
Konserwatyzm amerykański w trzeciej dekadzie XXI wieku
Stany Zjednoczone potrzebują rechrystianizacji sięgającej ich fundamentów. Spoiwem tych fundamentów powinna stać się myśl św. Tomasza z Akwinu w jej współczesnym, mądrym wydaniu. Nauka Akwinaty musi zostać złączona z tą myślą angloamerykańskiego protestantyzmu, która tamtą naukę doceniała i z nią była zgodna. Musi wszak zostać zachowana historią i tradycją potwierdzona tożsamość kultury oraz instytucji amerykańskich – pisze prof. Jacek KORONACKI
.Spojrzenie na społeczeństwo amerykańskie każe zapytać, co myśleć o kraju, w którym połowa głosujących – czyli 1/3 populacji obywateli uprawnionych do głosowania – jest za oddaniem najwyższych urzędów w państwie bezwstydnym zwolennikom zabijania nienarodzonych dzieci i pomylonym mecenasom transgenderyzmu? Co myśleć o kraju, w którym cała prawicowa elita polityczna, ekspercka i medialna powtarza do znudzenia hasła ograniczonego rządu i wolnej przedsiębiorczości, wspólnie z lewicą dbając by hasła te przypadkiem nie wychynęły z trumien, gdzie pierwsze zostało złożone prawie sto lat temu a drugie nieco później? W którym prawicowa elita tym różni się od lewicowej, że wszystkie lewackie szaleństwa obyczajowe zgadza się wprowadzać wolniej niż chciałaby tego lewica? Kto w takim kraju pamięta jeszcze znaczenie słowa konserwatyzm?
Poświęcony konserwatyzmowi artykuł Bruce’a Frohnena, opublikowany w wydanej przez renomowane wydawnictwo ISI Books w roku 2006 „Encyklopedii konserwatyzmu amerykańskiego”, tak się zaczyna:
Konserwatyzm jest tą filozofią [społeczną – przyp. jk], która stara się wspierać i ubogacać społeczeństwa charakteryzujące się szacunkiem dla odziedziczonych instytucji, wierzeń i praktyk, w których osoby doskonalą swój dobry charakter współpracując między sobą w takich pierwotnych i lokalnych związkach jak rodziny, kościoły i inne wspólnoty zorientowane na mnożenie wspólnego dobra na chwałę Bożą.
Dalej czytamy, że konserwatyzm sprzeciwia się liberalnemu indywidualizmowi i nie jest przywiązany do jakiejś konkretnej formy rządów, nie sprzeciwi się takiej, która wspierała wolność każdego w ramach potwierdzonego przez tradycję ładu społecznego, w zgodzie z Konstytucją. W artykule znajdujemy też takie stwierdzenia:
Konserwatyści wierzą, że istnieje naturalny ład świata. Jego fundamentem jest prawo naturalne, które pozwala rodzajowi ludzkiemu wywieść ogólne reguły, jak ludzie mają kształtować swoje życie zarówno jako jednostki, jak i wspólnie z innymi.[…]
Wizja konserwatywna jest mocno związana z tradycją humanizmu chrześcijańskiego, wedle którego każdy z nas ma prawo i obowiązek służenia Bogu poprzez realizowanie naszych powołań w codziennej wspólnocie z innymi.
Rok temu pisałem na stronach „Wszystko co Najważniejsze” [LINK] o dojmującym kryzysie społecznym i instytucjonalnym Stanów Zjednoczonych. Społeczeństwo podzieliło się na dwie rozłączne i nie mające sobie nic do powiedzenia części, obydwie żyjące w ramach instytucjonalnych, które nie mogą już trwać. Ujmując problem w karykaturalnym skrócie, gdyby nie ten społeczny rozpad i kryzys instytucjonalny, nie byłoby ani Prezydenta Joe Bidena, ani Prezydenta Donalda Trumpa. Zaś ujmując rzecz inaczej, Ameryka byłaby zupełnie innym krajem, gdyby opisany przez Bruce’a Frohnena konserwatyzm amerykański nie został dawno temu usunięty z politycznej sceny oraz nie umarł w umysłach i sercach zbyt wielu Amerykanów.
Hasłem, które wyniosło Donalda Trumpa do prezydentury w roku 2016 i które pozwoliło mu powrócić do roli przywódcy imperium amerykańskiego, było Make America Great Again („uczyńmy Amerykę na powrót wspaniałą”, inni powiedzą „wielką”, ale w każdym razie, w domyśle, „dla nas, Amerykanów”). Atoli, jeśli spojrzeć głębiej, hasłem, które wyniosło Donalda Trumpa do prezydentury było inne, logicznie z nim związane i jaśniejsze w swej treści, które zresztą często powtarzał na spotkaniach z wyborcami w roku 2016 – the American Dream is dead („Amerykańskie marzenie umarło”). Umarło marzenie, które powodowało dawnymi pokoleniami, szukającymi w Ameryce właściwego jej i niepowtarzalnego „amerykańskiego stylu życia” – godziwego życia w wolności, równości i możliwości zasłużonego społecznego awansu.
.To marzenie umierało razem z rosnącym poczuciem wyobcowania we własnym kraju, utratą pracy lub poczucia materialnego bezpieczeństwa, rozkładem lokalnych wspólnot i stąd się biorącym moralnym upadkiem zbyt szerokiego segmentu społeczeństwa. Przede wszystkim, umarło w elitach opiniotwórczych, które zgubiły się w zgiełku bełkotu demoliberalnego oraz hurra postępowego. A że marzenia łatwo nie umierają, chodzi tu o proces, który trwał całe pokolenia i o którym wiele już napisaliśmy.
Andrew Lytle, ważny reprezentant amerykańskiego Południa, tak pisał już w roku 1930:
[…] dążenie do szczęścia zostało zastąpione kręceniem się w kółko, pozbawionym nawet tej logiki, jaką kieruje się pies goniąc własny ogon.
Jest to sprawa konfliktu między ludźmi a nienaturalnym pokłosiem geniuszu inwencji. Jest to wojna na śmierć i życie między techniką a zwykłym ludzkim funkcjonowaniem. Prawa do takiego funkcjonowania są naturalnymi prawami człowieka, ale dziś, w XX a nie XVIII wieku, są to prawa zagrożone po raz pierwszy w historii.
[…] jesteśmy świadkami spektaklu zaiste tragicznego: widzimy ludzi oszalałych pod wpływem własnej inwencji, zastępujących samych siebie nieożywionymi przedmiotami. Ostatecznie jest to moralne i duchowe samobójstwo, po którym nastąpi destrukcja fizyczna.
Andrew Lytle i inni Południowcy byli przeciwni przemianom gospodarczym wymuszanym przez wielki pieniądz oraz wielki biznes. W soczewce ich krytycznych analiz skupiały się również przemiany społeczne i kulturalne. (W anglosaskim świecie podobnie do nich pisali wówczas angielscy dystrybucjoniści, wielki Gilbert Keith Chesterton i jego przyjaciel Hilaire Belloc.) Przemiany, które jak przystało na konserwatystów krytykowali, nie były skutkiem „wolnego wyboru” lub „sił rynkowych”, lecz świadomej polityki ekonomicznej, na przykład faworyzującej „agrobiznes” i urbanizację (później, w latach 50. Wieku XX, słynne przesłanie Ministerstwa Rolnictwa brzmiało get big or get out, czyli „rośnij albo znikaj”).
Nowy Ład Franklina D. Roosevelta, a zatem pierwsza jaskółka państwa opiekuńczego, potem II wojna światowa nie były dobrym czasem dla konserwatyzmu. Po roku 1945 nastała zimna wojna i przemysł wojenny musiał być nadal rozwijany, tym sposobem co najmniej utrudniając powrót do zapisanych w Konstytucji idei ograniczonego rządu i federalizmu.
Konserwatyści – z zasady niechętni interwencjom wojskowym poza granicami swojej ojczyzny – od początku zimnej wojny zgadzali się, iż powstrzymanie komunistycznej inwazji na świecie jest koniecznością. Spory wewnątrz tego środowiska dotyczyły pytania, jak długo ma Ameryka wysyłać swoich żołnierzy na wojny na drugim końcu świata. Natomiast zdaniem senatora Barry’ego Goldwatera to już Prezydent Eisenhower – niezależnie od dylematów związanych z prowadzeniem zimnej wojny – skapitulował przed naciskami Demokratów i zgodził się kontynuować budowę państwa opiekuńczego, według konserwatystów rozwiązania ustrojowego nie do przyjęcia. Goldwater zwrócił już w roku 1960 uwagę na to, że istotą różnic dzielących Republikanów i Demokratów przestają być różnice programowe, a staje się to jedynie, że Republikanie będą wprowadzać w życie takie same programy socjalne, ale według nich lepiej i taniej. Wybitny Murray Rothbard przydał swojej ojczyźnie w roku 1967 miano państwa opiekuńczo-wojennego (welfare-warfare state).
.I już wówczas kanadyjski myśliciel George Grant wyrzucał największym amerykańskim konserwatystom – nie wyłączając ich mentora Russella Kirka – naiwne niedostrzeganie zmowy łączącej korporacyjny kapitalizm i wszechobecne państwo opiekuńcze. Jak pisał Grant, szefowie wielkich korporacji popierali w wyborach prezydenckich w roku 1964 Demokratę Lyndona Johnsona z jego wielkim programem opiekuńczości państwowej, zaś wołanie Goldwatera – jego republikańskiego konkurenta do prezydentury – o rządy ograniczone traktowali jak głos z zaświatów. Był to wszak głos nie odpowiadający korporacyjnemu interesowi – pewności rozwoju dawanej przez unitarne państwo opiekuńczo-wojenne.
W owym czasie nie było trudno mamić społeczeństwo państwowo-opiekuńczymi hasłami obiecując dostatek i dobrostan wszystkim, z państwem w roli sprawiedliwego gwaranta tychże. Pisał Grant:
Amerykańskie wybory w roku 1964 dowiodły, że USA nie są społeczeństwem konserwatywnym. Stanowią imperium zapowiadające wiek postępu.
W przekupionym społeczeństwie konserwatyzm nie mógł być w łasce. Wszelako, podobnie jak kłamstwo, przekupstwo ma krótkie nogi. Lata 1970-te przyniosły ekonomiczne kryzysy i nadeszła era prezydenta, na którego konserwatyści mogli liczyć – era prezydentury Ronalda Reagana. Niestety, na przekór zgoła rozsądnym oczekiwaniom lata 1980-te przyniosły proces głębokiego i trwałego przedefiniowania amerykańskiego konserwatyzmu.
Wierni swoim poglądom konserwatyści tamtej doby – później nazwani starą prawicą albo paleokonserwatystami (plus obecna w tym gronie garstka tzw. paleolibertarian) – zostali na początku lat 1990-tych usunięci ze wszystkich wielkonakładowych czasopism opiniotwórczych oraz liczących się w politycznym świecie think-tanków. Na ich miejsce przyszli neokonserwatyści oraz ci z kręgów konserwatywnych, którzy za swoje przyjęli neokonserwatywne credo (jak np. tzw. chrześcijańska prawica).[1] Najkrócej mówiąc, neokonserwatywne credo to pochwała demoliberalizmu z misją jego szerzenia na całym świecie, a zatem również pozostanie u władzy oligarchii finansowo-korporacyjnej. Zwłaszcza w dekadzie poprzedzającej inwazję na Irak w roku 2003 i do końca prezydentury George’a W. Busha misja szerzenia demokracji na Bliskim Wschodzie przebiegała zgodnie z preferencjami premiera Izraela Benjamina Netanjahu.
.Godzi się wspomnieć, że do dziś pryncypialnie paleokonserwatywnym czasopismem pozostaje wspominany już dwukrotnie miesięcznik „Chronicles” (właściwie „Chronicles: A Magazine of American Culture” – taka jest jego pełna nazwa). Miesięcznik został ufundowany przez Johna Howarda z inicjatywy Leopolda Tyrmanda w roku 1977. Tyrmand przewodził magazynowi do swojej śmierci w roku 1985. Kolejnym redaktorem naczelnym został Thomas Fleming, zaś od roku 2021 magazyn jest prowadzony przez Paula Gottfrieda. Od początku miesięcznik był bliski środowisku Południowych Agrarian. Nie jest to oczywiście jedyne czasopismo konserwatywne w dawnym tego słowa znaczeniu, ale jest ich bardzo niewiele i wszystkie są czasopismami wybitnie niszowymi, o małych nakładach (albo ukazującymi się już tylko on-line). I jak się rzekło, gdy dziś pytać o środowiska konserwatywne, praktycznie nikt nie wymienia tych paleokonserwatywnych, czyli konserwatywnych w dawnym sensie.
Szanse na dziś
.Szczęśliwie, nie trzeba było być związanym ze środowiskiem paleokonserwatystów, by reprezentować orientację konserwatywną, czy przynajmniej w miarę bliską konserwatyzmowi. Takie wpływowe i niezwiązane też z neokonserwatystami środowiska istniały i istnieją, jak np. polityczni realiści, i także powstały środowiska nowe, jak crunchy conservatives („konserwatyści naturalnie tradycyjni”?) Roda Drehera czy prawica alternatywna (alt-right). Są też konserwatyści „niezależni”, nie związani z żadnym ośrodkiem myśli konserwatywnej.
Rozbrat na prawicy musiał smucić każdego konserwatystę, ale przecież ani nie znaczyło to, że wśród neokonserwatystów nie znajdziemy mądrych głosów konserwatywnych, ani nie znaczyło, że periodyki założone przez neokonserwatystów nie otworzą swoich łam dla konserwatystów „niezależnych”. Neokonserwatyzm z pewnością nie był też antychrześcijański w jego odłamie katolickim. W tym miejscu wypada przypomnieć takich jego wybitnych przedstawicieli jak naiwny w tym względzie apologeta „demokratycznego kapitalizmu”, Michael Novak, czy kiedyś pastor luterański, a później ksiądz katolicki, Richard John Neuhaus.[2] Ten drugi założył miesięcznik First Things, dziś szeroko otwarty dla głosów konserwatywnych.
Nonsensem byłoby zapomnieć o najpotężniejszych think-tankach na prawicy, takich jak Heritage Foundation czy Hoover Institution, również American Enterprise Institute, obrażając się na nie za to, że przyjęły w swoje szeregi neokonserwatystów, dysponują korporacyjnymi pieniędzmi albo przyznają stypendia dalekim od konserwatyzmu byłym politykom wysokiego szczebla. Czy tego chcemy, czy nie, mieć polityczne wpływy, proponować państwu polityczną strategię, to tyle co być zapleczem rządzącej oligarchii. I nie wyklucza to automatycznie możliwości działania dla dobra obywateli.
Głęboka reforma całej administracji, obejmująca wszystkie obszary jej działania, została rozpisana z inicjatywy organizacji Heritage Foundation. Udział w jej powstaniu miało około 400 ekspertów z wielu ośrodków badawczych oraz innych organizacji uznawanych za konserwatywne (tytuł broszury opisującej reformę to Project 2025).
Wszyscy myślący badacze i analitycy z tych środowisk dobrze rozumieją głębię amerykańskiego kryzysu społecznego, i wszyscy widzą konieczność odbudowy lokalnych wspólnot – rodzinnych, kościelnych, osiedlowych, przyszkolnych, także związkowych (jeśli przypomnieć sobie, że związki zawodowe nie tylko zajmowały się – najczęściej pozornie – ekonomicznym dobrem pracowników, ale również stanowiły dla nich naturalne wspólnoty). Wychodząc od zasady pomocniczości, proponują tworzenie autentycznych i żywych wspólnot lokalnych, które w obecnym kontekście ekonomicznym i politycznym będą w stanie żyć owocnie, w zgodzie z amerykańską tradycją i wrażliwością religijną, z czasem ogarniając coraz szersze kręgi społeczeństwa. Pracują nad programami działania dla takich wspólnot i całego kraju, programami zorientowanymi na pokonywanie konkretnych bolączek konkretnych grup społecznych. W chwili obecnej bodaj najważniejszym zadaniem, którego się podejmują, jest zaproponowanie powszechnie dostępnych dróg awansu społecznego dla osób z warstw niższych. Na przykład podmioty lokalne – publiczne i prywatne – mogą współpracować na rzecz obniżenia kosztów ubezpieczenia zdrowotnego, kosztów studiów wyższych i dla najuboższych kosztów wychowania dzieci. Są ci autorzy jak najdalsi od sugerowania wielkich programów państwowych, jakkolwiek widzą, że państwo może i powinno wspomóc poprawę kondycji narodu.
Tak działa np. środowisko skupione wokół kwartalnika National Affairs, któremu przewodzi Yuval Levin.
Wszystkie te środowiska dbają, by ich tezy mieściły się w ramach tej myśli, której przydaje się dziś miano konserwatyzmu „odpowiedzialnego” – by były dalekie od nurtu uznawanego za skrajny, a taki rzekomo reprezentują dziś wyklęci po wsze czasy paleokonserwatyści. Nie ma to istotnego wpływu na wartość prowadzonych analiz, gdy o wewnętrzne problemy kraju chodzi.
Co niesłychanie ważne, może najważniejsze, do głosów doświadczonych badaczy dołączają młodzi, tworząc nowe think-tanki. Oni wszyscy są dzisiejszymi konserwatystami, na polu tu opisanym myślącymi i działającymi niezależnie od tego, kto akurat zamieszkuje w Białym Domu i jaką politykę prowadzi. Dziś można również pokładać jakąś nadzieję w rodzących się oddolnych i lokalnych ruchach odbudowy wspólnot społecznych, i przynajmniej w nich ożywieniu narodowej tradycji oraz wspólnego dziedzictwa. Chodzi o ożywienie takich lokalnych wspólnot, które przywrócą obywatelowi podmiotowość i odnowią jego poczucie odpowiedzialności za siebie i innych. To oczywiście zadanie na pokolenia, na razie wykonalne dla wspólnot małych i na pewno nielicznych.
Szansa na jutro?
.Orestes Brownson stwierdził 160 lat temu, że powodzenie jego ojczyzny wymaga zrozumienia jej aktów założycielskich na sposób tomistyczny. Jego głos nie miał szansy, by zostać wysłuchanym. Ale też ten głos nie umarł. (Zręby myśli Brownsona przedstawiłem w miesięczniku „Wszystko co Najważniejsze” nr 61 [LINK]).
W kwietniu roku 1986 prof. Melvin Bradford, ówczesny prezydent (w owym czasie w sensie ścisłym, dziś w sensie szerokim) konserwatywnego Stowarzyszenia Filadelfijskiego, zorganizował w ramach dorocznego spotkania Stowarzyszenia debatę między dwoma zwaśnionymi już środowiskami – paleokonserwatystów i neokonserwatystów. Jak pisał w swej książce Paul Gottfried (Conservative Movement: Revised Edition (1992)), w której przedstawiał marginalizację prawdziwego, tradycyjnego konserwatyzmu:
w czasie debaty polała się krew. […] Stephen Tonsor, konserwatysta katolicki, oświadczył, że z każdą prawdziwie konserwatywną perspektywą integralnie jest związany chrześcijański arystotelizm. Wyraził też ubolewanie wobec arogancji byłych marksistów i radykałów [czyli neokonserwatystów – przyp. jk], którzy dziś chcą dyktować poglądy i politykę tym, którzy nigdy nie odstąpili od prawdy. Z drugiej strony, R. E. Tyrrell, redaktor naczelny „American Spectator”, wystąpił z tyradą przeciw „fałszywym konserwatystom”, którzy przyszli po to, by podzielić Prawicę. Tacy ludzie, powiedział Tyrrell, nie mieli pojęcia „jak wiele musieli wycieprpieć neokonserwatyści dla dobra sprawy”.
Myśl prof. Tonsora o popularności chrześcijańskiego arystotelizmu, czyli tomizmu, w kręgach konserwatystów amerykańskich, chociaż wyrażała piękne i mądre życzenie, była tylko życzeniem właśnie, a nie opisem stanu faktycznego. Słusznie tak ją skomentował prof. Gottfried (zresztą katolicyzmowi niezbyt przychylny, ale to nie jest tu istotne):
[…] arystotelizm chrześcijański, czy neotomizm, który Tonsor uznawał za zasadniczy dla intelektualnej Prawicy, nigdy nie był stanowiskiem więcej niż mniejszości powojennych konserwatystów.
Ciekawym pokłosiem debaty w Stowarzyszeniu Filadelfijskim było opublikowanie w tygodniku National Review [3] dwugłosu prof. Tonsora i ważnego intelektualisty neokonserwatywnego, którego nazwiska nie pomnę, o możliwych fundamentach formacji konserwatywnej. Neokonserwatywny polemista nie mógł się nadziwić, że prof. Tonsor jest gotów kruszyć kopie o to, czy ktoś raczej czyta Akwinatę, czy woli polegać na lekturze myślicieli pooświeceniowych.
Stara to historia, ale warta przypomnienia. Po pierwsze mówi, że „koncesjonowany konserwatyzm”, w którym pierwsze skrzypce mieli odtąd grać neokonserwatyści”, ma mieć niewiele wspólnego z … konserwatyzmem. I po drugie pokazuje złożony obraz prawdziwego konserwatyzmu w Ameryce. Reprezentantami tego prawdziwego byli i są paleokonserwatyści, ale nie tylko oni, z biegiem czasu przyszli inni, z tamtym starym ruchem niezwiązani. I rzeczywiście, arystotelizm chrześcijański, czy neotomizm, […] nigdy nie był stanowiskiem więcej niż mniejszości powojennych konserwatystów. Jednak przez cały czas był i pozostał stanowiskiem obecnym, ważnym, w rzeczy samej, bardzo ważnym.[4] Bo i jaki ma być fundament ładu, jeśli nie prawo naturalne, dane nam i przez nas poznawane, gdzie wolność nie jest wolnością abstrakcyjnej i autonomicznej jednostki, lecz jest wolnością we wspólnocie? Gdzie szukać źródła godności tej jednostki? Czerpiemy ze starożytnych Aten, Jerozolimy i Rzymu, i z tym zgadzają się wszyscy konserwatyści. Ale czerpiemy ostatecznie z Rzymu chrześcijańskiego, tego z papieżem na Tronie Piotrowym. I czerpiemy nie tylko z Rzymu pierwszych wieków chrześcijaństwa, jak chcieli purytanie, ale też – zwłaszcza! – czasu jego rozkwitu w wiekach średnich. Taka jest nasza historia i na niej jest zbudowana nasza cywilizacja. Zaś ów chrześcijański arystotelizm ujmuje tę prawdę najlepiej, chętnie ją wzbogacając o te jej aspekty, które odkryli oraz dobrze opisali inni myśliciele chrześcijańscy i również myśliciele innych wyznań, czy też ci, którzy nie dostąpili łaski wiary.
To prawda, że historia Ameryki jest w jakiejś mierze historią ufundowaną na odrzuceniu realistycznej i racjonalistycznej scholastyki XIII-wiecznej i w widocznym stopniu przyjęciu dopiero tej, która opowiedziała się za sceptycyzmem i woluntaryzmem Wilhelma Ockhama. Taka była historia Ameryki oraz protestantyzmu nie tylko w Ameryce. I w końcu uległ ów protestantyzm naporowi liberalizmu. Ten zaś umarł ostatnio śmiercią naturalną i Ameryce – całemu Zachodowi – zaczął grozić totalitaryzm.
.Czas tedy zacząć budować Amerykę postliberalną. Tak, jak po roku 1945 trzeba było działać, by zatrzymać pochód komunizmu. James Burnham, za młodu trockista, później związany z „National Review” od początku istnienia czasopisma do swojej śmierci w roku 1987, nawoływał do siłowego rozprawienia się ze Związkiem Sowieckim. Przeniósł na grunt amerykański nauki Wilfryda Pareta o cyrkulacji elit, przewidział „rewolucję menedżerską” oraz ostrzegał, iż demoliberalizm jest jak skazanie Ameryki na powolną śmierć albo eutanazję. W kręgu „Chronicles”, kontynuował jego spojrzenie na USA Samuel Francis (zmarł w roku 2005). Niestrudzenie i celnie atakował „państwo menedżerskie”. Był populistą, można rzec, iż wyprzedził Donalda Trumpa nawołując do tego, co dekady później stało się ruchem MAGA. Wyśmiewał „pięknych przegranych”, czyli konserwatystów z ich dogłębnymi analizami, ale niezdolnych do zaproponowania narodowi jakiejkolwiek strategii przeciwstawienia się nadchodzącemu upadkowi. Obydwaj niewierzący, nie sięgali do analizy fundamentów ładu społecznego. Za życia Burnhama USA były jeszcze krajem chrześcijańskim, na początku naszego wieku można jeszcze było mieć nadzieję na ożywienie „marzenia amerykańskiego” (American dream). Można zatem było fundamenty, na których zbudowano Amerykę uważać za dane, nie myśleć o nich.
Dziś odbudowę USA trzeba zacząć od naprawienia jej fundamentów. Tym to potrzebniejsze, że Ameryka „białych anglosaskich protestantów” (White Anglo-Saxon Protetstants, czyli WASP’s) jest już tylko historią. Na swój koniec sami ci „biali anglosascy protestanci” zapracowali. I zbyt duży oraz zbyt społecznie znaczący staje się udział innych grup etnicznych, by nie miało to wpływu na dzień dzisiejszy oraz przyszłość Ameryki.
Stany Zjednoczone potrzebują rechrystianizacji sięgającej ich fundamentów. Spoiwem tych fundamentów powinna stać się myśl św. Tomasza z Akwinu w jej współczesnym, mądrym wydaniu. Nauka Akwinaty musi zostać złączona z tą myślą angloamerykańskiego protestantyzmu, która tamtą naukę doceniała i z nią była zgodna. Musi wszak zostać zachowana historią i tradycją potwierdzona tożsamość kultury oraz instytucji amerykańskich. Dwudziestowieczni anglosascy filozofowie, również tacy myśliciele konserwatywni jak Russell Kirk, przygotowali grunt pod zasygnalizowaną syntezę. Ten grunt był również „nawożony” w naszym wieku, co ilustrują prace zacytowane na końcu tego rozdziału, np. Petera Augustine’a Lawlera, czy młodszego pokolenia Marca D. Guerry albo z ich udziałem powstałe. Bodaj pierwszymi, którzy piszą, jak naprawiać stare fundamenty wspierając się myślą tomistyczną, są Patrick Deneen oraz Adrian Vermuele. Obydwaj używają hasła „dobra wspólnego”, pierwszy odnosząc go do całości wspólnoty narodowej, drugi – będą prawnikiem – pisząc o konstytucjonalizmie, który owemu dobru wspólnemu ma służyć (ich książki też cytuję na końcu artykułu).
.Deneen jest myślicielem wysokiej klasy i zarazem, upraszczając nieco, populistą, który proponuje budowanie ładu chrześcijańskiego – przeciwnego indywidualistycznie zorientowanemu demoliberalizmowi – „od dołu”, poczynając od wsłuchania się w głos warstw niższych. Pisze o „klasie pracującej”, gdzie chciałby znaleźć jakiś rdzeń kultury i tradycji, oraz siłę, która skłoni elitę do podjęcia na powrót tych obowiązków, które pełnić powinna. To kierunek zwyczajnie błędny, oparty na utopijnym widzeniu owych warstw niższych ani dziś z natury konserwatywnych, ani tak chętnych do pracy. Prawie zapomina o tym, że to elity tworzą kulturę i cywilizację, i to z niej dobre wzorce promieniują niżej.
Vermuele widzi konieczność narzucenia wspólnocie tych wzorców, które dobru wspólnemu będą sprzyjać. Będąc prawnikiem, ogranicza się do szczegółowej analizy sztuki orzekania przez amerykańską władzę sądowniczą oraz postulowania takich zmian w tej sztuce, które narzucałyby całej wspólnocie prawdziwie pożądane – dyktowane przez przecież poznawalne przez człowieka – wzorce moralne. Jego spojrzenie jest spojrzeniem katolika integralnego. Jego postulaty są generalnie trafne, ale propozycje ich wprowadzenia w życie są ledwie zasygnalizowane i w gruncie rzeczy proponują zgodę Amerykanów na poddanie się władzy autorytarnej, nie wiadomo jaką drogą ustanowionej (jako osoba niekompetentna w tym względzie, pomijam ocenę trafności jego analiz orzecznictwa obecnego – jego analizy zostały poddane krytyce przez wielu prawników konstytucjonalistów, ale i tej krytyki nie potrafię ocenić). Warto w tym miejscu odnotować książkę autora wybitnego, profesora prawoznawstwa, konstytucjonalisty, który od samego początku, od roku 1988, był najważniejszym rzecznikiem działań Kongresu (i współautorem ustaw) w obronie życia nienarodzonych, Hadleya Arkesa Mere Natural Law: Originalism and the Anchoring Truths of the Constitution (2023). To chyba najlepszy wykład profesora prawoznawstwa amerykańskiego jak wpleść nauczanie Akwinaty do orzecznictwa Sądu Najwyższego.
.Książki Deneena i Vermuele’a są chyba pierwszymi propozycjami naprawy fundamentów ustrojowych USA, przyjmującymi perspektywę tomistyczną. Zaledwie otwierają debatę, ale to debata, która musi być kontynuowana. Będzie to debata trudna, obfitująca w spory bardzo gorące. Przypominanie Amerykanom św. Tomasza z Akwinu, namowa, by wrócić do tomistycznego rozumienia prawa naturalnego, nie będą łatwo przyjęte, raczej się spotkają – już się spotykają – z brakiem zrozumienia, jeśli nie niechęcią albo wrogością. Tym bardziej, że to autorzy katoliccy – nie protestanci – ważą się proponować reformę ustrojową Ameryki. Do tego przywołują scholastyka największego, którego katolicy docenili, a protestanci najczęściej nie. Jakby tego było mało, dzisiejsze środowiska opiniotwórcze nie potrafią albo nie chcą wyjść poza nowożytność i tylko tam szukają źródeł tożsamości amerykańskiej, głównie u Johna Locke’a. Dbają o to, by z historii wyrugować wszystko, co katolickie. W ostatnich latach m.in. Yoram Hazony podjął się pisania prostestancko-żydowskiej wersji historii konserwatyzmu (i całego Zachodu). Ale kropla drąży skałę. A skała jest zmurszała. Przed Ameryką długa i bardzo trudna droga do społecznej normalności albo krótsza do ostatecznej społecznej i kulturalnej klęski.
Artykuł jest częścią przygotowywanej do druku książki pt. „Między obłędem a trwaniem”.
Literatura:
Hadley Arkes, Mere Natural Law: Originalism and the Anchoring Truths of the Constitution (2023)
Francis J. Beckwith, Robert P. George i Susan M. Williams, A Second Look at First Things: A Case for Conservative Politics, Hadley Arkes Festschrift, 2013
Patrick Deneen, Why Liberalism Failed, 2018
Patrick Deneen, Regime Change: Towards a Postliberal Future, 2023 (p. też recenzje: Petera Leitharta w „First Things”, Ethana Alexander-Davey’ego i Luke’a Sheahana w „Pietas”)
Marc D. Guerra, Christians as Political Animals: Taking the Measure of Modernity and Modern Democracy, 2010
Marc D. Guerra (red.), Jerusalem, Athens, & Rome. Essays in Honor of James V. Schall, SJ, 2013
Peter Augustine Lawler, Modern and American Dignity: Who We Are as Persons, and What That Means for Our Future, 2010
Peter Augustine Lawler i Marc D. Guerra (red.), Science, Virtue, nad the Future of Humanity, 2015
Yuval Levin, The Fractured Republic: Renewing American Social Contract in the Age of Individualism, 2016
Yuval Levin, A Time to Build: From a Family and Community to Congress and the Campus, How Recommitting to Our Institutions Can Revive the American Dream, 2020
[1] Krótkiej historii konserwatyzmu po roku 1945 oraz przeistoczenia go w neokonserwatyzm z zachowaniem dla tej nowej orientacji nazwy „konserwatyzm” poświęcony jest rozdział 1 oraz część rozdziału 16 mojej książki „rwatyzm na progu XXI wieku” (von borowiecky 2015). W rozdziale 16 można przeczytać o kalumniach, jakie spotkały paleokonserwatystów ze strony neokonserwatystów w przededniu najazdu USA na Irak. Doskonałe syntezy tej historii zawierają łatwo dostępne przez Internet eseje prof. Jacka Bartyzela.
[2] Antychrześcijańskie, przede wszystkim antykatolickie było stanowisko neokonserwatystów pochodzenia żydowskiego, zwłaszcza dopóty, dopóki nie podniósł głowy islam. Muzułmańska „święta wojna” kazała im docenić rolę, jaką w USA odgrywała protestancka chrześcijańska prawica. Neokonserwatyści pochodzenia żydowskiego są zarazem bliscy swemu wielkiemu mentorowi, prof. Leo Straussowi, w postrzeganiu miejsca Żydów w społeczeństwie. Przykładowo, w eseju „Dlaczego pozostajemy Żydami” Strauss zgadzał się z Nietzschem, że losem Żydów jest mieć mocną pozycję wśród elit, jako że mają doświadczenie największe w sprawach ludzkich i kiedyś staną się przewodnikami Zachodu, jak przystało narodowi wybranemu. Ważną książkę na temat poglądów jego oraz jego uczniów napisał Paul Gottfried: Leo Strauss and the Conservative Movement in America: A Critical Appraisal (2012); jednocześnie, i to trzeba podkreślić, nie wolno pomniejszyć wagi dorobku filozoficznego Leo Straussa.
[3] Magazyn ten, założony przez Williama F. Buckleya Juniora w roku 1955, szybko stał się jednym z „flagowych” periodyków konserwatywnych (obok wcześniej założonych: Human Events, The Freeman, American Mercury). Nie sposób przecenić roli, jaką odegrał w historii prawdziwego konserwatyzmu powojennego założony przez Russella Kirka w roku 1957 kwartalnik Modern Age. Kirk, któremu konserwatyzm amerykański drugiej połowy wieku XX zawdzięcza bodaj najwięcej, publikował również w National Review. Niestety, Buckley Jr zdradził konserwatyzm i razem ze swoim czasopismem dołączył w latach 1990-tych do nurtu neokonserwatywnego.
[4] Z wymienionych w tym rozdziale wybitnych paleokonserwatystów katolikami byli Russell Kirk, William Buckley Jr, Melvin Bradford, Stephen Tonsor, R. Emmet Tyllerr, Thomas Fleming był wyznania prawosławnego, ale nawrócił się na katolicyzm, Leopold Tyrmand doceniał wagę katolicyzmu w kulturze (i został za to wyklęty przez neokonserwatystów). Wagę katolicyzmu doceniał również paleolibertarianin Murray Rothbard. Często przeze mnie cytowany filozof i katolik Peter Augustin Lawler został w roku 2017 redaktorem naczelnym kwartalnika Modern Age, ale zmarł nagle i przedwcześnie ledwie objął tę funkcję.




