Piotr SENDECKI: „Król” Szczepana Twardocha.
Refleksje na marginesie

TSF Jazz Radio

„Król” Szczepana Twardocha.
Refleksje na marginesie

Piotr SENDECKI

Adwokat w spółce "Adwokaci Sendecki i Partnerzy". Prezes Stowarzyszenia Naukowego "Pro Scientia Iuridica."

zobacz inne teksty autora

Po Morfinie kolejna książka Szczepana Twardocha, zakorzeniona w czasach sprzed 80 lat. Powieść  pod tytułem Król czyta się błyskawicznie, a po zachwytach M. niecierpliwość lektury sięgała szczytu. Może gdyby nie te zachwyty Króla czytałoby się inaczej ….   Ciekawa narracja i konstrukcja literacka: czytelnik odbiera narratora przez znaczną część powieści jako inną osobę niż jest w powieściowej rzeczywistości. Długo nie podejrzewa, by pod koniec powieści okazało się, że bohater – narrator jest kimś innym; wciela się w swoją ofiarę. Poczucie winy wobec niej sprawia, że utożsamienie staje się zupełne, ma schizofreniczny, dwubiegunowy rys: świadomość bohatera meandruje, robi zakola, dokonuje nagłych zwrotów i powraca na poprzednie miejsce. Autor kreuje tę rozdwojoną postać, podbudowując obraz psychologicznie, a jednocześnie zdaje się ją usprawiedliwiać: wiekiem, chorobą, przeżyciami (Holokaust, utrata najbliższych, których mógł uratować), popełnionymi zbrodniami, które tykają w nim jak bomba zegarowa. Narrator żyje w świecie wyimaginowanym: miesza prawdę z myśleniem życzeniowym. Trzeźwa relacja, obejmująca dwa ostatnie lata przedwojennej Polski, miesza się z imaginacją (emigracja do Izraela, udział w wojnach z Arabami, stopień generalski w armii Izraela, posiadanie rodziny, synów).

Jak zwykle świetna u Twardocha wiedza o epoce, mentalności ludzi tamtych czasów, o postaciach historycznych, jak politycy IIRP z pierwszej ligi (Śmigły-Rydz, Sławoj Składkowski), ale także z drugiej czy trzeciej (A. Koc, wojewoda Grażewski, płk. Z.Wenda – podejrzewany o zlikwidowanie gen. Wł.Zagórskiego we współdziałaniu z warszawskim bandytą J.Łokietkiem, którego rysy ma jeden z bohaterów Króla – Kum Kaplica, płk. W. Sławek, B. Piasecki…). Pojawiają się epizodycznie autentyczne postacie, jak np. Bernard Singer, dziennikarz przed- i powojenny, któremu bohater spuszcza manto, łamiąc nos.

Książka jest kolejną próbą pokazania kwestii żydowskiej i polskiego antysemityzmu lat 30., nacjonalizmu i rodzącego się faszyzmu (getto ławkowe, bojówki nacjonalistyczne, hasła likwidacji kwestii żydowskiej, rugowania elementu niepolskiego z życia społecznego, publicznego i sztuki, migawki z czasu Zagłady okupacyjnej), tym cenniejszą, że napisaną atrakcyjnie co do formy i treści (sensacyjna fabuła z półświatka warszawskich przestępców). A co więcej, jest dziełem stworzonym nie przez Żyda: gdyby coś takiego napisał Jan Tomasz Gross, to przyjęcie książki naznaczone by było z góry określoną oceną. Twardoch swym  Królem robi świetną robotę edukacyjno-pedagogiczną, pokazując antysemityzm Polaków, ale nie popada w idealizację Żydów, wśród których w książce są mordercy, gangsterzy, ludzie z marginesu. Pisze wbrew mitowi o nadzwyczajnym solidaryzmie Żydów, pokazując, że jest nieprawdziwy, a Żydzi są tacy sami, jak inne narody: zróżnicowani wewnętrznie, pełni antagonizmów, a w sytuacjach ekstremalnych (getto) zdolni są do zachowań skrajnych. Nie wchodzi w narrację filosemicką, na zasadzie wahnięcia wahadła w drugą stronę, zaciemniającą rzeczywisty obraz, a w istocie go zakłamujący. Jest też ta powieść antydotum na brązownicze podejście do rządów Sanacji, w której autor widzi zepsucie i skłonność do przestępstwa, niskie instynkty, karierowiczostwo, żałosny poziom intelektualny rządzących, wreszcie skłonność schyłkowej epoki sanacyjnej do wejścia w mariaż ze skrajną, faszyzującą i antysemicką prawicą.

Choć powieść Twardocha odnosi się do czasów sprzed 80 lat, i dzieje się głównie w warszawskim polsko-żydowskim półświatku gangsterskim, z odniesieniami do lat II. wojny i powojennych – jest bardzo na czasie. Autor umieszcza akcję w dwóch ostatnich latach przed wojną, naznaczonych w sferze politycznej walką o schedę po Marszałku, przejmowaniem frazeologii populistycznego-narodowej i antysemickiej, okraszonej ciasnym intelektualnie i zamykającym się na świat katolicyzmem. To też jest czas funkcjonowania Berezy Kartuskiej, internowania przeciwników politycznych na podstawie decyzji administracyjnych – bez kontroli sądowej i okres żałosnych procesów brzeskich, gwałcących standardy prawne i gwarancje procesowe. W takim uchwyceniu podłoża historycznego nie chodzi o tchnące łatwizną umysłową proste aluzje do współczesności, do podejrzeń o autorytarne zapędy, które niepokoją, a czasem rodzą histeryczne reakcje. Płynna rzeczywistość, w której z każdym miesiącem dochodzi się do wniosku, że ciągle wszystko jeszcze się nie wydarzyło, że dopiero jest przed nami, musi jednak oddziaływać.

Istnieją pisarze, filozofowie, a i artyści sztuk wizualnych, którzy mają zdolność wychwytywania znamion współczesności zanim zostaną one ściśle zdiagnozowane; często nawet nieświadomie wydobywają to, czym żyją ludzie, rejestrują w formie literackiej, artystycznej ich stan świadomości, dostrzegając zjawiska, które socjologom się jeszcze nie objawiły lub jak mawia Ferdynand Kiepski, o których fizjologom się nie śniło. Do takich twórców – wizjonerów należy Twardoch: archiwista doskonały, który koszmary schyłkowej Sanacji z pietyzmem odtwarza, generując przy tym refleksję odnoszoną tak do tamtych czasów, jak i do współczesności.

Ostatnie lata przedwojenne II RP, tuż przed klęską wrześniową, skłaniają do zatrzymania się nad stanem świadomości pokolenia moich dziadków i rodziców, wzrastających w dwudziestoleciu międzywojennym. Zdaje mi się, że dziadkowie różnili się mentalnościowo od swoich dzieci. Pomimo otwartości intelektualnej mojej Matki, jej ogromnego oczytania i wiedzy  –  tkwił w niej pewien, długo i – zdaje się – niepostrzeżenie wsączany pierwiastek antysemityzmu. Choć dorastając – w drugiej połowie lat 30-tych – wychowała się na wierszach Tuwima, wielbiła Skamandrytów, rozczytywała się w Czechowiczu, a jej gust literacki kształtował liberalny, jeśli nie libertyński Boy, to nie była odporna na oddziaływania różnych sił w latach trzydziestych XX. wieku. Kościół i szkoła zrobiły jednak swoje, wywołując umiarkowane, co prawda, ale jednak zaskakujące reakcje (Ty nie wiesz, jak to z nimi było…, świetnie naśladowała szmonces oraz jak z rękawa sypała dowcipami żydowskimi, dziś traktowanymi jako wyraz skrajnej niepoprawności).  Trochę inaczej działo się z Babcią Hanią: z jednej strony wychowanie i edukacja w szkole SS. Klarysek w Krakowie przy Kościele św. Andrzeja na ul. Grodzkiej – iście konserwatywne, a z drugiej –  życie w wielonarodowej  c.-k. Monarchii, z jej tolerancją dla wielokulturowości, z trzeciej zaś  – wybór samodzielnej drogi życiowej poprzez kontynuowanie nauki w krakowskiej szkole handlowej dla panien (prekursorka późniejszej Akademii Ekonomicznej, dziś Uniwersytet; na UJ wtedy kobiet w zasadzie nie przyjmowano), co przed I. wojną w jej środowisku oznaczało, jeśli jeszcze nie feminizm, to jego przedwiośnie. Jednocześnie dla Babci wychowanej w Galicji – rok 1914 to wymarsz strzelców spod Oleandrów i Brygadier Piłsudski, z jego socjalistyczną, wolnościową i patriotyczną postawą (na szczęście już wysiadł z czerwonego tramwaju z napisem socjalizm na przystanku Niepodległość), łaskawą dla mniejszości. W żadnym wypadku idolem nie mógł  być Roman Dmowski.  Ten ostatni bliższy był dziadkowi, ale odbierany był pozytywnie raczej w kontekście poczucia smaku: Dmowski zdawał się być człowiekiem kultury wyższej, legalistą, gardzącym bojówkarską przemocą.

Ostatnie lata przedwojenne II RP, tuż przed klęską wrześniową, skłaniają do zatrzymania się nad stanem świadomości pokolenia moich dziadków i rodziców, wzrastających w dwudziestoleciu międzywojennym.

Obydwoje dziadkowie nie zachwycali się Sanacją, zwłaszcza w jej wydaniu po śmierci Marszałka. Nie znosili tych nowych ludzi bez kultury, bez manier, nuworyszów i karierowiczów, dla których Polska była sloganem, pustym słowem, przykrywką dla robienia własnych interesów. Sami zdeklasowani, bo pozbawieni majątków ziemskich po pierwszej wojnie, wykonywali pracę nauczycieli, urzędników średniego szczebla…. Patrzyli krytycznie na nuworyszów, Dyzmów i pozbawionych skrupułów karierowiczów. Ze środowiskiem ziemiańskim, mimo więzów rodzinnych nie utrzymywali już bliższych kontaktów. Choć wywodzili się z tej grupy społecznej doszlusowali do jej zbiedniałej warstwy, współtworząc środowisko inteligencji, wychowanej w duchu patriotycznym, niepodległościowym. Kultywowali wspomnienie dawniejszego dobrobytu i przynależności do wyższych kręgów, a jednocześnie byli nastawieni pozytywistycznie, widząc przyszłość w zdobyciu konkretnego zawodu, w edukacji.  Wojna, kryzysy gospodarcze uderzyły w nich bardzo boleśnie, powodując, że tak oczekiwania kierowane do odrodzonego Państwa o dowartościowanie ich pozycji i roli społecznej, jak i aspiracje osobiste były wygórowane. Rodziło to frustrację, wzmacnianą przez rosnącą  krytykę elit rządzących za ich egoizm, brak troski o dobro wspólne, forowanie ludzi niedokształconych, pozbawionych kultury osobistej, jeśli nie wszystkowiedzących, to zadających wywołujące politowanie pytania. Czary goryczy dopełniła klęska wrześniowa i bolesna okupacja, do której w imię haseł  –  silni-zwarci-gotowi – nigdy nie miało dojść.  Jak bardzo mój Dziadek to przeżywał przekonuje ostatnie dzieło jego życia – Memorandum do władz PKWN.  Ten konserwatywny z ducha człowiek, wróg komunizmu i wszelkiego bolszewizmu sformułował w nim wskazania, jak należy odbudować nową, sprawiedliwą Polskę, stworzoną na fundamencie dobra wspólnego, wolną od prywaty, pogardy dla niżej urodzonego, rażących dysproporcji majątkowych. Memorandum skierowane do premiera Osóbki-Morawskiego odesłano bez komentarza: wyszło więc na to, że gadał dziad do obrazu ….  .    Władza marnowała potencjał aktywności społecznej i woli współdziałania dla dobra ogólnego, które manifestowały się pomimo niechęci czy wrogości do komunizmu.

Powracając do dociekanego przesłania o aktualności książki, skończonej bodaj w maju 2016 r., a więc w nowej – od jesieni 2015 – rzeczywistości, zauważyć można, że tło fabuły, umiejscowione w historycznym okresie schyłkowej Sanacji, dziś zdaje się stanowić punkt odniesienia dla programów prawicowo-narodowych. Ich zwolennicy mieszają Piłsudskiego z Dmowskim, etos rewolucyjny ze szlachetczyzną, sarmackimi tradycjami i ziemiańskimi aspiracjami, zawieszają w salonie rzekomy portret przodka w kontuszu, chociaż prawdziwy byłby z cepem i kłonicą, wytwarzają szczególny misz-masz, w który wierzą, i który nie poddaje się w ich umysłach jakiejkolwiek weryfikacji.  Do tego czasu nawiązują kartoflani neosarmaci, jak ich nazwał celnie Kuczok; dla nich 45 lat realnego socjalizmu, z reformą rolną i nacjonalizacją, które pozbawiły ówczesne elity ostatecznie podstaw bytu, dewastując pojęcie własności, to epizod, którego są beneficjentami, a traktują ten czas jak niebyły. Pewna część owych neosarmatów to także beneficjenci Holokaustu, jeśli nie szmalcownicy, którzy – zdaje się – stanowili margines, to ci, którzy zajęli opuszczone domy, mieszkania czy warsztaty ofiar wyrzuconych do gett i zgładzonych. Mają przekonanie, że po transformacji wskoczyli w stroje i role elit, które znane im były z wyświetlanych za PRL-u przedwojennych filmów komediowych, opowiadań babek o panach i z mniej lub bardziej świadomie wytwarzanych mitów.  O przedstawicielach takich środowisk pisała, zmarła przed laty wybitna nestorka adwokatury Pani Mecenas Wanda Dolińska, oburzona postępowaniem jednego z  t.zw. luminarzy adwokatury, mieniącego się jej obliczem:

Ja mam świadomość, że z metryką sprzed pierwszej wojny światowej nie pasuję do współczesnego świata i pewnie dlatego nie rozumiem, dlaczego ja mam przecinać wrzody na ciele adwokatury, bo wcześniej nie chcieli tego zrobić młodsi. W dobie wykrywania coraz to nowych afer, coraz to nowych donosicieli wśród ludzi pchających się do stanowisk i zaszczytów, usiłujących przybierać kostiumy elit, zmieniających sobie imiona i przekręcających nazwiska, którzy za chwilę dla ukoronowania bezczelności, we własnym dorobkiewiczowskim towarzystwie zaczną sobie nadawać tytuły szlacheckie, zaślepieni chciwością, pychą i poczuciem bezkarności, które w ich mniemaniu dają im posiadane miliony, depczą innych – nie dajmy się zwodzić, nie chowajmy głowy w piasek – niechże ten balon wreszcie pęknie. U schyłku życia czuję się zaszczutą ofiarą …. „.

Przytoczona wypowiedź przedstawicielki „starej, przedwojennej inteligencji”, napisana około 2006 roku, wskazuje na przenikliwe patrzenie już ponad 10 lat temu na otaczający świat rozchwianych wartości, panujący relatywizm moralny, panoszenie się pseudoelit, strojących się w nieswoje kostiumy. To nie są ci pszenno-buraczani, z których zdarzało się dobrotliwie żartować, wykazując prostotę, brak obycia, ale i pewną naiwność; siedziało jednak w nich pewne poczucie wstydu, zażenowania czy kompleksy, wyrastające z genealogii (czy raczej jej braku), ale także z pozostałych śladów szacunku dla lepiej wychowanych, lepiej wykształconych, tych co więcej rozumieją.

IMG_3281

fot. Mikroformat (https://www.instagram.com/mikroformat/)

Ich następcy to zupełnie inni  ludzie – neosarmaci właśnie; tyle, że z kartofliska mentalnego nie tak łatwo się wyzwolić. Kartoflani neosarmaci, jako nieprawi spadkobiercy dawnych sarmatów, są wolni od poczucia wstydu, że zajmują nienależne im miejsce, obce im są wszelkie zahamowania czy kompleksy; oni są wyedukowani, a cham wyedukowany gorszy od nieuczonego, bo wbity w pychę. Sami są sobie autorytetem, bo w końcu  dziedzicami tej dawnej Polski od morza do morza się czują, mieszkają jak we dworze – kolumny przy wejściu, portret na ścianie i tralki na balkonie. Oni są prawdziwymi Polakami, stąd ich ród; nienawidzą obcych, przyjezdnych, niewierzących lub wierzących inaczej, a najbardziej tych łże-katolików, co mówią o otwartości, tolerancji, zrozumieniu, wspólnocie, humanizmie, dziedzictwie judeo-chrześcijańskim (tyko nie judeo), filozofii greckiej i rzymskiej tradycji prawnej, standardach europejskich, prawach człowieka i godności ludzkiej, poprawności politycznej. Wszystko to jest im z założenia obce. Oni kochają ten naród i odmawiają miana patriotów wszystkim inaczej myślącym. Dla nich Falanga i Młodzież Wszechpolska to właściwy punkt odniesienia. Noszą w sobie nienawiść do nieobecnych w życiu współczesnej Polski Żydów, bo głównie wywodzą się ze wsi i małych miasteczek, w których dziadkowie donosili na starozakonnych sąsiadów, byli szmalcownikami, bogacili się za środki od nich uzyskane, a po Holokauście – jeśli nawet w niej nie uczestniczyli – zajęli opuszczone domy, posesje: tych nieobecnych należy więc nienawidzić, dostrzegać w nich zło by uzasadnić zbrodnie przodków, a także przeciwstawić się potencjalnemu wyciąganiu ręki o zwrot. To też tłumaczy niechęć rządzących do reprywatyzacji i histerię wywołaną przypadkami obejść prawa lub jego naruszeń, których w rzeczywistości jeszcze nikt nie  udowodnił.

“Król” Twardocha to inspirująca, błyskotliwie napisana powieść z elementami sensacyjno-gangsterskimi, oddająca realia Polski końca lat 30-tych, mentalność Polaków i Żydów oraz ich wzajemne relacje na tle wydarzeń i atmosfery polityczno-społecznej tamtych czasów. To także książka pokazująca kulisy życia gangsterskiego półświatka, wymuszeń i haraczów oraz mafijnej natury powiązań z władzą. Daje także asumpt do zamyślenia się nad współczesnością i przyczynami tego, co tak bardzo trapi.

Piotr Sendecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam