Philippe de VILLIERS: Rządy sędziów a dusza Francji

Rządy sędziów a dusza Francji

Photo of Philippe de VILLIERS

Philippe de VILLIERS

Polityk, pisarz, obrońca tradycyjnych wartości Francji. Był m.in. sekretarzem stanu ds. kultury, przewodniczył radzie Wandei, był eurodeputowanym, dwukrotnie kandydował w wyborach prezydenckich. Twórca parku tematycznego Puy du Fou.

Ryc. Fabien Clairefond

Francuska Rada Stanu utrzymała w mocy wyrok sądu administracyjnego nakazujący w imię laickości demontaż posągu św. Michała Archanioła w Sables-d’Olonne. To błędna interpretacja laickości. Historia i kultura Francji musi podlegać ochronie – pisze Philippe de VILLIERS

.Radzie Stanu się nie spieszyło. Dobrze wybrała moment, aby wydać wyrok. Aby ujarzmić smoka. Wybrała Wielki Piątek. Symboliczny zbieg okoliczności. Posąg św. Michała ma zostać usunięty. Rady Stanu nikt nie odważyłby się usunąć. Co innego posąg. Zwierzchnik raju nie ma tu czego szukać. Ma ustąpić miejsca hulajnogom. Patron spadochroniarzy przegrał walkę z nową religią „praworządności”, która zajmuje się „ważeniem muszych jajeczek na szalkach z pajęczyny”, podczas gdy wspólnota zamiera. To porażka dusz prostych, porażka zwykłych ludzi przywiązanych do swojego posągu, porażka wielowiekowego imaginarium z bezdusznym arsenałem zasad, które prą do zadeptania tysiącletniego dziedzictwa.

To samobójstwo wspomagane narodu o rozchwianych ścianach nośnych, którego prawo staje się narzędziem do zabijania dusz, ciał, obrazów i ludowej pobożności. Stoimy w obliczu nowego smoka – destrukcyjnej, zrywającej wszelkie więzi praworządności. To z niej skorzystał nielegalny imigrant, aby podpalić katedrę w Nantes, a następnie zamordować księdza w Saint-Laurent-sur-Sèvre. To ta sama praworządność odziera ze skuteczności nasze władze, choćby wtedy, gdy policja zatrzymuje bojówkarzy Czarnego Bloku, a sądy puszczają ich wolno. To ta sama waga poruszana tą samą normatywną żarliwością naszych pięciu najważniejszych sądów i trybunałów narzuca ów stan niepraworządności i zastępuje bożkami nasze pomniki. Gdzie była praworządność, gdy rada miasta Stains nadawała jednej z ulic starego miasta imię Fatimy, córki proroka Mahometa? Gdy przestępca recydywista Jean-Marc Rouillan wygłaszał swój wykład na uniwersytecie w Bordeaux – dokładnie tam, gdzie tego samego odmówiono Sylviane Agacinski?

Trafnie ujął to już François Mitterrand: „Sędziowie pokonali ancien régime. Pokonają także i nasz ustrój”. W swoim proroctwie Mitterrand zapomniał jedynie o trybunałach unijnych, ale co do zasady miał nosa. Często myślę o pewnym kluczowym epizodzie w życiu młodego Ludwika XIV. Tuż po koronacji dowiedział się, że zgromadzenie izb parlamentu debatuje nad przyjęciem buntowniczego edyktu. W swoim żywym umyśle od razu pojął symboliczne znaczenie tej impertynencji: szlachta togi marzyła o obaleniu króla na modłę angielską. Na wieść o frondzie przerwał polowanie w Fontainebleau i w stroju myśliwego co koń wyskoczy wrócił do Paryża, by wtargnąć na obrady parlamentu. Strzeliwszy z bata, krzyknął: „Panowie, nie życzę sobie, abyście próbowali wzniecać zamęt w moim państwie”. Wieki temu Król Słońce przewidział dzisiejszą sytuację…

Najwyższym trybunałem jest suweren. I on zabrał głos w Sables-d’Olonne, jednoznacznie opowiadając się za pozostawieniem posągu św. Michała na swoim miejscu. Koniec kropka. Kilkadziesiąt lat temu, gdy minister sprawiedliwości Jean Foyer próbował skłonić generała de Gaulle’a do ratyfikacji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, usłyszał oschłą odpowiedź: „Panie Ministrze, niech Pan pamięta, że najpierw jest Francja, potem państwo, a na końcu prawo”. Niestety, tę hierarchię odwrócono do góry nogami. Należy obawiać się sędziów, gdy przejmują władzę. Ich skłonność do tworzenia nowego człowieczeństwa w imię ich własnego poczucia prawa ujął trafnie Royer-Collard: „Rewolucje zawsze zaczynają się z prawnikami i kończą bez nich”.

Już słyszę tę anatemę, którą rzuci na mnie wielki chór laicki: praworządność służy ochronie laickości. Tak jakby rzeczona laickość, wynaleziona zresztą przez chrześcijaństwo, mogła się zaadaptować do kulturowej i duchowej próżni. Chyba że zastąpimy dąb św. Ludwika przez uschłe, pozbawione korzeni i gałęzi drzewo figowe! „Multiodkulturowiona” laickość stała się wybiórcza. Dlaczego nie powołuje się na nią minister edukacji narodowej, aby zabezpieczyć szkołę przed napastliwą obecnością transgenderyzmu i transhumanizmu, gdy naucza się dzieci wchodzenia do świata nieograniczoności, w którym nie będzie już podziału na mężczyzn i kobiety, życie i śmierć, zwierzę i człowieka? Nadchodzi nowa religia, która zastępuje skończoność bezgraniczną pychą.

Nasi wybitni historycy – Quicherat, Michelet, Ferry – zostawili nam piękną przypowieść francuską, zachęcając nas do nawiedzania naszych pomników pamięci z kamienia i z ciała. Byli oni republikanami. Po porażce pod Sedanem w 1870 roku z przerażeniem stwierdzili, że zdesakralizowana przez rewolucję Francja utraciła swoje spoiwo, nic już jej nie scalało. Dostrzegali konieczność stworzenia czegoś w zamian, nowego krzyżma, które pozwoliłoby sfederować, zjednoczyć małych Francuzów i doprowadzić do pojawienia się umysłów epickich. Poszukując ucieleśnionej sakralności, wezwali orędownictwa pasterki z Nanterre (Św. Genowefa), pasterki z Domrémy (Joanna d’Arc) i Świętego Ludwika. W baptysterium w Reims przywołali gołębicę z gałązką oliwną. To owi republikańscy historycy – widząc, że jedność Francuzów zawisła nad przepaścią – wskrzesili postać Joanny d’Arc, najczystsze arcydzieło, jakie kiedykolwiek geniusz alegorii złożył na kartach naszej literatury.

Kościół katolicki podążył za tym ruchem, lecz z trzydziestoletnim opóźnieniem, beatyfikując, a następnie kanonizując francuską bohaterkę. Owi wielcy laicy narodowej opowieści odwoływali się do głosów Joanny d’Arc, św. Małgorzaty, św. Katarzyny, także słynnego już św. Michała, którego dziś poddano eutanazji. Czynili tak w imię życzliwej, a nie wojującej i śmiercionośnej laickości. Ich mądrość kazała im uważać, że Francja jest niczym bez ducha dziecięctwa. Nie ma jedności losu bez jedności serca. Nie ma jedności serc bez miłosnej więzi, bez zakochanego ludu. Zakochanego – ale w czym? W naszym wysublimowanym, potężnym i płodnym dziedzictwie. Jeśli nie zrobimy nic, aby nasze posągi i dzieła były miłowane, młode dusze wybiorą coś innego, znajdą dla siebie nowe wzory czy antywzory. Malraux wyraził to wszystko jednym zdaniem: „Każda cywilizacja wsparta jest na religii”. Jeśli odrzucimy tę intymną więź, jaką między Francją a przeszłymi epokami stworzyło chrześcijaństwo, umrzemy.

Laickość nie może być dziś pojmowana tak samo, jak w 1905 roku. Antychrystianizm był luksusem w czasach, gdy wiara i tradycja były żywe. Niszczenie chrześcijaństwa w obliczu wojującego islamu jest istnym szaleństwem. Muzułmanie patrzą na nas z niedowierzaniem, gdyż oni również mają w swoim dziedzictwie św. Michała. Wystarczy zajrzeć do drugiej sury Koranu, gdzie przywołany jest on jako ten, który uczestniczy w procesie rozsądzania dobrych i złych uczynków. Niedługo być może św. Michał wróci do nas poprzez drzwi meczetów i modlitwy na ulicach naszych przedmieść, poprzez tych wszystkich nowych Francuzów, którzy szanują swoją religię, sacrum swojej cywilizacji i przyglądają się naszemu upadkowi. Zasada równorzędności religii prowadzi w ślepą uliczkę. Nawrócenie się Francji na chrześcijaństwo przed wszystkimi innymi narodami daje jej to, co René Rémond nazwał „prawem starszeństwa”, z czego wynika także pierwszeństwo tej religii na ziemi chrztu Chlodwiga przed wszystkimi innymi. Nie może tu być mowy o jakiejkolwiek prawnej czy moralnej równości.

To kwestia życia i śmierci. Nasza kultura opiera się na odwiecznym dziedzictwie, które w każdym Francuzie porusza strunę sacrum. Jest w naszej cielesnej ojczyźnie jakiś duch, jakaś tajemnica. Często słyszymy, jak Jean-Luc Mélenchon powołuje się na ideę, że naród francuski jest narodem politycznym. To prawda. Ale dzieje się tak za przyczyną tego, co przenika nasze marzenia, zachwyty i bunty. Naród francuski jest jeszcze czymś więcej: jest narodem metapolitycznym czy wręcz metafizycznym. Jest dziedzicem dziedziców wszelkich kwestii życia i transcendencji, od Hipokratesa, Platona, Tacyta po św. Augustyna i Pascala. Chce rozumieć, zrozumieć. Mieszka w sercu tej Europy, która była i pozostaje kontynentem pytań o sens życia. To w tym zawiera się jego geniusz. Jak ujął to Péguy, wkładając te oto słowa w usta Boga: „To byłby duży kłopot, gdyby nie było Francuzów. Któż by zrozumiał te wszystkie rzeczy, które stwarzam?”.

Dowód? Mamy go przed naszymi rozproszonymi oczami. Tajemnica narodu sprowadza się do tego, co pozostawił po sobie, zaprojektował, zbudował. Rzymem było Forum. Grecja zawierała się w Partenonie. Jeśli jest prawdą, że historia narodu może zawrzeć się w całości w jakimś jednym szczególnym dziele, to dla Francji będzie to katedra w Reims. W niej to światło podtrzymuje kamień. Św. Michał góruje nad wielką atrakcją turystyczną Francji – Mont-Saint-Michel. W 1429 roku były dwie wysepki oporu wobec obcej okupacji: Domrémy i Saint-Michel-au-Mont (taka nazwa wówczas obowiązywała). Wyspa otoczona wodą nigdy nie została podmyta. Miecz św. Michała dumnie wznosi się ponad wodami i ponad burzami. To symbol nad symbolami. Chodzi zarówno o to, co namacalne, i o to, co duchowe. Jeśli chcemy mieszkać we Francji, musimy zaakceptować to dziedzictwo. Wypływa ono w pełni z ewangelicznej miłości. Wiem, nie jest to w smak wolnomyślicielom i Lidze Praw Człowieka. Zachęcam ich jednak do wyprawy w górę tego strumienia, aż do źródła żywej wody.

.Dziś nasz kraj targany jest między dwiema siłami – wokeizmem i islamizmem. Oba się nienawidzą, ale działają ramię w ramię. Podział zadań jest imponujący: wokeizm robi wszystko, aby nas odcywilizować, a islamizm poczynił sobie za misję ucywilizowanie nas na nowo. Ruch ten wspierają pożyteczni idioci – duchowi synowie Robespierre’a, który chciał wykorzenić dawną religię i narzucić nową, tworząc w ten sposób nowego człowieka. Oby młodzi Francuzi, pozbawieni pamięci afektywnej, nie musieli doświadczyć tej oto demiurgicznej przepowiedni socjalisty Jaurèsa: „Przerwaliśmy pradawną pieśń, która kołysała do snu ludzką nędzę, i oto ona obudziła się teraz i krzyczy”. Pośrodku tych krzyków rozpaczy i beznadziei musimy nachylić ucha, aby usłyszeć te, które układają się w przedziwną melodię: wołanie o pomoc, wołanie młodej francuskiej nadziei.

Philippe de Villiers
Tekst ukazał się w nr 53 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]

© “Le gouvernement des juges contre l’âme de la France”, 12 kwietnia 2023 r., „Le Figaro”.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 czerwca 2023