Ryszard CZARNECKI: Gra o Bałkany

TSF Jazz Radio

Gra o Bałkany

Ryszard CZARNECKI

Polityk Prawa i Sprawiedliwości. Poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, od 2014 jego wiceprzewodniczący. Były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej. Absolwent historii na Uniwersytecie Wrocławskim.

zobacz inne teksty autora

To Kreml stał za zamieszkami w Macedonii, to Moskwa posiada decydujące wpływy w sektorze energetycznym Serbii i w dużej mierze Bułgarii (państwie członkowskim UE!). Rosja nasiliła swoją obecność na Bałkanach. Obecni są wszyscy. Z polskiego punktu widzenia warto dziś szczególnie zainteresować się Bałkanami i grą, która tam się toczy – pisze Ryszard CZARNECKI

.Bałkany to pasjonujący region z wielu powodów. Choćby dlatego, że to właśnie stąd wywodzą się kraje, które jako pierwsze i zapewne jedyne w najbliższych dwóch dekadach wejdą do Unii Europejskiej. Inny powód to fakt, że właśnie tutaj w Europie mamy aż trzy kraje z muzułmańską większością oraz jeden z bardzo dużą islamską mniejszością. Wreszcie powód trzeci to znaczące zróżnicowanie i historyczne i etniczne i polityczne tego obszaru, co utrudnia próby znajdowania wspólnej politycznej tożsamości i wspólnych celów – ale też z drugiej strony umożliwia rozgrywanie poszczególnych państw bałkańskich przez możnych sąsiadów (głównie Europe Zachodnia z dominującą rolą Niemiec, ale też USA).

Czarnogóra czyli Unia otwarta na „małych”

.Co do pierwszej sprawy, czyli poszerzenia UE o kraje bałkańskie, to sytuacja bardzo zmieniła się w ciągu ostatniej dekady. Do szczytu NATO w Bukareszcie Macedonia była zdecydowanym prymusem przedmiotu „integracja europejska”. Chwalona przez Brukselę, spełniająca kolejne warunki dyktowane przez UE była (i jest) na tyle mała, żeby myśleć o wejściu w pierwszej kolejności i to prawdopodobnie samotnym, bez innych bałkańskich aspirantów. Jednak zablokowanie perspektywy członkostwa w Pakcie Północnoatlantyckim dla Skopje na bukaresztańskim szczycie A. D. 2008 spowodowało falę eurosceptycyzmu, uaktywnienie prorosyjskiej agentury i sił politycznych podkreślających konieczność bliższej współpracy z Kremlem, wreszcie nastroje nacjonalistyczne skierowane przeciwko Grecji zakazującej używania historycznej nazwy „Macedonia” ‒ to wszystko musiało osłabić wzajemną brukselsko-macedońską adorację. W efekcie Macedonia zamiast na czele bałkańskiego peletonu ściągającego się do UE jest w jego ogonie. W żółtej koszulce lidera jedzie natomiast kraj, który, owszem, jest może mistrzem Europy w przemycie i dla którego kontrabanda jest bardzo ważnym czynnikiem napędzającym gospodarkę narodową, ale właśnie został przyjęty do NATO – Czarnogóra.

Podgorica po niespodziewanym odłączeniu się od wspólnego państwa z Serbią (czerwiec 2006) jest krajem, który umiejętnie zdyskontował swoje położenie geograficzne w kontekście Paktu Północnoatlantyckiego (domknięcie basenu Adriatyku, który stał się morzem wewnątrz-NATO-wskim). A w najbliższych latach zapewne umiejętnie sprzeda Brukseli swoje zalety, na przykład fakt, że jest krajem relatywnie niewielkim (620 tysięcy mieszkańców), zatem jego przyjęcie nie sprawi żadnych problemów, także ekonomicznych, przeczulonej na tym tle Unii.

Montenegro będzie również dyskontować fakt, że jako jeden z niewielu krajów bałkańskich nie generuje z punktu widzenia UE żadnych kłopotów: nie ma konfliktów narodowościowych ani religijnych (jak Bośnia i Hercegowina, Kosowo czy w pewnej mierze Macedonia), nie ma też problemów ze spornym terytorium („casus” Serbii). Zatem to właśnie dumni Czarnogórcy zameldują się w Unii jako pierwsi, choć nastąpi to to na pewno nie wcześniej niż w drugiej połowie przyszłej dekady – zapewne jednak przed rokiem 2030. Wybieram się do Czarnogóry z ramienia Parlamentu Europejskiego we wrześniu tego roku, ale też pamiętam mój pierwszy pobyt w tym kraju, w którym prezydent, premier i szef parlamentu wyglądali niczym koszykarze niedługo po zakończeniu kariery: każdy z nich liczył mniej więcej po dwa metry wzrostu. Jako historyk muszę też podkreślić, że dwumetrowi czarnogórscy górale umiejętnie bronili przed Turkami szeregu górskich miejscowości, nawet w czasach największej ofensywy i utrwalonego panowania Imperium Ottomańskiego na Bałkanach.

Albania bliżej UE

.O tytuł wicelidera w tym bałkańskim wyścigu o akces do Unii bije się Albania z Serbią. Nie byłem chyba zbyt miły dla moich gospodarzy w Belgradzie dwa tygodnie temu, gdy wprost mówiłem, że póki co Tirana wyprzedza naszych słowiańskich braci. Czemu? Po pierwsze dlatego, że praktycznie bezwarunkowo zgadza się na wszystkie żądania w Brukseli. To taktyka na „short-term” dobra, ale na „long-term”– niekoniecznie. Drugim ważnym atutem Tirany jest fakt, że dwie główne siły polityczne: rządzący drugą kadencję socjaliści premiera Edi Ramy i pozostająca w opozycji koalicja z centroprawicy Saliego Berishy zawarły proeuropejski pakt i, jak się wydaje szczerze ,zadeklarowały wsparcie „ponad podziałami” dla formalnego otwarcia negocjacji członkowskich z Unią.

Sceptycy przyjmowania Serbii do UE podnoszą sprawę problemu nieuznawania integralności terytorialnej Kosowa, kłopotów z międzynarodowym trybunałem w Hadze w kontekście rzekomej opieszałości w ściganiu serbskich dowódców posądzanych o czystki etniczne w latach 1990., wreszcie wpływy Rosji. Cóż, każdy z tych zarzutów jest prawdziwy, ale z drugiej strony Kosowa nie uznaje również kilku członków UE, jak choćby Hiszpania, Rumunia i Słowacja (w przypadku Madrytu chodzi oczywiście o „casus” Katalonii, a w przypadku dwóch państw „nowej Unii” o mniejszość węgierską). Prawdę mówiąc Serbia, podobnie jak Bułgaria, ze względów historycznych i religijnych zawsze będzie miała bardziej pozytywny stosunek do Rosji niż szereg innych krajów członkowskich UE – ale też z drugiej strony zapewne Belgrad nie przelicytuje w tej kwestii choćby Aten…

„Sztuczne państwa”  bez szans na Unię

.Niewątpliwymi outsiderami Bałkanów w kontekście akcesu do UE jest Bośnia i Hercegowina, państwo tak sztuczne, że aż wstyd je opisywać. Sztuczny zlepek „kantonów”, że tak je ze szwajcarska określmy, muzułmańsko-bośniackiego, katolicko-chorwackiego i prawosławno-serbskiego istnieje wyłącznie ze względu na parasol Brukseli i świadomość Zachodu, że lepsze jest „państwo sezonowe”, by użyć tego określenia sprzed 100 lat, niż kolejna fala chaosu, krwawych walk i ludobójstwa, która dodatkowo mogłaby być kostką uruchamiająca swoiste bałkańskie domino, generując natężenie konfliktów etniczno-religijnych w innych państwach regionu.

Drugim kandydatem na akces do UE „ad Kalendas Graecas” jest Kosowo, które co prawda korzysta z amerykańskiego, unijnego i albańskiego protektoratu, ale trudno w gruncie rzeczy uznać je za byt samodzielny i ekonomicznie samowystarczalny. Nie sadzę, aby Bruksela w perspektywie najbliższego ćwierćwiecza brałaby sobie na garnuszek państwo tak niesamodzielne i tak skorumpowane, gdzie – jak słyszymy ‒ elity polityczne współżyją w symbiozie z elitami przestępczymi, czego symbolem jest prezydent i jego szwagier – szef kosowskiej mafii.

Skoro tyle uwagi poświęciłem tym państwom bałkańskim, które do UE aspirują, może warto, dla równowagi, napisać o tych, które już w niej są. W UE-28 mamy cztery kraje z tego regionu, przy czym wchodziły one w aż trzech fazach rozszerzenia. Pierwszy ‒ Słowenia – razem z „wielką akcesją” 2004 roku, potem Bułgaria i Rumunia w 2007, wreszcie Chorwacja w 2013.

Pożyteczny (dla Zachodu) prymus z Lublany

.„Casus” Słowenii jest szczególnie interesujący. To państwo, bodaj najbardziej zwesternizowane na Bałkanach, już parę lat temu PKB „per capita” miało wyższy niż kraje „Piętnastki”: Grecja i Portugalia. Dla „starej Unii” jest wymarzonym prezentem: reprezentant „nowej Unii”, ale będący „metr z Sevres” uległości. Doprawdy Słowenia nie mająca, choćby z racji wielkości, większych aspiracji politycznych jest dla Europy bardzo użyteczna. Gdy w 2008 roku Lublana miała unijna prezydencję- jako pierwszy kraj “nowej Unii”-  to dogadała się z Paryżem i w większości państw świata przy braku ambasad słoweńskich prezydencję tego bałkańskiego kraju reprezentowała Francja. Można się uśmiechać, ale że ten „deal” Słowenii się opłaca, widać to na przykładzie… sportu. Mało kto z osób interesujących się polityką wie, że szefami dwóch najistotniejszych struktur sportowych w Europie są właśnie Słoweńcy. Prezydentem UEFA czyli Europejskiej Federacji Piłkarskiej jest Aleksander Čeferin, a pełniącym obowiązki prezesa Europejskiego Komitetu Olimpijskiego jest jego rodak Janez Kocijančič, który zastąpił na tym stanowisku Irlandczyka Pata Hickey’a zmuszonego do dymisji za nielegalną sprzedaż biletów na zawody podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro.

Ciekawym przypadkiem jest też Chorwacja – kraj, który jako ostatni wszedł do UE, a który, o czym miałem się przekonać w czasie mojej ostatniej wizyty w Zagrzebiu w lipcu 2017, ma poczucie pewnej historycznej odrębności od sporej części Bałkanów. Chorwaci podkreślają, że byli częścią C. K. Austrii (właśnie C. K. Austrii, a nie C. K. Austro-Węgier…) w przeciwieństwie do większości regionu znajdującego się pod tureckim butem w czasach Imperium Osmańskiego. Ciekawy przypadek bałkańskiego kraju, który podkreśla jak mało jest bałkański!

Bułgaria i Rumunia – unijny „czarny Piotruś”

.Bukareszt i Sofia świętują dziesięciolecie swojej obecności w Unii. Bez skutku kołaczą do strefy Schengen, co skądinąd zaczyna być już nieco żenujące, bo licząca 26  krajów strefa Schengen doprawdy by się nie rozpadła, gdyby zapaliła zielone światło dla Rumunii i Bułgarii. Bułgarsko-rumuński duet jest unijnym „czarnym Piotrusiem”: traktowany przez Europę Zachodnią z poczuciem wyższości, żeby nie powiedzieć arogancji, uznawany z kolei za „metr z Sevres” korupcji w UE jest dla mnie osobiście spektakularnym przykładem historycznego  traktowania przez Zachód Bałkanów „per noga”. Rzadko kiedy spotyka się, powiem to wprost, zachodniego polityka, który w prywatnych rozmowach nie mówi o tym regionie z poczuciem wyższości, czy wręcz lekceważeniem. Bynajmniej nie jest to kwestia XXI wieku i świeżych akcesji do UE, ale to samo było przed wiekiem i w okresie między pierwszą a drugą wojną światową. Historia lubi się powtarzać. Bądźmy jednak wszak obiektywni: nasi bałkańscy partnerzy bardzo często, niestety, dostarczają, Zachodowi wielu argumentów, by być tak traktowanymi.

Bałkany są bardzo istotne także dlatego, iż są swoistym europejskim „laboratorium”. Mamy tu państwa faktycznie muzułmańskie: Kosowo z 90% „wyznawców Proroka”, Albania z 80%, Bośnia i Hercegowina z islamską wspólnotą rzędu 40% (ale według innych źródeł aż 60%), wreszcie Macedonia z „falującymi” statystykami, gdzie w zależności od bieżących potrzeb można przeczytać, że muzułmanie stanowią 1/5, 1/3 albo nawet 2/5 mieszkańców kraju. Z tych trzech wymienionych przeze mnie państw dwa mają szansę zameldować się w UE w realnej przyszłości ‒ w przypadku Tirany dziesięć, dwanaście lat, w przypadku Macedonii od kilku lat do dekady później.

Gdy idzie się ulicami Tirany, Prisztiny czy nawet Sarajewa – dostrzega się tłumy młodych ludzi, w tym kobiet wyglądających prawie tak samo, jak w zachodnioeuropejskich stolicach. Kobiety w chustach na głowach oczywiście są, ale stanowią wyraźną mniejszość. Rzecz w tym, że ta fotografia rzeczywistości oddaje sytuację jedynie na dziś, jutro i pojutrze. Jednak trudno nie dostrzegać meczetów fundowanych w Kosowie oraz Bośni i Hercegowinie przez Arabię Saudyjską i Turcję (w tej właśnie kolejności). Dodajmy do tego wzrastającą liczbę młodych ludzi z tych trzech krajów wysyłanych na studia koraniczne do krajów Zatoki Perskiej i wracających, aby szerzyć bynajmniej już nie soft islam.

Bałkany – muzułmańska „forpoczta”?

.Pewien znaczący polityk powiedział mi, że nie miałby nic przeciwko temu, aby przyjąć do UE Albanię – ojczyznę świętej Matki Teresy z Kalkuty – w tym kształcie, w którym ona teraz jest: kraj spolegliwych muzułmanów, spolegliwych przynajmniej wobec swych katolickich czy chrześcijańskich rodaków na północy kraju. Jednak zastanawia się, jaka będzie Albania za lat trzydzieści? Jak silne będą wpływy radykalnego islamu? Na ile fundamentaliści będą mieli wpływ na życie polityczne? Można tu wymieniać szereg krajów muzułmańskich, które ewoluowały od zlaicyzowanego islamu do islamu wojującego. Choćby Egipt do czasów przewrotu generała As Sisi, obecnego prezydenta. Ale jeśli nawet ewolucja ta nie przybiera formy radykalno-islamistycznej, to jednak swoista islamizacja życia publicznego jest faktem w innych krajach, choćby w Turcji, samej przecież będącej obiektem ataków ze strony ISIS. Do „albańskich” refleksji owego polityka dodajmy wymienione już wcześniej Kosowo i BiH.

Cóż, rzeczywiście warto myśleć o tych państwach nie tylko w kontekście bieżącym, ale też o tym, co będzie za trzy, cztery dekady. Wtedy, gdy mogą być wszystkie one specyficzną, ale integralną częścią poszerzonej do granic możliwości (żeby nie powiedzieć: absurdu) Unii Europejskiej. Unii ze znacznie większą niż dzisiaj ‒ bo kolejne akcesje plus demografia – mniejszością muzułmańską.

Nie mniej pasjonująca jest na Bałkanach gra mocarstw. Amerykanie właśnie budują swoją największą ambasadę w tym regionie, w stolicy Kosowa – Prisztinie. Tajemnicą Poliszynela jest, że właśnie tam ze Skopje w Macedonii będzie przeniesiona aparatura do, nazwijmy to elegancko: monitoringu (sic!) tego, co dzieje się na pobliskim Bliskim Wschodzie. USA w pełni kontrolują Albanię i Kosowo, zapisały Czarnogórę do NATO i generalnie zwiększają swoje wpływy w regionie. A tam, gdzie zwiększyć ich nie mogą, przynajmniej stabilizują swoje aktywa.

Ale Bałkany stały się też w ostatnich latach terenem ofensywy Federacji Rosyjskiej. Przykładem choćby inspirowana przez nią akcja „Stop NATO” w Montenegro, nieudana, ale świadcząca o aspiracjach. A że była robiona z rozmachem, świadczą nawet opłacane demonstracje przeciwko obecności Podgoricy w Pakcie Północnoatlantyckim, które widziałem … przed gmachem Parlamentu Europejskiego Brukseli!

To Kreml stał za zamieszkami w Macedonii, to Moskwa posiada decydujące wpływy w sektorze energetycznym Serbii i w dużej mierze Bułgarii (państwie członkowskim UE!). To rosyjski diabeł ogonem macha w Kosowie, poddawanym coraz większej infiltracji ze strony służb specjalnych Federacji Rosyjskiej. Obejmuje to na przykład próby pozyskiwania do współpracy … ukraińskich żołnierzy ze stacjonującego tam od lat kontyngentu. Rosja nasiliła swoją obecność na Bałkanach: polityczną, dyplomatyczną, gospodarczą, ale też agenturalną. Skarżyli się na to w rozmowie ze mną najważniejsi politycy Albanii i to z różnych stron sceny politycznej. Nawet jeśli bałkański mecz Moskwa na razie przegrywa z Waszyngtonem, to nic nie wskazuje na to, aby chciała oddać go walkowerem. Na Bałkanach pojedynek USA – FR trwa.

Wzrastają także wpływy UE w regionie. A mówiąc ściślej: Niemiec, które od ćwierćwiecza uznały „bałkański kocioł” za naturalny obszar swoich wpływów. Oparcie walut tworzących się ‒ po rozpadzie Jugosłowiańskiej Federacyjnej Republiki Socjalistycznej ‒ państw na niemieckiej marce (póki istniała) o tym również świadczy.

Ale swoje usiłują ugrać tu też mniejsi gracze. Charakterystyczna jest polityczno-gospodarcza aktywność Republiki Czeskiej oraz Słowacji. Kraje bałkańskie, które już w Unii są, uważają za oczywiste, aby tejże UE narzucać sposób patrzenia na Bałkany. Tutaj szczególnie aktywna jest Słowenia, której przedstawiciel, skądinąd były prezes słoweńskiego NIK-u Igor Šoltes był szefem delegacji obserwatorów na wybory w Kosowie z ramienia PE.

Można tylko apelować – i czynię to po raz kolejny po moim artykule na ten temat do „Stosunków Międzynarodowych” ‒ o zwiększoną obecność Polski w tym regionie. Nie muszę tłumaczyć korzyści politycznych i ekonomicznych z tego płynących. Nie jest dla mnie na przykład zrozumiała sytuacja, że skoro, mimo uzasadnionych wątpliwości i zrozumiałych oporów, uznaliśmy Kosowo, to dlaczego w tym państwie, w którym przecież stacjonuje od lat 150 polskich żołnierzy i około 100 polskich policjantów, a nasi rodacy sprawują różne funkcje w instytucjach międzynarodowych tam się znajdujących – nie ma wciąż ambasady Rzeczpospolitej.

.Z polskiego punktu widzenia warto zainteresować się Bałkanami i grą, która tam się toczy. Nawet jeśli USA, UE, Rosja, ale też, uwaga, Turcja, występują tam w głównych rolach. Polska może przecież powalczyć, mówiąc metaforycznie, o Oskara za rolę drugoplanową…

Ryszard Czarnecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam