François HOLLANDE wraca do gry. Czy może wygrać wybory prezydenckie w 2027 roku?

François Hollande wraca do politycznej gry przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku. Były prezydent Republiki zyskuje w badaniach opinii publicznej i może spróbować ponownie zjednoczyć francuską centrolewicę. Scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się polityczną fantazją, zaczyna być traktowany coraz poważniej. Czy François Hollande może ponownie stanąć do walki o Pałac Elizejski?
Powrót François Hollande’a?
Kilka czołowych francuskich mediów odnotowało już wzrost poparcia dla byłego socjalistycznego prezydenta w badaniach opinii publicznej na niecały rok przed wyborami prezydenckimi. François Hollande rozpoczął bowiem przygotowania do swojej kampanii, aby ugruntować swoją pozycję jako główny kandydat centrolewicy. Czyżby miał nadzieję na zwycięstwo?
Czas „Flanby’ego” („Budyń”) czy „Pédalo” („Rowerek wodny”) już minął. François Hollande wraca do gry i zamierza odegrać znaczącą rolę w nadchodzących wyborach prezydenckich. Były pierwszy sekretarz Partii Socjalistycznej, a następnie prezydent Republiki, jest wnikliwym obserwatorem francuskiej sceny politycznej. Zauważył, że w ostatnich latach w jego obozie nie pojawiła się żadna wiarygodna postać. Olivier Faure? Tkwiący w wewnętrznych kryzysach Partii Socjalistycznej. Raphaël Glucksmann? Jego międzynarodowa przeszłość i widoczny brak zapału mogą mu tylko zaszkodzić. Marine Tondelier? Jej znaczenie jest marginalne. Ségolène Royal? Pojedynek między nią a François Hollande’em zapowiada się szczególnie interesująco.
W ostatnich dniach zarówno „Journal du Dimanche”, jak i „Le Figaro” czy „La Dépêche” odnotowały, opierając się na sondażach przeprowadzonych przez IFOP lub Verian, że były prezydent zyskuje na popularności, stając się nawet jedną z ulubionych postaci politycznych Francuzów. Wyprzedza go jedynie biznesmen Michel-Édouard Leclerc… Ma to silny wydźwięk symboliczny, biorąc pod uwagę ogromną niepopularność, jaką cieszył się, gdy zasiadał w Pałacu Elizejskim.
.Czy ten, kto pod koniec swojej kadencji znalazł się niemal na dnie, zmuszony nawet do rezygnacji z ubiegania się o reelekcję w 2017 roku, staje się obecnie postacią, której nie da się pominąć w perspektywie 2027 roku? Cóż za powrót po dziesięciu latach! Czy jest to oznaka jakości pracy, jaką wykonał w tym okresie, czy też obecnej próżni politycznej? Druga tura wyborów pomiędzy François Hollande’em a Marine Le Pen byłaby starciem między Francją zrezygnowaną a Francją buntowniczą.
W 2017 roku tak nie było: wówczas media i środowiska bliskie prezydentowi Hollande’owi (czyli większość krajowych opiniotwórców) zdołały stworzyć wizerunek Emmanuela Macrona jako kogoś nowego, przełomowego i bezpartyjnego. Francuzi w to uwierzyli. Emmanuel Macron był bez wątpienia największym sukcesem François Hollande’a, nawet jeśli „stworzenie” ostatecznie wymknęło się spod kontroli twórcy. Były przywódca socjalistów chciał po prostu wystawić alternatywnego kandydata o poglądach socjalliberalnych, aby podkopać swoją partię ogarniętą buntem. Nie spodziewał się, że jego były sekretarz generalny, a następnie minister gospodarki, dzięki nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności stanie na czele kraju. Nie spodobało mu się również to, że został następnie odsunięty na bok niczym Cezar zamordowany przez Brutusa.
Po tych wszystkich trudnościach niewielu postawiłoby na niego jako osobowość przyszłości. Jednak oto powraca i dopracowuje swoją strategię. Strategię, która ma doprowadzić go najpierw do podboju PS, następnie lewicy, a w końcu całej Francji. Czy to możliwe? Dlaczego miałoby to nie być możliwe? Przede wszystkim, jak wyjaśniono powyżej, François Hollande ma aurę byłego prezydenta Republiki oraz pozycjonuje się „ponad” partią, co może się podobać, zwłaszcza że PS przechodzi kryzys przywództwa. Mógłby więc z powodzeniem zjednoczyć wszystkich wokół siebie, czy to podczas prawyborów, czy nawet wcześniej. Ponadto prawdopodobnie spowodowałoby to poparcie dla jego kandydatury ze strony lewicowych wyborców spoza LFI.
Następnie należy dobrze zrozumieć, że wielu zwolenników tego bloku ostatecznie głosuje na Jeana-Luka Mélenchona, i to z dwóch głównych powodów: po pierwsze, historyczny przywódca radykalnej lewicy ma charyzmę, która znacznie kontrastuje z tym, co mają do zaoferowania Partia Socjalistyczna czy Zieloni. Po drugie, głos na Mélenchona jest „głosem taktycznym” lewicy, mającym na celu awans do drugiej tury w starciu z Marine Le Pen. W obu przypadkach François Hollande może przyćmić kandydata z ruchu Francji Niepokornej: w końcu pojawiłby się kandydat centrolewicy o pewnej rozpoznawalności i z doświadczeniem w zwyciężaniu – np. w 2012 roku nad Nicolasem Sarkozym. „Głos użyteczny” dla lewicy mógłby w ten sposób przesunąć się w stronę François Hollande’a.
Jednocześnie kandydatura byłego prezydenta mogłaby skłonić dawnych członków PS, którzy obecnie działają w partii „Renaissance” pod przewodnictwem Gabriela Attala, do powrotu do macierzystej partii. Działacze ci z pewnością nie zapomnieli, że partia Emmanuela Macrona wywodzi się pierwotnie z frakcji odłamowej Partii Socjalistycznej. Taki „powrót do macierzy” oznaczałby, że François Hollande miałby teraz duże szanse na co najmniej wyrównaną walkę z Jeanem-Lukiem Mélenchonem. Ten ostatni byłby wówczas zmuszony do radykalizacji swojego dyskursu, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności imigranckich i mieszkańców przedmieść: w takim przypadku należałoby zatem spodziewać się lawiny antysyjonistycznych, antyamerykańskich i spiskowych wypowiedzi ze strony LFI, co przyspieszyłoby przemianę François Hollande’a w jedyną „szanowaną” alternatywę na lewicy, zdolną pokonać Rassemblement National.
Taka dynamika, w połączeniu z udaną kampanią opartą na odmowie wywierania presji na społeczeństwo francuskie w obliczu dotykających je kryzysów, stanowiłaby prawdziwe zagrożenie również dla kandydata lub kandydatów centrowych. Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby na mecie François Hollande wyprzedził przedstawiciela bloku centrowego, niezależnie od tego, czy byłby to Gabriel Attal, Édouard Philippe, Sébastien Lecornu, czy ktoś inny.
Pozostałaby jeszcze rywalizacja z Marine Le Pen (lub Jordanem Bardellą?). Wbrew temu, co wskazują sondaże na rok przed wyborami, nie jest pewne, czy kandydat Zjednoczenia Narodowego odniesie miażdżące zwycięstwo. W starciu między Francją z jednej strony – zrezygnowaną i ulegającą swojej powolnej agonii, a jednocześnie kurczowo trzymającą się swoich przywilejów – a z drugiej strony Francją buntowniczą, gotową przewrócić stół, by podjąć ostatnią próbę ożywienia, nic nie wskazuje na to, że w decydującym momencie, w tajemnicy kabiny wyborczej, wyborcy zdecydują się na skok w nieznane.
Równie dobrze mogliby zdecydować się na kierunek „Hollande 4” (Hollande 2012, Macron 2017 i 2022, Hollande 2027), co byłoby niezwykle groźne dla Francji, ale wcale nie zaskakujące. Socjalista miałby znacznie większą zdolność do zjednoczenia lewicy i centrum niż Jean-Luc Mélenchon, a nawet mógłby skłonić wyborców centroprawicowego LR do wstrzymania się od głosu. Ci ostatni mogliby bowiem ulec pokusie, by doprowadzić do porażki Marine Le Pen w celu przywrócenia tradycyjnego podziału na „lewicę i prawicę”.
W obliczu François Hollande’a i widma powrotu tego podziału RN byłoby zmuszone wyciągnąć rękę do innych partii prawicowych, od LR po Reconquête, w tym do Davida Lisnarda, co – jak wszyscy wiedzą – bardzo nie spodobałoby się Marine Le Pen. W tych okolicznościach może się okazać, że Jordan Bardella byłby znacznie lepszym kandydatem.
Należy jednak zauważyć, że scenariusz ten zakłada bezbłędne działania ze strony François Hollande’a w nadchodzących miesiącach oraz niezwykle sprzyjające okoliczności polityczne. Najmniejszy błąd w kalkulacji mógłby natychmiast zniweczyć jego wysiłki i odesłać go do punktu wyjścia. Jego główna obawa? Że Francuzi przypomną sobie, czym była jego pięcioletnia kadencja: małżeństwa homoseksualne, miejsce przyznane radykalnemu ekologizmowi, zamachy terrorystyczne, „stworzenie” Emmanuela Macrona…
.Powrót François Hollande’a – choć może się to wydawać zaskakujące, to właśnie tego jesteśmy świadkami. Niezależnie od tego, czy to przedsięwzięcie zostanie doprowadzone do końca, czy nie, świadczy ono jednak o stanie francuskiego społeczeństwa, pozbawionego prawdziwej oferty politycznej na miarę wyzwań XXI wieku.
Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z autorskiej kroniki prowadzonej przez Autora na łamach tygodnika „Gazeta na Niedzielę” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.





