy wyborców od centrum po umiarkowaną prawicę zostałyby podzielone między kilka projektów. Każdy z kandydatów mógłby uzyskać wynik pozwalający zachować polityczną pozycję, lecz niewystarczający do awansu. Marine Le Pen i Jean-Luc Mélenchon znaleźliby się wówczas w drugiej turze nie dlatego, że reprezentowaliby większość Francuzów, ale dlatego, że ich elektoraty byłyby bardziej zwarte.
Taki scenariusz od miesięcy stanowi jeden z podstawowych argumentów zwolenników wspólnej kandydatury centrum. Im bardziej rozproszone jest pole wyborcze, tym niższy może okazać się próg wejścia do drugiej tury. Wybory prezydenckie w 2027 roku mogą więc zostać rozstrzygnięte nie przez wzrost popularności jednego kandydata, lecz przez niezdolność pozostałych do wycofania się.
Czy poprawa notowań Macrona może pomóc centrum?
Wzrost popularności urzędującego prezydenta nie przenosi się automatycznie na jego potencjalnego następcę. Francuzi mogą lepiej oceniać kończącego kadencję Macrona, a jednocześnie nie chcieć głosować na żadnego z polityków jego obozu. Mogą również uznawać, że prezydent dobrze reprezentuje Francję na arenie międzynarodowej, ale negatywnie oceniać sytuację gospodarczą, bezpieczeństwo lub funkcjonowanie państwa.
Istnieje jednak kilka mechanizmów, przez które stopniowa rehabilitacja Macrona mogłaby zmienić kampanię.
Po pierwsze, mogłaby zmniejszyć ciężar polityczny jego nazwiska. Gabriel Attal próbuje budować własną tożsamość i przedstawiać się jako kandydat nowego pokolenia, ale nadal jest postrzegany jako jeden z najbliższych politycznych wychowanków Macrona. Oficjalnie ogłosił kandydaturę w maju 2026 roku, jednocześnie sygnalizując potrzebę odróżnienia się od dotychczasowego sposobu sprawowania władzy.
Im gorzej oceniany jest prezydent, tym trudniejsze staje się to zadanie. Im bardziej zniuansowany staje się bilans jego kadencji, tym łatwiej Attalowi przekonywać, że reprezentuje zmianę pokoleniową bez konieczności wyrzekania się całego doświadczenia ostatnich lat.
Po drugie, poprawa notowań Macrona może pomóc Édouardowi Philippe’owi, który od dawna stara się zachować równowagę pomiędzy lojalnością wobec wspólnego dorobku a polityczną autonomią. Były premier przedstawia się jako kandydat powagi państwa, reform gospodarczych i instytucjonalnej stabilności. Spośród przedstawicieli szeroko rozumianego centrum to właśnie on jest najczęściej wskazywany jako polityk mający największą zdolność rywalizowania ze Zjednoczeniem Narodowym w drugiej turze.
Philippe musi jednak najpierw wejść do tej drugiej tury. Jego podstawowym problemem nie jest dziś brak rozpoznawalności, lecz możliwość rozproszenia głosów między kilku kandydatów wywodzących się z podobnego obszaru. Poprawa oceny prezydentury Macrona mogłaby zwiększyć łączny potencjał tego obozu, ale bez mechanizmu wyłonienia jednego reprezentanta nie musi przełożyć się na sukces żadnego z nich.
Sébastien Lecornu jako kandydat ciągłości państwa
Szczególnym przypadkiem jest Sébastien Lecornu. Jako urzędujący premier pozostaje najbliżej Pałacu Elizejskiego, a zarazem regularnie zaprzecza, że zamierza kandydować w wyborach prezydenckich. W marcu 2026 roku ponownie zapewniał, że nie wystartuje, jednak jego nazwisko wciąż pojawia się w analizach dotyczących sukcesji po Macronie.
Jego potencjalna siła opierałaby się na innym mechanizmie niż w przypadku Attala czy Philippe’a. Lecornu mógłby przedstawiać się jako kandydat państwa, administracyjnego doświadczenia, bezpieczeństwa i ciągłości instytucjonalnej. Jako premier ma możliwość budowania pozycji poprzez sprawowanie władzy, a nie wyłącznie poprzez kampanię.
Jednocześnie jest najbardziej bezpośrednio związany z bilansem ostatniego okresu prezydentury Macrona. Jeżeli sytuacja gospodarcza i społeczna pogarszałaby się, to właśnie urzędujący premier ponosiłby za nią bieżącą odpowiedzialność. Jeżeli jednak udałoby się ustabilizować państwo, przeprowadzić budżet i uniknąć kolejnego przesilenia parlamentarnego, jego pozycja mogłaby rosnąć.
Poprawa popularności Macrona byłaby dla Lecornu szczególnie korzystna. Nie musiałby wówczas budować kandydatury przeciwko prezydentowi, któremu zawdzięcza znaczną część swojej kariery. Mógłby przedstawiać się jako naturalny kontynuator instytucjonalnej stabilności, uzupełniający ją bardziej pragmatycznym i mniej osobistym stylem sprawowania władzy.
Na razie pozostaje to hipotezą. Lecornu oficjalnie odrzuca możliwość startu, ale historia V Republiki pokazuje, że urząd premiera niemal automatycznie tworzy prezydenckie oczekiwania, zwłaszcza kiedy obóz władzy nie ma bezspornego następcy.
Retailleau i Lisnard chcą zastąpić macronizm, nie kontynuować go
Bruno Retailleau i David Lisnard reprezentują inną drogę do drugiej tury. Nie chcą dziedziczyć macronizmu, lecz przejąć część jego elektoratu, łącząc liberalizm gospodarczy, konserwatyzm, bezpieczeństwo oraz krytykę sposobu funkcjonowania państwa.
Retailleau oficjalnie ogłosił kandydaturę w lutym 2026 roku. Buduje kampanię wokół porządku publicznego, migracji, wymiaru sprawiedliwości, odbudowy przemysłu i odzyskania przez państwo zdolności działania.
Jego problem polega na tym, że w kwestiach bezpieczeństwa i migracji konkuruje bezpośrednio z Marine Le Pen, której elektorat jest większy i bardziej utrwalony. Musi więc przekonać wyborców, że może realizować część oczekiwań społecznych wyrażanych przez zwolenników Zjednoczenia Narodowego, nie narażając Francji na instytucjonalne, europejskie i gospodarcze ryzyko.
David Lisnard próbuje z kolei stworzyć kandydaturę wyraźnie liberalną, samorządową i antyetatystyczną. W lipcu rozpoczął kampanię podczas spotkania w Saint-Raphaël, ostro atakując zarówno obóz Macrona, jak i polityczną centralizację władzy.
Wzrost popularności Macrona nie pomagałby im w taki sam sposób jak Attalowi, Philippe’owi czy Lecornu. Mógłby nawet utrudnić im narrację o całkowitym bankructwie mijającej epoki. Jednocześnie zwiększałby jednak liczbę wyborców gotowych poprzeć w drugiej turze kandydata umiarkowanej prawicy przeciwko Marine Le Pen.
Dla Retailleau i Lisnarda najważniejsza nie jest więc odbudowa samego macronizmu, lecz możliwość przejęcia elektoratu, który nie chce powrotu do dotychczasowego modelu władzy, ale jeszcze bardziej obawia się zwycięstwa Zjednoczenia Narodowego albo Niepokornej Francji.
Czy wzrost Macrona osłabia Marine Le Pen?
Na obecnym etapie nie ma podstaw, aby twierdzić, że wzrost popularności Macrona bezpośrednio odbiera głosy Marine Le Pen. Jej elektorat nie został zbudowany wyłącznie na sprzeciwie wobec jednej osoby. Opiera się na znacznie głębszym przekonaniu, że system polityczny, gospodarczy i administracyjny Francji nie odpowiada na doświadczenia dużej części społeczeństwa.
Le Pen może nawet wykorzystywać poprawę notowań prezydenta jako argument na rzecz mobilizacji własnych wyborców. Może przekonywać, że dawne elity polityczne próbują odbudować wspólny front, aby po raz kolejny uniemożliwić Zjednoczeniu Narodowemu przejęcie władzy.
Macron może ją jednak osłabić pośrednio, jeżeli przyczyni się do odbudowania zdolności centrum do przedstawienia wiarygodnego kandydata. Dla Marine Le Pen korzystniejsza byłaby druga tura przeciwko Jean-Lukowi Mélenchonowi niż przeciwko Édouardowi Philippe’owi albo kandydatowi zdolnemu połączyć centrum i umiarkowaną prawicę.
Sondaże drugiej tury pokazują wyraźną różnicę pomiędzy tymi konfiguracjami. W lipcowych badaniach Marine Le Pen lub kandydat Zjednoczenia Narodowego uzyskiwali bardzo wysoką przewagę nad Mélenchonem. Pojedynek z Philippe’em pozostawał znacznie bardziej wyrównany, natomiast Attal i Retailleau znajdowali się pomiędzy tymi skrajnościami.
Nie oznacza to, że Philippe byłby dziś faworytem drugiej tury. Oznacza jednak, że dla Zjednoczenia Narodowego skład finałowego pojedynku ma znaczenie zasadnicze. Marine Le Pen może być zdecydowaną liderką pierwszej tury, a mimo to mierzyć się później z bardzo różnym poziomem ryzyka, zależnie od tego, kto zostanie jej przeciwnikiem.
Emmanuel Macron może pomóc tylko jednemu następcy
Największym paradoksem obecnej sytuacji jest to, że odbudowa popularności Macrona może zwiększyć potencjał całego centrum, a jednocześnie pogłębić rywalizację pomiędzy jego potencjalnymi następcami. Każdy z nich może uznać, że poprawiająca się ocena prezydentury daje mu osobną drogę do zwycięstwa.
Attal może przedstawiać się jako młodsza i bardziej otwarta wersja macronizmu. Philippe jako kandydat doświadczenia i powagi państwa. Lecornu jako reprezentant stabilności. Retailleau jako konserwatywna alternatywa zdolna przejąć wyborców dawnej prawicy. Lisnard jako liberalny reformator występujący przeciwko etatyzmowi i paryskiemu centralizmowi.
Jeżeli wszyscy pozostaną w wyścigu, ich indywidualne ambicje mogą doprowadzić do wspólnej porażki. Poprawa popularności Macrona nie rozwiąże problemu rozdrobnienia. Może go nawet chwilowo zamaskować, dając kilku kandydatom poczucie, że każdy z nich posiada wystarczającą przestrzeń wyborczą.
Dlatego prawdziwym testem nie będzie to, czy Macron osiągnie 25, 30 albo 35 proc. pozytywnych ocen. Będzie nim zdolność jego dawnego obozu oraz umiarkowanej prawicy do przekształcenia wspólnego potencjału w jedną kandydaturę albo przynajmniej ograniczenia liczby pretendentów.
Prezydent schodzi ze sceny, ale nie znika z kampanii
Emmanuel Macron będzie w 2027 roku odchodzącym prezydentem, lecz jego obecność pozostanie widoczna niemal w każdym etapie kampanii. Kandydaci będą oceniani przez pryzmat ich stosunku do jego polityki, sposobu sprawowania władzy, reform gospodarczych, polityki europejskiej oraz decyzji o rozwiązaniu Zgromadzenia Narodowego w 2024 roku.
Część z nich będzie próbowała przejąć jego wyborców. Inni będą budowali pozycję na odrzuceniu jego dorobku. Jeszcze inni będą chcieli zachować część jego polityki, jednocześnie obiecując zmianę stylu rządzenia.
Niewielki lipcowy wzrost popularności nie oznacza jeszcze politycznej rehabilitacji Macrona. Pokazuje jednak, że jego prezydentura może wchodzić w nową fazę. Francuzi zaczynają stopniowo oddzielać ocenę kończącego kadencję prezydenta od emocji wywoływanych przez każdy kolejny kryzys.
Jeżeli ten proces będzie postępował, najważniejszym skutkiem nie musi być poprawa osobistego wizerunku Macrona. Może nim być zwiększenie szans kandydata centrum na wejście do drugiej tury.
Dopiero wtedy wzrost popularności odchodzącego prezydenta stałby się realnym problemem dla Marine Le Pen. Nie dlatego, że wyborcy Zjednoczenia Narodowego zaczęliby masowo wracać do Macrona, lecz dlatego, że naprzeciwko niej mógłby stanąć kandydat zdolny zgromadzić wyborców centrum, umiarkowanej prawicy i części lewicy.
Emmanuel Macron nie wybierze swojego następcy sam. Może jednak wpłynąć na to, kto otrzyma szansę, aby nim zostać.
Arkadiusz Jordan
Paryż





