Reżim w Teheranie utrzymywał dotychczas spójność [Arash AZIZI]

Mimo amerykańsko-izraelskich ataków na Iran dotychczas reżimowi w Teheranie udało się utrzymać spójność - powiedział irańsko-amerykański historyk Arash Azizi. Zaznaczył, że decyzja o wyborze Modżtaby Chameneia na nowego przywódcę Iranu była kwestionowana przez wiele ośrodków władzy w ramach reżimu.

Mimo amerykańsko-izraelskich ataków na Iran dotychczas reżimowi w Teheranie udało się utrzymać spójność – powiedział irańsko-amerykański historyk Arash Azizi. Zaznaczył, że decyzja o wyborze Modżtaby Chameneia na nowego przywódcę Iranu była kwestionowana przez wiele ośrodków władzy w ramach reżimu.

Nowy przywódca Iranu

.Nawet jeśli reżim w Teheranie przetrwa, będzie zmuszony do tego, by się dostosować i przekształcić. Będzie wyglądał zupełnie inaczej niż reżim Chameneia – podkreślił ekspert, odnosząc się do ajatollaha Alego Chameneia, wieloletniego najwyższego przywódcy Iranu, który zginął w amerykańsko-izraelskich atakach.

W niedzielę 8 marca 2026 roku na nowego przywódcę kraju został wybrany jego syn Modżtaba Chamenei. Wykładowca Uniwersytetu Yale zauważył, że władzom dotychczas udało się utrzymać spójność, lecz decyzja o wyborze syna ajatollaha „wcale nie była jednomyślna i była poważnie kwestionowana przez wiele ośrodków władzy w ramach reżimu”.

Azizi zaznaczył, że w irańskim społeczeństwie panuje niezadowolenie, lecz irańska opozycja nie jest w wystarczającym stopniu zorganizowana, by mogła obecnie przejąć władzę. – Spontaniczne powstania są zawsze możliwe, ale są trudniejsze w warunkach wojennych, dodatkowo reżim pokazał, że jest zdolny do niezwykłej brutalności – uważa Azizi, który m.in. jest autorem książki „What Iranians Want: Women, Life, Freedom”.

Historyk nie wykluczył, że wojna może się przeciągać w czasie i rozlewać na inne kraje w regionie i poza nim. – Może mieć nieoczekiwane konsekwencje, wpływające nie tylko na ceny ropy, ale też polityczne siły w regionie i ich wzajemne stosunki. Na przykład obecnie widzimy, że Liban wykazuje się gotowością do prowadzenia rozmów dyplomatycznych z Izraelem i zakazania działalności Hezbollahu. Jeszcze niedawno to by było nie do pomyślenia – powiedział Azizi. – Kraje w Zatoce Perskiej zdały sobie też sprawę, że muszą walczyć, by utrzymać swoje przywileje – ocenił.

Pytany o potencjalne zaangażowanie bojówek kurdyjskich w konflikt, wyraził przekonanie, że atak Kurdów na Iran mógłby okazać się „samobójczy” dla sił biorących udział w uderzeniu. Mógłby też doprowadzić do wojny domowej w Iranie.

W sobotę prezydent USA Donald Trump powiedział, że nie chce, by bojówki irańskich Kurdów przeprowadziły ofensywę w Iranie, zmieniając wyrażaną wcześniej opinię. – Wykluczyłem to. Nie chcę, by Kurdowie tam wchodzili. Nie chcę, by Kurdom stała się krzywda i byli zabijani. Oni byli gotowi wejść, ale powiedziałem im, że nie chcę, by wchodzili – powiedział Trump.

Jeszcze dzień wcześniej prezydent deklarował w wywiadzie dla agencji Reutera, że jest „w pełni za” atakiem kurdyjskich bojówek na Iran. Zmiana kursu prezydenta zaszła po tym, jak sekretarz stanu USA Marco Rubio miał obiecać swojemu tureckiemu odpowiednikowi Hakanowi Fidanowi – zaniepokojonemu doniesieniami na ten temat – że Stany Zjednoczone nie będą zbroić bojówek irańskich Kurdów.

Zapytano też Aziziego o szanse na przejęcie władzy w Iranie przez Cyrusa Rezę Pahlawiego, czyli mieszkającego w USA syna obalonego w 1979 roku ostatniego szacha. Po zabiciu Chameneia Pahlawi oświadczył, że to on pokieruje zmianą władzy w Iranie. Jest on znaną postacią w zachodnich mediach, promowaną przez środowiska polityczne w Stanach Zjednoczonych i Izraelu.

– Pahlawi ma bardzo małe szanse, by znaleźć się na szczycie, bo nie ma żadnych zorganizowanych sieci i nie sądzę, by miał to, czego potrzeba, by przetrwać w bezwzględnej irańskiej polityce. Ma wielu zwolenników, ale nie wystarczająco dużo, by przejąć władzę – powiedział Azizi.

– Nie wiadomo, co będzie dalej, ale wiele zależy od tego, w jaki sposób USA i Izrael będą prowadziły wojnę i w jakim momencie się zatrzymają – podsumował irańsko-amerykański historyk i pisarz.

W niedzielę Trump powiedział portalowi Times of Israel, że decyzję w sprawie tego, kiedy zakończyć wojnę z Iranem, podejmie wspólnie z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu.

Iran, amerykańska „Ukraina”?

.Koalicja USA-Izrael posiada miażdżącą przewagę wojskową nad Iranem. Siły powietrzne prawie tam nie istniały, obrona przeciwlotnicza była dziurawa i dziś można stwierdzić, że koalicja uzyskała całkowitą dominację w powietrzu. Tak samo wygląda sytuacja w przypadku marynarki wojennej. Szkopuł w tym, że dominacja w powietrzu i na morzu nie jest wystarczająca, by zmusić Iran do kapitulacji. Dowodzą tego doświadczenia wielu wojen – pisze prof. Kazimierz DADAK.

Donald Trump jako kandydat na urząd prezydenta nieustannie obiecywał, że za jego rządów nie będzie „wojen bez końca”. Jego hasło „America First” skupiało uwagę na sprawach wewnętrznych, dzięki czemu Stany Zjednoczone miały ponownie stać się, jak on sam głosił, „wielkie”. Wojna z Iranem nie tylko podważa te obietnice, ale może stać się tak wielkim wyzwaniem dla Waszyngtonu, jak dla Kremla stała się wojna z Ukrainą.

Władimir Putin najechał Ukrainę, mając nadzieję, że zwycięstwo przyjdzie szybko i bez większych strat. Niespodziewany amerykańsko-izraelski atak na Iran miał przynieść podobne wyniki. W obu przypadkach naczelnym zadaniem było „regime change” (zmiana władzy z nieprzyjaznej na życzliwą). Uśmiercenie duchowego przywódcy irańskich szyitów, ajatollaha Alego Chameneiego, miało otworzyć drzwi lokalnym opozycjonistom do przejęcia władzy, a w najgorszym przypadku doprowadzić do ziszczenia się „scenariusza wenezuelskiego”, w którym jego następcy przerażeni perspektywą utraty władzy, a może i życia bez wahania przyjmą amerykańskie warunki.

Wojna amerykańsko-izraelsko-irańska trwa dopiero sześć dni, a w trzecim dniu działań wojskowych Donald Trump wyraził przekonanie, że zmagania będą trwać 4–5 tygodni. Niemniej sam prezydent dodał, że wojna może potrwać dłużej i że także w tym mniej optymistycznym przypadku on się „nie znudzi” i będzie prowadzić wojnę aż do osiągnięcia zamierzonych celów. Miejmy nadzieję, że zaiste wojna będzie krótka, ale minister Pete Hegseth i przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Dan Caine, podali do publicznej wiadomości, że na Bliski Wschód kierowane są posiłki. Zatem zgromadzona tam armada najwyraźniej okazuje się niewystarczająca do wcielenia w życie założonych planów.

ficjalne cele mają charakter ściśle wojskowy – likwidacja programu atomowego, unicestwienie arsenału rakiet balistycznych i floty wojennej oraz zakończenie wspierania ruchów szyickich w świecie muzułmańskim. W sumie oznacza to całkowite rozbrojenie Iranu i trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd chroniący suwerenność swego państwa mógł przystać na te warunki. Bez zmiany władzy na całkowicie zależną od Waszyngtonu spełnienie tych wymogów raczej nie wchodzi w grę.

Jeśli chodzi o możliwość pojawienia się przychylnej Waszyngtonowi władzy, mamy do czynienia z poważnymi kłopotami. Prezydent Donald Trump i sekretarz Marco Rubio głośno nawołują Irańczyków do wyjścia na ulice i przejęcia władzy, ale jak można oczekiwać takiego rozwoju sytuacji, gdy z jednej strony wokół są wybuchy, a z drugiej służby bezpieczeństwa nadal są sprawne? Ponadto takie przypadki jak zbombardowanie szkoły dla dziewczynek czy szpitala nie przysparza Stanom Zjednoczonym przyjaciół. Ogólnie rzecz biorąc, naciski z zewnątrz, mające na celu obalenie władzy, powodują raczej zwarcie szeregów niż przejście na drugą stronę.

Presja wojskowa najwyraźniej nie przyniosła oczekiwanych wyników. Unicestwienie dużej części przywództwa politycznego i wojskowego nie doprowadziło do kapitulacji. Pomimo poniesionych strat irańskie siły zbrojne przystąpiły do kontrataku niecałe dwie godziny po rozpoczęciu wojny. Władze były więc przygotowane do przyjęcia takiego ciosu – rozwój sytuacji najwyraźniej zaskoczył koalicję amerykańsko-izraelską. Już sam fakt, że pojawienie się armady nie doprowadziło do wywieszenia przez Teheran białej flagi, był dla Waszyngtonu niespodzianką, ale nie spowodował wypracowania planu B.

Takie kroki podejmowane są dopiero teraz. Na gwałt próbuje się stworzyć koalicję chętnych do zbrojnej rebelii wewnątrz Iranu. Najlepszymi kandydatami do takiej roli wydają się Kurdowie i Azerowie – oba te narody stanowią zdecydowaną większość w północno-zachodnim Iranie. Ale taki rozwój sytuacji nie jest oczywisty. Obecny prezydent Iranu, Masud Pezeszkian, jest z pochodzenia Azerem. Azerowie są także w zdecydowanej większości szyitami, więc mają bliskie związki religijne z Persami. Kurdowie w swej masie są sunnitami, ale nie mają dobrych doświadczeń we współpracy z Amerykanami. Zamieszkują nie tylko Iran, ale także Irak, Turcję i Syrię.

W 1991 r. w trakcie pierwszej wojny z Irakiem prezydent George H.W. Bush (senior) wezwał Kurdów irackich do powstania, ale po zwycięstwie nie udzielił im żadnej pomocy i ówczesny dyktator, Saddam Husajn, krwawo się z nimi rozprawił. Ostatnio Stany Zjednoczone posłużyły się Kurdami w Syrii przy obalaniu Baszara al-Asada, ale po osiągnięciu tego celu Waszyngton raczej postawił na zwycięskiego Ahmada asz-Szara (Araba). Stąd rodzi się pytanie, na ile Azerowie i Kurdowie będą skłonni nadstawiać karku w tych zmaganiach. Ponadto taka taktyka na pewno spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem Turcji, w której od dziesięcioleci tli się kurdyjska rebelia – perspektywa kurdyjskiego państwa po drugiej strony granicy stanowi dla Ankary jaskrawą czerwoną linię. Zatem najbardziej obiecująca droga Ameryki do osiągnięcia zamierzonych celów wydaje się nadzwyczaj wyboista.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-kazimierz-dadak-iran-amerykanska-ukraina/

PAP/ Natalia Dziurdzińska/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 marca 2026