Strategia Marine LE PEN. Jak chce zdobyć Pałac Elizejski?

Marine Le Pen po raz czwarty stanie do walki o Pałac Elizejski, ale kampania przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 r. będzie zupełnie inna niż wszystkie poprzednie. Po raz pierwszy kandydatka Zjednoczenia Narodowego rozpoczyna wyścig jako jedna z głównych faworytek, a Francja przygotowuje się do wyborów bez urzędującego prezydenta ubiegającego się o reelekcję. Jaką strategię przyjmie Marine Le Pen? Kim będą jej najgroźniejsi rywale? Dlaczego wynik wyborów może przesądzić nie tylko o przyszłości Francji, lecz także o kierunku rozwoju całej Europy? Oto analiza najważniejszych mechanizmów kampanii prezydenckiej we Francji w 2027 r.
Jak Marine Le Pen chce wygrać wybory prezydenckie we Francji 2027?
Jeszcze w kampanii z 2012 r. Marine Le Pen była postrzegana przede wszystkim jako liderka ugrupowania pozostającego poza głównym nurtem francuskiej polityki. Pięć lat później zdołała wejść do drugiej tury wyborów, ale dla wielu wyborców nadal pozostawała kandydatką protestu. W 2022 r. poprawiła swój wynik, rozszerzyła elektorat i pokazała, że potrafi zdobywać poparcie także poza tradycyjnymi bastionami swojej partii. Kolejne wybory europejskie i parlamentarne potwierdziły, że Zjednoczenie Narodowe przestało być zjawiskiem jednorazowym. Równolegle Jordan Bardella przyciągnął nowych wyborców i pomógł budować wizerunek ugrupowania zdolnego do sprawowania władzy.
To właśnie suma tych procesów sprawia, że obecna kampania rozpoczyna się w zupełnie innych warunkach niż wszystkie poprzednie. Według kolejnych badań opinii publicznej Marinę Le Pen pozostaje faworytką pierwszej tury wyborów prezydenckich 2027, a coraz częściej analitycy zastanawiają się już nie nad tym, czy znajdzie się w drugiej turze, lecz z kim przyjdzie jej się zmierzyć.
To zasadnicza zmiana w porównaniu z kampaniami z lat 2012, 2017 i 2022. Wówczas niemal cała francuska debata publiczna koncentrowała się wokół pytania, czy kandydatka Frontu Narodowego, a później Zjednoczenia Narodowego, zdoła przełamać polityczną izolację swojej formacji. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Emmanuel Macron kończy drugą kadencję i zgodnie z konstytucją nie może ubiegać się o ponowny wybór. Francuska scena polityczna wkracza więc w pierwszy od dwudziestu lat wyścig prezydencki bez urzędującego prezydenta jako kandydata. To całkowicie zmienia logikę kampanii.
Po raz pierwszy od wielu lat cała francuska scena polityczna przygotowuje się do wyborów, w których nie uczestniczy urzędujący prezydent ubiegający się o kolejną kadencję. W 2012 r. punktem odniesienia był Nicolas Sarkozy. W 2017 i 2022 r. centralną postacią kampanii stał się Emmanuel Macron. Tym razem wyborcy nie będą oceniali przede wszystkim dotychczasowego gospodarza Pałacu Elizejskiego, lecz porównywali kilka konkurencyjnych wizji przyszłości Francji. To oznacza większą otwartość kampanii, ale również znacznie większą nieprzewidywalność jej przebiegu.
Marine Le Pen doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przez ostatnie kilkanaście lat prowadziła długofalową strategię stopniowego poszerzania swojego elektoratu. Nie polegała ona wyłącznie na zdobywaniu nowych wyborców, lecz przede wszystkim na zmniejszaniu liczby Francuzów, którzy z góry odrzucali możliwość oddania na nią głosu. We francuskiej debacie proces ten określany jest mianem dédiabolisation – odchodzenia od wizerunku partii uznawanej za polityczny margines i budowania obrazu ugrupowania zdolnego do sprawowania władzy. Dzisiejsze sondaże pokazują, że strategia ta przyniosła wymierne rezultaty.
Badania publikowane w ostatnich tygodniach wskazują, że Marine Le Pen utrzymuje poparcie przekraczające 35 proc. w pierwszej turze wyborów prezydenckich. W części symulacji osiąga wyniki wyraźnie wyższe od wszystkich potencjalnych konkurentów. Co więcej, po lipcowym wyroku sądu apelacyjnego, który był jednym z najważniejszych wydarzeń francuskiego życia politycznego tego roku, nie doszło do załamania jej notowań. Wręcz przeciwnie – kolejne badania opinii publicznej, omawiane także na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, pokazały, że pozostaje zdecydowaną liderką pierwszej tury, a w wielu wariantach zachowuje przewagę również w symulacjach drugiej tury.
.Nie oznacza to jednak, że droga do Pałacu Elizejskiego stała się łatwa. Na francuskiej scenie politycznej nie brakuje bowiem kandydatów, którzy mogą odegrać istotną rolę w nadchodzącej kampanii. Édouard Philippe od dawna przygotowuje własny projekt prezydencki i pozostaje jednym z polityków cieszących się najwyższym poziomem zaufania. Bruno Retailleau buduje swoją pozycję wokół kwestii bezpieczeństwa i kontroli migracji, starając się przekonać wyborców prawicy, że zdecydowaną politykę można prowadzić również poza Zjednoczeniem Narodowym. Sébastien Lecornu zyskuje rozpoznawalność dzięki kierowaniu resortem sił zbrojnych w okresie wyjątkowo trudnej sytuacji międzynarodowej. Gabriel Attal pozostaje najbardziej wyrazistym przedstawicielem młodszego pokolenia francuskich polityków. Jean-Luc Mélenchon nadal dysponuje silnym zapleczem wyborczym po lewej stronie sceny politycznej. To właśnie układ relacji pomiędzy tymi kandydatami będzie w dużej mierze decydował o przebiegu kampanii i o tym, kto ostatecznie stanie naprzeciw Marine Le Pen w drugiej turze.
Paradoksalnie właśnie pozycja faworytki zmusza Marine Le Pen do prowadzenia kampanii znacznie ostrożniejszej niż wszystkie poprzednie. Kandydat próbujący odrobić straty może pozwolić sobie na ryzykowne propozycje i gwałtowne zwroty polityczne. Jednak kandydat prowadzący w sondażach przede wszystkim stara się nie popełnić błędów. To jedna z najważniejszych różnic między kampanią z 2027 r. a trzema wcześniejszymi kampaniami Marine Le Pen.
Nieprzypadkowo coraz więcej francuskich komentatorów zwraca uwagę, że strategia Marine Le Pen 2027 będzie opierała się bardziej na budowaniu wizerunku przyszłej prezydent Republiki niż na prowadzeniu nieustannej ofensywy przeciwko politycznym przeciwnikom. Ostre spory pozostaną obecne w kampanii, jednak ich celem będzie przede wszystkim mobilizacja własnego elektoratu. Równocześnie Marine Le Pen będzie musiała przekonać wyborców umiarkowanych, że jest zdolna do sprawowania najwyższego urzędu w państwie oraz do zapewnienia Francji stabilności w okresie narastających napięć międzynarodowych, problemów gospodarczych i sporów o bezpieczeństwo. To właśnie dlatego czwarta kampania Marine Le Pen może okazać się najbardziej wymagająca spośród wszystkich, które dotąd prowadziła. Po raz pierwszy nie będzie walczyła o wejście do politycznego centrum debaty. Będzie walczyła o przekonanie większości Francuzów, że jest gotowa objąć odpowiedzialność za państwo.
Koniec kampanii protestu
Przez wiele lat Marine Le Pen korzystała z pozycji głównej przeciwniczki politycznego establishmentu. Występowała przeciwko kolejnym prezydentom, kolejnym rządom i kolejnym elitom, przedstawiając siebie jako kandydatkę reprezentującą Francuzów rozczarowanych funkcjonowaniem państwa. W kampaniach z 2012, 2017 i 2022 r. taka strategia wydawała się naturalna. Jej ugrupowanie pozostawało poza władzą, a ona sama mogła swobodnie wskazywać błędy swoich przeciwników, nie ponosząc odpowiedzialności za prowadzenie polityki państwa.
Taka pozycja dawała jej znaczną swobodę prowadzenia kampanii. Kandydat protestu może pozwolić sobie na ostrzejszy język, mocniejsze diagnozy i wyraźniejsze odrzucenie dotychczasowego porządku politycznego. Kandydatka realnie walcząca o urząd prezydenta musi natomiast przekonać wyborców nie tylko do tego, że dostrzega problemy państwa, lecz także, że potrafi nimi odpowiedzialnie zarządzać. Ta zmiana perspektywy należy do najważniejszych elementów obecnej kampanii.
Dziś sytuacja jest odmienna. Marine Le Pen nie jest już wyłącznie liderką największej partii opozycyjnej. Dla znacznej części opinii publicznej stała się najbardziej prawdopodobną następczynią Emmanuela Macrona. Taka zmiana wymusza zmianę języka kampanii. Znacznie trudniej jest jednocześnie przedstawiać się jako kandydatka protestu i jako przyszła głowa państwa. Właśnie dlatego można spodziewać się, że w nadchodzących miesiącach coraz większy nacisk będzie kładziony na kwestie wiarygodności, doświadczenia i zdolności do sprawowania władzy.
Jednocześnie liderka Zjednoczenia Narodowego będzie starała się zachować równowagę między dwoma grupami wyborców. Z jednej strony musi utrzymać mobilizację swojego tradycyjnego elektoratu, dla którego najważniejsze pozostają bezpieczeństwo, migracja i tożsamość narodowa. Z drugiej będzie zabiegała o wyborców centroprawicy oraz część rozczarowanych wyborców obozu Emmanuela Macrona, którzy mogą przesądzić o wyniku drugiej tury. To właśnie znalezienie tej równowagi stanie się jednym z najważniejszych wyzwań całej kampanii.
Jak wygrać wybory, kiedy jest się faworytem?
Paradoks kampanii prezydenckiej Marine Le Pen polega na tym, że po raz pierwszy największym zagrożeniem dla jej kandydatury nie jest słabość, lecz siła. Jeszcze kilka lat temu mogła pozwolić sobie na kampanię opartą przede wszystkim na krytyce kolejnych rządów i mobilizacji własnego elektoratu. Dzisiaj znajduje się w zupełnie innym miejscu. Liczne badania opinii publicznej, publikowane w ostatnich miesiącach i szeroko omawiane również na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, sytuują ją na pierwszym miejscu niemal we wszystkich wariantach pierwszej tury. Dla sztabu wyborczego oznacza to jednak nie komfort, lecz konieczność zachowania wyjątkowej dyscypliny.
W kampaniach wyborczych istnieje dobrze znane zjawisko określane mianem „kampanii lidera”. Kandydat prowadzący w sondażach zazwyczaj stara się ograniczać ryzyko, unikać niepotrzebnych konfliktów i nie dostarczać przeciwnikom argumentów, które mogłyby zmobilizować elektorat przeciwko niemu. Znacznie częściej mówi o odpowiedzialności niż o rewolucji, o stabilności niż o zmianie, o wiarygodności niż o spektakularnych obietnicach. Właśnie w tym kierunku wydaje się zmierzać również strategia Marine Le Pen.
To wyraźna różnica wobec jej pierwszych kampanii. W 2012 r. kandydatka Frontu Narodowego walczyła przede wszystkim o przełamanie politycznej izolacji swojego środowiska. Pięć lat później próbowała przekonać wyborców, że możliwe jest zwycięstwo nad Emmanuelem Macronem, jednak zakończenie kampanii i debata telewizyjna pokazały, że wielu Francuzów nadal nie uważało jej za kandydatkę przygotowaną do objęcia najwyższego urzędu w państwie. W 2022 r. sytuacja zaczęła się zmieniać. Marine Le Pen prowadziła spokojniejszą kampanię, koncentrując się bardziej na kosztach życia niż na tematach tożsamościowych. Pozwoliło jej to osiągnąć najlepszy wynik w dotychczasowej karierze.
Wybory prezydenckie w 2027 r. stawiają jednak przed nią nowe wyzwanie. Tym razem nie wystarczy poprawić poprzedniego wyniku. Trzeba zdobyć większość głosów Francuzów.
Nie oznacza to rezygnacji z tematów, które od lat stanowią fundament programu Zjednoczenia Narodowego. Migracja, bezpieczeństwo, walka z przestępczością, kontrola granic czy krytyka części polityk Unii Europejskiej pozostaną obecne w kampanii. Prawdopodobnie będą jednak przedstawiane w sposób bardziej prezydencki niż w poprzednich latach. Kandydatka, która chce przekonać wyborców środka, musi bowiem pokazać nie tylko diagnozę problemów, lecz także zdolność do ich rozwiązywania w ramach instytucji V Republiki.
Istotnym elementem tej strategii wydaje się także podział ról pomiędzy Marine Le Pen a Jordanem Bardellą. W ostatnich latach przewodniczący Zjednoczenia Narodowego przejął znaczną część bieżącej aktywności partyjnej oraz komunikacji skierowanej do najmłodszych wyborców. Dzięki temu Marine Le Pen może coraz częściej występować w roli polityka przygotowującego się do objęcia funkcji głowy państwa. Taki model przypomina rozwiązania stosowane w wielu demokracjach parlamentarnych, gdzie lider partii stopniowo ogranicza udział w codziennych sporach, koncentrując się na budowie wizerunku przyszłego szefa państwa lub rządu.
Jednocześnie strategia ta niesie ze sobą ryzyko. Im wyżej znajduje się kandydat w sondażach, tym silniejsza staje się mobilizacja jego przeciwników. Francuska historia wyborcza wielokrotnie pokazywała, że druga tura wyborów prezydenckich rządzi się własnymi prawami.
W pierwszej turze wyborcy najczęściej głosują na kandydata najlepiej odpowiadającego ich przekonaniom. W drugiej logika głosowania ulega zmianie. Część wyborców przenosi poparcie na innego kandydata, część kieruje się oceną kompetencji, a część wybiera osobę, którą uważa za bezpieczniejszą dla państwa. Właśnie dlatego zdolność poszerzania elektoratu pomiędzy obiema turami od dziesięcioleci pozostaje jednym z najważniejszych warunków zwycięstwa w wyborach prezydenckich we Francji. I właśnie dlatego w ciągu dwóch tygodni między pierwszym a drugim głosowaniem często dochodziło do najszybszych zmian nastrojów społecznych. Dlatego sztab Marine Le Pen będzie musiał prowadzić kampanię z myślą nie tylko o zwycięstwie w pierwszej turze, lecz przede wszystkim o budowaniu większości zdolnej wygrać decydujące starcie.
Największym wyzwaniem pozostaje zatem nie zdobycie pierwszego miejsca w pierwszej turze, ale przekonanie wyborców, którzy dotąd głosowali przede wszystkim przeciwko niej. To właśnie od powodzenia tej strategii będzie zależało, czy czwarta kampania Marine Le Pen okaże się zwieńczeniem kilkunastoletniej przebudowy francuskiej prawicy, czy też – podobnie jak trzy poprzednie – zakończy się na progu Pałacu Elizejskiego.
Kampania prowadzona z myślą o drugiej turze
W wyborach prezydenckich we Francji zwycięstwo nie rozstrzyga się w pierwszej turze. Można ją wygrać z dużą przewagą nad rywalami, a mimo to przegrać dwa tygodnie później. Historia V Republiki zna już takie sytuacje. Z tego powodu sztaby kandydatów prowadzą w rzeczywistości dwie kampanie jednocześnie. Pierwsza ma zapewnić miejsce w finale wyborów. Druga rozpoczyna się znacznie wcześniej, niż większość wyborców zdaje sobie z tego sprawę, i polega na budowaniu zdolności do zdobycia głosów tych Francuzów, którzy w pierwszej turze poprą innych kandydatów.
Marine Le Pen dobrze zna ten mechanizm. W 2017 r. weszła do drugiej tury z rekordowym dla swojego obozu wynikiem, lecz przegrała z Emmanuelem Macronem. Pięć lat później ponownie awansowała do finału i wyraźnie poprawiła rezultat, jednak nie zdołała zdobyć większości głosów. W obu przypadkach okazało się, że poparcie własnego elektoratu nie wystarcza do zwycięstwa. O wyniku przesądzały decyzje wyborców centroprawicy, centrum oraz części umiarkowanej lewicy.
To doświadczenie w oczywisty sposób wpływa na obecną strategię. Marine Le Pen nie prowadzi już kampanii wyłącznie dla swoich zwolenników. To jedna z najważniejszych różnic między obecną kampanią a poprzednimi. Kandydatka Zjednoczenia Narodowego musi dziś zabiegać nie tylko o utrzymanie lojalności własnego elektoratu, ale również o zaufanie wyborców, którzy jeszcze kilka lat temu nie rozważali oddania na nią głosu. Oznacza to konieczność prowadzenia kampanii bardziej wyważonej, nastawionej na budowanie wiarygodności, a nie wyłącznie na mobilizowanie emocji.
Coraz częściej zwraca się także do wyborców, którzy jeszcze kilka lat temu z góry wykluczali możliwość oddania na nią głosu. Nie oznacza to rezygnacji z dotychczasowych tematów, lecz zmianę sposobu ich przedstawiania. Znacznie większą rolę odgrywają dziś argumenty dotyczące sprawności państwa, bezpieczeństwa obywateli, stabilności finansów publicznych czy skuteczności administracji. Jest to język bardziej charakterystyczny dla kandydatów ubiegających się o urząd prezydenta niż dla liderów partii protestu.
Widać to również w sposobie prowadzenia kampanii medialnej. W poprzednich wyborach Marine Le Pen często odpowiadała na bieżące spory polityczne i angażowała się w codzienną konfrontację z przeciwnikami. Obecnie można odnieść wrażenie, że jej sztab znacznie staranniej dobiera momenty wystąpień publicznych. Zamiast nieustannej obecności w mediach częściej wybierane są wydarzenia, które mają podkreślić rangę kandydatki i nadać jej wypowiedziom charakter prezydencki. To strategia dobrze znana z kampanii prowadzonych przez kandydatów przekonanych, że najważniejsze jest nie tyle zdobycie rozgłosu, ile utrzymanie wizerunku osoby przygotowanej do sprawowania najwyższego urzędu.
Nie oznacza to oczywiście, że kampania będzie spokojna. Wręcz przeciwnie. Im bliżej terminu wyborów, tym ostrzejsze staną się spory dotyczące migracji, bezpieczeństwa, finansów publicznych, polityki europejskiej czy miejsca Francji w świecie. Różnica polega na tym, że Marine Le Pen będzie prawdopodobnie starała się unikać sytuacji, w których sama staje się głównym tematem debaty. Znacznie korzystniejsze jest dla niej prowadzenie dyskusji wokół problemów, które od lat znajdują się w centrum programu Zjednoczenia Narodowego.
Ta strategia ma jeszcze jeden wymiar. Kandydat prowadzący w sondażach nie musi narzucać codziennie nowych tematów. Często wystarczy, że pozwoli przeciwnikom reagować na kwestie już obecne w debacie publicznej. W praktyce oznacza to bardziej selektywną komunikację i większą dyscyplinę całego sztabu wyborczego. Każda wypowiedź, każdy wywiad i każde wystąpienie są oceniane przede wszystkim pod kątem tego, czy pomagają poszerzać elektorat, czy też mogą utrudnić zdobycie głosów potrzebnych w decydującej drugiej turze.
Największa zmiana od 2012 roku
Porównując cztery kampanie Marine Le Pen, łatwo zauważyć, że każda z nich odpowiadała innemu etapowi rozwoju francuskiej sceny politycznej. W 2012 r. jej celem było ugruntowanie pozycji po przejęciu przywództwa po Jean-Marie Le Penie i pokazanie, że nowa liderka potrafi wyprowadzić partię z politycznej izolacji. W 2017 r. po raz pierwszy pojawiła się realna perspektywa zdobycia Pałacu Elizejskiego, choć kampania została zdominowana przez niespodziewany sukces Emmanuela Macrona. W 2022 r. Marine Le Pen skoncentrowała się na poprawie własnej wiarygodności oraz rozszerzeniu bazy wyborczej, osiągając najlepszy wynik w swojej dotychczasowej karierze.
Kampania 2027 r. różni się od wszystkich poprzednich z jeszcze jednego powodu. Po raz pierwszy Marine Le Pen nie będzie rywalizowała z urzędującym prezydentem. Przez ostatnią dekadę zarówno ona, jak i inni kandydaci budowali swoje strategie wobec Emmanuela Macrona. Tym razem punkt odniesienia znika. Otwiera to przestrzeń do całkowicie nowej konfiguracji politycznej, w której najważniejsze stanie się nie przeciwstawianie się urzędującej głowie państwa, lecz przekonanie wyborców, kto najlepiej poprowadzi Francję po zakończeniu ery Macrona.
To właśnie dlatego kampania 2027 r. może okazać się najbardziej nieprzewidywalna od wielu lat. Nie będzie bowiem rozstrzygana wyłącznie przez siłę poszczególnych kandydatów. Równie ważne stanie się to, komu uda się zbudować najszerszą koalicję wyborców między pierwszą a drugą turą. W tym sensie Marine Le Pen prowadzi dziś kampanię nie tylko po to, by wygrać pierwszą turę. Prowadzi ją przede wszystkim z myślą o zdobyciu większości, której dotąd nigdy nie udało się jej zbudować.
Najgroźniejszy rywal może być inny, niż jeszcze kilka miesięcy temu
Jeszcze na początku roku wielu obserwatorów francuskiej sceny politycznej zakładało, że głównym przeciwnikiem Marine Le Pen pozostanie kandydat wywodzący się z obozu Emmanuela Macrona. Tak wyglądały zresztą dwie poprzednie kampanie prezydenckie. W 2017 r. liderka Zjednoczenia Narodowego zmierzyła się z Emmanuelem Macronem, a pięć lat później historia niemal się powtórzyła. W naturalny sposób przyjęto więc, że również wybory w 2027 r. będą kolejnym starciem prawicy narodowej z politycznym centrum.
W ostatnich miesiącach ten obraz zaczął się jednak komplikować. Kolejne badania opinii publicznej, analizowane również na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, pokazują, że Marine Le Pen utrzymuje pozycję liderki pierwszej tury, natomiast walka o drugie miejsce staje się coraz bardziej wyrównana. Obok Édouarda Philippe’a coraz częściej pojawia się Jean-Luc Mélenchon, który ponownie konsoliduje znaczną część elektoratu radykalnej lewicy. To właśnie ten scenariusz stał się punktem wyjścia dla jednej z ostatnich analiz opublikowanych przez „Le Figaro”, której autorzy zastanawiają się, czy Francja nie zbliża się do pierwszej od wielu dziesięcioleci kampanii zdominowanej przez dwa silnie spolaryzowane bieguny polityczne.
Hipoteza ta opiera się nie tylko na sondażach. Jean-Luc Mélenchon od wielu lat powtarza, że ostateczny spór polityczny we Francji rozegra się pomiędzy jego ruchem a Zjednoczeniem Narodowym. Już podczas kampanii parlamentarnej w 2012 r., kiedy zdecydował się kandydować w Hénin-Beaumont przeciwko Marine Le Pen, próbował uczynić z tego starcia symbol nowego podziału francuskiej polityki. Przegrał wówczas wyraźnie, jednak nie porzucił tej wizji. Przez kolejne lata konsekwentnie przekonywał swoich zwolenników, że tradycyjny podział na lewicę i prawicę ustępuje miejsca rywalizacji dwóch wielkich ruchów politycznych kwestionujących dotychczasowy porządek.
Dziś ta teza brzmi znacznie mniej abstrakcyjnie niż jeszcze kilka lat temu. Marine Le Pen pozostaje zdecydowaną faworytką pierwszej tury, a Jean-Luc Mélenchon ponownie zyskuje poparcie części wyborców lewicy rozczarowanych zarówno socjalistami, jak i politykami obozu Emmanuela Macrona. Nie oznacza to jednak, że taki finał wyborów jest przesądzony. Wręcz przeciwnie. To jedynie jeden z kilku scenariuszy, które sztab Marine Le Pen musi brać pod uwagę.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy element tej kampanii.
Marine Le Pen nie przygotowuje jednej kampanii. Przygotowuje kilka jednocześnie.
W klasycznej kampanii wyborczej sztab koncentruje się przede wszystkim na jednym głównym przeciwniku. Pozwala to precyzyjnie określić linię argumentacji, dobrać język oraz wyeksponować kwestie najbardziej niewygodne dla rywala. Kampania prezydencka we Francji w 2027 r. zapowiada się jednak zupełnie inaczej.
Marine Le Pen nie wie jeszcze, kto stanie naprzeciw niej w drugiej turze. Co więcej, nie może wykluczyć żadnego z kilku poważnych scenariuszy. Każdy z potencjalnych przeciwników wymaga bowiem innego sposobu prowadzenia kampanii. Inaczej buduje się przekaz wobec kandydata lewicy, inaczej wobec reprezentanta centrum, a jeszcze inaczej wobec polityka wywodzącego się z tradycyjnej prawicy. Oznacza to konieczność przygotowania kilku równoległych scenariuszy, które będą modyfikowane wraz z rozwojem sytuacji politycznej i ostatecznym składem kandydatów.
Jeżeli przeciwnikiem okaże się Jean-Luc Mélenchon, zasadniczym tematem stanie się wizja państwa, bezpieczeństwo wewnętrzne, migracja, polityka europejska oraz gospodarka. Obóz Marine Le Pen będzie dążył do przedstawienia wyborów jako decyzji między dwiema całkowicie odmiennymi koncepcjami przyszłości Francji. Taki pojedynek sprzyjałby wysokiej mobilizacji obu elektoratów, ale jednocześnie wymagałby przekonania wyborców umiarkowanych, że kandydatka Zjednoczenia Narodowego jest gwarantem stabilności, a nie wyłącznie symbolem sprzeciwu wobec dotychczasowego systemu.
Obaj politycy reprezentują zupełnie odmienne wizje Francji, ale z punktu widzenia sztabu Marine Le Pen oznaczają również dwa całkowicie różne typy kampanii. Pojedynek z kandydatem lewicy wymagałby przede wszystkim mobilizacji wyborców wokół kwestii bezpieczeństwa, migracji i polityki gospodarczej. Rywalizacja z kandydatem centroprawicy lub centrum oznaczałaby natomiast walkę o wyborców umiarkowanych, dla których najważniejsze pozostają kompetencje, doświadczenie oraz zdolność sprawowania władzy.
Inaczej wyglądałaby kampania przeciwko Édouardowi Philippe’owi. Były premier od wielu miesięcy buduje wizerunek polityka spokojnego, doświadczonego i przewidywalnego. To właśnie dlatego pozostaje jednym z najpoważniejszych kandydatów obozu centrowego. W takim scenariuszu Marine Le Pen musiałaby przekonać Francuzów, że doświadczenie rządów ostatnich lat nie wystarcza już do rozwiązania problemów kraju, a proponowana przez Philippe’a kontynuacja oznaczałaby raczej zachowanie dotychczasowego modelu niż rzeczywistą zmianę.
Atutem Édouarda Philippe’a pozostaje przede wszystkim jego osobisty wizerunek. W badaniach opinii publicznej od dłuższego czasu należy do najlepiej ocenianych francuskich polityków, a część wyborców postrzega go jako kandydata zdolnego do zapewnienia stabilności po zakończeniu prezydentury Emmanuela Macrona. To właśnie dlatego wielu obserwatorów uważa go za jednego z najpoważniejszych konkurentów Marine Le Pen.
Jeszcze inaczej wyglądałoby starcie z Bruno Retailleau. Były minister spraw wewnętrznych konsekwentnie wzmacnia swój wizerunek polityka zdecydowanego w sprawach bezpieczeństwa, walki z przestępczością i kontroli migracji. Są to zagadnienia, które przez dziesięciolecia pozostawały jednym z najważniejszych atutów Zjednoczenia Narodowego. Jeżeli Retailleau utrzyma swoją pozycję i zdecyduje się na start, Marine Le Pen stanie przed koniecznością pokazania, dlaczego wyborcy mieliby poprzeć oryginał, a nie republikańską odpowiedź na część postulatów prawicy narodowej. To może okazać się jedna z najbardziej wymagających debat całej kampanii, ponieważ nie będzie to spór o diagnozę problemów, lecz o wiarygodność proponowanych rozwiązań.
Jednocześnie Bruno Retailleau stara się przekonać wyborców, że odpowiedź na problemy związane z bezpieczeństwem, migracją i porządkiem publicznym nie musi oznaczać poparcia dla Zjednoczenia Narodowego. Taka strategia może okazać się szczególnie istotna dla części konserwatywnego elektoratu, który podziela diagnozę problemów formułowaną przez Marine Le Pen, ale inaczej ocenia najlepszą drogę ich rozwiązania.
Sztab Marine Le Pen nie może również lekceważyć Sébastiena Lecornu. Minister sił zbrojnych coraz częściej przedstawiany jest jako polityk zdolny zapewnić państwu ciągłość działania w okresie narastających napięć międzynarodowych. W warunkach wojny w Ukrainie, niestabilności na Bliskim Wschodzie i rosnących wydatków na obronność kwestia bezpieczeństwa zewnętrznego może odegrać znacznie większą rolę niż w poprzednich kampaniach prezydenckich. W takim scenariuszu debata nie koncentrowałaby się już przede wszystkim na migracji czy kosztach życia, lecz na miejscu Francji w świecie, relacjach z NATO, polityce odstraszania nuklearnego oraz zdolności państwa do reagowania na kryzysy.
Rosnące znaczenie kwestii obronności sprawia, że doświadczenie zdobyte w resorcie sił zbrojnych może odegrać większą rolę niż w poprzednich kampaniach. Wojna w Ukrainie, napięcia międzynarodowe oraz pytania o przyszłość europejskiego bezpieczeństwa powodują, że wyborcy zwracają większą uwagę na kompetencje kandydatów w zakresie polityki strategicznej i międzynarodowej.
Nie można również pomijać Gabriela Attala. Choć po zakończeniu swojej misji w Hôtel Matignon znalazł się poza centrum codziennej debaty politycznej, nadal pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci francuskiego życia publicznego. Dla części młodszych wyborców symbolizuje pokolenie polityków, które nie jest już związane ani z tradycyjną prawicą, ani z tradycyjną lewicą. Jeżeli zdecydowałby się ubiegać o prezydenturę, mógłby odegrać rolę podobną do tej, jaką przed laty odegrał Emmanuel Macron, choć warunki polityczne są dziś zupełnie inne.
Gabriel Attal reprezentuje również zmianę pokoleniową we francuskiej polityce. Dla części wyborców może być symbolem nowego stylu komunikacji, większej obecności w mediach społecznościowych oraz odmiennego sposobu prowadzenia kampanii. To czynnik, którego sztab Marine Le Pen z pewnością nie będzie lekceważył.
Na marginesie tej rywalizacji pozostaje jeszcze David Lisnard. Sondaże nie wskazują go obecnie jako jednego z głównych faworytów, jednak jego znaczenie wykracza poza poziom notowań. Mer Cannes od kilku lat konsekwentnie buduje środowisko liberalno-konserwatywne, akcentujące odpowiedzialność finansów publicznych, decentralizację oraz większą autonomię samorządów. Nawet jeśli nie odegra kluczowej roli w walce o drugą turę, jego postulaty mogą wpływać na język kampanii prawicy i zmuszać Marine Le Pen do zajmowania stanowiska również w sprawach gospodarczych oraz ustrojowych.
Tak szerokie spektrum możliwych rywali sprawia, że kampania Marine Le Pen będzie prawdopodobnie najbardziej złożoną kampanią prezydencką w jej dotychczasowej karierze. Nie wystarczy przygotować jednej narracji ani jednego zestawu argumentów. Trzeba jednocześnie odpowiadać na wyzwania płynące z lewej strony sceny politycznej, ze środowisk centrowych, z tradycyjnej prawicy republikańskiej oraz z nowego pokolenia polityków próbujących zagospodarować przestrzeń po Emmanuelu Macronie.
To właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że wybory prezydenckie we Francji w 2027 r. mogą okazać się najciekawszą kampanią od początku XXI wieku. Dla Marine Le Pen nie będzie to już walka o wejście do głównego nurtu francuskiej polityki. Będzie to próba przekonania większości społeczeństwa, że spośród wszystkich kandydatów to właśnie ona najlepiej odpowiada na pytanie, kto powinien poprowadzić Francję po zakończeniu epoki Emmanuela Macrona.
Czwarta kampania będzie przede wszystkim walką z własną historią
Paradoks politycznej drogi Marine Le Pen polega na tym, że największym przeciwnikiem jej czwartej kampanii może okazać się nie żaden z rywali, lecz pamięć o trzech poprzednich wyborach prezydenckich. Każda z nich pozostawiła po sobie doświadczenia, które sztab Zjednoczenia Narodowego z pewnością analizuje z wyjątkową uwagą. Kampania w 2027 r. będzie próbą wykorzystania tych doświadczeń, ale również uniknięcia błędów, które w przeszłości uniemożliwiły zdobycie większości głosów.
Najczęściej przywoływanym momentem pozostaje debata telewizyjna przed drugą turą wyborów w 2017 r. Dla wielu komentatorów była ona punktem zwrotnym całej kampanii. Nawet część wyborców skłonnych poprzeć Marine Le Pen uznała wówczas, że kandydatka Frontu Narodowego nie zaprezentowała się jako osoba przygotowana do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Samo Zjednoczenie Narodowe wielokrotnie wracało później do tego doświadczenia, traktując je jako lekcję dotyczącą znaczenia przygotowania merytorycznego, dyscypliny przekazu oraz sposobu prowadzenia debaty z przeciwnikiem.
Pięć lat później ton kampanii był już wyraźnie inny. Marine Le Pen zrezygnowała z części najbardziej konfrontacyjnych elementów wcześniejszej strategii i znacznie więcej miejsca poświęciła problemom życia codziennego, inflacji oraz kosztom utrzymania. Wizerunek kandydatki uległ złagodzeniu, a wynik drugiej tury okazał się najlepszy w historii jej obozu politycznego. Mimo to nie wystarczył do zwycięstwa. W sztabie Zjednoczenia Narodowego musiała więc pojawić się kolejna refleksja: poprawa wizerunku jest warunkiem koniecznym, ale nie jedynym.
Kampania 2027 r. zapowiada się więc jako próba osiągnięcia równowagi między dwoma pozornie sprzecznymi celami. Marine Le Pen nie może utracić wyborców, którzy od lat stanowią fundament jej poparcia, jednocześnie jednak musi przekonać znaczną część elektoratu, który wcześniej głosował przeciwko niej. W praktyce oznacza to konieczność prowadzenia kampanii zdecydowanej w treści, ale wyważonej w formie. Nie chodzi już o to, aby wygrać spór polityczny. Chodzi o to, aby przekonać większość Francuzów, że kandydatka jest zdolna do sprawowania funkcji arbitra i gwaranta ciągłości państwa – roli, jaką konstytucja V Republiki przypisuje prezydentowi.
Nieprzypadkowo w ostatnich latach Marine Le Pen coraz częściej mówi o odpowiedzialności państwa, sprawności instytucji oraz konieczności odbudowy zaufania obywateli do władz publicznych. Tematy te nie zastępują kwestii migracji, bezpieczeństwa czy tożsamości narodowej, lecz rozszerzają obraz kandydatki. Prezydent Francji nie jest wyłącznie liderem większości politycznej. Jest także zwierzchnikiem sił zbrojnych, współtworzy politykę zagraniczną i odpowiada za funkcjonowanie najważniejszych instytucji republiki. Kandydat ubiegający się o ten urząd musi więc przekonać wyborców nie tylko do swoich diagnoz, ale również do własnych kompetencji.
Zmiana ta widoczna jest także w sposobie, w jaki Marine Le Pen organizuje swoją obecność publiczną. W poprzednich kampaniach uczestniczyła w niemal każdej większej polemice politycznej. Obecnie znacznie częściej można odnieść wrażenie, że starannie wybiera momenty zabrania głosu. Jest to strategia charakterystyczna dla kandydatów, którzy chcą zachować inicjatywę i nie pozwolić przeciwnikom narzucać tempa debaty. Im mniej niekontrolowanych sporów, tym większa możliwość budowania obrazu polityka spokojnego i przewidywalnego.
Jednocześnie sztab Marine Le Pen będzie musiał uważać na zjawisko, które francuscy politolodzy określają mianem „nadmiernej normalizacji”. Proces stopniowego odchodzenia od wizerunku partii protestu przyniósł Zjednoczeniu Narodowemu wymierne korzyści wyborcze. Istnieje jednak granica, po przekroczeniu której ugrupowanie mogłoby utracić część swojej tożsamości. Jeżeli wyborcy uznaliby, że Marine Le Pen zbyt mocno upodabnia się do tradycyjnych elit politycznych, część najbardziej zaangażowanego elektoratu mogłaby poczuć rozczarowanie. Utrzymanie równowagi między wiarygodnością prezydencką a zachowaniem wyrazistego profilu politycznego stanie się więc jednym z najtrudniejszych zadań całej kampanii.
To wyjaśnia również, dlaczego tak ważną rolę odgrywa dziś Jordan Bardella. Przewodniczący Zjednoczenia Narodowego przejął znaczną część bieżącej aktywności partyjnej, pozwalając Marine Le Pen częściej występować jako kandydatka na urząd prezydenta niż liderka codziennej walki politycznej. Podział ten nie jest przypadkowy. Pozwala jednocześnie utrzymać mobilizację elektoratu i budować bardziej państwowy wizerunek kandydatki. W praktyce oznacza to, że sukces lub porażka Marine Le Pen będzie zależała nie tylko od jej własnej kampanii, lecz także od zdolności całego kierownictwa Zjednoczenia Narodowego do zachowania konsekwencji przekazu przez wiele miesięcy.
Po Macronie zmieni się nie tylko prezydent
Niezależnie od tego, kto zwycięży w wyborach prezydenckich w 2027 r., Francja wejdzie w nowy etap swojej historii politycznej. Po raz pierwszy od 2017 r. Pałac Elizejski obejmie osoba, która nie będzie Emmanuelem Macronem. To pozornie oczywiste stwierdzenie ma jednak znacznie głębsze znaczenie dla całej kampanii.
Przez niemal dekadę francuskie życie polityczne było zorganizowane wokół jednej postaci. Zwolennicy i przeciwnicy prezydenta różnili się niemal we wszystkich najważniejszych kwestiach: od polityki europejskiej, przez reformy gospodarcze, aż po ocenę migracji i bezpieczeństwa. Macron stał się osią, wokół której budowano strategie wyborcze, programy partii oraz język debaty publicznej. Jego odejście z urzędu sprawia, że wszystkie ugrupowania muszą na nowo odpowiedzieć na pytanie, czym chcą przekonać Francuzów.
To wyzwanie dotyczy również Marine Le Pen. Przez wiele lat mogła przedstawiać siebie jako główną alternatywę dla urzędującego prezydenta. W 2027 r. taka strategia przestanie być wystarczająca. Kampania nie będzie już referendum nad bilansem dwóch kadencji Emmanuela Macrona. Stanie się wyborem pomiędzy kilkoma odmiennymi wizjami przyszłości Francji. Kandydatka Zjednoczenia Narodowego będzie musiała więc jeszcze wyraźniej odpowiedzieć nie tylko na pytanie, co zamierza zmienić, ale również jak zamierza rządzić.
I właśnie tutaj, moim zdaniem, powinniśmy przejść do kolejnego, bardzo mocnego rozdziału:
Jaką Francję chce zaproponować Marine Le Pen?
Każda kampania prezydencka jest próbą odpowiedzi na pytanie, jaka ma być Francja po wyborach. W przypadku Marine Le Pen pytanie to nabiera szczególnego znaczenia, ponieważ po raz pierwszy od wielu lat nie będzie ona kandydatką walczącą o polityczne uznanie, lecz jedną z głównych pretendentek do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Oznacza to konieczność przedstawienia nie tylko krytyki dotychczasowego modelu rządzenia, ale także spójnej wizji przyszłości.
W poprzednich kampaniach znaczną część debaty zdominowały kwestie migracji, bezpieczeństwa i tożsamości narodowej. Tematy te pozostaną ważnym elementem programu Zjednoczenia Narodowego również w 2027 r., jednak można przypuszczać, że nie będą już jedyną osią kampanii. Francuskie społeczeństwo wchodzi bowiem w okres kumulacji wyzwań, które wykraczają daleko poza tradycyjne spory dotyczące polityki migracyjnej.
Jednym z nich pozostaje sytuacja finansów publicznych. Francja kończy drugą kadencję Emmanuela Macrona z wysokim poziomem zadłużenia i znacznym deficytem sektora finansów publicznych. W ostatnich miesiącach coraz więcej ekonomistów, a także autorów publikujących na łamach francuskiej prasy opinii, zwraca uwagę, że przyszły prezydent będzie musiał podejmować decyzje w znacznie trudniejszych warunkach budżetowych niż jego poprzednicy. Kampania wyborcza nie będzie więc mogła ograniczać się do składania nowych obietnic. Coraz częściej pojawia się pytanie o to, które z nich będą możliwe do sfinansowania i jakie reformy okażą się niezbędne dla utrzymania stabilności finansów państwa.
Nieprzypadkowo zagadnienia gospodarcze zajmują coraz więcej miejsca również w wypowiedziach Marine Le Pen. W poprzednich latach Zjednoczenie Narodowe starało się pokazać, że kwestie siły nabywczej, kosztów energii, inflacji czy ochrony francuskiego przemysłu nie są tematami drugorzędnymi wobec bezpieczeństwa i migracji, lecz stanowią element tej samej debaty o zdolności państwa do ochrony obywateli. Taka interpretacja pozwala partii poszerzać elektorat również wśród wyborców, którzy nie utożsamiają się z tradycyjnymi sporami ideowymi, ale oczekują poprawy swojej sytuacji materialnej.
Drugim wielkim obszarem kampanii pozostanie bezpieczeństwo. W ostatnich latach we Francji dyskusja na ten temat uległa znacznemu rozszerzeniu. Obejmuje już nie tylko walkę z przestępczością i terroryzmem, ale także kwestie związane z ochroną granic, bezpieczeństwem cybernetycznym, odpornością infrastruktury krytycznej oraz zdolnościami obronnymi państwa. Wojna w Ukrainie oraz niestabilność sytuacji międzynarodowej sprawiły, że wyborcy coraz częściej oczekują od kandydatów odpowiedzi również na pytania dotyczące polityki zagranicznej i strategicznej pozycji Francji.
To właśnie w tym obszarze szczególnego znaczenia nabiera obecność Sébastiena Lecornu w debacie publicznej. Jako minister sił zbrojnych reprezentuje on model kampanii akcentującej ciągłość państwa, modernizację armii i odpowiedzialność za bezpieczeństwo międzynarodowe. Nawet jeśli ostatecznie nie zostałby kandydatem obozu centrowego, jego aktywność wpływa na tematykę całej kampanii. Marine Le Pen nie może więc ograniczyć się do przedstawiania własnych propozycji. Musi także pokazać, w jaki sposób zamierza wykonywać kompetencje prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych i jednego z głównych uczestników europejskiej polityki bezpieczeństwa.
Nie mniej istotnym zagadnieniem pozostaje przyszłość relacji Francji z Unią Europejską. W ciągu ostatnich kilkunastu lat stanowisko Marine Le Pen w tej kwestii ulegało stopniowej ewolucji. O ile wcześniejsze kampanie były często kojarzone z debatą dotyczącą członkostwa Francji w strefie euro czy zakresu integracji europejskiej, o tyle obecnie większy nacisk kładziony jest na reformę funkcjonowania Unii, ochronę interesów narodowych oraz zmianę równowagi kompetencji między Brukselą a państwami członkowskimi. Można przypuszczać, że również tym razem kwestia europejska będzie przedstawiana przede wszystkim przez pryzmat suwerenności decyzji podejmowanych przez państwo francuskie.
W tle wszystkich tych sporów znajduje się jeszcze jedno pytanie, które może okazać się równie ważne jak poszczególne propozycje programowe. Dotyczy ono zdolności państwa do skutecznego działania. Francuska debata publiczna coraz częściej koncentruje się nie tylko na tym, jakie reformy należy przeprowadzić, ale również na tym, czy administracja publiczna jest w stanie je zrealizować. W tym sensie wybory prezydenckie w 2027 r. mogą stać się także debatą o jakości instytucji V Republiki, sprawności państwa oraz zaufaniu obywateli do władz publicznych.
To właśnie dlatego kampania Marine Le Pen nie będzie sprowadzała się do kilku głośnych haseł. Jeżeli rzeczywiście ma zakończyć się zwycięstwem, będzie musiała przekonać wyborców, że proponowana zmiana obejmuje nie tylko kierunek polityki, ale również sposób funkcjonowania państwa.
Kampania nie będzie toczyła się wyłącznie wokół programu
Analizując francuskie wybory prezydenckie z ostatnich kilkudziesięciu lat, łatwo zauważyć, że o wyniku rzadko decydował sam program wyborczy. Znacznie większe znaczenie miało to, który kandydat potrafił przekonać wyborców, że rozumie najważniejsze obawy społeczeństwa i będzie zdolny podejmować decyzje w okresie kryzysów. W tym sensie kampania prezydencka jest zawsze również konkurencją o wiarygodność.
Marine Le Pen przystępuje do tej rywalizacji z doświadczeniem trzech poprzednich kampanii, ale także z nowym wyzwaniem. Po raz pierwszy znaczna część Francuzów będzie oceniała ją nie jako liderkę opozycji, lecz jako potencjalną przyszłą prezydent Republiki. Zmienia to kryteria oceny. Znacznie większego znaczenia nabiorą kompetencje, doświadczenie, zdolność do budowania większości oraz sposób reagowania na wydarzenia międzynarodowe.
Nieprzypadkowo można odnieść wrażenie, że w ostatnich miesiącach Marine Le Pen coraz częściej unika nadmiernego personalizowania sporu z poszczególnymi przeciwnikami. Zamiast prowadzić kampanię przeciwko konkretnym kandydatom, stara się przedstawiać siebie jako odpowiedź na problemy, które – w jej ocenie – narastały przez kolejne lata. Taka strategia pozwala zachować elastyczność niezależnie od tego, kto ostatecznie stanie naprzeciw niej w drugiej turze.
Czy Marine Le Pen może wygrać wybory prezydenckie?
Jeszcze kilka lat temu samo postawienie takiego pytania budziłoby zdziwienie części francuskiej opinii publicznej. Marine Le Pen była wówczas postrzegana jako kandydatka zdolna do osiągania bardzo dobrych wyników w pierwszej turze, lecz mająca ograniczone szanse na zdobycie większości w decydującym głosowaniu. Kolejne wybory stopniowo zmieniały jednak ten obraz. Najpierw rosło poparcie dla samego Zjednoczenia Narodowego, następnie poprawiały się wyniki Marine Le Pen w drugiej turze, a dziś większość badań opinii publicznej wskazuje ją jako jedną z głównych faworytek całych wyborów. Sondaże przeprowadzone już po lipcowym wyroku apelacyjnym nie przyniosły załamania jej notowań. Wręcz przeciwnie – nadal prowadzi ona w większości scenariuszy pierwszej tury, a część badań daje jej również przewagę w drugiej turze.
Nie oznacza to jednak, że wynik wyborów jest przesądzony. Francuskie wybory prezydenckie wielokrotnie pokazywały, jak szybko potrafią zmieniać się nastroje społeczne pomiędzy pierwszą a drugą turą. W ciągu zaledwie dwóch tygodni kampanii wyborcy podejmują decyzję nie tylko o tym, którego kandydata popierają, ale również którego chcą powstrzymać przed objęciem urzędu. Ta logika głosowania od dziesięcioleci stanowi jeden z fundamentów V Republiki i właśnie dlatego wszystkie sondaże należy traktować jako fotografię konkretnego momentu, a nie prognozę ostatecznego wyniku.
Znacznie ciekawsze od samych liczb jest więc pytanie o warunki, które Marine Le Pen musi spełnić, aby po raz pierwszy zdobyć większość głosów Francuzów.
Pierwszym z nich pozostaje utrzymanie szerokiej koalicji społecznej, którą Zjednoczenie Narodowe budowało przez kilkanaście lat. W kolejnych kampaniach partia przestała być ugrupowaniem opierającym się wyłącznie na jednym typie elektoratu. Coraz większe znaczenie zyskali pracownicy sektora prywatnego, mieszkańcy średnich i małych miast, część klasy średniej, przedsiębiorcy oraz wyborcy, którzy wcześniej głosowali na tradycyjną prawicę republikańską. Sukces Marine Le Pen zależy od tego, czy wszystkie te grupy pozostaną razem również w chwili ostatecznego wyboru prezydenta.
Drugim warunkiem jest utrzymanie wiarygodności prezydenckiej. To być może najważniejsza zmiana w porównaniu z poprzednimi kampaniami. Jeszcze kilkanaście lat temu Marine Le Pen walczyła przede wszystkim o uznanie swojego ugrupowania za pełnoprawnego uczestnika francuskiego życia politycznego. Dziś znaczna część wyborców zadaje już inne pytanie: czy byłaby dobrą prezydent Republiki? Odpowiedź na nie zależy nie tylko od programu wyborczego, ale także od sposobu prowadzenia kampanii, jakości debat, reakcji na kryzysy oraz umiejętności przedstawienia zespołu, który miałby współtworzyć przyszłe władze państwa.
Trzecim warunkiem jest wybór odpowiedniej strategii wobec przeciwników. Paradoksalnie korzystniejsze dla Marine Le Pen może okazać się starcie z kandydatem, którego łatwo przedstawić jako reprezentanta kontynuacji dotychczasowego modelu rządzenia, niż z politykiem zdolnym zagospodarować część jej własnych tematów. W tym sensie znaczenie mają nie tylko wyniki poszczególnych kandydatów, ale także charakter ich kampanii.
Istnieje jeszcze jeden warunek powodzenia kampanii Marine Le Pen, o którym mówi się znacznie rzadziej. Jest nim umiejętność zachowania dyscypliny przez wiele miesięcy. Im dłuższa kampania i im wyższa pozycja w sondażach, tym większe ryzyko błędów komunikacyjnych, wewnętrznych napięć czy wydarzeń zewnętrznych zmieniających porządek debaty publicznej. Historia francuskich wyborów pokazuje, że przewaga budowana miesiącami może zostać osłabiona przez kilka tygodni intensywnej kampanii drugiej tury. To właśnie dlatego sztab Marine Le Pen będzie prawdopodobnie prowadził jedną z najbardziej zdyscyplinowanych kampanii w historii Zjednoczenia Narodowego.
Można więc postawić ostrożną tezę, że Marine Le Pen wchodzi do kampanii 2027 jako kandydatka silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, ale jednocześnie obciążona większą odpowiedzialnością niż w poprzednich wyborach. Dawniej mogła zaskakiwać i zdobywać kolejne grupy wyborców. Dziś musi przede wszystkim utrzymać zaufanie tych, którzy już uznali ją za realną kandydatkę do objęcia Pałacu Elizejskiego. To zupełnie inny rodzaj kampanii i zupełnie inny rodzaj politycznego wyzwania.
Marine Le Pen nie walczy wyłącznie o zwycięstwo wyborcze
W każdej kampanii prezydenckiej pojawia się pytanie o program, obietnice oraz bieżące spory polityczne. We Francji równie ważne jest jednak inne zagadnienie, znacznie rzadziej obecne poza tym krajem. Dotyczy ono sposobu rozumienia samego urzędu prezydenta Republiki. Kandydaci ubiegający się o Pałac Elizejski nie przedstawiają jedynie propozycji reform. Przedstawiają również własną wizję państwa oraz rolę, jaką prezydent powinien odgrywać w życiu narodu.
Od czasu powstania V Republiki urząd prezydenta zajmuje we francuskim systemie politycznym miejsce szczególne. Charles de Gaulle projektował go jako instytucję zdolną zapewnić państwu stabilność, ciągłość oraz zdolność podejmowania decyzji nawet w okresach głębokich kryzysów politycznych. Prezydent miał być nie tylko liderem większości parlamentarnej, lecz przede wszystkim gwarantem trwałości republiki i reprezentantem całego narodu.
Marine Le Pen wielokrotnie odwoływała się do tej tradycji, choć czyniła to na swój własny sposób. W jej wystąpieniach często powraca przekonanie, że państwo powinno odzyskać zdolność samodzielnego działania, skuteczniej chronić obywateli oraz prowadzić politykę odpowiadającą interesowi narodowemu. Nie jest to wyłącznie zbiór propozycji programowych. To określony sposób rozumienia roli prezydenta jako osoby odpowiedzialnej za strategiczne kierunki rozwoju państwa.
Ta wizja odróżnia Marine Le Pen od części jej potencjalnych konkurentów. Édouard Philippe akcentuje doświadczenie administracyjne oraz potrzebę stabilnego zarządzania państwem. Bruno Retailleau koncentruje się przede wszystkim na bezpieczeństwie wewnętrznym i porządku publicznym. Sébastien Lecornu, jako minister sił zbrojnych, częściej podkreśla znaczenie bezpieczeństwa strategicznego i roli Francji w niestabilnym środowisku międzynarodowym. Gabriel Attal odwołuje się do potrzeby odnowy politycznej oraz zmiany pokoleniowej. Każdy z nich proponuje nieco inny model prezydentury.
Marine Le Pen próbuje natomiast przekonać wyborców, że po latach głębokich sporów politycznych Francja potrzebuje przede wszystkim państwa, które odzyska zdolność skutecznego działania. W tym sensie jej kampania nie jest wyłącznie konkurencją pomiędzy programami wyborczymi. Jest również sporem o to, jak powinien wyglądać urząd prezydenta w drugiej połowie XXI wieku.
Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy wyborcy podzielają tę diagnozę. Przeciwnicy Marine Le Pen wskazują, że część jej propozycji mogłaby prowadzić do napięć w relacjach Francji z partnerami europejskimi lub wywoływać spory konstytucyjne dotyczące zakresu kompetencji państwa. Zwolennicy odpowiadają natomiast, że silniejsza pozycja państwa i większy nacisk na suwerenność decyzji publicznych są konieczne, aby skutecznie reagować na wyzwania współczesnego świata. To właśnie wokół tych odmiennych ocen będzie koncentrowała się znaczna część kampanii prezydenckiej.
Dlatego wybory prezydenckie we Francji w 2027 r. nie będą wyłącznie konkurencją pomiędzy Marine Le Pen, Édouardem Philippe’em, Bruno Retailleau, Sébastienem Lecornu, Gabrielem Attalem czy Jean-Lukiem Mélenchonem. Będą również debatą o tym, jaką rolę powinien odgrywać prezydent V Republiki w epoce, która różni się od czasów Charles’a de Gaulle’a, François Mitterranda czy Jacques’a Chiraca, ale nadal stawia przed państwem pytania o bezpieczeństwo, suwerenność, sprawność instytucji i miejsce Francji w świecie.
Na tym polega zasadnicza różnica między wyborami w 2027 r. a trzema wcześniejszymi kampaniami liderki Zjednoczenia Narodowego. W przeszłości podstawowym pytaniem było to, czy Marine Le Pen zdoła przełamać polityczny i psychologiczny opór części francuskiego społeczeństwa wobec swojego obozu. Dziś coraz częściej dyskusja dotyczy już nie tyle samej możliwości jej zwycięstwa, ile konsekwencji, jakie przyniosłoby ono dla funkcjonowania V Republiki, polityki europejskiej, gospodarki oraz pozycji Francji na arenie międzynarodowej.
Ta zmiana świadczy o głębokiej przebudowie francuskiej sceny politycznej. Jeszcze kilkanaście lat temu Marine Le Pen była analizowana przede wszystkim jako liderka jednego z ugrupowań opozycyjnych. Obecnie stała się jedną z głównych postaci debaty o przyszłości państwa po zakończeniu epoki Emmanuela Macrona. Sam fakt, że coraz częściej dyskutuje się o możliwym sposobie sprawowania przez nią urzędu prezydenta, a nie wyłącznie o jej szansach wyborczych, pokazuje skalę tej zmiany.
Kampania Marine Le Pen będzie przypominała partię szachów
Na pierwszy rzut oka kampanie prezydenckie wydają się nieustannym ciągiem wieców, debat telewizyjnych, konferencji prasowych, publikacji kolejnych sondaży i polemik między kandydatami. W rzeczywistości najważniejsze decyzje zapadają znacznie wcześniej i znacznie ciszej. Każdy sztab wyborczy stara się zbudować strategię, która pozwoli nie tylko zdobyć uwagę opinii publicznej, ale przede wszystkim doprowadzić do zwycięstwa w dwóch kolejnych głosowaniach. W tym sensie wybory prezydenckie przypominają raczej wielomiesięczną partię szachów niż serię pojedynczych politycznych pojedynków.
Marine Le Pen przystępuje do tej rozgrywki z doświadczeniem, którego nie posiada żaden z pozostałych potencjalnych kandydatów. Trzy kampanie prezydenckie pozwoliły jej obserwować niemal wszystkie możliwe scenariusze: stopniowe budowanie wiarygodności, wejście do drugiej tury, porażkę po trudnej debacie telewizyjnej, poprawę wyniku pięć lat później oraz długotrwały proces rozszerzania własnego elektoratu. Każde z tych doświadczeń wpływa dziś na sposób przygotowywania czwartej kampanii.
Jedną z najważniejszych decyzji będzie wybór momentów, w których kandydatka zdecyduje się przejąć inicjatywę. Kampania prowadzona przez faworyta nie polega na nieustannym reagowaniu na wydarzenia dnia. Wręcz przeciwnie – często opiera się na umiejętności narzucania własnego rytmu debaty publicznej. Sztab Marine Le Pen będzie prawdopodobnie unikał sytuacji, w których przeciwnicy mogliby zmusić kandydatkę do komentowania każdego bieżącego sporu. Znacznie korzystniejsze jest przedstawianie własnych propozycji w starannie wybranych momentach, gdy uwaga opinii publicznej koncentruje się na zagadnieniach uznawanych przez Zjednoczenie Narodowe za najważniejsze.
Taka strategia wymaga jednak wyjątkowej dyscypliny. Kampania prezydencka trwa wiele miesięcy i trudno przewidzieć wszystkie wydarzenia, które mogą wpłynąć na jej przebieg. Kryzysy międzynarodowe, zamachy terrorystyczne, protesty społeczne, napięcia gospodarcze, kolejne publikacje dotyczące zadłużenia państwa czy nagłe zmiany sytuacji politycznej mogą całkowicie przestawić hierarchię tematów. Kandydat prowadzący w sondażach musi reagować na nie szybko, ale jednocześnie nie może sprawiać wrażenia, że porzuca własną strategię pod wpływem kolejnych wydarzeń.
W tym właśnie miejscu ujawnia się znaczenie doświadczenia zdobytego przez Marine Le Pen w poprzednich kampaniach. W przeciwieństwie do części potencjalnych konkurentów zna ona rytm wyborów prezydenckich od pierwszych miesięcy przygotowań aż do ostatnich godzin przed drugą turą. Wie, jak szybko potrafią zmieniać się nastroje społeczne i jak niewielkie wydarzenie może zdominować debatę publiczną. Nie oznacza to oczywiście gwarancji sukcesu, ale z pewnością wpływa na sposób planowania całej kampanii.
Nie mniej istotna będzie umiejętność zachowania spójności przekazu. W epoce mediów społecznościowych kandydaci są obecni w przestrzeni publicznej niemal każdego dnia. Każde wystąpienie, każdy wywiad i każdy wpis mogą zostać natychmiast poddane analizie oraz zestawione z wcześniejszymi deklaracjami. W takich warunkach kampania przypomina nie tyle serię odrębnych wydarzeń, ile długą opowieść, w której każda kolejna wypowiedź powinna wzmacniać główną narrację. Można przypuszczać, że właśnie dlatego sztab Marine Le Pen będzie dążył do maksymalnego ograniczenia przekazów przypadkowych i koncentrował się na kilku konsekwentnie rozwijanych osiach tematycznych.
Istotnym elementem tej strategii będzie również podział ról wewnątrz Zjednoczenia Narodowego. Jordan Bardella, który w ostatnich latach stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci francuskiej prawicy, może przejąć znaczną część bieżącej aktywności partyjnej, pozostawiając Marine Le Pen przestrzeń do budowania wizerunku kandydatki ponad codziennym sporem politycznym. Nie oznacza to odsunięcia przewodniczącego partii na dalszy plan. Przeciwnie, może to być świadomie zaprojektowany model współpracy, w którym obie postacie wzajemnie wzmacniają swoje role: Bardella mobilizuje elektorat i odpowiada na bieżące ataki polityczne, podczas gdy Marine Le Pen koncentruje się na prezentowaniu wizji państwa i przygotowaniu do sprawowania urzędu prezydenta.
Ta konstrukcja pokazuje, że kampania 2027 r. będzie znacznie bardziej złożona niż trzy poprzednie. Jej powodzenie zależeć będzie nie tylko od trafności programu czy wysokości poparcia w sondażach, lecz także od umiejętności utrzymania strategicznej konsekwencji przez wiele miesięcy. W tym sensie wybory prezydenckie staną się testem nie tylko dla samej Marine Le Pen, ale również dla całego zaplecza politycznego Zjednoczenia Narodowego.
Kampania będzie miała kilka punktów zwrotnych
Choć francuskie wybory prezydenckie są często przedstawiane jako długa kampania zakończona dwoma turami głosowania, w rzeczywistości składają się z kilku etapów, z których każdy może zmienić układ sił. Pierwszym będą ostateczne decyzje dotyczące kandydatów poszczególnych środowisk politycznych. Do momentu formalnego rozpoczęcia kampanii wiele scenariuszy pozostaje otwartych, a sama obecność lub rezygnacja jednego z głównych pretendentów może całkowicie zmienić rozkład głosów.
Drugim punktem zwrotnym stanie się moment publikacji programów wyborczych. To wtedy okaże się, czy różnice pomiędzy kandydatami będą miały przede wszystkim charakter ideowy, czy też kampania skoncentruje się na odpowiedziach na konkretne problemy gospodarcze, społeczne i międzynarodowe. Szczególne znaczenie będą miały propozycje dotyczące finansów publicznych, bezpieczeństwa, polityki energetycznej i miejsca Francji w Unii Europejskiej, ponieważ właśnie wokół tych zagadnień koncentrują się obecnie najważniejsze debaty.
Trzecim etapem będą debaty telewizyjne, które we Francji odgrywają wyjątkową rolę. Historia V Republiki wielokrotnie pokazywała, że pojedyncze wystąpienie potrafiło zmienić sposób postrzegania kandydata przez miliony wyborców. Marine Le Pen ma tego pełną świadomość. To doświadczenie z 2017 r. sprawia, że przygotowanie do debat będzie zapewne jednym z najważniejszych elementów całej kampanii.
Wreszcie pozostanie okres między pierwszą a drugą turą wyborów – kilkanaście dni, które często przesądzały o losach Pałacu Elizejskiego. W tym czasie kandydaci przestają mówić wyłącznie do własnych wyborców. Muszą zdobyć zaufanie tych, którzy wcześniej popierali ich przeciwników. Dla Marine Le Pen właśnie ten etap może okazać się najważniejszym egzaminem całej politycznej kariery.
Francja wybierze nie tylko nowego prezydenta
W każdej kampanii prezydenckiej wyborcy decydują o tym, kto obejmie urząd głowy państwa. Wybory w 2027 r. będą jednak miały znaczenie wykraczające daleko poza zmianę nazwiska lokatora Pałacu Elizejskiego. Po raz pierwszy od blisko dekady Francja stanie przed koniecznością zdefiniowania nowego kierunku politycznego po dwóch kadencjach Emmanuela Macrona. Niezależnie od tego, kto zwycięży, zakończy się pewna epoka, a rozpocznie kolejna.
Przez osiem lat Emmanuel Macron wyznaczał rytm francuskiego życia publicznego. To wokół jego decyzji budowano strategie opozycji, tworzono programy wyborcze i prowadzono najważniejsze debaty dotyczące gospodarki, polityki europejskiej, bezpieczeństwa czy miejsca Francji w świecie. Kampania 2027 r. będzie pierwszą od wielu lat, w której głównym punktem odniesienia nie będzie urzędujący prezydent, lecz pytanie o to, jaka ma być Francja po zakończeniu jego prezydentury.
To właśnie dlatego wybory zapowiadają się jako jedne z najbardziej otwartych od początku XXI wieku. Francuski system polityczny znajduje się w okresie głębokiej przebudowy. Partie, które przez dziesięciolecia organizowały życie publiczne, utraciły dawną dominację. W ich miejsce pojawiły się nowe ugrupowania, nowe środowiska polityczne i nowi liderzy. Jednocześnie żadnemu z nich nie udało się dotąd zbudować trwałej przewagi nad konkurentami. Kampania będzie więc nie tylko rywalizacją kandydatów, ale także próbą odpowiedzi na pytanie, jaki model reprezentacji politycznej zastąpi układ ukształtowany jeszcze pod koniec XX wieku.
W tym sensie Marine Le Pen jest jednocześnie uczestniczką i symbolem tej przemiany. Kiedy po raz pierwszy kandydowała na urząd prezydenta, jej głównym celem było przełamanie izolacji politycznej własnego środowiska. Dziś znajduje się w zupełnie innym miejscu. Nie walczy już o miejsce przy stole francuskiej polityki. Walczy o to, by objąć urząd, który przez konstytucję V Republiki został wyposażony w jedne z najszerszych kompetencji spośród wszystkich demokratycznych państw Europy.
Nie oznacza to jednak, że wynik wyborów zależy wyłącznie od Marine Le Pen. Równie ważne będą decyzje podejmowane przez jej konkurentów. Édouard Philippe będzie próbował przekonać wyborców, że Francja potrzebuje doświadczenia i stabilności po latach gwałtownych sporów. Bruno Retailleau będzie argumentował, że zdecydowana polityka bezpieczeństwa może być realizowana bez zmiany całego modelu ustrojowego. Sébastien Lecornu będzie odwoływał się do odpowiedzialności państwa za bezpieczeństwo strategiczne i pozycję Francji w świecie. Gabriel Attal będzie starał się reprezentować nowe pokolenie polityczne, natomiast Jean-Luc Mélenchon pozostanie rzecznikiem głębokiej przebudowy społecznej i gospodarczej. Każdy z tych kandydatów proponuje inną odpowiedź na pytanie o przyszłość republiki.
Kampania prezydencka 2027 r. nie będzie jedynie konkurencją pomiędzy osobowościami. Będzie debatą nad kilkoma odmiennymi projektami państwa. Jedni będą akcentowali ciągłość instytucji, inni potrzebę głębokich reform, jeszcze inni będą wskazywali na konieczność odbudowy autorytetu państwa, ograniczenia zadłużenia, wzmocnienia bezpieczeństwa czy przedefiniowania relacji Francji z Unią Europejską. To właśnie zderzenie tych wizji sprawi, że wybory będą miały znaczenie znacznie szersze niż zwykła zmiana gospodarza Pałacu Elizejskiego.
Marine Le Pen stoi przed największym wyzwaniem swojej kariery politycznej
Historia polityczna Marine Le Pen jest historią stopniowego poszerzania granic tego, co jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się niemożliwe. Każde kolejne wybory przynosiły poprawę wyniku, wzrost liczby wyborców gotowych poprzeć Zjednoczenie Narodowe oraz coraz większą obecność ugrupowania w głównym nurcie francuskiej polityki. Proces ten trwał wiele lat i wymagał zarówno przebudowy wizerunku partii, jak i dostosowania języka politycznego do oczekiwań nowych grup społecznych.
Właśnie dlatego kampania 2027 r. będzie miała charakter wyjątkowy. Po raz pierwszy Marine Le Pen rozpoczyna ją jako polityk, którego zwycięstwo jest rozpatrywane przez znaczną część komentatorów nie jako scenariusz hipotetyczny, lecz jako jedna z realnych możliwości. Taka pozycja oznacza jednak również większą odpowiedzialność. Kandydatka nie może już ograniczać się do krytyki przeciwników ani do mobilizowania własnego elektoratu. Musi przekonać większość Francuzów, że jest przygotowana do wykonywania wszystkich obowiązków związanych z urzędem prezydenta Republiki.
Czy jej się to uda? Na to pytanie nie sposób dziś odpowiedzieć. Kampania dopiero się rozpoczyna, a francuska historia wyborcza wielokrotnie przypominała, że przewidywanie ostatecznego wyniku na wiele miesięcy przed głosowaniem obarczone jest dużym ryzykiem. Można natomiast stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że nadchodzące wybory będą inne niż wszystkie poprzednie. Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej Francja wchodzi w kampanię prezydencką bez wyraźnie dominującego obozu politycznego, bez urzędującego prezydenta ubiegającego się o reelekcję i z wyjątkowo szerokim gronem kandydatów reprezentujących odmienne wizje państwa.
To właśnie dlatego kampania Marine Le Pen zasługuje na uważną analizę. Nie dlatego, że jej wynik jest przesądzony, lecz dlatego, że pozwala lepiej zrozumieć przemiany zachodzące we francuskim społeczeństwie, ewolucję V Republiki oraz pytania, przed którymi stają dziś wszystkie zachodnie demokracje: jak pogodzić oczekiwanie bezpieczeństwa z wolnością, stabilność instytucji z potrzebą zmian, interes narodowy z europejską współpracą i odpowiedzialność za finanse publiczne z rosnącymi oczekiwaniami społecznymi.
I właśnie w tym sensie wybory prezydenckie we Francji w 2027 r. będą czymś więcej niż kolejną kampanią wyborczą. Staną się jednym z najważniejszych testów politycznych współczesnej Europy.
Arkadiusz Jordan
Paryż





