
Powróćmy do myśli de Tocqueville’a
Debatę publiczną cechuje dziś przesada i przyjmowanie póz – co szkodzi rzeczywistej sprawie dyskusji o poglądach – twierdzi Édouard PHILIPPE
.„Przyznaję, że trudno byłoby wskazać niezawodne sposoby rozbudzenia społeczeństwa, które pogrążone jest w letargu, sposoby wpojenia mu uczuć i kultury, których nie posiada. Wytłumaczenie ludziom, że powinni sami zająć się swym losem, to – nie wątpię – przedsięwzięcie trudne. Nieraz łatwiej byłoby zainteresować ich szczegółami dworskiej etykiety niż zająć ich umysły problemem odbudowy wspólnego domu” (przeł. Michał Król, podobnie dalej – przyp. tłum.). Piękne słowa, ale nie moje. To sam Tocqueville i końcówka rozdziału V jego dzieła O demokracji w Ameryce.
Rozbudzić naród pogrążony w letargu… Rozbudzić społeczeństwo… Miałem przyjemność dyskutować na ten temat z Bernardem Cazeneuve kilka tygodni temu, u zarania lata, gdy nie byliśmy jeszcze pogrążeni w marazmie i gdy wyczekiwaliśmy ekecheirii, która miała przynieść nam spokój. Dziś już rozbudzone jest społeczeństwo – być może, jeśli spojrzeć na wysoką frekwencję w ostatnich wyborach parlamentarnych, dużo wyższą od tej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Przesłanie polityczne, które się za tym kryło, brzmiało mniej więcej następująco: „My, obywatele, jesteśmy rozbudzeni, ale obudźcie się wy, politycy”.
Temat rozbudzenia jest bliski Tocqueville’owi. W innym miejscu swojego dzieła pisze o apatii demokratycznej, definiowanej jako przyzwolenie przez społeczeństwo na to, by władza wykonawcza, wyposażona w odpowiednie siły, stawała się równie opresyjna, co anarchia czy despotyzm. To uśpienie – indywidualne, zbiorowe – Tocqueville wskazuje jako główne zagrożenie dla demokracji. W artykule opublikowanym w 1840 roku w „Revue des Deux Mondes” pisał ponadto: „Jeśli obywatele będą zamykać się coraz bardziej w kręgu małych interesów domowych, obawiam się, czy w końcu nie opanuje ich tchórzliwe upodobanie przyjemności chwili, czy nie zniknie zainteresowanie własną przyszłością oraz przyszłością ich potomków, czy nie będą bardziej skłonni podążać biernie za biegiem losu, niż czynić energiczne wysiłki, by go zmieniać”. Tocqueville nie ma na myśli sieci społecznościowych, nie chodzi mu o zamykanie się w bańce medialnej – lecz nie jesteśmy od tego bardzo daleko.
.Gdybym przemawiał teraz po angielsku, użyłbym terminu wokeizm. Wokeizm jest bez wątpienia jakąś formą rozbudzenia, ponieważ nawet literalnie chodzi o „obywateli rozbudzonych”, ale to nie jest to rozbudzenie, do którego zachęca nas Tocqueville, ani oczywiście to, do którego ja bym Państwa dzisiaj zachęcał. Poprzez odrzucenie niuansów i kontekstualizacji, poprzez siłę swojej ideologii, która stara się deformować fakty, aby służyły myśli – a nie odwrotnie, poprzez systematyczne przyjmowanie kultury unieważnienia – cancel culture – wokeizm jest według mnie bardziej co najmniej usypianiem debaty, jeśli nie ujednolicaniem myśli, niż rozbudzeniem demokratycznym. Aby do niego doszło, powinniśmy wrócić do sedna myśli Tocqueville’a i zanalizować co najmniej trzy niezbędne po temu warunki, a które dzisiaj nie zachodzą.
Pierwszym jest podjęcie zbiorowej próby zaprowadzenia rzeczywistej debaty. W tej mierze jest bardzo wiele do zrobienia. Debata publiczna jest dzisiaj w bardzo słabym stanie, dużą odpowiedzialność za to ponoszą ci, którzy są w nią najbardziej zaangażowani, czyli przedstawiciele klasy politycznej, a także media, poprzez takie, a nie inne formatowanie ram tejże debaty czy poprzez taki, a nie inny sposób podawania wiadomości, jak robią to na przykład całodobowe kanały informacyjne, spragnione spektaklu i permanentnych starć. Za słabość debaty odpowiadają także media społecznościowe, które sprzyjają uniformizacji myśli, a nie poszukiwaniu odmienności.
Krótko mówiąc, debatę publiczną cechuje dziś przesada i przyjmowanie póz – co moim zdaniem szkodzi rzeczywistej sprawie dyskusji o poglądach. Polsko-amerykańska dziennikarka Anne Applebaum napisała piękną książkę Zmierzch demokracji. Zwodniczy powab autorytaryzmu, w której opisuje, na przykładzie Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza Polski, zapaść debaty publicznej i jej wpływ na wykształcanie się reżimów bardziej autorytarnych niż demokratycznych. Pokazuje, moim zdaniem w najlepszy jak dotąd sposób, że z chwilą, gdy debata publiczna nie pozwala już tym, którzy powinni mieć pieczę nad jakąś formą złożoności i bronić pewnego zniuansowania, by byli wysłuchani i zrozumiani, automatycznie następuje przejście z systemu, który optuje raczej za demokracją, w stronę systemu, który optuje raczej za autorytaryzmem. Widzimy zatem, że za tymi apelami o lepszą jakość debaty publicznej nie kryje się wyłącznie coś w rodzaju intelektualnego fair play czy snobizmu z innej epoki, ale podstawowy warunek demokracji.
Demokracja to każdy z nas; każdy obywatel, niezależnie od jego drogi życiowej, kompetencji, doświadczeń stanowi część suwerenności narodowej – co wyraża się poprzez zaangażowanie albo poprzez oddanie głosu w wyborach. I nie chodzi o to, by wiedzieć, czy płaci on podatki, czy ukończył studia, czy jest kimś dobrym. Chodzi o to, aby oświecona debata publiczna umożliwiła mu wybór. Bez oświeconej debaty nie ma demokracji. Aby rozbudzić obywateli, musimy dążyć do oświeconej debaty publicznej.
.Drugim warunkiem rozbudzenia demokratycznego to zachęcanie do wszelkich form działań zbiorowych, niekoniecznie politycznych. Przez lata działania zbiorowe miały charakter polityczny – związkowy, stowarzyszeniowy – i takie też wciąż będą. Widzimy jednak, że wielkie działanie zbiorowe, inspirowane niekoniecznie opowieścią o jasnej konotacji partyjnej, ale opowieścią polityczną w sensie zorganizowania społeczeństwa, z trudem uzyskuje dziś właściwy napęd, nowe ucieleśnienie. Często sukces, szczęście są widziane jako efekt działań indywidualnych, a nie zbiorowych.
Trzecim warunkiem jest próba znalezienia – i to jest bardzo trudne zadanie – nowych form partycypacji obywateli. Demokracja to nie tylko wybory w określonych regularnych interwałach (lub nieregularnych, to zależy). To także forma partycypacji obywateli. Od dawna we Francji poszukujemy dróg i sposobów, aby włączyć obywateli w proces podejmowania decyzji. Jest to łatwiejsze na poziomie lokalnym niż ogólnokrajowym. Ale mamy świadomość, jak ta partycypacja jest ważna. Gdy byłem premierem, pewną próbą odpowiedzi na tę potrzebę była idea konwencji obywatelskiej, w której braliby udział obywatele wylosowywani i debatowaliby jak parlamentarzyści albo proponowaliby rozwiązania, nad którymi debatowaliby następnie parlamentarzyści. Chciałbym być z Państwem szczery i powiem, że nie byłem do końca do tej idei przekonany, ale wpisywała się ona w szerszą koncepcję większego udziału obywateli w procesach decyzyjnych. W tej mierze na poziomie lokalnym na pewno, na poziomie krajowym wielce prawdopodobnie, jest wciąż ogromne pole do działania – do rozbudzenia partycypacji obywatelskiej.
Rozbudzenie obywateli, umożliwienie, aby demokracja była żywa, wymaga wezwania do klarowności i położenia na stole pewnej liczby spraw. Pierwszym obszarem, gdzie to wezwanie ma zastosowanie, jest obszar spraw światowych. Za nami kampania wyborcza, w której praktycznie w ogóle nie było debaty merytorycznej. To może konsternować. Tymczasem na globie dochodzi do ogromnych przemian demograficznych, co pociąga za sobą poważne konsekwencje dla naszej demokracji, naszych krajów, naszego kontynentu. Jeden Europejczyk przypada dziś na dwóch Afrykańczyków, jeden Europejczyk będzie przypadał na pięciu Afrykańczyków za 20 czy 30 lat. Starzenie się populacji w Europie i Chinach pociągnie za sobą masowe konsekwencje, inne niż dla regionów, w których populacje są młode i bardzo dynamiczne. To już nie proporcja 1:1, ale 1:5, plus postępujące starzenie się populacji. Demografia będzie nadawała strukturę światu jutra. Mało o tym rozmawiamy, a co więcej, nie bierzemy tego za bardzo pod uwagę w naszej debacie.
Oszałamiająca transformacja technologiczna będzie od nas wymagała przemyślenia na nowo konceptów, które uważamy za nabyte raz na zawsze. Przemiany dotyczące wielu pól (wolność, zatrudnienie, sztuczna inteligencja, biotechnologie) już teraz wywierają kolosalny wpływ na nasze społeczeństwo. Koncepty, z którymi żyliśmy spokojnie dwieście, trzysta lat, nie będą już wpisywały się w takie same ramy w nadchodzących latach. A jaką część debaty stanowią te przemiany? Moim zdaniem niewielką, i bardzo tego żałuję.
Trzecim obszarem przemian, o których mówi się mało, a których efekty odczuwamy każdego dnia, jest geopolityka. Chiny chcą zostać supermocarstwem przyszłości, detronizując Stany Zjednoczone. Pozwolę sobie przytoczyć krótką anegdotę dotyczącą mojej pierwszej długiej rozmowy z chińskim prezydentem. Łatwo sobie wyobrazić, że rozmowa chińskiego prezydenta z francuskim premierem ma charakter stricte formalny – ale nawet w czasie takich rozmów padają słowa, w które trzeba umieć się wsłuchać. Otóż usłyszałem z jego ust, że „przez lata Amerykanie i Rosjanie trzymali na ramionach sklepienie świata. Dziś robią to Amerykanie, ale w sposób niezadowalający. Proszę się nie obawiać, za parę lat Chiny będą gotowe, aby podnieść sklepienie świata na swoich barkach”. Obraz jest poetycki, ale wola jest stricte polityczna, wyrażana otwartym tekstem, dlatego powinna zostać wzięta na poważnie. Możliwe przegonienie Stanów Zjednoczonych przez Chiny będzie ogromną przemianą geopolityczną. Nagromadzenie bogactwa i siły przez Chiny jest faktem politycznym, który przemienia naszą wizję świata. Fakt, że na Wschodzie – Wschodzie nam bliższym, w Rosji – równie klarowna afirmacja potęgi, wyrażona brutalnie w pełnej sprzeczności z porządkiem świata, jaki staramy się budować od 1945 roku, mogła być możliwa – i jest nadal możliwa – oraz że Ukraińcy znajdują się obecnie w bardzo trudnym położeniu mimo swojego ogromnego heroizmu, powinien nas zastanowić, jak daleko owa potęga może się jeszcze posunąć. Co będzie później? Jak i czy będziemy w stanie dać temu odpór? Na południe od nas całe państwa Afryki Północnej rozpadają się, tworząc szerokie przestrzenie, w których organizują się grupy polityczne, religijne, o odmiennych interesach od naszych, mogących być nam narzucanymi wszędzie, gdzie to możliwe. Nasz świat przemienia się z zawrotną prędkością i z taką samą prędkością kontestowane są nasze interesy.
Ostatnim obszarem przemian jest klimat. Nasza planeta ulega szybkim transformacjom, a my nie powinniśmy udawać – nie powinniśmy udawać w naszej debacie publicznej – że nas to nie dotyczy.
Przemiany powyższe mają charakter masowy i nie są wystarczająco obecne w naszej debacie.
Do tego dodałbym jeszcze dwa elementy, będące gruntownym podważeniem świata, w którym żyjemy od 1945 roku, jeśli nie od wcześniejszych czasów. Od 1945 roku żyjemy z przeświadczeniem, którego nikt dotąd nie podważył, że lepiej żyć w świecie, który wyznaje multilateralizm, i że demokracja liberalna jest najlepszym sposobem na zagwarantowanie stabilności politycznej i dobrobytu ekonomicznego. Niektórzy próbowali to kontestować, ale możemy powiedzieć otwarcie, że od momentu, w którym zdecydowaliśmy się na demokrację liberalną, i odkąd staraliśmy się wdrożyć w życie ideę multilateralizmu, gwarantowane były stabilność polityczna i dobrobyt ekonomiczny. Te nasze dwie sprężyny wizji świata są dzisiaj bardzo często podważane. W wielu dziedzinach czas multilateralizmu przeminął, co skutkuje pojawieniem się nowych bilateralnych stosunków sił. Widać jak na dłoni, jak bardzo odchodzi się od multilateralizmu w polityce światowej. Demokracja liberalna kwestionowana jest otwarcie, nie tylko przez reżimy autorytarne, ale i przez reżimy, które uważają, że mogą – poprzez reguły autorytarne – zapewnić zarówno stabilność polityczną, jak i dobrobyt ekonomiczny.
Nasza wizja świata staje się więc jedną z wielu wobec wizji świata krajów wschodzących i tych, które się bogacą. Mało o tym rozmawiamy, a odnoszę wrażenie, że nie rozumiemy tego wystarczająco.
I ostatnim obszarem, w którym powinniśmy wykazać się przenikliwością – także we Francji – jest kondycja klasy średniej, jej zubożenie, zwłaszcza najniższych warstw klasy średniej, tej robotniczej. We Włoszech, w Wielkiej Brytanii, w USA, w Hiszpanii, we Francji siła nabywcza klasy średniej stoi w miejscu lub zmniejsza się.
Nie ma trwałej demokracji, gdy sytuacja najuboższej klasy średniej z roku na rok się nie poprawia. Obietnica demokratyczna to nie jest tylko procedura, to także system, w którym uboższe warstwy klasy średniej dostrzegają jaśniejszą wizję przyszłości. Jeśli czują, że gra polityczna toczy się ze szkodą dla nich, nie ma takiego przykładu, żeby demokracja się utrzymała. Musimy więc znaleźć sposób, aby uboższe warstwy klasy średniej dostrzegały w grze politycznej i funkcjonowaniu gospodarki lepsze perspektywy dla siebie. To nie hasło lewicującego rewolucjonisty, ale przekonanego demokraty, którym jestem. Bez tego nie widzę nadziei dla demokracji.
.Musimy przestać okłamywać się w dziedzinach, które nie funkcjonują. Mam na myśli zwłaszcza szkolnictwo, szkołę republikańską, która we Francji, w porównaniu z innymi krajami OECD, produkuje najwięcej nierówności społecznych. Żyjemy z przekonaniem, że szkoła republikańska umożliwia promocję społeczną – że powinna ją umożliwiać – lecz nie ma innego takiego kraju, w którym nierówności społeczne byłyby tak silnie utrwalane przez szkołę. To dalej nie może tak funkcjonować. Nie możemy mówić o przyszłości w sposób, w jaki mówimy, jeśli szkoła zostanie taka, jaka jest. Albo zmieniamy narrację i zaprowadzamy coś, co nie ma nic wspólnego z republikanizmem, albo zmieniamy szkołę, aby mogła pełnić rolę, jaką powinna pełnić – matrycy republiki.
Powinniśmy być także przenikliwi, jeśli chodzi o wydatki na politykę socjalną. Proporcja tych wydatków w stosunku do wydatków publicznych zwiększa się kosztem takich obszarów, jak bezpieczeństwo, obronność, wymiar sprawiedliwości. Musimy mieć odwagę powiedzieć sobie, że w tym odwróceniu proporcji jest coś niezdrowego, gdyż zwiększenie wydatków na politykę socjalną jest najczęściej zaciąganiem kredytów kosztem przyszłych pokoleń. Tę samą konstatację możemy poczynić w odniesieniu do imigracji czy funkcjonowania państwa.
Rozbudzenie społeczeństwa to nie tylko wezwanie do przenikliwości, ale także do działania. Działanie to powinno nam pozwolić i – przepraszam za sformułowania teoretyczne – odtworzyć wertykalność i zmobilizować horyzontalność. Odtworzenie wertykalności w społeczeństwie, które jest „płynne”, jest niezbędne. Mam na myśli choćby wertykalność polityczną, w której możliwe jest funkcjonowanie partii politycznych, aby mogły proponować program – co nie jest takie częste – aby mogły tworzyć zaplecze kadrowe i na nowo pełnić tę rolę, którą pełniły w historii i która jest nieodzowna w demokracji. Mobilizowanie horyzontalności to umożliwienie obywatelom powiedzenia, co ich nurtuje.
I ostatnia rzecz, również nieodzowna: musimy myśleć strategicznie, a nie tylko w ramach jakiegoś odruchu o stu pierwszych dniach rządów czy bieżączki politycznej na użytek mediów, ważnej niewątpliwie także dla naszych obywateli, ale nie najważniejszej. To, co ważne, nie zawsze jest pilne i powinno jak najczęściej, jeśli nie zawsze, być rozpatrywane w drugiej kolejności. Jeśli chcemy większej spójności w naszym kraju i społeczeństwie, musimy wiedzieć, dokąd zmierzamy. Musi na nowo pojawić się dyskurs strategiczny, projekt strategiczny – coś, co nas przekracza i wyznacza nam kierunek, w którym powinniśmy zmierzać.
Często powtarzam, że Francja, w odróżnieniu od innych krajów – wielkich demokracji – jest narodem politycznym. To naród, który zachowuje spoistość, gdy ma projekt. Czasem ten projekt nie jest dobry lub można go podważać. Uniwersalistyczne dziedzictwo rewolucji francuskiej jest zarazem wspaniałe i nieco aroganckie, ale przynajmniej wiadomo, dokąd chcemy zmierzać. Idea krzewienia cywilizacji poprzez kolonizację ujawnia dzisiaj swoje wszelkie ograniczenia na poziomie intelektualnym, ale jest ona jednym z projektów, które mogą pomóc w rozwoju danego państwa. Odwet na Niemczech nie był projektem, o którym można by powiedzieć, że był pacyfistyczny. Ale był projektem, który umożliwił odrodzenie się republiki i który nadał perspektywę – odbudowę kraju.
Potrzebujemy projektu – nasz kraj nie szuka spoistości poprzez jedność etniczną, językową, lecz właśnie poprzez projekt polityczny. Jeśli nie będziemy go mieli, jeśli nie będziemy dostrzegali konieczności jego istnienia, możemy rozbudzić tylu obywateli, ilu chcemy, możemy krytykować tylu rządzących, ilu chcemy. Dopóki nie będzie wyznaczony kierunek, dopóty spoistość narodu francuskiego nie będzie możliwa.
.Naszą rolą, jako polityków, jest wskazywanie projektów i strategii, aby Francja na nowo była państwem silnym, bogatym i sprawiedliwym. Zakończę, tak jak rozpocząłem, słowami Tocqueville’a. Choć zostały zapisane w połowie XIX wieku, wydają się niezwykle nowoczesne i aktualne: „Nigdy nie dość powtarzać, że nie istnieje nic bardziej obfitującego we wspaniałe rezultaty od sztuki wolności i że jednocześnie nie ma nic trudniejszego niż uczenie się jej. Inaczej dzieje się w wypadku despotyzmu. Despotyzm często obiecuje, że naprawi istniejące zło, że wzmocni prawo, zaopiekuje się prześladowanymi i wprowadzi społeczny ład. Narody dają się uśpić krótkotrwałemu dobrobytowi, jaki despotyzm przynosi, aby potem obudzić się wśród niedoli. Natomiast wolność rodzi się zwykle wśród burz, utrwala z trudem wśród waśni, a swe dobrodziejstwa pozwala ocenić dopiero wtedy, gdy się zestarzeje”.
Édouard Philippe
Tekst wystąpienia otwierającego Conversations de Tocqueville w lipcu 2024 r. ukazał się w nr 66 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].