Robert QUITTA: Muzyka cukierkowa, hałasy i głupstwa

Robert QUITTA: Muzyka cukierkowa, hałasy i głupstwa

Photo of Robert QUITTA

Robert QUITTA

Austriacki filozof i reżyser, krytyk oraz dyrektor wielu scen teatralnych. Wyreżyserował 51 spektakli

Ryc. Fabien CLAIREFOND

Śladami Chopina, Leszetyckiego, Paderewskiego, Szymanowskiego i Pendereckiego w Wiedniu – Robert QUITTA

.Powszechnie wiadomo, że Fryderyk Chopin gościł w Wiedniu dwukrotnie, w latach 1829 i 1830–31. Za pierwszym razem został bardzo gorąco przyjęty – choć niektórzy skarżyli się, że gra „zbyt dyskretnie i zbyt cicho”. Za drugim razem z różnych powodów tak bardzo poczuł się odrzucony, że – choć w okresie tym skomponował 30 utworów – zdecydował się na wyjazd do Paryża. Tam też stał się tym Chopinem, którego wszyscy dziś znamy.

Ta ambiwalencja samozwańczej „światowej stolicy muzyki” w stosunku do Chopina była widoczna także później. Choć jego muzyka zawsze cieszyła się popularnością wśród wiedeńczyków, to na przykład Josef Schalk, uczeń Brucknera, ośmielił się zarzucić polskiemu kompozytorowi, że pisze „nieniemiecką, sentymentalną muzykę salonową”, a nawet „przyjemną muzykę cukierkową, której brakuje głębi”. Przeciwstawia temu „poważne arcydzieła naszej wzniosłej sztuki muzycznej – stworzone przez Bacha, Beethovena i Wagnera – które wykluczają wszelkie ustępstwa na rzecz przyjemności”. Tak, „przyjemność” to diabelstwo i nieniemieckość! Gdzie byśmy skończyli, gdyby muzyka była po to, by dawać ludziom przyjemność? Jakkolwiek straszna i groteskowa jest ta postawa, ta pogarda i ta nienawiść wobec muzyków „walijskich”, „żydowskich” i „słowiańskich” (i jak bardzo to zapowiada i przygotowuje katastrofalne wydarzenia polityczne XX wieku), Schalk nie jest w tym osamotniony i nie dotyczy to tylko Fryderyka Chopina – co oczywiście nie jest żadnym pocieszeniem.

Inny geniusz stulecia, Gioacchino Rossini, podczas swojego legendarnego i triumfalnego występu gościnnego w Wiedniu w Teatrze przy Bramie Karynckiej nie wypadł wcale lepiej. Publiczność była pełna euforii i entuzjazmu, ale krytycy, a zwłaszcza niezbyt przebojowi koledzy artysty (przede wszystkim Schubert!) nie zostawili na nim suchej nitki. Ta tradycja umniejszania i patrzenia na niego z góry trwa niestety do dziś i nawet wielki Nikolaus Harnoncourt nie mógł się powstrzymać od wychwalania Schuberta pod niebiosa przy każdej nadarzającej się okazji – a obrażania i opluwania Rossiniego („przez całe życie nie napisał ani jednej serdecznej nuty”).

„Zbrodnia” Chopina i Rossiniego (ale także wielu innych: Mendelssohna, Offenbacha, Dvořáka itd.) jest zawsze taka sama: pozorna „lekkość”, pewna „wesołość” i w ogóle udane dążenie do wprowadzenia słuchacza w stan radości, przyjemności i szczęścia. A to oczywiście w ogóle nie jest możliwe… Bo jeśli na koniec sześciu godzin wrzasku wszyscy uczestnicy nie giną w ogólnoświatowej pożodze, to nie można traktować tego jako muzyki „poważnej”.

Patrząc na to z tak zniekształconej perspektywy, nie można się dziwić, że – mimo ciągłej i niesłabnącej popularności – tradycja chopinowska w Austrii nie jest zbyt silna. Dziś jest tylko kilku austriackich pianistów, którzy mają Chopina w swoim repertuarze, a jeszcze mniej jest takich, którzy dzięki niemu zdobyli sławę. A ci nieliczni, którzy go grają, według zgodnej opinii znawców, grają go „źle”, czyli wyłącznie w stylu „szkoły wiedeńskiej”.

Być może Chopin miał po prostu pecha – pomijając wspomniane wcześniej uprzedzenia wobec niego. Sam z siebie nie miałby bowiem nic przeciwko temu, by kontynuować karierę w wiedeńskim środowisku koncertowym, wręcz przeciwnie: specjalnie na potrzeby tej „misji” wyszkolił uczennicę. W latach 1839–45 udzielał w Paryżu prywatnych lekcji pochodzącej z Wiednia Friederike Marii Wilhelmine Müller i od razu uznał ją za swoją ulubioną uczennicę. Jej ponad 230 listów, które napisała do swojej ciotki Zofii, długo uważano za zaginione, ale niedawno się odnalazły i zostały wspaniale zredagowane przez Utę Goebl. Stanowią one wyjątkowy dokument. Friederike nie tylko opisuje szczegółowo niemal każdą ze swoich ponad 170 lekcji z Chopinem, ale nawet odtwarza wiele rozmów z nim i dzięki temu pozwala nam bezpośrednio doświadczyć, jak oceniał on twórczość swoją i innych muzyków oraz jakie miał zasady nauczania.

Ostatecznie Chopin wysyła swoją uczennicę (nazywaną „Pinerl”) do Wiednia w 1845 roku, niemal wbrew jej woli („nienawidzę Wiednia”, pisze Friederike), z precyzyjnym poleceniem: „On wie, że będę miała duży wpływ na świat muzyczny w Wiedniu i że moi uczniowie muszą grać moją, to znaczy jego metodą, zupełnie inaczej niż wszyscy inni. Tego sobie życzył i bardzo się cieszył, że będzie dzięki mnie w Wiedniu zrozumiany i »przetłumaczony«”.

Niestety, ten mistrzowski plan nie do końca się powiódł. Panna Müller dała kilka koncertów w swoim rodzinnym mieście. Nie zostały one zbyt pozytywnie odebrane (szczególnie nie ten – ironia losu! – podczas którego grała utwory swojego mistrza). I tak ulubiona uczennica postanowiła odłożyć na bok karierę solistki – i wyjść za mąż za owdowiałego fabrykanta fortepianów Johanna Streichera. A gdyby tak się nie stało? Któż może to wiedzieć!

Do niedawna jedynym znaczącym austriackim interpretatorem Chopina był Friedrich Gulda (1930–2000), który zbierał entuzjastyczne recenzje: „Friedrich Gulda gra utwory polskiego kompozytora inaczej niż reszta jego pokolenia. Chodzi mu nie tyle o efektowne odróżnienie się od innych, ile o zgłębienie muzyki Chopina. Na przykład 24 Preludia op. 28, nieraz nienawidzone przez studentów fortepianu ze względu na ich niezmiernie zawiłą wirtuozerię. Zostały nazwane przez kompozytora „preludiami”, a w rzeczywistości są tajemniczymi, metafizycznymi szkicami romantycznymi, rozwijającymi z nietypową dla tamtych czasów otwartością fascynujące spektrum emocji, które znajdziemy dopiero w utworach Claude’a Debussy’ego o tym samym tytule, ponad pół wieku później. Gulda poświęca się tym dziełom z wielką przenikliwością. Jego interpretacja jest jasna i pełna szacunku, niezwykle inteligentna. Podobnie subtelnie Gulda potraktował I Koncert fortepianowy e-moll, który wykonał w Londynie wraz z Londyńską Orkiestrą Filharmoniczną pod batutą sir Adriana Boulta. Jeszcze bliższa geniuszowi jest jego interpretacja ballad. Gulda, od dawna zarażony wirusem wolności muzyki jazzowej, jego drugiej pasji, traktował ballady jako okazję do eksperymentowania, mimo że dość wiernie w stosunku do zapisu nutowego. Utwory te już same w sobie mają interpretacyjną siłę” („Klassik Akzente”).

Byłyby to więc całkiem obiecujące początki współczesnej austriackiej tradycji chopinowskiej. Problem polega na tym, że Gulda dał wszystkie te koncerty w latach 1954–55, a późniejszą światową sławę zyskał, grając nie Chopina, lecz Bacha, Beethovena i Mozarta. W dodatku nagrań jego interpretacji utworów Chopina nie dokonała wytwórnia płytowa, ale osobisty asystent Guldy na amatorskim sprzęcie – dla własnych potrzeb pianisty. Dopiero dzięki synowi Friedricha, Paulowi, który odnalazł taśmy, te niezwykłe dokumenty dźwiękowe zostały wydane przez Deutsche Grammophon w rocznicę chopinowską w 2010 roku. Stracona szansa…

Pierwszym i jedynym austriackim pianistą, który od czasu wizyty Chopina w Wiedniu zasłynął, wykonując utwory polskiego geniusza, jest Ingolf Wunder (ur. 1985). W tym samym roku, w którym ukazały się pośmiertne nagrania Guldy, wydano w Deutsche Grammophon pierwsze płyty CD Wundera. Również w jego przypadku recenzenci prześcigają się z pochwałami: „Subtelne, poetyckie wykonanie, kontrolowane, stałe, pewne i profesjonalne. Jego zdolności pianistyczne są absolutnie doskonałe. Trzeba by się cofnąć o prawie 80 lat, do nagrań Ignacego Friedmanna, żeby znaleźć coś w miarę podobnego. Osobiste i autentyczne, ale bez zbędnych popisów, z subtelną magią. Charakteryzujące tę muzykę elementy improwizacji oraz rygorystyczne uchwycenie formy i tempa przez Wundera tworzą fascynujące połączenie”.

Kontrakt płytowy i entuzjastyczne recenzje nie są niczym dziwnym – na najbardziej prestiżowym konkursie chopinowskim w Warszawie 25-letni Wunder wprawdzie nie zdobył pierwszego miejsca, lecz „tylko” drugie (ku irytacji publiczności), ale zrekompensowały mu to aż trzy nagrody specjalne.

Jego wielki (i trwały) sukces nie obala jednak mojej tezy o karygodnym zaniedbaniu Fryderyka Chopina przez oficjalne austriackie życie muzyczne. Bo taki talent, jak w przypadku Wundera, może mieć austriacki paszport, ale jego fenomen powstał wyłącznie dzięki polskiej pomocy. Młody Ingolf miał odwagę napisać list do jednego z największych interpretatorów Chopina naszego stulecia, Adama Harasiewicza (mieszkającego w Salzburgu), prosząc go o pomoc. Polski mistrz wziął go pod swoje skrzydła i udzielał mu prywatnych lekcji. Intuicja Harasiewicza była trafna.

Jak widać, jeśli chodzi o Chopina, w Austrii bez aktywnego polskiego wsparcia nie dzieje się nic. Nawet jedyne dwa (skromne) hołdy dla polskiego kompozytora zostały zainicjowane przez zasłużone austriackie Towarzystwo Chopinowskie (pod kierownictwem prof. Theodora Kanitzera), ale nie były finansowane przez Republikę Austrii, lecz przez Rzeczpospolitą Polską. Najstarsze świadectwo pamięci o Chopinie w Wiedniu, niewielka tablica pamiątkowa, znajduje się w środku miasta, przy Kohlmarkt 9, w bezpośrednim sąsiedztwie domów Metastasia i Salieriego. Najnowszym jest pomnik Chopina, który znajduje się w Ogrodzie Szwajcarskim obok zburzonego Dworca Wschodniego. Pomnik, zaprojektowany zaledwie 10 lat temu przez polskiego artystę Krzysztofa Bednarskiego, jest bardzo ciekawy: profil kompozytora z wyciętymi prostokątnymi otworami, symbolizującymi klawisze fortepianu. Ale co to za miejsce! Ludzie, którzy ten pomnik tam ustawili, chyba nie wiedzieli, że zbombardowany w czasie wojny Ogród Szwajcarski jest opustoszałym parkiem o złej reputacji, niekoniecznie odwiedzanym przez miłośników muzyki.

Wiedeński, powiedzmy ostrożnie, powściągliwy stosunek do Chopina jest tym bardziej niezrozumiały, że w mieście tym właściwie w ogóle nie ma antypolskich nastrojów. W zbiorowej świadomości wciąż bowiem obecna jest wielka wdzięczność wobec króla Jana III Sobieskiego i jego chrześcijańskiej armii, która zwycięsko zakończyła oblężenie tureckie.

Mały, ale piękny – i zawsze przepełniony – polski kościół w trzeciej dzielnicy (z pomnikami Jana Pawła II, Katyńskim i Smoleńskim) jest popularny nie tylko wśród Polonii, ale również wśród miejscowych, podobnie jak obficie zaopatrzone okoliczne polskie supermarkety.

Bez polskich profesorów nie do pomyślenia byłaby wiedeńska szkoła muzyczna XIX wieku, zwłaszcza bez pianisty i kompozytora Teodora Leszetyckiego, który urodził się we Lwowie. W Wiedniu stał się jednym z największych nauczycieli fortepianu swoich czasów. Studenci z całego świata chcieli uczyć się według jego metody, którą – jak twierdził – przejął od Czernego i pogłębił. Do jego najbardziej znanych uczniów należeli Artur Schnabel, Paul Wittgenstein, Ignacy Friedman oraz Ignacy Jan Paderewski. Późniejszy polski premier i bohater narodowy studiował u Leszetyckiego i czuł się w Wiedniu bardzo dobrze (jak sam relacjonował).

Formujące i decydujące były lata studiów (1911–1913) w Wiedniu dla Karola Szymanowskiego, „najważniejszego polskiego kompozytora XX wieku” (jak głosi tablica przy Argentinierstrasse 4-6).

.Inny ważny polski kompozytor, Krzysztof Penderecki, również nie miał łatwo w austriackiej stolicy. Wiedeńscy krytycy zarzucali mu początkowo, że „produkuje hałasy, ale nie muzykę”, i że po prostu popełnia „głupstwa”. Dekady później święcił największe triumfy w Operze Wiedeńskiej (Diabły z Loudun, Czarna maska) i w Złotej Sali Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego (Tren – Ofiarom Hiroszimy, Sextet, Koncert podwójny na skrzypce, altówkę i orkiestrę). Wiedeńska publiczność na koncertach reagowała entuzjastycznie. Nawet dawni krytycy nawrócili się i orzekli, że Penderecki jest „klasykiem naszego wieku”. Po odejściu mistrza przewodniczący parlamentu austriackiego Wolfgang Sobotka (wcześniej nauczyciel muzyki) powiedział, że dzieło maestra pozostanie nieśmiertelne.

Wypada mieć nadzieję, że austriacko-polska przyjaźń muzyczna może w końcu się ułoży.

Robert Quitta
Tekst ukazał się w nr 45 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 września 2022