
Kultura ponad ideologią. Lekcja z Wrocławia
W świecie, który coraz częściej dzieli się według tożsamości, przekonań i plemiennych narracji, jedno miasto w Europie Środkowej pokazuje inną drogę. Wrocław, niegdyś niemiecki Breslau, nie jest bowiem tylko symbolem powojennej odbudowy. To miasto, które świadomie postawiło na kulturę zamiast ideologii. I, co najważniejsze, nadal tak żyje – pisze Michał KŁOSOWSKI
Od Stein do Różewicza i Grotowskiego
.To nie zaczęło się po wojnie. Przedwojenny Wrocław był jednym z najważniejszych centrów intelektualnych niemieckiej kultury. To tu urodziła się Edyta Stein, filozof, uczennica Husserla, później karmelitanka i święta Kościoła katolickiego. Jej droga od racjonalnej myśli do mistycyzmu, od żydowskiej tożsamości do katolickiego świadectwa, od życia akademickiego do męczeństwa w Auschwitz to opowieść o tym, jak zderzenie kultur może wydać owoce duchowe i intelektualne. Wrocław był dla niej nie tylko miejscem, lecz także matrycą, punktem wyjścia. Miastem, które uczyło dialogu nawet wtedy, gdy świat do tegoż właśnie dialogu tracił cierpliwość.
W tym samym mieście, w latach 20. XX wieku, działała awangarda architektoniczna, a Max Berg projektował Halę Stulecia jako manifest modernizmu, świecką katedrę przyszłości. Breslau był tyglem: niemiecki z języka, ale środkowoeuropejski z ducha, blisko Bramy Morawskiej z jednej i centrum polskości z drugiej. I choć historia brutalnie przerwała ten świat, jego ślady przetrwały w kamieniu, w archiwach, w duchu miejsca.
Teatr, laboratorium dialogu i tożsamości
.Po wojnie, kiedy Wrocław przechodził swoją agonię i narodziny zarazem, to właśnie kultura pomogła odbudować nie tylko mury, ale i sens. To tutaj Tadeusz Różewicz pisał swoje poezje oszczędne, zranione, nieufne wobec języka. Poezje na czasy, kiedy każde słowo może zostać użyte przeciwko prawdzie, poezje postpropagandowe, kiedy w starym świecie goebbelsowska propaganda wykorzystała język do zniszczenia. Różewicz, sam ocalały, pisał tak, jakby każde zdanie musiało przejść przez próbę ognia i milczenia. Bo też były to poezje oszczędne, okaleczone, wydarte z ciszy po Zagładzie. To tu też Jerzy Grotowski przekraczał granice teatru, tworząc z aktora medium duchowego napięcia. Jego Teatr Laboratorium był bardziej świątynią niż sceną. Wrocław był miejscem, w którym kultura nie była dodatkiem do życia, ale była jego rdzeniem, miejscem oporu wobec fałszu. Nawet w czasach polskiego komunizmu Teatr Polski potrafił pozostać przestrzenią wolności. Niepokorną, czasem ryzykowną, ale stale zadającą pytania, które system wolał przemilczeć. To nie było oczywiste. W innych miastach kultura bywała podporządkowana, we Wrocławiu walczyła o sens.
Wrocław to także miasto, do którego wracał Czesław Miłosz, choć nie był stąd. Odnajdywał w nim echa dawnej, złożonej Europy Środkowej: wielojęzycznej, poranionej, ale ciągle zdolnej do budowania mostów. Miasto nosi więc w sobie pamięć wielu języków, wielu tragedii, ale również nadzwyczajnej zdolności do przekształcania traumy w głębię.
Nieprzypadkowo też Paweł Pawlikowski nakręcił tutaj kluczowe sceny Zimnej wojny. Wrocław, z jego zgaszonym blaskiem i dramatycznym tłem, był naturalnym miejscem dla opowieści o miłości na tle wielkiej historii. To miasto, które nie boi się melancholii. Nie ukrywa blizn, ale też nie zamienia ich w broń.
Kultura na europejską skalę
.Wiele miast w Europie pochwalić się może kulturą. Ale niewiele tak głęboko wplotło ją w swoją tożsamość. Wrocław przypomina, że prawdziwa kultura nie potrzebuje ideologicznego parasola. Przeciwnie nawet, rozkwita najpełniej wtedy, gdy potrafi ideologię przekroczyć, zakwestionować, a czasem otwarcie jej się sprzeciwić.
W czasach, gdy Europa Zachodnia zmaga się z własnymi napięciami kulturowymi: od walki o dziedzictwo kolonialne, przez spory o granice wolności słowa, aż po renesans nacjonalizmów, Wrocław może być cichą, ale znaczącą lekcją. W świecie, w którym kultura coraz częściej zostaje zredukowana do narzędzia polityki, ideologicznego oręża lub marketingowej oprawy tożsamości, to miasto nad Odrą przypomina, że kultura może i powinna być czymś więcej, czymś sięgającym dalej: przestrzenią dialogu, głębi i pojednania, a nie tylko tożsamościowej mobilizacji, o którą dziś tak łatwo w erze mediów społecznościowych.
Konkretny przykład też już jest. Symbolicznym momentem tej dojrzałości był rok 2016, gdy Wrocław został Europejską Stolicą Kultury. Zamiast poprzestać na efektownych widowiskach, miasto postawiło na to, co najtrudniejsze: na pamięć. W projektach takich jak „Flow”, opowiadającym o przeszłości wielokulturowego Breslau, czy w działaniach artystycznych przypominających o Edycie Stein, Grotowskim czy żydowskim dziedzictwie miasta, Wrocław pokazał, że nie unika tematów drażliwych. Przeciwnie, to miasto uczyniło z nich źródło twórczej energii. Nie maskowania przeszłości, ale jej odsłonięcia. Wrocław nie wygładzał historii, ale zapraszał do jej wspólnego przepracowania i nowego zrozumienia.
.Wrocław nie celebruje swojej historii jako triumfu, ale jako zobowiązanie. Pokazuje, że kultura nie musi służyć żadnej partii, żadnemu dogmatowi. Nie musi być używana do legitymizowania aktualnych emocji politycznych. Może być czymś trwałym, korektywą dla systemów, które się wyczerpują, i opowieścią, która trwa, gdy inne narracje się wypalają. Bo kiedy ulegają narracje polityczne, kiedy kończą się kolejne projekty ideologiczne, kultura, ta prawdziwa, zakorzeniona w pytaniu, a nie w haśle, po prostu zostaje. Wrocław, poprzez swoją historię i współczesne wybory, daje Europie do zrozumienia, że kultura może być mostem, nie musi być bronią.