Prof. Mariusz WOŁOS: Skąd się wziął zwrot Cud nad Wisłą?

Skąd się wziął zwrot Cud nad Wisłą?

Photo of Prof. Mariusz WOŁOS

Prof. Mariusz WOŁOS

Historyk. Prorektor ds. nauki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie oraz kierownik Katedry Najnowszej Historii Powszechnej. Członek Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych. Laureat nagrody Wacław Jędrzejewicz History Medal, przyznawanej przez Instytut Józefa Piłsudskiego w USA.

zobacz inne teksty Autora

Wojna polsko-sowiecka rozpoczęta na przełomie 1918 i 1919 r., a zakończona traktatem ryskim podpisanym 18 marca 1921 r., to dobry przykład funkcjonowania mitów, stereotypów, błędnych i nieprecyzyjnych pojęć nie tylko w prasie czy publicystyce, ale nawet w literaturze naukowej – pisze prof. Mariusz WOŁOS

.Zacznijmy od tego, że wbrew stereotypom nie była to wcale „wojna 1920 roku”, ponieważ starcia między prącymi na zachód oddziałami Armii Czerwonej a Samoobroną Litwy i Białorusi rozpoczęły się jeszcze w końcu grudnia 1918 r. Niemal dokładnie w tym czasie Samoobrona stała się częścią integralną formowanego Wojska Polskiego.

Po drugie, nie była to również „wojna polsko-bolszewicka”, bo przeciwnikiem Polaków była Armia Czerwona – siła zbrojna sowieckiej Rosji i Ukrainy. Strona polska nie walczyła z partią bolszewicką, ale z państwami sowieckimi. Nie wszyscy krasnoarmiejcy byli bolszewikami. Nie brakowało wśród nich znanych dowódców rosyjskich z okresu pierwszej wojny światowej, jak choćby gen. Aleksiej Brusiłow.

Po trzecie, nie była to też „wojna polsko-rosyjska”, bo brała w niej udział także sowiecka Ukraina, stanowiąca formalnie odrębne państwo i oddzielny podmiot na arenie międzynarodowej. Przedstawiciele sowieckiej Ukrainy byli obok reprezentantów sowieckiej Rosji sygnatariuszami traktatu pokojowego w Rydze.

Także powszechnie używane jeszcze dziś określenie „Bitwa Warszawska” jest dalekie od precyzji, bo niedwuznacznie sugeruje walki na ulicach polskiej stolicy, do których wówczas nie doszło. W sierpniu 1920 r. rozegrała się natomiast bitwa pod Warszawą lub też toczyły się walki na przedpolach Warszawy.

Sformułowanie „Cud nad Wisłą” to już niemal czysta propaganda. Twórcą tego określenia jest Stanisław Stroński, zagorzały i zdeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego, publicysta prawicowy, do tego wybitny romanista z akademickim statusem. Modlił się on o „cud Wisły” jeszcze w przededniu najważniejszych starć. Nie był przy tym oryginalny. Jako osoba świetnie oczytana w prasie i literaturze francuskiej nawiązywał po prostu do „cudu Marny” we wrześniu 1914 r., który uratował Paryż, gdy Francuzom udało się odeprzeć oddziały niemieckie niemal na przedpolach swojej stolicy. Analogia była tu wyraźna.

W polskich warunkach początek kontrofensywy znad Wieprza, która stała się przełomowym momentem wojny, szybko powiązano ze świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przypadającym w Kościele rzymskokatolickim na 15 sierpnia. W ten oto sposób sugerowano, że przed nawałą bolszewicką Polskę uratowały siły wyższe, nadprzyrodzone. Stało to w sprzeczności z piłsudczykowskim (i nie tylko) ujęciem tej samej sprawy, wedle którego dokonać się to miało „męstwem żołnierza, geniuszem wodza”.

Na tym nie kończą się stereotypy o wojnie polsko-sowieckiej. Jeśli spojrzymy na ten konflikt z punktu widzenia publikacji obcojęzycznych, to zobaczymy odmienność perspektyw, znacząco rozchodzących się z polskim oglądem tego trudnego momentu dziejów. Jeden tylko przykład. W opublikowanym w 2011 r. rosyjskim podręczniku szkolnym hasło „wojna polsko-sowiecka” umieszczono w rozdziale pt. „Wojna domowa w Rosji”. Nie jest to przypadek. Konflikt polsko-sowiecki w Rosji wciąż postrzega się jako część interwencji obcych państw w wewnętrzne sprawy kraju rządzonego przez Władimira Lenina. Bez skrupułów wskazano też winnego rozpoczęcia wojny: „25 kwietnia 1920 r. polski lider J. Piłsudski, hołdujący planom utworzenia «Wielkiej Polski od morza do morza», rozpoczął swój «pochód na Sowiety»”. Próżno szukać słowa o tym, że półtora roku wcześniej „swój pochód” na Wilno i na zachód rozpoczęła Armia Czerwona, wykonując rozkazy bolszewickich wodzów, którzy nie oglądali się ani na granice etnograficzne, ani na wolę – nierosyjskich przecież – mieszkańców Litwy, Białorusi, Ukrainy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do cytowanego podręcznika. Pojawienie się oddziałów Frontu Zachodniego Armii Czerwonej na przedmieściach Warszawy tak oto skomentowano na jego stronicach: „Na fali euforii związanej z szybką ofensywą kierownictwo sowieckie próbowało przekształcić wojnę obronną w wojnę rewolucyjną. Wraz z hasłem rewolucji w Polsce na porządku dnia pojawiło się pytanie o zwycięstwo rewolucji w Niemczech, a potem w całej Europie”. To zawoalowane potwierdzenie, że plany Lenina i jego towarzyszy szły znacznie dalej niż tylko ujarzmienie Polski. Bolszewicy działali metodycznie, kierowani obsesją eksportu rewolucji w ich wydaniu i pod ich kontrolą, skądinąd niekoniecznie tylko w kierunku zachodnim, bo także ku Bałkanom.

Co ciekawe, w cytowanym podręczniku autorem polskiego kontruderzenia nie był ani Piłsudski jako naczelny wódz, ani nawet szef Sztabu Generalnego gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, ani Francuz gen. Maxime Weygand, lecz gen. Władysław Sikorski. Powody klęski w wojnie z Polską skomentowano bez rozwijania myśli następująco: „Główna przyczyna tak tragicznego przebiegu polskiej kampanii – poważne polityczne i wojskowe błędy popełnione przez bolszewickich wodzów. Hasło Polskiej Republiki Rad nie znalazło poparcia u większości Polaków”.

Po prostu zdecydowana większość Polaków chciała wolności i była świadoma, że walczy o dopiero niedawno odzyskane po zaborach państwo, o niepodległość, o suwerenność, o podmiotowość, o prawo decydowania o własnym losie. Słowem, walczy o wszystko, co najważniejsze. Wyrazem tego było porzucanie ław szkolnych i wstępowanie młodzieży w szeregi Wojska Polskiego. Ochotników było tak wielu, że nie dla wszystkich starczało broni.

Korzystny dla strony polskiej przełom w wojnie w sierpniu 1920 r. to nie tylko bitwa na przedpolach Warszawy, walki o Radzymin i Ossów czy skuteczna obrona przez 5. Armię gen. Sikorskiego linii rzeki Wkry. Inaczej mówiąc, to nie tylko „Bitwa Warszawska”. Front rozciągał się od byłej Galicji Wschodniej aż po Prusy Wschodnie i okolice Torunia. Oddziały Armii Czerwonej trafiły na twardą obronę pod Zadwórzem na przedpolach Lwowa, zasadnie nazywanych „polskimi Termopilami”, gdzie większość obrońców zginęła lub została zamordowana w okrutny sposób. To także obrona takich miast, jak Zamość, Płock czy Włocławek, która uniemożliwiła oskrzydlenie Warszawy przez krasnoarmiejców. To setki drobniejszych starć na całej linii frontu.

Zwycięska dla Polski wojna miała też swoich cichych bohaterów, wytrwale pracujących na zapleczu frontu. Jednym z nich był niewątpliwie gen. Kazimierz Sosnkowski, wiceminister, potem minister spraw wojskowych. Latem 1920 r. wykonywał on tytaniczną, efektywną, choć nie zawsze efektowną pracę w celu organizacji Wojska Polskiego. Jego energia, umiejętności i działania to niemały wkład w zwycięstwo, o czym wciąż mówi się i pisze za mało. Byli i inni cisi bohaterowie.

Łamanie szyfrów stosowanych przez bolszewików i dowódców sowieckich, kapitalne działania polskiego radiowywiadu, skuteczne pozyskiwanie informacji drogą wywiadowczą pozwoliło na uprzedzanie wielu ruchów przeciwnika. Piłsudski miał rację, mówiąc, że była to pierwsza wojna od niepamiętnych czasów, w trakcie której Polacy wiedzieli więcej o nieprzyjacielu, niż on wiedział o nich. Trzeba tu wymienić nazwisko wybitnego kryptologa specjalizującego się w łamaniu sowieckich szyfrów, kpt. Jana Kowalewskiego.

Wbrew panującym opiniom Polacy nie byli w tej wojnie osamotnieni, nawet jeśli spora część elit Europy Zachodniej, nie mówiąc już o środowiskach lewicowych, kierowała swoją sympatię ku Moskwie lub zajmowała stanowisko obojętne czy wyczekujące. Niemały wpływ na kondycję i organizację armii polskiej miała Francuska Misja Wojskowa, przebywająca nad Wisłą już od wiosny 1919 r. Jednym z jej członków był nieznany wówczas kpt. Charles de Gaulle. Bez dostaw francuskiej, a zwłaszcza węgierskiej amunicji w sierpniu 1920 r. żołnierze polscy nie mieliby czym strzelać, ponieważ na terenie Rzeczypospolitej nie było przemysłu zbrojeniowego, o co zadbali zaborcy jeszcze z XIX wieku. Nie można zapominać o amerykańskich lotnikach walczących po stronie polskiej. Wymienić wreszcie trzeba wiernych sojuszników spod znaku atamana Symona Petlury, którzy w aliansie z Polską widzieli drogę do budowy wolnej, niepodległej Ukrainy. To właśnie Ukraińcy bronili wraz z Polakami Zamościa.

.W ostatnim trzydziestoleciu wojna polsko-sowiecka została przywrócona do historycznej pamięci. Zabiegi komunistów zmierzające do jej wymazania zakończyły się fiaskiem. Pamięć o zwycięskim dla Polski konflikcie militarnym nabiera dziś nowego znaczenia w obliczu agresji rosyjskiej przeciwko Ukrainie. Jest bowiem dowodem zwycięstwa Dawida nad Goliatem.

Mariusz Wołos
Tekst pierwotnie ukazał się na łamach portalu “DlaPolonii” [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 sierpnia 2022
Fot. Grazyna Myslinska / Forum