Jan ROKITA: Referendum, którego ma nie być

Referendum, którego ma nie być

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Szkód z tego nieprzeprowadzonego referendum wielkich nie będzie. Ale też cała ta sytuacja unaocznia raz jeszcze, jak bezsensowna jest w polskich warunkach sama instytucja referendum – pisze Jan ROKITA

.Wszystko wskazuje na to, że rządzący obóz Donalda Tuska nie dopuści do przeprowadzenia 27 września referendum w sprawie europejskiej polityki klimatycznej. Ta okoliczność – to szczęście prezydenta, który to referendum zainicjował, składając, zgodnie z konstytucją, wniosek do senatu. Inicjatywę Karola Nawrockiego czekałby bowiem niechybnie wielki śmiech i kompromitacja, być może podobna nawet do tej, jaka w 2015 roku spotkała referendum wymyślone przez jego poprzednika – Bronisława Komorowskiego. Wtedy frekwencja wyniosła poniżej 8 proc.

Oczywiście Nawrocki 2026 tym różni się od Komorowskiego 2015, że jest prezydentem wschodzącym, a jego poprzednik próbował ratować się za pomocą referendum przed spodziewanym upadkiem.

Ale trudno nie odnieść wrażenia, że Nawrocki wystąpił z projektem referendalnym tak, jakby mu na nim w ogóle nie zależało. „Deus ex machina”, bez przygotowawczej debaty budującej społeczne zainteresowanie, a co gorsza – bez pomysłu na jakikolwiek „follow up”, czyli plan politycznego rozwinięcia inicjatywy. Więc cała rzecz błysnęła przez sekundę w polskiej polityce i zgasła tego samego dnia, nim jeszcze opinia publiczna zdążyła się połapać, co to w ogóle ma być za referendum. Poważnej polityki w demokracji tak się – rzecz jasna – nie prowadzi.

.Jak wiadomo, referenda w Polsce się nie udają, co dobitnie pokazuje historia trzech dekad niepodległości. Zapomniany dziś Marian Krzaklewski sądził niegdyś, że zbuduje potęgę rodzącej się wtedy AWS na referendum uwłaszczeniowym w 1996 roku, bo ówczesny ostry spór o prywatyzację gospodarki wydał mu się czymś, co roznamiętni opinię publiczną. No i mówiąc kolokwialnie, przejechał się na tym referendum.

O groteskowym referendum Komorowskiego już wspomniałem, choć ówczesnemu prezydentowi również zdawało się, że wzywając naród do wyrażenia woli w modnej wtedy (podniesionej skutecznie przez Pawła Kukiza) sprawie odpartyjnienia państwa, zapewni sobie drugą prezydencką kadencję. Też poniósł fiasko.

Równie absurdalne było referendum zrobione na siłę w 2023 roku przez PiS. Nie tylko nie uratowało władzy PiS-u, ale dziś nikt nawet nie pamięta, czego w ogóle dotyczyło, bo premier Morawiecki – dla pewności sukcesu – wpisał doń wszystko: od muru granicznego i polityki energetycznej po prywatyzację i migrantów, robiąc w ten sposób kompletny groch z kapustą.

Udały się w Polsce, bo udać się musiały, tylko dwa referenda, które nie wynikały z niczyjego „sprytnego” pomysłu, ale były ustrojową koniecznością. W 1997 roku przyjęto w referendum konstytucję, tylko dlatego, że nie obowiązywał próg frekwencyjny, a w 2003 zaakceptowano wejście do Unii, bo wszyscy – od papieża po Kaczyńskiego nawoływali zgodnie do tego, a na wszelki wypadek wydłużono głosowanie do dwóch dni. A i tak frekwencja była ledwie kilka punktów ponad wymagane 50 proc.

Wbrew temu, co sądzą hiperdemokratyczni entuzjaści woli ludu, jestem nie od dziś przekonany, że referenda pasują do polskiego charakteru narodowego jak siodło do krowy (by sparafrazować powiedzonko generalissimusa Stalina na temat Polski i komunizmu). Po prostu jako naród krnąbrny i zawsze kontestujący władzę, nie lubimy, aby ciężar rządzenia jakaś władza zrzucała na nasze barki. Niech oni tam lepiej pracują w tej Warszawie – myślimy sobie w duchu – a nie zawracają nam głowy decydowaniem o sprawach, do którychśmy ich wynajęli. Bo potem, jak się okaże, że znów wszystko jest do kitu, to będą na nas zrzucać odpowiedzialność.

.W Polsce referendum mogłoby się ewentualnie udać tylko wtedy, jeśliby jego stawką było wyrzucenie jakiejś nielubianej władzy (tak jak to ma być choćby za niedługo w Krakowie). Oczywiście są tacy naiwni idealiści – demokraci, którzy kochaliby demokrację bezpośrednią, a nawet nadal wierzą (po wszystkich komicznych doświadczeniach z referendami), że to ona dopiero rozwiązałaby polskie wielkie problemy. Znam ich dobrze, czasem nawet osobiście, choćby w młodointeligenckim Klubie Jagiellońskim, w którym polityczna roztropność nieustannie zmaga się z romantycznym idealizmem. W polityce jednak, jeśli coś się konsekwentnie nikomu nie udaje, lepiej porzucić myśl, iż trzeba spróbować tego samego raz jeszcze, bo tym razem będzie inaczej. Stety czy niestety… ale nie będzie!

Nie wykluczam zatem, że z referendum prezydenta Karola Nawrockiego, które nie odbędzie się 27 września, może być w gruncie rzeczy tak, jak z tuskowym szukaniem ukradzionych ponoć stu miliardów. Wiadomo, że to bzdura, ale może się przydać dla celów propagandowych. Co więcej, w kampanii wyborczej Nawrocki złożył jakieś zobowiązanie w tej sprawie związkowi „Solidarność”, więc wypadałoby „pro forma” z tego się jakoś wywiązać.

Taki cel inicjatywy prezydenta sugeruje też postawione przezeń pytanie referendalne, które – proszę wybaczyć – może budzić tylko sarkastyczny śmiech: czy chcesz polityki, która ma sprawić „wzrost kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Innymi słowy: czy naprawdę pragniecie, moi Kochani Rodacy, aby żyło się Wam coraz gorzej? Przyznaję, że także w poprzednich, kompromitujących swych inicjatorów referendach, wymyślano idiotycznie sformułowane pytania. Ale pytanie prezydenta Karola Nawrockiego przekroczyło w tej mierze wszystkie granice.

.I to właśnie skłania mnie do przekonania, że prezydentowi nie chodzi ani o referendum, ani o unijną politykę klimatyczną. Tylko chce zadrwić sobie z premiera Tuska i podporządkowanego mu senatu, obwiniając ich, iż nie pozwalają obywatelom wyrazić pragnienia lepszego życia. Jeśli tak jest, to szkód z tego nieprzeprowadzonego referendum wielkich nie będzie. Ale też cała ta sytuacja unaocznia raz jeszcze, jak bezsensowna jest w polskich warunkach sama instytucja referendum.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 maja 2026