Czy wybory prezydenckie we Francji 2027 będą pierwszymi wyborami ery wojny informacyjnej?

Na rok przed wyborami prezydenckimi we Francji państwo francuskie zaczyna mówić językiem, który jeszcze kilka lat temu był zarezerwowany dla służb specjalnych i ekspertów od bezpieczeństwa. Premier Sébastien Lecornu zgromadził przedstawicieli partii politycznych oraz kierownictwo najważniejszych instytucji odpowiedzialnych za ochronę państwa, aby ostrzec przed zagrożeniami związanymi z zagranicznymi ingerencjami. W przekazie płynącym z Matignon nie było jednak mowy wyłącznie o cyberatakach czy próbach włamania do systemów informatycznych. Coraz wyraźniej widać, że Francja przygotowuje się do czegoś znacznie większego.
.Prawdziwe pytanie przed wyborami prezydenckimi 2027 nie brzmi już wyłącznie: kto zostanie następcą Emmanuela Macrona. Coraz częściej pojawia się inne pytanie: czy Francja stanie się pierwszym dużym państwem europejskim, które przeprowadzi wybory prezydenckie w pełni w warunkach wojny informacyjnej nowej generacji?
Od Macron Leaks do epoki sztucznej inteligencji
Francuskie państwo nie rozpoczyna tej refleksji od zera. W pamięci służb i elit politycznych pozostaje rok 2017 i operacja nazwana później „Macron Leaks”. Na krótko przed drugą turą wyborów do internetu trafiły tysiące dokumentów i wiadomości elektronicznych związanych ze sztabem Emmanuela Macrona. Francja po raz pierwszy zobaczyła wówczas, że wybory mogą stać się celem operacji prowadzonych poza granicami państwa.
Jednak świat roku 2027 nie przypomina już świata roku 2017. W ostatnich latach pojawiła się generatywna sztuczna inteligencja. Narzędzia, które jeszcze niedawno były eksperymentem technologicznym, stają się elementem codziennego funkcjonowania społeczeństw. Jak przypominał na łamach „Wszystko Co Najważniejsze” Gaspard Gantzer, były doradca prezydenta François Hollande’a, sztuczna inteligencja radykalnie obniża koszt prowadzenia kampanii politycznej, umożliwiając błyskawiczne przygotowywanie treści, analiz i komunikatów politycznych.
To jednak tylko jedna strona procesu. Ta sama technologia pozwala tworzyć obrazy, nagrania i wypowiedzi, które nigdy nie powstały. Pozwala produkować tysiące komunikatów jednocześnie. Pozwala prowadzić operacje wpływu na skalę dotychczas niewyobrażalną.
Wojna o zaufanie
Największa zmiana nie polega jednak na rozwoju technologii. Jak zauważono w analizie opublikowanej na „Wszystko Co Najważniejsze”, sztuczna inteligencja nie musi wygrać wyborów za konkretnego kandydata. Wystarczy, że osłabi zaufanie do obrazu, dokumentu, nagrania lub publicznej wypowiedzi. Demokracja wymaga wspólnego przekonania, że istnieją fakty, które można wspólnie oceniać. Gdy znika pewność co do autentyczności informacji, zaczyna chwiać się sam fundament debaty publicznej.
To właśnie dlatego coraz więcej ekspertów mówi dziś o wojnie informacyjnej. Jej celem nie musi być zwycięstwo konkretnego polityka. Celem może być wywołanie chaosu, pogłębienie podziałów społecznych, osłabienie zaufania do instytucji oraz podważenie wiary obywateli w sam proces demokratyczny.
W takiej sytuacji nie trzeba przekonać wyborcy do oddania głosu na określonego kandydata. Wystarczy przekonać go, że nie może ufać nikomu.
Deepfake jako broń polityczna i cyfrowi najemnicy nowej epoki
Jeszcze kilka lat temu fałszywe zdjęcie lub nagranie można było stosunkowo łatwo rozpoznać. Dziś sytuacja wygląda inaczej.
Rozwój generatywnej sztucznej inteligencji sprawia, że stworzenie realistycznego nagrania polityka staje się coraz prostsze. Dotyczy to wszystkich uczestników francuskiego życia publicznego — od Jordana Bardelli, przez Édouarda Philippe’a, po Jean-Luka Mélenchona czy potencjalnych kandydatów obozu prezydenckiego.
Problem nie polega wyłącznie na tym, że wyborcy mogą uwierzyć w fałszywe nagranie. Problem polega również na czymś odwrotnym. Polityk przyłapany na autentycznej wypowiedzi może twierdzić, że materiał jest jedynie kolejnym deepfake’em. W ten sposób technologia zaczyna podważać samą możliwość ustalenia prawdy.
Francuski premier Sébastien Lecornu zwrócił uwagę na zjawisko określane mianem „cyfrowego najemnictwa”. To jeden z najbardziej niepokojących elementów współczesnej wojny informacyjnej. Operacje wpływu coraz częściej nie są prowadzone bezpośrednio przez państwa. Realizują je prywatne firmy, wyspecjalizowane grupy analityczne, agencje komunikacyjne lub sieci kont działające na zlecenie nieujawnionych podmiotów. Taki model pozwala zacierać ślady odpowiedzialności.
W praktyce oznacza to, że kampania wpływu może być prowadzona z jednego kraju, finansowana z drugiego, korzystać z infrastruktury cyfrowej rozmieszczonej na kilku kontynentach i oddziaływać na wyborców we Francji bez możliwości szybkiego ustalenia rzeczywistego zleceniodawcy.
Rosja, Chiny i nowa geopolityka informacji
Francuskie służby nie są jedynymi instytucjami alarmującymi w tej sprawie. W analizach przywoływanych przez „Wszystko Co Najważniejsze” wskazywano już wcześniej, że Rosja i Chiny wykorzystują nowe narzędzia sztucznej inteligencji do prowadzenia coraz bardziej zaawansowanych operacji dezinformacyjnych. Wśród stosowanych metod pojawiają się fałszywy fact-checking, podszywanie się pod media, recykling wcześniej rozpowszechnionych fałszywych informacji oraz tworzenie sieci kont mających sprawiać wrażenie autentycznych uczestników debaty publicznej.
Wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku będą miały znaczenie nie tylko dla samej Francji. Wynik głosowania wpłynie na przyszłość Unii Europejskiej, relacje transatlantyckie, politykę wobec Ukrainy oraz kierunek rozwoju całego projektu europejskiego. To sprawia, że zainteresowanie zewnętrznych aktorów procesem wyborczym będzie szczególnie duże.
Pierwsze wybory nowej epoki
Francuskie wybory prezydenckie zawsze były czymś więcej niż jedynie krajowym wydarzeniem politycznym. W 2027 roku mogą jednak stać się czymś jeszcze innym — pierwszym wielkim europejskim testem odporności mechanizmów demokracji w epoce sztucznej inteligencji.
Po raz pierwszy kampania będzie toczyć się równocześnie w dwóch rzeczywistościach. W świecie debat, spotkań wyborczych, programów politycznych i sondaży oraz w świecie algorytmów, deepfake’ów, operacji wpływu i nieustannej walki o uwagę wyborcy.
To dlatego ostrzeżenia formułowane dziś przez francuskie służby należy traktować poważnie. Stawką wyborów 2027 nie jest wyłącznie wybór następcy Emmanuela Macrona. Stawką jest również odpowiedź na pytanie, czy demokracje zachodnie potrafią zachować zdolność odróżniania informacji od manipulacji w świecie, w którym granica między nimi staje się coraz mniej widoczna.
Arkadiusz Jordan
Paryż





