Indie lawirują miedzy między USA a Iranem

Indie i Pakistan znalazły się na liście krajów „przyjaznych” wobec Iranu i mogą sprowadzać ropę i gaz przez cieśninę Ormuz. Oba te państwa są jednocześnie sojusznikami USA, a Indie blisko współpracują z Izraelem. Neutralna polityka Delhi i Islamabadu wobec konfliktu w Zatoce Perskiej zbiera teraz polityczne i ekonomiczne plony.

Indie i Pakistan znalazły się na liście krajów „przyjaznych” wobec Iranu i mogą sprowadzać ropę i gaz przez cieśninę Ormuz. Oba te państwa są jednocześnie sojusznikami USA, a Indie blisko współpracują z Izraelem. Neutralna polityka Delhi i Islamabadu wobec konfliktu w Zatoce Perskiej zbiera teraz polityczne i ekonomiczne plony.

Indie blisko współpracują z Izraelem

.„Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi: zezwoliliśmy na przepłyniecie przez cieśninę Ormuz przyjaznym krajom, w tym Chinom, Rosji, Indiom, Irakowi i Pakistanowi” – indyjski dziennik „Hindustan Times” zacytował w ten sposób komunikat irańskiego konsulatu w Bombaju w serwisie X. Dzień wcześniej stałe przedstawicielstwo Iranu przy ONZ zapewniało we wpisie na tej samej platformie społecznościowej, że statki należące do krajów pozostających w poprawnych stosunkach z Iranem korzystają z prawa do bezpiecznego tranzytu przez cieśninę Ormuz. Władze tych państw mają jednak koordynować ruch statków z rządem w Teheranie.

W poniedziałek, 23 marca, dwa indyjskie statki przewożące gaz, Pine Gas i Jag Vasant, przepłynęły przez cieśninę Ormuz. Indyjska prasa spekulowała, czy Iran pobiera opłaty za przepływ tych jednostek. „Nie są pobierane opłaty za bezpieczny tranzyt indyjskich tankowców z Zatoki Perskiej przez cieśninę Ormuz” – zapewniał w rozmowie z „Indian Express” wysoko postawiony urzędnik w indyjskim rządzie, dodając, że decyzje o ruchu statków są podejmowane na podstawie oceny poziomu bezpieczeństwa.

Dziennik podał, że w Zatoce Perskiej pozostaje 20 statków pod banderą indyjską, w tym pięć gazowców z ponad 230 tys. ton skroplonego gazu ropopochodnego (LPG), dwa gazowce ze skroplonym gazem ziemnym (LNG) i cztery z ropą naftową.

Indie znalazły się w gronie „przyjaznych krajów” Iranu mimo zakrojonej na szeroką skalę współpracy militarnej z Izraelem i znaczącej z USA. Tuż przed wybuchem wojny w Zatoce Perskiej indyjski premier Narendra Modi odbył wizytę w Izraelu. Podpisano wstępne umowy o wartości około 10 mld dolarów.

Premier Modi unikał zajmowania wyraźnego stanowiska w sprawie wojny. Według analizy dziennika „Economic Times” wybrał drogę „strategicznej ciszy” i „dyplomacji za zamkniętymi drzwiami”. „Ludzie często pytają, po której stronie jesteśmy. Moja odpowiedz to: stoimy po stronie Indii. Po stronie interesów Indii. Po stronie pokoju i dialogu” – przytoczył niedawną wypowiedź premiera Modiego „Economic Times”.

„Obecne podejście Indii do rozwijającej się wojny w Zatoce Perskiej kształtują stawki, o jakie grają Indie na Półwyspie Arabskim” – ocenił w „Indian Express” Chilamkuri Raja Mohan, jeden z najbardziej znanych indyjskich ekspertów zajmujących się polityką zagraniczną.

Wymiana handlowa Indii z krajami regionu Zatoki Perskiej

.Mohan zwrócił uwagę na wymianę handlową Indii z krajami regionu Zatoki Perskiej o wartości 200 mld dolarów, 9 mln Indusów pracujących w regionie oraz uzależnienie kraju od pochodzących stamtąd surowców energetycznych. Ponad połowa ropy i gazu, importowanych do Indii, przepływa statkami przez cieśninę Ormuz. „Ochrona tych interesów stała się nadrzędnym celem dla Delhi w czasach obecnego kryzysu. To nie jest nieracjonalna kalkulacja” – podkreślił ekspert.

Dlatego Indie udzieliły schronienia irańskiemu okrętowi wojennemu Iris Lavana i jego marynarzom, którzy zawinęli 4 marca do portu w Koczin. Tego samego dnia siły amerykańskie zatopiły u wybrzeży Sri Lanki podobny irański okręt, Iris Dena.

Jednak punktem zwrotnym w relacjach obu krajów podczas wojny miała być bezpośrednia interwencja Modiego u prezydenta Iranu Masuda Pezeszkiana, do której doszło 12 marca. W ciągu kilku kolejnych dni Iran zezwolił na opuszczenie Zatoki Perskiej trzem indyjskim statkom, a w ostatnich dniach – kolejnym dwóm. Indie skorzystały też na tymczasowym zniesieniu embarga na zakup irańskiej ropy – gazowiec z irańskim LPG, przeznaczonym dla Chin, został przekierowany do Indii, co było pierwszym przypadkiem takiego zakupu surowca z Iranu od 2019 r.

Pakistan, drugi przyjazny kraj na liście ministra spraw zagranicznych Iranu, przekazał 25 marca Iranowi 15-punktowy plan pokojowy, przygotowany przez Amerykanów, i zaproponował rozmowy pokojowe w Islamabadzie. „Pakistan mógł się wydawać mało prawdopodobnym mediatorem” – zauważył Michael Kugelman w magazynie „Foreign Policy”.

Sąsiad Indii i Iranu jest zajęty wojną z Afganistanem i podpisał pakt obronny z Arabią Saudyjską, rywalem Iranu w regionie. Pakistańscy dyplomaci nie negocjowali wcześniej w skomplikowanych konfliktach na Bliskim Wschodzie.

„Ale w rzeczywistości rola Pakistanu jako mediatora ma sens: to jeden z niewielu krajów, które mają bliskie powiązania zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i Iranem” – podkreślił Kugelman, dodając, że władze Pakistanu utrzymują z oboma państwami kontakty na najwyższym szczeblu rządowym.

W 2025 r. premier Pakistanu Shehbaz Sharif i naczelny dowódca armii Asim Munir wielokrotnie spotykali się z przywództwem Iranu, a z drugiej strony – z amerykańskim prezydentem Donaldem Trumpem. Prezydent USA nazywa Munira swoim „ulubionym feldmarszałkiem”. Jak wyliczyła telewizja Al-Dżazira, wychwalał publicznie pakistańskiego wojskowego przynajmniej dziesięć razy. „Foreign Policy” spekuluje, że to sam Trump wybrał Munira na negocjatora.

Zabiegi dyplomatyczne Pakistanu miały zostać zainicjowane już w pierwszych dniach wojny, rozpoczętej 28 lutego. Konflikt w sąsiednim Iranie – podczas wojny z Afganistanem – jest szczególnie groźny dla tego kraju, który jednocześnie posiada blisko 30-milionową mniejszość szyicką oraz pozostaje niemal w całości uzależniony od importu surowców energetycznych z krajów Zatoki Perskiej.

Coraz ważniejsza rola Pakistanu jako mediatora w polityce międzynarodowej nie jest w smak Indiom. Jak podał „Indian Express”, minister spraw zagranicznych Indii Subrahmanyam Jaishankar oznajmił podczas spotkania z opozycją, że Indie to nie „dalal”, naród-pośrednik, który biega za innymi krajami, pytając, czy jego usługi są potrzebne.

Indie – kolejne supermocarstwo

.Za 10–20 lat Wielką Trójkę stanowić będą Ameryka, Chiny i Indie – kolejność do ustalenia. Podobnie jak Chiny, Indie to nie zwyczajne państwo narodowe, lecz państwo-cywilizacja o wielowątkowej tradycji liczącej tysiące lat – pisze Jan ŚLIWA.

Indie to potencjalne supermocarstwo. Długo były w cieniu Chin, ale bystrzy obserwatorzy dobrze im się przyglądają. W porównaniu z Chinami mają kilka podobieństw, ale i sporo różnic. 

Chiny są prawie trzy razy większe, ale duża część Chin jest prawie bezludna. Ludności mniej (1,35 mld), ale o zaledwie 50 mln. Hindusi są średnio o 10 lat młodsi, wyprzedzenie Chin jest więc kwestią czasu. PKB pięć razy mniejszy, ale z pominięciem COVID-19 wskaźniki wzrostu są dobre. Te liczby są ważne, bo przy pojedynku słoni rozmiar gra rolę.

Podczas gdy Chiny podkreślają jednolitość, Indie się szczycą różnorodnością. Chiny to jedna czerwona powierzchnia, jeden – największy – język świata. To nieprawda, języków jest więcej, ale lubią się tak widzieć. A Indie to mozaika – 22 języki urzędowe (+ angielski), do tego języki regionalne. Mówionych języków naliczyli 427. Języki północy są indoeuropejskie, pochodzą od sanskrytu i są w miarę podobne, ale drawidyjskie języki południa są zupełnie inne. Dlatego nie udało się ustanowić hindi jako języka ogólnonarodowego, faktycznie łączy Hindusów imperialny język angielski. Do tego dochodzą też liczne religie. Dominujący jest hinduizm, z setkami (tysiącami?) bóstw, ale też buddyzm, dżainizm, islam. Podobnie jak Chiny, Indie to nie zwyczajne państwo narodowe, lecz państwo-cywilizacja o wielowątkowej tradycji liczącej tysiące lat.

Dzieje Indii zaczynają się od cywilizacji Indusu (3300–1800 przed Chr.). Zachowały się ruiny miast, jak Harappa i Mohendżo Daro, ale nic pisanego, co moglibyśmy przeczytać. A potem? Na ogół uważa się, że nastąpiła inwazja indoeuropejskich Ariów, wojowników na rydwanach, pod świętym symbolem swastyki. Ludy Indusu zostały zepchnięte na południe, dziś są to ludy drawidyjskie. Ale kim byli Ariowie? Jakie były ich drogi? Być może pochodzili z azjatyckich stepów, Ukrainy, Kazachstanu. Ale czy tak było? Może cała inwazja jest mitem? Budzi to silne emocje w Indiach, a w Europie wywołuje wiadome konotacje. Temat jest delikatny. Nawet wyniki badań DNA publikowane są z neutralnymi nazwami plemion, by nie narazić się fanatykom. Z tego okresu pochodzą święte księgi, takie jak Weda. Weda – Wiedza, zbieżność nie jest przypadkowa.

Na terenie Indii powstawały mniejsze i większe królestwa. Największe terytorium zjednoczył buddyjski król Ashoka w III wieku przed Chr., a sporo potem Akbar z muzułmańskiej dynastii Mogołów. Mogołowie rządzili Indiami od 1526 r. do utrwalenia brytyjskiej dominacji w 1858 r. Niall Ferguson w Empire twierdzi, że brytyjskie dziedzictwo ma też pozytywne strony: rozbudowa przemysłu i kolei, parlamentarne demokracje (często kulawe, ale zawsze) oraz poprzez język angielski dostęp do światowej kultury. Intelektualista Shashi Tharoor, były zastępca sekretarza generalnego ONZ, twierdzi, że Anglicy doprowadzili kwitnący kraj do upadku i powinni wypłacić choć symboliczne reparacje. Jeżeli coś budowali, to z myślą o sobie, tak by np. indyjskie tekstylia nie były konkurencją dla Manchesteru.

Brytyjczycy zarządzali poprzez lokalnych władców. Terytorium obejmowało 600 podległych państw, na czele każdego stał maharadża, który wyciskał zyski ze swojego ludu, z których korzystali Brytyjczycy, a i dla niego coś zostało. Ulubionym pojazdem maharadżów był Rolls-Royce, najlepiej specjalne wykonanie.

Zarówno panowanie Mogołów, jak i panowanie Brytyjczyków jest dla Hindusów źródłem stresu, jak dla nas rozbiory. Ulegli władcy (kolaboranci?), naród sprowadzony do ludzi drugiej kategorii. Stąd pragnienie odkucia się, odzyskania dumy narodowej. Tu pojawia się kontrowersyjne pojęcie hindutva („hinduskość”), hinduska ideologia narodowa. Sformułował ją Vinayak Savarkar w 1923 r., do mainstreamu wprowadził ją Narendra Modi po wyborze na premiera w 2014 r. Postępowa opinia światowa i indyjska uznaje ją za ekstremistyczny nacjonalizm, wręcz faszyzm.

Indyjski wstyd

.Przed inwazją pewnie znalazłoby się całkiem wielu Ukraińców, którzy chętnie przyznaliby się do więzi kulturowych łączących ich z Rosją, a niektórzy te więzi nawet by podkreślali. Koniec z tym. Teraz nawet większość tych Ukraińców, którzy w domu mówią po rosyjsku, nie zgadza się na polityczną unię z Rosją – pisze prof. Ramachandra GUHA.

Minęło ponad pięć miesięcy, odkąd pierwsze rosyjskie czołgi wjechały w głąb terytorium Ukrainy, a pierwsze rosyjskie samoloty zrzuciły bomby na ukraińskie miasta i wsie. Jesteśmy świadkami brutalnej i krwawej wojny, w której życie straciło prawdopodobnie 20 tys. rosyjskich żołnierzy, a być może nawet dwa razy więcej Ukraińców oddało swoje za ojczyznę. Straty wśród ludności cywilnej są również ogromne, miliony obywateli Ukrainy zostały zmuszone do opuszczenia kraju w poszukiwaniu schronienia – tymczasowego bądź na stałe – w innych krajach. Ukraińska gospodarka jest w strzępach; przywrócenie jej po zakończeniu konfliktu zbrojnego do stanu sprzed wojny zajmie dziesięciolecia. Poważnie ucierpieli także zwykli Rosjanie, tracąc życie i środki utrzymania, tak w wyniku rozpętanej przez prezydenta Władimira Putina wojny, jak i z powodu sankcji Zachodu. Jakie stanowisko zajęły Indie wobec Ukrainy?

Patrząc na ten konflikt z perspektywy członka gatunku ludzkiego, jestem przerażony barbarzyństwem rosyjskich wojsk, niszczeniem infrastruktury całych miast, bombardowaniem szpitali i schronów dla ludności cywilnej, napaściami na Ukrainki. Patrząc na ten konflikt z perspektywy obywatela Indii, jestem przerażony małodusznością rządu mojego kraju, odmową potępienia tej inwazji i milczeniem w obliczu bestialstwa Rosjan.

Kiedy wojna wybuchła, w ostatnich dniach lutego, a nawet i jeszcze w marcu rząd Indii być może musiał przyjąć taktykę na przeczekanie i uważną obserwację rozwoju zdarzeń. Nikt nie mógł określić, jak długo potrwa ten konflikt; mówiono nawet o szybkim jego zakończeniu. A najwyższym priorytetem było, rzecz oczywista, sprowadzenie tysięcy indyjskich studentów z Ukrainy z powrotem do domu. Lecz potem marzec przeszedł w kwiecień, a następnie kwiecień w maj, dowodów na zdziczenie rosyjskich sołdatów było coraz więcej i zachowanie neutralności już nie przystawało. Stało się jasne, że całą tę paplaninę, że inwazja jest reakcją na zachodnią prowokację, można włożyć między bajki. Każdy, kto posiada choć krztynę rozumu, mógł pojąć, że Putin bynajmniej nie po to prowadzi wojnę, by uniemożliwić Ukrainie akcesję do NATO, lecz by ukarać Ukraińców za to, że nie skłonili mu się w pas. 

Rosyjskiego prezydenta opętało maniakalne złudzenie, że oto jest współczesnym wcieleniem średniowiecznego cesarza, jednoczącego Rosję i wszystkie kraje ościenne w jeden naród oddający cześć jednemu wszechpotężnemu panu i władcy. On i jego armia będą starali się urzeczywistnić to marzenie ściętej głowy za wszelką cenę – kosztem Ukraińców, a nawet samych Rosjan. Ostatnim, a będą kolejne, przykładem zepsucia reżimu Putina jest zbombardowanie miasta portowego Odessy tuż po podpisaniu umowy umożliwiającej Ukrainie eksport pszenicy.

Putin twierdzi, że Ukraińcy to tak naprawdę Rosjanie, tylko inaczej nazywani, i dlatego trzeba ich zjednoczyć z ojczyzną – w razie potrzeby siłą. Jeśli jednak te pięć miesięcy wojny w ogóle nas czegoś nauczyło, to tego, że duch narodowy jest u Ukraińców naprawdę głęboko zakorzeniony. Postrzegają siebie jako inny, odrębny naród, któremu w pełni przysługuje własna tożsamość narodowa i musi o nią walczyć. Przed inwazją pewnie znalazłoby się całkiem wielu Ukraińców, którzy chętnie przyznaliby się do więzi kulturowych łączących ich z Rosją, a niektórzy te więzi nawet by podkreślali. Koniec z tym. Teraz nawet większość tych Ukraińców, którzy w domu mówią po rosyjsku, nie zgadza się na jakąkolwiek polityczną unię z Rosją.

Narodowy animusz, który wyzwala ukraiński opór wobec rosyjskiego imperializmu, przypomina niegdysiejszą bitność Wietnamczyków wobec różnorakich imperializmów. Warto też pamiętać, że Indie, kraj zrodzony z udanego niepodległościowego ruchu przeciwko imperialistycznej potędze, spontanicznie poparł Wietnamczyków, gdy starali się zrzucić wpierw francuskie, a potem amerykańskie jarzmo. Mimo że Indie były uzależnione od amerykańskiej pomocy gospodarczej (kluczowej, by uniknąć klęski głodu) i wojskowej w latach 60. ubiegłego stulecia, nie zawahaliśmy się powiedzieć rządowi USA, że to, co robił w Wietnamie, było zarówno moralnie złe, jak i politycznie głupie.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jedna, bliższa Indiom paralela. W 1970 r. mieszkańcy ówczesnego Pakistanu Wschodniego (obecny Bangladesz – przyp. tłum.) byli coraz bardziej przygnębieni gospodarczym wyzyskiem, społeczną dyskryminacją i politycznym uciskiem ze strony ówczesnego Pakistanu Zachodniego (obecny Pakistan – przyp. tłum.). Ich wrodzone poczucie narodowej odrębności nakazywało im bronić się przed narzucaną im tożsamością islamską. Pragnęli być samostanowiącym narodem. Jednak reżim wojskowy u władzy w Islamabadzie stał twardo na stanowisku, że Wschodni Bengalczycy byli przede wszystkim Pakistańczykami. Próbował brutalnie stłumić powstanie, co doprowadziło do zbrojnej interwencji Indii i dało początek niezależnemu narodowi bangladeskiemu.

PAP/ Paweł Skawiński/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 marca 2026