Emmanuel Macron przygotowuje swoją przyszłość [Nathaniel GARSTECKA]

Na rok przed wyborami prezydenckimi prezydent Macron ostatecznie zerwał z polityką krajową. Jego celem jest teraz Europa – mierzy w sam szczyt UE i wszelkie środki są dobre, by to osiągnąć: sprawić, by mówiono o nim na arenie międzynarodowej – nawet jeśli oznacza to nieco zbyt częste zbaczanie z utartych ścieżek, promować strategiczny potencjał Francji, pozycjonować się jako główny przeciwnik Donalda Trumpa…
„Zapomniano nam podziękować”, „For sure”, „hey, hey, hey”… Niekontrolowana trumpizacja, świadoma strategia czy może trochę jedno i drugie? Emmanuel Macron nie przestaje być tematem rozmów na arenie międzynarodowej. Podczas gdy podobne bon mot budziły uzasadnione oburzenie, gdy padały w kontekście wewnętrznym we Francji („nie ma kultury francuskiej”, „przejść przez ulicę”, „mistrzu, mój bracie”…), przyczyniając się w znacznym stopniu do załamania jego notowań, nie wydaje się, by wpływało to podobnie na opinię publiczną w innych krajach.
Powiedzmy to jasno: Emmanuel Macron już porzucił wszelkie ambicje wywierania wpływu na francuską politykę wewnętrzną. Odrzucony przez naród, w obliczu katastrofalnych wyników swojej kadencji i wyzwań ze strony własnego obozu, który został zmuszony do odłożenia na bok swojej wielkiej, sztandarowej reformy (emerytur), prezydent zdał sobie sprawę ze swojej porażki. Świadomy tego, że nie przejdzie do historii kraju z dobrych powodów, postanowił całkowicie poświęcić się swojej drugiej ambicji: Europie.
Nie jest to dla nikogo tajemnicą. Emmanuel Macron ma na celowniku ważne stanowisko w Unii Europejskiej po zakończeniu swojej kadencji we Francji. Przewodniczący Rady, przewodniczący Komisji lub coś innego, dostosowanego specjalnie do niego po zakończeniu procesu federalizacji instytucji brukselskich… Szczegóły pozostają do ustalenia, ale zasada jest mocno zakorzeniona w jego umyśle. Prezydent rozpoczął już swoją kampanię promocyjną, zwłaszcza od czasu nieudanego rozwiązania parlamentu, a przede wszystkim po powrocie do Białego Domu jego ulubionego politycznego wroga, Donalda Trumpa.
.Francuska dyplomacja została zatem poproszona o zainscenizowanie całkowitego sprzeciwu wobec polityki amerykańskiego prezydenta, zarówno pod względem formy, jak i treści. Do tego stopnia, że Emmanuel Macron przejął nawet niektóre cechy charakteru swojego amerykańskiego odpowiednika: prowokacje, ostentacyjne pokazywanie siły militarnej, ton wyższości. Emmanuel Macron marzy o byciu europejskim Donaldem Trumpem – bez użycia siły i bez niektórych werbalnych ekscesów. Ale czy taki wizerunek może kojarzyć się z „dyplomatycznym i wyważonym” stanowiskiem, które Francja stara się narzucić, czy to w kontekście konfliktu na Ukrainie, czy w Iranie? O tym świadczą wahania Emmanuela Macrona dotyczące wysłania lotniskowca „Charles de Gaulle” do Zatoki Perskiej: nie można jednocześnie z jednej strony pozować przed atomową łodzią podwodną i zdecydowanie promować francuskiego odstraszania nuklearnego, a z drugiej strony wycofywać się przy najmniejszym zagrożeniu ze strony Strażników Rewolucji.
Próby Emmanuela Macrona, by stać się alternatywnym liderem świata zachodniego, są fałszywe, mimo sympatii, jaką prezydent zyskał wśród europejskiej opinii publicznej. Dążenie do potęgi może być wiarygodne tylko wtedy, gdy jest się gotowym do użycia siły. Jednak prezydent Francji nie sprawia (wystarczająco) wrażenia, że jest gotowy bronić swoich sojuszników zbrojnie. Francja wprawdzie przyczyniła się do ochrony przestrzeni powietrznej krajów Zatoki Perskiej przed irańskimi rakietami, ale francuska dyplomacja nie podkreśliła tego należycie, będąc zbyt zajęta nieudolną walką z „fake newsami” w mediach społecznościowych. Zarówno w stosunku do Rosji, jak i Hezbollahu Francja wydaje się poza grą, podczas gdy ma pełne prawo do większego zaangażowania.
I na tym polega cała tragedia tej sytuacji. Francja ma wszystko, czego potrzeba, by zrealizować obietnice Emmanuela Macrona. Kiedy prezydent otwarcie poruszył temat wysłania żołnierzy na Ukrainę, „międzynarodowej koalicji przeciwko Hamasowi” czy francuskiego parasola nuklearnego, można było sądzić, że Francja w końcu włoży strój, który tak dobrze do niej pasuje: strój silnej i świadomej swojej roli potęgi europejskiej i zachodniej. Tak się jednak nie stało. Prezydent Francji wycofał się w obliczu gróźb ze strony Rosji i Hamasu.
Debata ta ma szczególne znaczenie w Polsce, z którą Francja podpisała nowy dwustronny traktat o przyjaźni. Traktat ten zakłada między innymi zacieśnienie współpracy wojskowej, energetycznej i strategicznej między Paryżem a Warszawą. To dobry kierunek dla umacniania stosunków francusko-polskich! Można by na przykład rozważyć rozmieszczenie francuskich żołnierzy w Polsce, aby zrekompensować ewentualne wycofanie się Amerykanów, większe uwzględnienie Francji w przetargach na budowę elektrowni jądrowych lub odnowienie gwarancji bezpieczeństwa w przypadku ataku ze wschodu. Jednak wielu Polaków wyraża wątpliwości co do wiarygodności Francji, a wątpliwości te tylko się nasilają, im bardziej Paryż upiera się przy swojej „dyplomacji wyważonych negocjacji”.
Czy Emmanuel Macron stara się stać się postacią nieodzowną w Europie, nie musząc udowadniać wiarygodności Francji? Być może. Jest to niewątpliwie dobra strategia realizacji osobistych ambicji, ale nieuchronnie odbędzie się to kosztem wizerunku Francji. A przecież potencjał jest, o czym sam prezydent przypomniał: Francja pozostaje pierwszą potęgą militarną w UE, jedyną potęgą nuklearną w UE, dysponuje zdolnością projekcji siły, pierwszorzędnym know-how technologicznym, utalentowanym personelem dyplomatycznym…
Potencjał ten jest często dyskredytowany przez zwolenników przesadnego „french bashingu”, ale jest to potencjał rzeczywisty i namacalny. Trzeba go tylko właściwie wykorzystać. Broń dostarczona Ukrainie udowodniła swoją jakość w terenie, zwłaszcza armaty CAESAR, a samoloty Rafale zestrzeliły dziesiątki irańskich pocisków i dronów na niebie Zjednoczonych Emiratów Arabskich. To właśnie te informacje należy podkreślać, a nie udzielać lekcji moralności publiczności podczas konferencji w Nairobi, jak uczynił to Emmanuel Macron swoim słynnym już „hey, hey, hey!”.
Dążenie do pozostawienia śladu w historii to droga usiana przeszkodami. Ograniczony przez paraliż francuskiej sceny politycznej (który sam wywołał) prezydent skupia się teraz na swoim wizerunku na arenie międzynarodowej. Pozostał mu rok, aby właściwie wykorzystać potencjał Francji, jeśli chce wzmocnić wiarygodność swojego kraju. Jednak ci, którzy oczekują od niego formalnego zaangażowania wojskowego, mogą się rozczarować: brak większości w Zgromadzeniu Narodowym uniemożliwia mu podjęcie działań wykraczających po za to, co robi obecnie.
Ostatecznie Emmanuel Macron stara się zaznaczyć swoją obecność dyplomatyczną na arenie międzynarodowej, powstrzymując się jednocześnie od konkretnych działań. Używając metafory z dziedziny sportu, można by powiedzieć, że prezydent Francji broni wyniku 0:0 na 10 minut przed końcem meczu – który jednak musi wygrać i przy tym nie nabawić się kontuzji przed kolejnym meczem, w którym chciałby zagrać w innym klubie. Bez wątpienia jest to osobisty geniusz taktyczny, ale trudno dostrzec w tym korzyść dla Francji.
Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z cotygodniowej kroniki prowadzonej w języku francuskim i polskim przez Autora w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [link]. Przedruk za zgodą redakcji.




